Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Lament – Prolog

Niebo zasnute było smoliście czarnymi chmurami. Przywodziły na myśl żałobny całun. Nad pustynią panowała ciemność, która zdawała się sięgać lodowatymi mackami aż do samych kości.

B
iegł, nie zważał na to. Po piasku tylko konie, wielbłądy i gepardy potrafiły się szybko poruszać, jemu została wyłącznie wytrwałość. Biegł więc tak już trzeci dzień i nie wiedział, jak długo jeszcze będzie zmuszony uciekać. Cała nadzieja tkwiła w tym, że pogoń mogła przemieszczać się tylko nocą. On mógł wykorzystać także jaśniejszą część doby, choć poruszanie się w spiekocie dnia nie było rzeczą najłatwiejszą. Nie miał jednak najmniejszego wyboru, jeśli chciał ocalić życie. Musiał jak najszybciej odnaleźć miasto lub choćby wioskę, ukrytą w oazie pośrodku pustyni. Miejsce, gdzie żyli ludzie, bo tylko ich obecność mogła go uchronić przed śmiercią. Więc biegł dalej, długie minuty, jeszcze dłuższe godziny.

Na wschodzie chmury zaczynały się powoli rozwiewać. To słońce nieznośnie leniwie budziło się do życia. Przed nim jednak nadal panowała Królowa Ciemność, Shab, która bardzo niechętnie oddawała pustynię Jasności. Biegł nadal, choć nie raz i nie dwa tej nocy padał na piasek z wyczerpania. Nagle ujrzał na horyzoncie ledwo majaczące w ciemności nieśmiałe światełko. Ludzie! W jego serce wstąpiła nadzieja. Może jednak zdąży się ukryć wśród zabudowań? Nawet gdyby znajdowała się tam tylko mała oaza. Prześladowcy z pewnością nie odważyliby się go zabić w obecności świadków, ryzykując tym samym dekonspirację.

Był coraz bliżej zabudowań. Na tyle blisko, by spostrzec, że ma przed sobą spore miasto otoczone przez duże kępy palm. Szedł dalej, a z każdym jego krokiem słońce wznosiło się coraz wyżej. Robiło się jaśniej. Odetchnął. Był pewien, że Oni musieli się zatrzymać. Promienie zdawały się dla nich przeszkodą nie do pokonania. Zwolnił, poprawił strzępy wiszącego na nim, niegdyś bogatego odzienia. Spróbował wytrzepać ziarna piasku z długich, ciemnych włosów, ale nie przyniosło to skutku.

Słyszał gwar i zaczął zastanawiać się, czy to już dzień Wielkiego Targu? Tak wcześnie rano ożywione ludzkie głosy mogły oznaczać tylko to. Uciekał trzy doby. Był o tym przekonany, jednak mrowie ludzi psuło mu rachunek. Czyżby zgubił po drodze jedna dobę? Nie, to nie mogło być prawdą… Ale nie powinien się tym przejmować! Teraz pozostało mu wejść swobodnie pomiędzy ludzi… Choć może wcale nie. Może lepiej będzie udawać?

* * *

Drzemał w chłodnej, choć może nieco zbyt małej komnatce. Zjadł przed chwilą obfity posiłek, a jego rany zostały pieczołowicie opatrzone przez kapłankę ze świątyni Airjamana. Ona, podobnież jak i inni ludzie z miasta przyjęli z otwartymi ramionami, przekonani, że został napadnięty przez pustynnych rozbójników. Okłamał ich, ale był to jedyny sposób na przeżycie. Za kilka dni będzie musiał wybrać się do większego miasta, może nawet stolicy. Teraz jednak mógł spokojnie odpocząć. Zapadł więc w kojący, spokojny sen, a śniło mu się morze. Błękitne, głębokie i bardzo spokojne. Morze, które widział tylko raz w życiu i które chciałby zobaczyć ponownie.

Obudził go lekki szelest. Otworzył oczy i rozejrzał się po pokoiku. Nie zmieniło się nic, prócz tego, że ktoś otworzył okno, a podmuchy wietrzyku kołysały firanami. To właśnie ów prawie niedosłyszalny szmer wyrwał go z objęć snu. Wstał ostrożnie i sięgnął po kukri. W momencie, gdy jego palce poczuły chropowatą powierzchnię rękojeści, uspokoił się. Podszedł do okna i zamknął je. W pokoju zapadła grobowa cisza tak intensywna, że słyszał jak serce pompowało krew, coraz szybciej i szybciej. Poczuł przypływ strachu. Przełknął ślinę i odwrócił się w stronę drzwi. Nie pamiętał, by zostawiał je otwarte, a teraz były lekko uchylone. Podszedł do nich ostrożnie i otworzył jednym, gwałtownym ruchem, ale nikt za nimi nie stał. Nikogo nie znalazł też na wąskim korytarzyku. Postanowił wyjść i rozejrzeć się po pozostałych pokojach. Nie było to może zbyt grzeczne z jego strony, tak bezczelnie przeszukiwać dom ludzi, którzy przyjęli go bez zbędnych pytań… ale tylko to mógł w tej chwili dla nich zrobić, gdyby jakimś cudem Oni zdecydowali się wejść do miasta.

W małej kuchni panował spokój. Nie paliła się żadna lampka, tylko nieduży, rudawy kot mruczał, śpiąc spokojnie na nagrzanym w ciągu dnia piecu. Rozejrzał się uważnie, ale nie był w stanie dostrzec żadnego śladu, jaki mogliby pozostawić po sobie Oni. Przyległa do kuchni, nieco większa jadalnia także wyglądała tak, jakby nikt do niej nie zaglądał od poprzedniego wieczoru. Tutaj też nie zlokalizował żadnego źródła światła, poza wpadającymi przez okna srebrnymi promieniami księżyca. Widząc to mimowolnie się rozluźnił, uspokoił. Chyba jednak nie złamali swoich postanowień i nie wtargnęli do miasta. W takim razie będzie mógł spokojnie wyjść na zewnątrz. Czuł, że musi to zrobić. Jego porą nie był dzień, tylko noc. Tak jak i Oni, o wiele lepiej czuł się w lepkiej ciemności niż w świecie skąpanym słonecznym blaskiem. Przynależał do świata, którym rządziła Królowa Shab.

* * *

Tylko w nielicznych oknach migotały chybotliwie światełka. Większa część miasta była uśpiona. Pomyślał, że to idealna pora na polowanie. Mógłby wspiąć się na świątynną wieżę i wypatrzyć z niej samotnego człowieka. Kobietę czy mężczyznę, wszystko jedno. Potrzebował innego rodzaju strawy niż ta, którą uraczyli go jego tymczasowi gospodarze. Przeszedł prawie bezszelestnie po zupełnie pustych uliczkach, kierując się bez chwili wahania w stronę jasnego gmachu świątyni, najwyższego budynku pustynnego miasta Tun. Był tu w ciągu dnia – pamiętał, jak kapłanka obmywała mu wszystkie skaleczenia, nastawiała połamane palce lewej dłoni i opatrywała głębokie rozcięcie na prawym barku. Te obrażenia nie miały już teraz żadnego znaczenia. Nie pozostał po nich najmniejszy ślad. Sycące jedzenie i odrobina odpoczynku pozwoliły zregenerować fizyczne siły. Teraz był czas na odnowienie innej energii.

Po smukłej wieży wspiął się bez większego wysiłku. Miał stąd doskonały widok na niemal całe miasto. Przed jego wzrokiem ukryte były jedynie te domy, które wybudowano poza niskimi, glinianymi murami okalającymi miasto. Zamknął oczy i zaczął obserwować ludzi swoim wewnętrznym wzrokiem. Aury były lekko rozmyte i tylko w kilku miejscach płonęły intensywniej – te osoby nie spały. Zatrzymał się przy jednej z nich. Należała do młodego mężczyzny, okaleczonego przez lwa nie tak dawno temu. Idealna ofiara. Ześliznął się zgrabnie z wieży i zaczął iść pewnym, sprężystym krokiem w kierunku wybranego celu. Tak jak poprzednio poruszał się niezwykle cicho. Nie zachował jednak dostatecznej ostrożności i piasek pod jego stopami zachrzęścił nieznacznie. Popełnił błąd.

– Salam – usłyszał za plecami melodyjny, męski głos. Głos, który mógł stać się zwiastunem jego końca.

Odwrócił się błyskawicznie, ale nie ujrzał nikogo. Była tylko pusta, ciemna uliczka pomiędzy małymi, glinianymi domkami. Jego serce jak oszalałe zaczęło tłuc się w klatce piersiowej. Obie dłonie zacisnął na broni. Tym razem rękojeści nie dodawały odwagi ani tym bardziej pewności siebie. Sprawiały, że po kręgosłupie przebiegł zimny dreszcz strachu.

– Salam – usłyszał po raz kolejny, lecz tym razem głos dochodził z prawej strony. Odwrócił się jednym, błyskawicznym ruchem. Jego wzrok napotkał ledwo widoczną sylwetkę, która zdawała się być jeszcze czarniejszą niż ciemność nocy. Poczuł, że po skroniach spływa mu pot.

– Salam, Bizhan – usłyszał po raz trzeci. Tym razem w głosie mógł wyczuć nutkę niezadowolenia, lecz jeszcze nie gniewu. Jednak uwagę bardziej zwrócił fakt, że obcy użył jego imienia. Myśli zaczęły krążyć w mózgu niczym stado oszalałych os wygonionych z ula. Skoro… On się z nim wita, to może jednak nie jest częścią pogoni?

-Sa… – zaczął, ale wyschnięte ze strachu gardło zaprotestowało. Zwilżył wargi językiem i spróbował jeszcze raz, z lepszym skutkiem: – Salam.

Ciemna sylwetka wysunęła się do przodu. Był teraz w stanie stwierdzić jedynie, że pod długą, czarną dżelabą i równie czarnym turbanem musiał skrywać się dość wysoki i szczupły mężczyzna. O dziwo nie zobaczył, by miał ze sobą jakąś broń. Mimowolnie odetchnął i uśmiechnął się, nie zwracając za bardzo uwagi na jedyną widoczną spod czarnego stroju część twarzy. Nie zwrócił też uwagi na błyskawiczny ruch i już po chwili leżał w pyle. Jego oczy rozszerzyły się ze strachu… Czy… Czy to możliwe? Czy to cały pościg? Jeden mężczyzna? Myśli przerwał ostry ból. Wrzasnął. Obie dłonie zostały przybite do podłoża jego własnymi kukri.

– Kasicha shama?! – wykrzyknął. Nie doczekał się odpowiedzi. Obcy wyciągnął tylko w jego kierunku pustą, prawą rękę. W drugiej dłoni niespodziewanie znalazł się sztylet o wąskim ostrzu.

– Marg?!

Na to pytanie także nie doczekał odpowiedzi. Szarpnął obiema rękami. Ból był niesamowity, ale udało mu się oderwać je od ziemi nasiąkniętej już krwią. Nie widział innego sposobu na wyjście z sytuacji. Rzucił się w kierunku ubranego na czarno mężczyzny, chcąc zwalić go z nóg. W tym samym momencie obcy przeciął swój prawy nadgarstek i skropił Bizhana krwią. W powietrzu uniósł się słodkawy zapach, niemal jak aromat wanilii… A on nie był w stanie się poruszyć. Zatrzymał się w pół kroku.

– Kasicha… shama? – z wielkim wysiłkiem powtórzył swoje pierwsze pytanie i dodał z nie mniejszym wysiłkiem: – Siyah Firishta?

– Nah – obcy zaprzeczył ruchem głowy i spojrzał mu w oczy. W oczy, które rozszerzyły się  ze świadomości tego, kim był ścigający. Pojedyncza istota. Silniejsza niż cały jego klan razem wzięty. Miał ochotę się zaśmiać. Uznano go za wielkiego zbrodniarza. Zdołał wypowiedzieć jedynie dwa słowa:

– Karda Wa?y…

Wiedział, że się nie mylił. Tym razem miał rację, ale myśl ta nie była wcale pocieszająca. Teraz mógł tylko patrzeć, spętany mocą Jego krwi. Patrzeć, jak Jego oczy zaczynają płonąć krwistą czerwienią. Patrzeć, jak z Jego krwi formuje się sejmitar o długim, lekko zakrzywionym ostrzu pokrytym szkarłatnymi literami mocy. Mógł, w końcu, tylko patrzeć na to, jak podchodzi bardzo blisko i muska delikatnie, samymi końcami palców, jego czoło i policzki.

Ba nam Padishah – usłyszał i poczuł jak to piękne, długie ostrze zagłębia się z cichym mlaśnięciem w jego brzuchu. Jęknął, wpatrując się w bezlitosne, szkarłatne oczy, których właściciel wyrwał miecz z jego wnętrzności bez żadnego słowa. Osunął się na ziemię. Krew wsiąkała w piasek szybko, ale mimo to utworzyła się mała kałuża.

– Sarwar… – wyszeptał cicho i zaczął powtarzać raz za razem – Sarwar… Sarwar… Sarwar…

Powtarzał je, gdy cienkie ostrze ponowie wbiło się w jego ciało. Nawet wtedy, gdy morderca odciął mu prawą dłoń. Powtarzał to jedno, jedyne słowo także wtedy, gdy odziany w czerń mężczyzna odszedł. Z tym słowem na ustach ostatecznie wyzionął ducha…