Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Liści szept

Napisałam to na jeden z pierwszych pojedynków, które dawno temu rozgrywały się na GMF. Temat brzmiał: “W lesie, wśród listowia – pożądanie”. Tak sobie pomyślałam, że przypomnę tym, którzy znają i zaprezentuję tym, którzy czytać nie mieli okazji…

Świt srebrzył już wierzchołki drzew w Wielkim Lesie, a ptaki, otrzepując kropelki rosy z piórek, rozpoczynały poranną pieśń, gdy Iarvain szedł przez łąkę ku jezioru. Rosa nie wyschła jeszcze i idąc wśród traw czuł jej rześką wilgoć pod palcami. Uśmiechnął się do siebie, widząc kołujące na czystym niebie gołębie. Dziś można będzie wybrać się na polowanie, pomyślał. Znał miejsce, gdzie gniazdowały i gdzie mógł podkraść się niezauważony przez czujne ptaki.
Przystanął na brzegu jeziora, by się napić. Niemal przezroczysta woda ukazywała usłane drobnymi kamyczkami dno i przemykające wśród roślin małe rybki. Iarvain przyglądał się im przez jakiś czas, rozważając, czy warto znaleźć jakiś wygodny kamień, na którym mógłby usiąść i spróbować coś złowić, ale jego czujne oko przykuła jasna plama, coś białego, co z brzegu odbijało się na powierzchni wody. Uniósł wzrok, i zobaczył ją.

Vithurill siedziała dumnie wyprostowana niedaleko niego, mierząc go czujnym spojrzeniem zielonych oczu. Nosiła się na biało i srebrno, jak łabędź i tak jak łabędzie wysoko nosiła głowę. Była śliczna. Lekka, jak puch na wietrze i smukła, jak trzcina, przykułaby uwagę każdego, a Iarvain zawsze uważał się za konesera. Uśmiechnął się do niej lekko, na co ona przechyliła głowę, jakby się zastanawiając. Potem odwzajemniła uśmiech. Wiedział, że czekała tu na niego.

Pierwszy raz spotkali się dwa dni temu. Vithurill zaskoczyła go, na ścieżce, którą uważał niemal za swą prywatną własność, na drodze do jego ulubionego miejsca wypoczynku wśród srebrzystych pni brzóz. Siedziała wśród wysokich źdźbeł trawy, tak samo wyprostowana i dumna jak dziś rano nad jeziorem. Jej szata cudownie komponowała się z pniami brzóz – białymi w delikatne brązowe cętki i Iarvain musiał przyznać, że oto znajduje się przed nim jedna z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejsza istota na świecie. Znał ją przedtem z widzenia. Wiedział, że mieszka w jednej z niewielkich osad na północnym skraju Wielkiego Lasu.

Widział ją i poczuł na sobie spojrzenie jej szmaragdowych oczu, gdy śpiewał na festynie. Nie była jedyną, dla której uwagi wziął udział w konkursie, lecz spośród wszystkich, jej przyznałby prawo pierwszeństwa. Tamtego dnia nie wygrał, ale mimo to wybrał się na ucztę wraz z innymi. Srebrnej Vithurill nie było wśród świętujących. Zamiast tego, znajomy opowiedział Iarvainowi parę słów o niej. Była córką najważniejszej persony w wiosce i o jej zainteresowanie konkurowało wielu młodzieńców. Iarvain nawet w najśmielszych snach nie mógł marzyć o przynależeniu do tej grupy. Z tego, co usłyszał, składała się ona tylko z najodważniejszych i najsilniejszych.

A mimo to…

W klanie Eadilef decydujące zdanie należało do kobiety. Właśnie dlatego Iarvain miał szansę spotkania Vithurill – wybrała go, mimo iż właściwie się o nią nie starał. Znalazła go. Porozumieli się bez słów. Wystarczyło im kilka długich, opanowanych spojrzeń, skrywany uśmiech w kącikach warg, skłonienie głowy…

Iarvain zdawał sobie sprawę z tego, że ten pierwszy dzień zapamięta na zawsze. Długą, leniwą niemal wędrówkę wśród odwiecznych pni. Promienie słońca prześlizgujące się między drżącymi na wietrze liśćmi, rysujące na podłożu z mchu skomplikowane wzory. Małe plamki światła, które Vithurill dla zabawy goniła, dając mu podziwiać swą grację i delikatność ruchów… A potem wieczór, gdy światło słoneczne gasło gdzieś na granicy widzenia, a oni spoczęli na dywanie z opadłych liści, zmęczeni, ale szczęśliwi sobą nawzajem…

Dlaczego go wybrała? Gdyby ktokolwiek miał prawo zadać jej te pytanie… gdyby się odważył, Vithurill miałaby gotową odpowiedź. Intrygował ją. Nie był znanym myśliwym, nie był wojownikiem, o którym opowiadano by historie, nie pochodził z żadnego ze znamienitszych rodów. Nie był nawet specjalnie przystojny z tą brzydką szramą na policzku – zapewne pamiątką po jakimś starciu. Ale wyglądał tajemniczo w swoich czerniach, spoglądając na świat wielkimi oczyma w głębokim kolorze bursztynu. Miał opinię ponurego samotnika, ale, tak jak przypuszczała, okazał się całkiem sympatyczny, gdy poznała go bliżej. Znał Wielki Las o wiele lepiej, niż ona i podczas ich wędrówek pokazał jej takie miejsca, o których nawet nie miała pojęcia. Wbrew opinii innych mieszkańców osady, był też wcale zręcznym łowcą – zgodnie ze starym zwyczajem przynosił jej w prezencie drobne zdobycze, jakby wciąż jeszcze musiał zdobywać jej przychylność i zainteresowanie. Uśmiechała się na te objawy szacunku i przywiązania, które wśród mniej oddanych tradycji młodych zaczynały już zanikać.

Iarvain nie tylko te zwyczaje zachowywał. Jak za dawnych czasów, szedł o krok przed nią przez las, czujnie obserwując otoczenie, gotów zareagować na każdy, najlżejszy sygnał niebezpieczeństwa. Obserwowała go, jak kroczył lekko, niemal nie budząc szelestu wśród opadłych liści, ostrożny i czujny do granic możliwości. Przychodziło mu to z pełną gracji łatwością, aż Vithurill zaczynała się zastanawiać, skąd wzięła się ta mało przychylna opinia o nim wśród mieszkańców osady. Czy tylko dlatego, że żył dziko na skraju lasu, nie utrzymując kontaktu prawie z nikim i zazdrośnie strzegąc swoich ścieżek?

Wieczory spędzali na jednym z wysokich dębów na skraju lasu, podziwiając zachody słońca i przytulając się do siebie ramionami. Złota kula ospale znikała pod krawędzią horyzontu. Wśród niskich zarośli na skrajach pól zaczynały nieśmiało odzywać się słowiki, a Iarvain, nie wiadomo, urzeczony ich głosem, a może tylko zapachem nocy, nadstawiał uszu, nasłuchując dobiegających z głębi lasu odgłosów, a jego bursztynowe oczy zapalały się niesamowitym, hipnotycznym blaskiem. Vithurill wpatrywała się w niego zafascynowana, w duchu gratulując sobie słusznego wyboru.

Potem zanurzali się w pachnącej intensywnie trawie, tulili się do siebie długo i cieszyli się swoją nawzajem obecnością. Srebrzyste światło księżyca wynajdywało wśród zieleni ich sylwetki, jasną Vithurill i ciemną Iarvaina; twarz w pełni uśmiechała się nieśmiertelnym, milczącym uśmiechem, jakby i ją cieszyła ta szaleńcza pasja dwojga istot. Byli ze sobą, zapamiętale, nie zważając na nic i nie przejmując się niczym. Nocami istnieli i liczyli się tylko oni.

Czasem po prostu siedzieli, wdychając zapach swojego szczęścia i zmęczenia. Zapach, który mieszał się z odurzającym aromatem zieleni traw, wilgocią pni, mchem, jak puszysty dywan pokrywającym ziemię. Zielone oczy Vithurill błyszczały i oznajmiała swoją radość cichym, ponętnym mruczeniem. Iarvain najczęściej zaczynał śpiewać. Łagodne ballady, długie, śpiewane historie ich klanu, opowieści dawne i nowe przenikały powietrze między drzewami, zawisały wraz z poranną mgłą i różowiły się jutrzenką, gdy wstawał świt. Słuchała go nie przerywając, nie komentując.

Trzeciego, a może czwartego dnia, zaraz po tym, jak Vithurill została z nim w lesie, na jakiś czas odcinając się od życia w osadzie, na skraju lasu pojawił się Rudy. Iarvain znał go z widzenia i słyszenia. Masywny, dobrze zbudowany młodzian cieszył się zasłużoną opinią zręcznego, ale okrutnego wojownika. Mówiono o nim, że rzadko kiedy miewał skrupuły, zabijając, a swoich przeciwników zwykle wyzywał do walki na śmierć i życie. Z pojedynków wychodził zwycięsko, zaś liczne blizny na policzkach, czole i uszach świadczyły o ostrości starć. Iarvain nie miał wątpliwości, czego Rudy szukał pod Wielkim Lasem.

W pierwszej chwili ogarnęła go chęć zabrania Vithurill poza zasięg wzroku Rudego i wycofania się głębiej w las, gdzie, być może, nie zostaliby znalezieni, ale szybko się opanował. Postąpiwszy tak, zostałby uznany za tchórza, a mimo całej swojej pogardy dla opinii mieszkańców osady, nie mógłby znieść hańby w oczach swojej kochanki. Siedział więc na gałęzi drzewa, pełnym napięcia spojrzeniem obserwując spacerującego przez pole przeciwnika. Rudy zauważył go i teraz czekał na jego ruch. Rysy Iarvaina wyostrzyły się. Zeskoczył na ziemię i powolnym, pewnym siebie krokiem ruszył w kierunku Rudego.

Z bliska młodzieniec wyglądał na jeszcze większego, niż z gałęzi wiązu, ale Iarvain próbował się tym nie przejmować. Jakkolwiek silny by nie był, nie mógł mieć szybkości i zwinności, jaką dawało życie w głębi lasu i na tych przewagach Iarvain opierał swoją szansę zwycięstwa. Rudy zatrzymał się na jego widok i na jego poznaczonej bliznami twarzy pojawił się uśmiech, który można było jednoznacznie określić jako złośliwy.

Stanęli naprzeciwko siebie w odległości może metra i patrzyli. Bursztynowe i jadowicie zielone oczy mierzyły się czujnie, oceniając możliwości i słabe punkty przeciwnika, mierzyły odległość, wyliczały szanse i możliwości, stwarzane przez otoczenie. Jak od wieków – przeszło przez myśl Iarvainowi. Zwyczaje określały przebieg tego pojedynku od setek lat niezmiennie. Dumny marsz, spotkanie oko w oko, walka na długie, uważne spojrzenia, gdy żaden z przeciwników nie zamierzał spuścić wzroku, by choć na moment dać temu drugiemu przewagę…

Iarvain mimo woli poczuł dreszcz, gdy Rudy, nie przestając patrzeć mu prosto w oczy, pochylił się lekko, jakby szykując się do ataku. Na jego masywnej szyi mięśnie zagrały wojenną pieśń i Rudy ruszył. Iarvain przykucnął, przypadł do ziemi, spiął się w sobie, gotując się do odparcia uderzenia… trawa i grudki ziemi zawirowały w powietrzu, gdy przypadli do siebie, uderzyli kilkakrotnie i odskoczyli, szczerząc zęby w gniewnych grymasach. W gardle Rudego bulgotał groźny, wojenny pomruk. Iarvain tylko raz, krótko syknął i umilkł. Zdawał sobie sprawę z tego, że milczący przeciwnik jest bardziej przerażający niż ten, który głośnymi okrzykami dodaje sobie otuchy.

Skoczyli ku sobie znowu, ale nim zdążyli się dosięgnąć, jasna smuga wpadła pomiędzy nich. Dwa krótkie, błyskawiczne ciosy i obaj młodzieńcy usiedli w trawie, zaskoczeni. Vithurill wparowała między nich i teraz obracała się, patrząc wściekle to na jednego, to na drugiego. Jej zielone oczy sypały gniewne iskry i Iarvain mógłby przysiąc, że Rudy zmalał pod jej spojrzeniem. Przez krótką chwilę miotała się między nimi, jakby nie mogła zdecydować, którego pierwszego przywołać do porządku, po czym uspokoiła się. Ostatnim, pełnym potępienia rzutem oka pożegnała Rudego i podeszła do swego kochanka, lekko potrącając go barkiem. Zrozumiał, potulnie odwrócił się i podążył za nią. Wiedział, że jego przeciwnik, pokonany właściwie jeszcze przed walką, nie zdecyduje się na ponowny atak. Vithurill bardzo dosadnie dała znać, którego z nich wybiera i z jej zdaniem żaden z młodzieńców nie śmiałby się kłócić. Takie były zasady. Taki był zwyczaj, zawsze, od setek i tysięcy lat niezmienny.

Rudy siedział w trawie nieruchomo, aż zniknęli mu z oczu w głębi lasu. Melancholijnie podrapał się za uchem i wzruszył ramionami. Potem wstał, odwrócił się i lekkim truchtem podążył z powrotem do osady. W duchu żywił nadzieję, że jeśli nie Vithurill, to inna dziewczyna zwróci uwagę na jego masywną sylwetkę i umiejętności. W osadzie był niekwestionowanie najlepszą partią. Aż dziw, że srebrna Vithurill wybrała tego małego chudzielca. Ale cóż. Decyzji niewiast się nie kwestionuje. Nawet on, choć z całej siły starał się być nowoczesny i zrywać z niektórymi tradycjami, nie zaryzykowałby z nią starcia.

Noc. Szept wiatru w koronach drzew. Potężne pnie, pokryte mozaiką kory, mchu i porostów. Blade światło księżyca, prześlizgujące się między drżącymi liśćmi, srebrnymi plamkami rysując wzory na mchu.

W przesyconym zapachem nocy powietrzu kołują nietoperze i blade jak duchy leśne ćmy. Vithurill śledzi je szmaragdowymi oczyma, w których pojawił się delikatny, fosforyczny blask – charakterystyczny dla stworzeń, żyjących nocą. Iarvaina jeszcze nie ma – poluje gdzieś w głębi lasu. Dziewczyna czeka. Jej delikatnie spiczaste uszy nasłuchują wśród szelestu odgłosów kroków kochanka. Jest.

Ciemna sylwetka wynurza się spomiędzy liści olbrzymich paproci, dźwiga upolowaną zwierzynę. Na chwilę kochankowie przytulają się do siebie, bez słów wyrażając radość z ponownego spotkania. Potem siadają do posiłku, niemal stykając się czołami podczas jedzenia, czując swoje ciepło i bliskość.

Potem szelest liści, na które razem padają. Dotyk. Oddech. Westchnienie? Okrzyk.
Cisza. Drgająca, ciepła, nocna cisza.
Zasnęli razem, przytuleni do siebie, szczęśliwi. Spełnieni.

Rano nie było jej przy nim. Iarvain podniósł się powoli, przeciągnął i usiadł, nieruchomo wpatrując się w resztki wczorajszej kolacji. Spodziewał się, że może to nastąpić właśnie tego ranka. Do Vithurill należała decyzja, kiedy go opuści i wyglądało na to, że podjęła ją już teraz. Trochę szybko, doszedł do wniosku, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że kolejne spotkania nic by nie zmieniły. Spełnił swoje zadanie i nie oczekiwał, że jeszcze ją kiedyś zobaczy.

Mylił się.

Czekała na niego znowu nad jeziorkiem, cicha, jakby potulna. Jakby chciała przeprosić, że odeszła tak nagle i bez słowa. Gdy się do niej zbliżył, uniosła zielone oczy.

Dwa malutkie, wilgotne noski dotknęły się. Vithurill uśmiechnęła się do niego, kącikiem warg, tak, jak tylko koty potrafią. Koniuszek jej srebrnego ogona poruszał się delikatnie, wprawiając suche liście w smutny szelest. Siedzieli tak przez chwilę, w ciszy, jakby wspominając, a potem kocica wstała.

Nie oglądając się za siebie, długimi susami zbiegła ze wzgórka i podążyła w kierunku osady. Iarvain przez chwilę patrzył za nią, nim srebrzysta, nakrapiana brązowo smuga nie zniknęła wśród wysokich traw. Potem usiadł na skraju jeziora, przybrał odpowiednią pozycję i czekał.

Maleńkie rybki przepływały pod nim, a czarny kocur czekał tylko odpowiedniej okazji, by któraś z nich stała się jego późnym śniadaniem.

 I to było wszystko, pożądanie wśród drzew, w szeleście suchych liści.