Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Lament – Rozdział I

Doświadczony wędrowiec idzie pomału, lecz bez ustanku.

Od południa wiał silny wiatr, niosąc ze sobą kurzawę pustynnego piasku. Niebo, aż po horyzont, zasnute było rdzawozłotą zamiecią, w której niemożliwym zdawało się znalezienie drogi, po której poruszały się karawany. Pomimo tych warunków wielbłądy zachowywały się nadzwyczaj spokojnie. W przeciwieństwie do ludzi, ich wierzchowców i smukłych, długonogich psów trzymanych na splecionych z rzemieni smyczach. Wyruszyli w podróż jeszcze przed świtem, a słońce, teraz skryte za piaskową zamiecią, niespiesznie kończyło powolną wędrówkę. Powinni już dawno dotrzeć do celu, ale w pobliżu mijanej oazy rozpętała się ta nieszczęsna burza piaskowa. Álvar westchnął z rozdrażnieniem i odszukał wzrokiem przewodnika, a zarazem tłumacza, którego najął jeszcze w Teheranie. Nie musiał szukać długo. Ukryty pod dżelabą i turbanem mężczyzna zawsze, dziwnym trafem, znajdował się obok, gdy tylko zaszła taka potrzeba.

– Powiedz im, że mają się zatrzymać. I niech rozłożą namioty. Musimy przeczekać tę burzę.

– Oczywiście – w odpowiedzi usłyszał cichy, opanowany głos. Po raz kolejny zaczął się zastanawiać  jaki sposób ten człowiek zachowuje taki spokój. W każdej sytuacji. Przeszli już razem sporo: dwie burze piaskowe, napad pustynnych rozbójników i spotkanie z lwem. Ten mężczyzna ani razu nie wydawał się być przerażony czy chociażby poruszony. Ba! Zdawał się wręcz lubić sytuacje, które dla innych ludzi byłyby w najlepszym przypadku niekomfortowe. Dla Álvara, członka jednego z najznamienitszych hiszpańskich rodzin, były one bardzo niekomfortowe, nie wspominając już o tym, że były też zwyczajnie niebezpieczne. Dodatkowo bardzo go denerwowały – każda z nich oznaczała opóźnienie, a musiał dowieźć powierzony mu ładunek przed końcem tego miesiąca. Zastało mu na to zaledwie kilka dni, może tydzień. Chociaż przez te ostatnie burze stracił tak naprawdę rachubę czasu. Zresztą tutaj, w Persji, czas zdawał się płynąć zupełnie inaczej niż jego rodzinnej, słonecznej Hiszpanii. Nagle zatęsknił za zielonym ogrodem i kojąco szemrzącą fontanną. Zatęsknił za smakiem słodkich pomarańczy, za widokiem morza rozciągającym się swoim lazurem aż po horyzont. Nie przypuszczał, że podczas tej podróży tak bardzo będzie chciał znaleźć się z powrotem w Hospitalet.

Ukryty pod grubym płótnem namiotu sączył powoli ten dziwny napój, który wynajęci poganiacze określali mianem dough. Wiedział, że był to rodzaj jogurtu mocno doprawiony solą i miętą. Nie była to najsmaczniejsza rzecz jaką zdarzyło mu się spożywać w Persji, ale skutecznie tłumiła głód. Choć o wiele bardziej wolałby siedzieć teraz we wnętrzu domu przy abguszu i ghalyonie, musiał przyznać, że napój ten był lepszy niż nic. A tylko taki alternatywny wybór posiadał. Wiadomo jednak, że o wiele bardziej wolałby być już u celu podróży, który nawiasem mówiąc wydawał mu się coraz dalszy. Burza piaskowa zatrzymała karawanę na dwa dni – zdecydowanie za długo, ale zdawał sobie sprawę, że nie byłoby roztropnie brnąć przed siebie w nieznanym kierunku.

– Czasem mam wrażenie, że cała ta wyprawa jest szaleństwem – zdecydował się przerwać milczenie. Dokuczliwe tym bardziej, że jego towarzysz zdawał się być nadzwyczaj spokojnym i małomównym człowiekiem. Dodatkowo był jedynym, z którym Hiszpan mógł w tej chwili porozmawiać.

– Masz rację – skinął głową mężczyzna nadal ukryty pod turbanem zdecydowanie bardziej pasującym do ludu Sahary niż Persa. Álvara jednak bardziej zastanawiało w jaki sposób Arzilah tak dobrze opanował język hiszpański. Jego rozmyślania przerwał drugi mężczyzna, który dodał po chwili:

– O tej porze roku droga z Teheranu zawsze bywa niebezpieczna. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że jesteśmy w pobliżu Tun.

– Tun? – Hiszpan zmarszczył w zamyśleniu brwi – Czy poganiacze czasem o tym nie wspominali?

 – Zgadza się. Nie chcieli tędy przeprawiać się przez pustynię, ale to najszybsza droga.

Wypowiadając te słowa mężczyzna wstał ze swojego koca i podszedł do płachty osłaniającej wyjście z namiotu. Odsunął materiał chcąc zapewne wyjrzeć na zewnątrz. Álvar także odruchowo spojrzał. Było ciemno, tak ciemno, że nie mógł dostrzec najbliżej stojącego namiotu. Do środka wdarł się chłodny, orzeźwiający podmuch wiatru.

– Burza się skończyła, jutro z samego rana będzie można w końcu ruszyć z miejsca – zawyrokował. Podczas tej podróży zdołał poznać już nieco prawa rządzące pustynią i przesądnymi ludźmi Persji.

* * *

Nie było jeszcze południa. Słońce nie sięgało zenitu, a powietrze nagrzało się tak mocno, że oddychanie nim sprawiało niemal ból. Było niesamowicie duszno, a cień rzucany przez niskie domy i gęsto rosnące palmy nie dawał za wiele wytchnienia. Na ulicach nie widział zbyt wielu ludzi. Także wszystkie zwierzęta gdzieś się pochowały. Westchnął tylko i poszedł dalej, a przejść musiał niemal przez całe miasto, by znaleźć polecone mu miejsce. Potrzebował osoby, która przeprowadzi jego towary przez pustynię. Nie zdawał sobie wcześniej sprawy, że może nastręczać to tylu problemów. Już parę razy był pewien, że uda mu się zatrudnić przewodnika, lecz gdy tylko wymieniał miejsce przeznaczenia karawany wszyscy rezygnowali mówiąc krótko: „To nie czas na podróż”. Był tym poirytowany, ale miał nadzieję, że w końcu znajdzie śmiałka, który podejmie się przeprawy.

W tej części miasta było zdecydowanie przyjemniej. Palmy o bardziej rozłożystych liściach chroniły przed upalnym słońcem, a w ich cieniu odpoczywali ludzie. Ich stroje połyskiwały złotymi nićmi, czasem też szlachetnymi kamieniami. Álvar czuł się tu dziwnie, nie na miejscu. Choć sam wywodził się ze szlachetnego, bogatego rodu, zdawał sobie sprawę, iż w swoim prostym odzieniu może wydawał się tu zwykłym wieśniakiem. Szczerze powiedziawszy wolałby znaleźć się daleko stąd, ale musiał odnaleźć mężczyznę, o którym opowiadał mu jeden z pustynnych przewodników.

Dotarł nareszcie na miejsce. Skryty wśród gęstych zarośli, palm i kwiatów niski budynek nie robił wrażenia w porównaniu z sąsiednimi posiadłościami. Błękitne ściany niskiego murku i ozdobne wejście zdawały się być skromniejsze, tak jakby ich celem było tylko równoważenie przepysznie urządzonego ogrodu. Bogactwo zieleni liści i tęczowe wręcz kolory kwiatów. Stał chwilę przed wejściem niepewny czy warto w ogóle próbować, ale ruszył w końcu przed siebie. Nie zdążył się jednak rozejrzeć, gdy poczuł na ramieniu dłoń i usłyszał głos. Pytający o coś ostrym tonem. Na swoje nieszczęście nie znał języka tego kraju, więc odwrócił się unosząc ręce.

– Hiszpan! – usłyszał ciche warknięcie. Osoba, która stała przednim była wysoka. Wyższa nawet od niego, a Álvar nie był bynajmniej ułomkiem. Większe jednak zdziwienie budził fakt, że ubrana w prostą tunikę i szerokie spodnie postać była niewątpliwie kobietą. Nie miała zwyczajowo zasłoniętej twarzy, więc widział jej ostre, ale mimo to ładne rysy twarzy, które pospołu z jej bladą skórą i bardzo jasnymi oczami, powiedziały mężczyźnie, iż nie mogła ona być Perską.

– szukam niejakiego Adara – powiedział szybko odwracając wzrok od jej twarzy. Miał nadzieję, że wybrnie jakoś z niezręcznej sytuacji. Kobieta wykrzywiła ust w grymasie niezadowolenia i sięgnęła do lewego biodra. Dopiero teraz zauważył, że przy pasie nosiła miecz o zakrzywianym ostrzu.

– Jak śmiesz tak mówić o … – nie dane jej było dokończyć. Męski, przyjemny w brzmieniu głos przerwał:

– Daj mu spokój, Djee’hab. On nie wie.

Młody Hiszpan zauważył natychmiastową zmianę jaka zaszła na twarzy Djee’hab. Przed chwilą jeszcze rysował się na niej gniew. Teraz widać było jedynie szacunek. Kobieta pochyliła głowę w geście pokory i wyszeptała:

– Arba-b…

W jej głosie wyczuwalna była nutka niepokoju, może nawet strachu. Álvar spojrzał więc na przybysza, który przed chwilą uratował mu, może nie życie, ale zdrowie na pewno. Mężczyzna, w porównaniu z nim samym i Djee’hab, był dość niski. Jego ciemne ubranie, proste w kroju ubranie nie było w ogóle ozdobione, ale na prawym nadgarstku błyszczały srebrzyście wąskie bransolety. Hiszpan zwróciłby na nie pewnie większą uwagę, gdyby nie oczy nieznajomego, spoglądające na niego z niezmąconym spokojem. Miały one barwę jasnego, roztopionego złota. Mężczyzna uśmiechnął się lekko i rzekł:

– Szukałeś mnie, przybyszu. Wejdźmy do środka i przy ghalyonie oraz napitku porozmawiamy o twojej prośbie.

Álvar skinął tylko głową. Nie przychodziła mu do głowy żadna sensowna odpowiedź. Szczególnie, że nagle wydało mu się, iż ten obcy człowiek posługuje się jego ojczystym językiem lepiej od niego.

* * *

Na horyzoncie pojawiła się zieleń. Soczysty kolor palmowych liści. Wytrawne oko dojrzałoby także mury okalające całe miasto, a także potężną bramę broniąca do niego dostępu. Jednak wzrok Álvara nie był przyzwyczajony do ostrego słońca, które panowało teraz wysoko na niebie. Nie patrzył przed siebie. Wzrok wbity miał w grzywę wierzchowca i trwałby tak jeszcze, gdyby nie spokoju głos, który wyrwał go z zamyślenia.

– Spójrz, widać już mury i bramę Meshed. Za kilka godzin będziesz u celu podróży.

Hiszpan spojrzał więc przed siebie. Z ledwością dojrzał jedynie liście palm, ale uwierzył drugiemu mężczyźnie. Nieopodal drzew musiały stać kamienne, wysokie mury. Zdołał się już zorientować, iż Arzilah nie mylił się w niczym. Czasem działało mu to na nerwy, ale z drugiej strony był zadowolony, że miał przy sobie kogoś niezawodnego. Kogoś na kogo mógł liczyć w każdej sytuacji, kto nie cofał się przed żadnym niebezpieczeństwem i kto znał ten kraj tak dobrze, jak to tylko możliwe.

– Więc to koniec… – westchnął i skierował spojrzenie na Persa. Ten, jak zwykle zresztą, nie odwzajemnił spojrzenia i tylko gładził delikatnie szyję wierzchowca nadal wpatrując się w majaczące w oddali miasto. Przez ostatnich kilka dni Arzilah zdawał się być pogrążony w jakiejś zadumie, a gdy przejeżdżali pospiesznie obok ruin dawnego Tun, mężczyzna oddalił się od karawany. Powiedział wtedy, że musi coś sprawdzić i skierował konia w stronę zawalonych budynków. Zniknął na niecałą godzinę, ale gdy wrócił był w złym nastroju. To był jedyny moment podczas całej podróży, gdy Álvar dostrzegł na jego twarzy inne uczucie niż spokój… ale nie wiedział sam czy powinien być z tego faktu zadowolony. Czuł się dziwnie w pobliżu pozostałości pustynnego miasta. Coś musiało się tam dziać, coś co sprawiało, że Persowie niechętnie wybierali się w tę okolicę. Hiszpan próbował wypytywać o to Arzilaha, ale ten zbywał go krótko lub w ogóle nie odpowiadał. To zaniepokoiło Álvara jeszcze bardziej.

Meshed na pierwszy rzut oka niemal niczym nie różniło się od Teheranu, ale można było wyczuć w nim coś, czego w tym drugim mieście nie było. Być może wiązało się to z nieco innym krojem ubioru mieszkańców i większą ilością ich biżuterii i ozdób. Niewykluczone, że wrażenie inności, Meshed, uzyskało dzięki brakowi widoku żebraków w Teheranie siedzących na niemal każdej ulicy. Efekt odmienności tego miasta potęgowały bogatsza roślinność i bardziej zdobne budynki, pozornie bardzo podobne architektonicznie do tych w stolicy Persji, ale faktycznie pełne obcych tamtejszym zabudowaniom szczegółów. Álvar obserwował to wszystko z szeroko otwartymi oczami. Pochłaniał widoki całym sobą i nie zauważył nawet kiedy dotarł do potężnego gmachu zbudowanego z białego kamienia.

– To tutaj – usłyszał cichy głos. Otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał na towarzyszącego mu mężczyznę. Arzilah wyglądał całkiem inaczej niż podczas przeprawy przez pustynię. Zmienił swój tuareski turban i dżelabę na coś bardziej eleganckiego. Wygodne, szerokie spodnie oraz tunika Persa zrobione były z czarnego jedwabiu i ozdobione misternymi srebrnymi haftami. To odzienie zdawało się pasować do niego zdecydowanie lepiej. Hiszpan uśmiechnął się lekko uświadamiając sobie, że on sam wygląda jak pierwszy lepszy łachmaniarz z pustyni.

– Nie martw się o to – powiedział nagle Arzilah jakby wyczytując tę myśl – Sarwar jest bardzo wyrozumiały. Álvar spojrzał na drugiego mężczyznę. Przez chwilę  jego głosie słyszał nutę ironii, ale twarz Persa była jak zwykle pełna spokoju. Tylko przez złote oczy czasem skakały czerwonawe iskierki rozbawienia.

* * *

Ogień i dym unoszący się dookoła, duszący. Ledwie wyczuwalna woń krwi i jeszcze czegoś nieuchwytnego. Wiedział, że taki właśnie zapach ma śmierć. Niesamowity ból zmiażdżonego kolana. Ciepło powoli uchodzące z ciała i zaciemniający się widok przed oczami… Ucieczka! Nie. Musi zostać na straży. Nie opuści posterunku choćby miał z tego powodu zginąć. Oni nie dostaną tej rzeczy. Nie pozwoli na to. Nagle rozbłysk… A po nim cisza i czerń. Błogi spokój, ból przestaje pulsować w ranach, tak licznych, że normalny człowiek już dawno by umarł. Całe ciało ogarnia ciepło, tylko oczy nie mogą niczego dostrzec. Nie żyje? To właśnie jest Świat Zmarłych? Ale przecież on tak wcale nie wygląda! Po śmierci nie ma nic. Śmierć to koniec wszystkiego, śmierć to rozpacz i ból, a po nich… nie ma nic. Dusza, czy to co stanowi o istocie, znika na zawsze. Widział to wielokrotnie. Nie umarł więc, żył nadal… Dlaczego?

Przed oczami pojawiły się kształty, ledwie dostrzegalne w ciemności. Widział też przygaszone kolory – czerwień ciężkich, grubych kotar, zieleń i błękit zdobionych ścian pomieszczenia. Uniósł rękę i dotknął twarzy. Wiedział już, że to on. Taki jakby był. Nie przewędrował do innego ciała. Odetchnął cicho z ulgi. Chwilę później spróbował się podnieść, by wstać, ale porażający ból w piersi na to nie pozwolił. Leżał więc spokojnie dalej zastanawiając się gdzie właściwie jest. I dlaczego.

Otworzył oczy. Widział już całkiem wyraźnie, rozróżniał nawet delikatnie odcienie kolorów. Nadal jednak nie mógł wstać jeżeli nie chciał odnowić urazów. Głęboka rana na piersi już niemal całkowicie się wygoiła. Z kolanem zmiażdżonym w potyczce także było całkiem dobrze, choć zdawał sobie sprawę z tego, że być może już nigdy nie odzyska w nim pełnej sprawności. Jednak cieszył się z tego, że będzie mógł chodzić, chyba nawet biegać. A kto wie – po kilkudziesięciu latach to kolano może będzie na tyle sprawne, że znów będzie w stanie uczyć. Uśmiechnął się lekko i znów zapadł w sen.

e-mail autora: Arillenor@interia.pl