Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Psie Pola: Sierociniec. Cz. I

Miłosz jakiś czas krążył dokoła budynku. Nie z chęci zbadania terenu. O tym, że jest bezpiecznie wiedział już po drugim okrążeniu. Teraz tylko podziwiał masywne, kamienne ściany bogato zdobione rzeźbami przedstawiającymi ludzi wykonujących codzienne zajęcia. Obejście budynku dokoła miało zająć mu sporo czasu. Raz, że był zmęczony długą wędrówką po Psich polach, a dwa, że w ogóle nie miał zamiaru się śpieszyć.

Urzekała go harmonia i spokój bijące z tych murów. Przejechał wzrokiem w górę podziwiając półkoliste, duże okna pnące się do samego dachu. Cofnął się kilka kroków, żeby przyjrzeć się bliżej gęsto ułożonej, czerwonej dachówce. Niestety sporej części brakowało, podobnie zresztą rzecz miała się z murem, ale ogólna konstrukcja trzymała się dobrze. Czerwone kawałki cegły walały się po ziemi, od czasu do czasu mieszając się z białymi odłamkami kamiennych bloków. Mimo jasnych kolorów ciężko było je dostrzec w ogarniającej wszystko ciemności. W normalniej sytuacji Milosz nie miałby z tym żadnych problemów. Uśmiechnął się smutno, kiedy do głowy przyszła mu myśl, że piesza podróż z Krakowa pod warszawę bez pożywienia nie była ani normalną sytuacją, ani dobrym pomysłem. Westchnął głęboko. Zaraz jednak odepchnął od siebie złe myśli. Wychodził z założenia, że trzeba myśleć pozytywnie i cieszyć się małymi rzeczami. A tę małą radość dawało mu teraz podziwianie budowli.

Kiedy nasycił oczy widokiem dworku, ruszył w kierunku wejścia. Zastanawiał się, jakim cudem budowla ocalała. Wyobraźnia podsuwała mu mnóstwo odpowiedzi. Może dworek został wzniesiony już po wojnie? Jeżeli tak, to na pewno nie przez ludzi. Oni nie są w stanie postawić jakiejkolwiek budowli w tak niebezpiecznej części Psich pól. Jeśli dwór wzniosła jakaś inna rasa, to pozostawało pytanie po co? I dlaczego teraz stoi pusty? Może mieszkała tu grupa ocalałych, ale zrobiło się zbyt niebezpiecznie i musieli się wynieść? Najbardziej prawdopodobnym wydawało mu się  przypuszczenie, że budowla po prostu miała szczęście i dzięki temu przetrwała wszystkie, okoliczne bitwy.

Przekroczył trzy stopnie wylane w kształt owalu. Przyglądał sie jeszcze chwilę niewielkiej kolumnadzie zamkniętej półkolistym sklepieniem ganku, by po chwili znaleźć się przy masywnych skrzydłach drzwi. Lakierowane drewno trzymało się zaskakująco dobrze. Pierwotny właściciel tego budynku musiał mieć ciekawe upodobania, każąc w dwudziestym pierwszym wieku zamontować na drzwiach okrągłe kołaty. Miłosz zbadał je z uwagą, po czym przesunął wzrok w prawo. Widok mosiężnej, zaśniedziałej tabliczki przytroczonej do ściany zdziwił go nieco. Szczególnie, że na jej powierzchni starannie wygrawerowano napis: “My też żyliśmy, śmialiśmy się i kochaliśmy”. Coś zaświtało mu w pamięci. Gdzieś już widział coś podobnego. Oświecenie przyszło znienacka. To szpital dla chorych umysłowo. Widział kilka z podobnymi inskrypcjami na terenie całej Europy. Nigdy nie interesował się tematem, ale wyobrażał sobie, że to wielka myśl jakiegoś sławnego psychiatry. Może nawet noblisty sprzed wybuchu wojny? Nagle, kontem oka dostrzegł zarys dobrze znanego mu kształtu. Odwrócił wzrok w prawo. Nie mylił się. Niedaleko budynku ktoś urządził prowizoryczny cmentarz. Powiązane czym się dało krzyże, wykonane z zeschłego drewna –prawdopodobnie tego samego, które pozostało po okolicznym lesie –miały nie więcej jak kilka lat. A to mogło oznaczać tylko jedno.

Zarówno nekropolia, jak i sam azyl napawały Miłosza taką ciekawością, że postanowił nie czekać ani chwili dłużej. Pociągnął za klamkę. Drzwi trzasnęły głucho i ugięły się pod silą mięśni wędrowca, ale nie ustąpiły. Zamknięte. Pomyślał. Dziwne. Skoro ktoś zamknął drzwi… Uśmiechnął się drapieżnie. Sięgnął do kieszeni kurtki i wydobył z niej dziwny przedmiot przypominający połączenie klucza i scyzoryka. Podobnie, jak kieszonkowy nożyk, miał kilka wysuwanych końcówek. Milosz obejrzał uważnie zamek i umieścił wytrych w dziurce od klucza. Po kilku sekundach zasuwa zamka przesunęła sie z trzaskiem. Włamywacz, zadowolony z siebie, uchylił jedno z ciężkich wrót. Skrzypnęły głośno, jak by błagając o kroplę oliwy. Miłosz nienawidził na tym świecie dwóch rzeczy. Pająków i skrzypienia czegokolwiek. Nie zdążył sobie tego nawet przypomnieć bo przez najbliższe minuty myśli miała mu zaprzątać zimna lufa obrzyna, która właśnie dotknęła jego czoła..

-Nawet nie drgnij! – Nakazał stanowczo wysoki głos z ciemności. Miłosz rozszerzył źrenice tak mocno, jak tylko pozwalał mu na to kondycja, ale zdołał dostrzec tylko zarys drobnej -być może dziecięcej- sylwetki. Broń drżała w rękach napastnika wydając cichy stukot luźnych już części. Miłosz pomyślał, że nie raz już wystrzeliła i już nie długo postrzela.  Samo drżenie rąk strzelca odebrał raczej jako przejaw braku siły, a dopiero potem strachu..

– Trudno nie drżeć będąc w mojej sytuacji. – Powiedział zupełnie poważnie.

– Coś ty za jeden? – Dopytywał się głosik.

– Jestem zwykłym wędrowcem. Chciałem tu odpocząć jakiś czas i schronić się przed nadchodzącą burzą piaskową, ale skoro zajęte to poszukam gdzieś indziej.

Przybysz chciał się  odwrócić i odejść, ale wysoki głos skutecznie odwiódł go od tego pomysłu.

– Stój w miejscu do ciężkiej cholery! – Ryknął, po czym zapytał już spokojnie – co o tym myślisz?

– Gość nie wygląda mi na zwykłego wędrowca. Trzeba być ostro popieprzonym, żeby samemu po Psich Polach łazić. Nie ma nawet kałacha. Do tego ma na sobie czerwoną kurtkę i jasne spodnie. Świetny kamuflaż w ciemności.

Miłosz dopiero teraz dostrzegł ruch w cieniu. Głos dobiegał od strony zamkniętego skrzydła wrót, a właściciel tonął w głębokim cieniu.

– Może to szpieg łowców niewolników? – Zastanawiał się osobnik z bronią.

– Albo jakiś kundel z Otwocka pobłądził w drodze na posterunek.

– To jedna cholera. Tak czy inaczej nie możemy ryzykować.

Miłosz znajdował się w -delikatnie mówiąc- niekomfortowej sytuacji. Z rozmowy napastników wnioskował, że jego przyszłość nie rysuje się kolorowo. Jasnym było, że chłopaki nie mieli więcej jak szesnaście lat, ale to wcale nie poprawiało sytuacji. Wręcz przeciwnie. Już wyobrażał sobie napis na płycie nagrobnej: TU LEŻY MIŁOSZ. FRAJER KTÓRY DAŁ SIĘ ZALATWIĆ DWUNASTOLATKOWI  NA ŚRODKU PUSTKOWIA.

– Mrówa przeszukaj go. Tylko ostrożnie. – Rzucił chłopak z bronią. – A ty spróbuj głębiej westchnąć, a Wagrole rozwleką resztki twojego mózgu po okolicy.

Mężczyzna nie widział twarzy chłopaka, ale czuł na sobie jego ciężkie spojrzenie. Nie drgnął kiedy z cienia wyłoniła się mała, chuda postać. Dostrzegł, piegowatego, brudnego blondynka ubranego w porwane spodnie dresowe i brązowy, za duży kożuch. Chłopaczek niepewnie obmacał nogawki Miłosza. Dłonie mu drżały równie mocno jak strzelba, którą trzymał ten drugi. Dobrana para, pomyślał Miłosz. Wyobraził sobie dwa ratlerki stojące naprzeciw dobermana. Wizja była o tyle nie trafiona, że małe, trzęsące się pieski nie mogły wykorzystać wielkiego kalibru, którego chłopak nie zawaha się użyć.

Mrówa był pewien, że przybysz w czerwieni za chwile szybkim ruchem skręci mu kark. Nie mógł pozbyć się tego uczucia. Nie wiedział, czemu tak jest. Po prostu to czół. Nie pocieszała go ani trochę myśl, że zaraz po tym Suchy rozwali mu łeb. Mimo pewności, nie mógł pokazać Suchemu –ani samemu sobie –że nie jest takim twardzielem, jakiego zgrywa na co dzień.

Kiedy stwierdził, że  nogawki mężczyzny nie skrywają żadnych, niebezpiecznych przedmiotów, postanowił być bardziej stanowczy. W końcu miał jeszcze głowę na swoim miejscu, więc chyba nic mu nie groziło. Dokładnie obejrzał kurtkę i zbadał kieszenie.

-Jest czysty. – Zawołał wracając do cienia.

-Nie ma nawet zakichanego kolta?

-No przecież kurwa mówię.

-Dobra. Goń po linę, a ty do środka! -Zakomenderował chłopak z bronią. Rozległ się cichy tupot stup.

Miłosz odetchnął z ulgą. Perspektywa rozwleczenia jego ciała przez mutanty odsunęła się nieco, ale widmo uwięzienia przez przerażone i uzbrojone po zęby dzieciaki, wcale nie nastrajało go optymistycznie. Wszedł do środka, a drzwi za nim zamknęły się. Słyszał, jak chłopak okrąża go, po czym dostrzegł rozbłysk światła wychodzący wąskim snopem zza jego pleców. Latarka. Pomyślał.

-Ruszaj przed siebie! Nakazał chłopak. Miłosz bez słowa wykonał rozkaz. Nawet nie sprawdzili czy jestem sam. Musieli mieć niebywałe szczęście, że udało im się przeżyć na środku Psich Pól. Pomyślał ponuro, ale z zadumy wyrwał go nieprzyjemny powiew wiatru, smagający przez chwilę jego plecy. coś zazgrzytało. Nie był jednak pewien. Zmysły mogły go zwodzić. Był bardzo zmęczony.

-Jest sam. -Oznajmił kolejny, dziecięcy głos. Chwilę zajęło, nim Miłosz otrząsnął się z zaskoczenia. Uśmiechnął się pod nosem. Może to, że żyją to nie zasługa ślepego losu?. Nie dostrzegł trzeciego chłopaka. Było ciemno, ale powinien zauważyć choć zarys sylwetki. Wtedy przypomniał sobie chłód na plecach i zgrzyt zamka. Dzieciak wszedł z zewnątrz. Mały musiał obserwować go z ukrycia. Mężczyzna w czerwieni poczuł się nieco niepewnie. Albo był bardziej zmęczony, niż mu się wydawało, albo dzieciaki są dobrze przygotowani i bardzo cisi. Wolał myśleć, że to wycieńczenie.

W środku roznosił się odór stęchlizny i skrzepłej krwi. Duchota była niemal namacalna. Miłosz wyobrażał sobie przysłowiową siekierę wiszącą tuż nad jego głową.

 

Chłopak prowadził Miłosza korytarzem. Nie śpieszyło mu się. W słabym świetle latarki dobiegającym zza pleców więzień dostrzegał liczne plamy zaschłej krwi szpecące podłogę, ale po zapachu wnioskował, że jest ich znacznie więcej niż tylko te w zasięgu wzroku. Szpital nie był taki długi, jak Miłoszowi się wydawało. Nie minęło wiele czasu, a znaleźli się koło recepcji. Wędrowiec widział wyraźnie że korytarz rozszerza sie po bokach i układa chyba w kształt owalu. Ominęli łukiem coś, co przypominało ladę. W pewnym momencie dzieciak kazał mu się zatrzymać i oświetlił grubą kratownicę.

-Otwieraj. -Zakomenderował. -Nie są zamknięte.

Miłosz otworzył bez namysłu. Na końcu korytarza dotarli do szybu windy. Nie miało prawa być tu prądu, to też skorzystanie z dźwigu nie wchodziło w grę. Chłopak z bronią okrążył ostrożnie więźnia i stanął po jego prawej stronie. Mężczyzna w czerwieni wytężył wzrok tak mocno, jak tylko potrafił. Korciło go, żeby spuścić trochę krwi i wyostrzyć zmysły. Już podnosił palec do ust, kiedy targnęły nim wątpliwości. Był już i tak wyczerpany. Może nie na skraju, ale przeprawa przez martwe pustkowie dała mu się mocno we znaki. Musiał jak najszybciej odzyskać siły. Marnowanie energii tylko po to, żeby poczuć się nieco pewniej było bez sensu. Wydawało się, że dzieciak większej krzywdy mu nie zrobi. Z drugiej strony pokusa spokoju i pewności wszystkiego, co się dzieje do koła była ogromna. W stanie nadwrażliwości ciemność nie miała znaczenia. Nie musiał widzieć zupełnie nic. Potrafił wyczuć i odróżnić setki zapachów. Sam węch wystarczył mu do ocenienia odległości od napastnika, czy przedmiotu. Słuch rejestrował najcichszy dźwięki układając je w wyobraźni w przedmioty, lub postacie, które je wydawały. Było to niemal boskie uczucie. Uzależniające jak narkotyk, dające pewność otaczającego świata. Jeżeli mógł sobie na to pozwolić, praktycznie nie wychodził z tego stanu. Niestety teraz nie mógł.

Światło latarki oświetliło białą ścianę. Od razu się Miloszowi nie spodobała. Ciężko było dostrzec to w słabym świetle żarówki, ale mur w tym miejscu był bielszy. Jakby nowszy. Oczywiście granica pomiędzy ciemniejszą, a jaśniejszą częścią została skrzętnie zatarta, jednak im bliżej windy, tym czyściej. Coś Miłoszowi mówiło, że ten kawałek ściany nie był uwzględniony w planach budynku. Został raczej dobudowany przez nowych mieszkańców. Mężczyzna pokiwał głową z uznaniem. Pomysł na kryjówkę bardzo dobry i jak na te warunki świetnie wykonany. Fakt faktem, prowizoryczna ściana w dziennym, świetle zostanie od razu zdemaskowana, ale nie ma to większego znaczenia. Słońce przecież nie wyszło od dziesięciu lat.

Chłopak włożył dłoń w jedną z dziur. Coś zazgrzytało i z hukiem opadło na ziemię. Mały po raz drugi zaszedł Miłosza od tyłu i przystawił lufę do pleców.

-Pchaj. -Polecił. Więzień nie zadawał pytań. Jako, że udało mu się rozgryźć ukryte przejście doskonale wiedział, co ma robić. Ostrożnie obrócił ścianę robiąc przejście i wolno wszedł do środka. Chłopak podążał za nim krok w krok. Znaleźli sie na klatce schodowej. Młody ustawił ścianę w pozycji wyjściowej, po czym podniósł z ziemi długi, metalowy rygiel i wsunął w zasuwy. Drzwi były zamknięte.

-Patrz pod nogi. -Ostrzegł chłopak. -Jak nie będziesz ostrożny, to się zabijesz. -Miłosz nie widział twarzy dzieciaka, ale gotów był przysiądź, że pojawił się na niej szyderczy uśmiech.

Wolno schodzili w dół. Podziemny parking to, to raczej nie będzie. Szpital za mały. -zastanawiał się więzień wyobrażając sobie to, co może znajdować się na końcu schodów. Może jakaś piwnica? Miłosz od razu przypomniał sobie jeden ze szpitali w Wielkiej Brytanii. Tam trzymała go banda łowców niewolników, razem z innymi biedakami. W starej pralni w podziemiach zrobili więzienie. Nigdy nie odrażał go widok ludzkich ciał, ale z niechęcią wspominał ludzkie głowy poupychane w zardzewiałych pralkach. łowcy niewolników, to jednak ścierwa. Od jednego chłopaka, którego przykuli obok… Jak on miał na imię? Jakoś na “c”. Charles? Tak! Charlie “Skoczek” Green. Tak. Powiedział Miłoszowi, że jak kobiety są już za stare, żeby je sprzedać do burdelu, to podrzynają im gardła i spuszczają krew, żeby sprzedać konowałom leczącym na polach. Do transfuzji. Mężczyzn czasem torturują i gwałcą. Od tak. Dla zabawy. Kobiet oczywiście nie mogą, bo towar używany taniej schodzi w domach rozpusty… Ehh. Westchnął głęboko. Aż wzdrygnął się na samo wspomnienie. musiał szybko znaleźć sobie inny temat do rozmyślań. Chyba zwolnił nieco mimowolnie, bo wbijająca się w plecy lufa obrzyna przypomniała mu brutalnie, że nie jest na spacerze. No właśnie. Te dzieciaki.. Do tej pory nie mógł wyjść z podziwu, jak dobrze radziła sobie trójka gówniarzy w warunkach, w których ginęły setki ludzi. Na kompletnym pustkowiu bez wody i pożywienia, pełnym krwiożerczych bestii. Musieli być tu naprawdę długo, bo chłopak, który go prowadził szedł niemal na pamięć. Miłosz minął na swojej drodze spalone wioski, miasta  obrócone w gruzy, wraki samochodów, samolotów i maszyn wojskowych, oraz wiele pól bitew gęsto usłanych trupami. W tym, nieprzystosowanym do życia świecie, w którym codziennie ginęli przedstawiciele różnych ras i profesji. Żołnierze, łowcy, traperzy, paladyni, czy kupcy. A tu, w małej oazie niedaleko Otwocka mieszkała grupka sprytnych dzieciaków. O wiele sprytniejszych niż wszyscy martwi wojownicy razem wzięci. Miłosz poczuł nagły przypływ szacunku. Uśmiechnął się ciepło.

 

Wędrowiec rozpatrywał dwie kwestie. Na pewno nie pomylił się w jednej. Schody prowadziły jeden poziom pod ziemię. Na ich końcu czekał wąski korytarz zakończony kratownicą. Żadnych drzwi, za którymi mógłby czekać jakiś parking, czy pralnia. Czekał za to Mrówa. Siedział przy niewielkim, drewnianym biurku stojącym nieopodal kratownicy. Nogi skrzyżował na blacie tak, jak by chciał zademonstrować Miłoszowi, kto tu rządzi. W dłoniach trzymał dużą, grubą świecę. Skąd dzieciaki wzięły coś takiego, pozostawało tajemnicą. Miłosz widział już wcześniej tego typu pomieszczenia. To piętro z izolatkami. Za kratami powinny znajdować się jeszcze jedne drzwi skrywające korytarz z szeregami pomieszczeń. Prawdopodobnie tam urządzili sobie miejsce zamieszkania. W zasadzie mógł od razu na to wpaść.

Mrówa wstał i podniósł z ziemi solidny kawałek alpinistycznego sznura.

Skąd oni brali te wszystkie rzeczy? Lina do wspinaczki to sprzęt wojskowy. Bardzo trudno dostępny dla mieszkańców Psich pól. Mali mieszkańcy tego wariatkowa strzegli jakiejś małej tajemnicy.

Chudzielec podszedł bliżej.  Mrówa zniknął za plecami Miłosza. Przybysz począł jak sznur obwiązuje się wokół jego dłoni i zaciska. Kiedy dzieciaki uznały, że węzeł jest wystarczająco mocny, wprowadzili więźnia na teren izolatek. To, co Miłosz ujrzał za grubymi, metalowymi drzwiami wprawiło go w osłupienie. Nie chodziło już nawet o cuchnący, porośnięty grzybem i pleśnią, wilgotny korytarz oświetlony kilkoma grubymi świecami. Nie szło też o przeżarte korozją, śmierdzące wraki pozostałe po drzwiach poszczególnych cel. Kiedy prowadzili Miłosza korytarzem, nie potrafił oderwać wzroku od małych okienek wmontowanych we wrota sal. Wyglądały z nich głowy brudnych, nastolatków. Wygłodzonych i chorych. Naliczył czternaście. Czternaście par oczu wbijało w niego ciężkie, ołowiane spojrzenia. Dopiero kiedy przyjrzał się im uważniej, kiedy poskromił ogarniający go szok, w dziecięcych oczach dostrzegł strach. Bały się go. Tak jak bały się każdego skrzypnięcia dochodzącego z góry. Obawiały się, żeby coś co je wydaje nie dostało się do ich schronienia. Dziś jednak się dostało. Miłosz był dla nich potencjalnym zagrożeniem życia.

Na końcu korytarza stała pusta cela. Drzwi miała tak skorodowane, że nie stanowiły już żadnej ochrony. Ktoś je wymontował i postawił obok. Więzień w lot domyślił się, że w szeregach mieszkańców nie działo się dobrze. Ściany i podłoga pokryte były postrzępionym i pożółkłym materiałem. Prawdopodobnie była to jedna z izolatek, dopóki ktoś nie zerwał ze ścian miękkiego materiału dźwiękochłonnego. Na tylnej ścianie powieszono kaftan bezpieczeństwa, a niżej przytroczono grube kajdany. Pokój gościnny dla nieproszonych gości, albo szpiegów z Otwocka. Pomyślał ponuro Miłosz. Domyślił się, że pierwotnie miał służyć do uwięzienia kogoś z mieszkańców tego budynku. Przyszedł mu do głowy obraz grupy zagłodzonych, zastraszonych ludzi ukrywających się w podziemiach szpitala psychiatrycznego. Osaczonych. Mogących umrzeć w każdej chwili. Czy to z rąk łowców niewolników, zwyczajnych bandytów, piratów, wampirów, czy innego ścierwa włóczącego się po Psich Polach. W takich warunkach nie trudno było postradać rozum. A jeśli już do tego doszło, takiego szaleńca umieszczano tu. Wtedy dotarło do Milosza, że ukryte drzwi, ta cela i świece, lina  i to, że dzieciaki wciąż żyją, nie mogło być w całości ich zasługą. Musiało tu być przynajmniej kilkoro dorosłych. Tylko gdzie się podziali?

Wprowadzono go do loszku. Chudy chłopak o brązowych włosach, ubrany w jasną, wytartą kurtkę nie przestawał w niego celować. Mrówa złapał za łańcuch i skrępował Miłoszowi stopę. Za każdym razem, kiedy dotykał mężczyzny w czerwieni -czy to przy rewizji, czy teraz- czuł jakieś dziwne uczucie. Nieokreślone ciepło. Gdzieś głęboko w środku. Wyobrażał sobie że tak się czuje człowiek, kiedy naje się gorącą zupą, czy napcha brzuch kurczakiem, albo kaczką! Dopiero teraz poczuł jak bardzo jest głodny. Szczęk łańcucha sprowadził go na ziemię. Nie chciał dłużej przebywać w pobliżu tego dziwnego faceta. Bał się go. Już chciał wyjść, ale chłopak z bronią miał dla niego jeszcze jedno zadanie.

-Nałóż mu kaftan. -Nakazał spokojnie.

-Suchy, po cholerę. Przecież go związaliśmy.

-Facet nie ma broni. -Suchy tłumaczył cierpliwie. -żadnej kamizelki, ani kamuflażu.

-Co z tego? Dla nas to chyba lepiej?

-Nie bardzo. -Zaprzeczył dowódca. -Mimo braku jakiegokolwiek wyposażenia łazi sam w cholernym centrum pustkowia. Albo jest ostrym  świrem, albo niesamowitym twardzielem.

-Albo jest po prostu głupi i ma zajebistego fuksa. -Skwitował Mrówa.

-Tak czy inaczej nie będziemy ryzykować.

Blondyn kiwnął głową i chwycił kaftan.

-Posadzimy przy nim Chudzinę, niech go dodatkowo pilnuje.

-Teraz po woli uwolnię ci ręce – tłumaczył Mrówa – jeśli spróbujesz czegoś głupiego, Suchy rozwali ci czaszkę.

-Nie spróbuje.

Po chwili Miłosz siedział w kącie swojej celi mocno skrępowany szpitalnym kaftanem. Suchy jeszcze długo obserwował go i upewniał się, czy aby na pewno nie ma możliwości się uwolnić. Dopiero kiedy nie miał najmniejszych wątpliwości, odłożył broń.

-Co macie zamiar ze mną zrobić? -Miłosz zapytał spokojnie. Jego głos przerażał chłopaka. Był pusty. Zupełnie bez emocji. Facet nie bał się ani troszeczkę. Dlaczego? Nie był ani wampirem, ani wilkołakiem. Gdyby tak było nie dał by się tu tak spokojnie przyprowadzić. Nie wyglądał też na mutanta, ale cholera wie. A może to tylko psychologiczna gra? Może jest przerażony jak wszyscy diabli, ale nie daje tego po sobie poznać, żeby dzieciaki nie zyskały nad nim jeszcze większej przewagi? Może wyczekuje tylko na moment w którym czujność Suchego osłabnie? Analizował w myślach postawę więźnia. O cokolwiek by w tym nie chodziło, Chłopak też nie miał zamiaru okazać strachu. Panował nad sytuacją. Na pewno panował…

-Jeszcze nie wiem. Ustalimy z całą grupą. Jednak na twoim miejscu nie spodziewałbym się za wiele.

Miłosz milczał. Przez chwile obydwoje wbijali w siebie badawcze spojrzenia, po czym mężczyzna w czerwieni oparł się wygodnie o ścianę i westchnął głęboko.

-Dobra. To wy dzieciaki radźcie, a ja się chwile prześpię. Jak by mnie kto potrzebował, to na razie nigdzie się nie wybieram.

Spokój nieznajomego budził nie tylko niepokój, ale mocno irytował chłopaka.Czyżby myślał, że ma jakiekolwiek szanse się stąd wydostać żywy? Jeśli tak, to tylko po jego trupie. Wyciągnął z kieszeni spory kawałek kredy o narysował białą linię na podłodze.

-Słuchajcie! -Głowy dzieciaków wychyliły się z okienek. -Nikomu nie wolno przekroczyć białej linii. To nie są żarty. Jest podejrzenie, że to bardzo niebezpieczny człowiek, więc potraktujcie to poważnie.

Dźwiękochłonne materiały świetnie spełniały swoją rolę, ale przez otwarte okienka wydostało się nieco  dźwięku. Tylko Miłosz usłyszał cichutkie szepty, ale nie potrafił zrozumieć słów.

-Szuler, Zygmunt, Messi i dziewczyny, lecimy do kibelka na zebranie. Mamy sporo do obgadania.

Miłoszowi wydawało się, że usłyszał wysoki, dziewczęcy  głosik szepczący coś jakby: “zaczekaj”. Jego przypuszczenia sprawdziły się, kiedy jedne z drzwi celi otworzyły się gwałtownie, ale zupełnie bezszelestnie. Niesamowicie cwane dzieciaki. Pomyślał. Tak stare drzwi powinny skrzypieć jak rozstrojony stradivarius, a skoro tak nie jest, to ktoś spędził wiele czasu, żeby wyczyścić na błysk i naoliwić zawiasy. Wszystko po to, żeby pozostać cichym i niewykrywalnym.

Na środku korytarza stanął młody chłopczyk. Wyglądał na nie więcej niż siedem lat. Miał na sobie niebieski, gruby sweter i za długie jeansy wciągnięte w zimowe buty. Zaraz za nim wybiegła drobna piętnastolatka o jasnorudych, przetłuszczonych włosach. Złapała dzieciaka za ramiona i próbowała ściągnąć z powrotem, ale ten nie miał zamiaru się ruszyć.

-Dawid przestań. Wracamy do siebie. -Powiedziała delikatnie, acz stanowczo.

-Ja też chcę z wami iść na naradę. Mogę? -Zmarszczył brwi. Bojowa mina w wykonaniu tego chłopaczka wydawała się Miłoszowi przekomiczna. Aż uśmiechnął się pod nosem.

Suchy podszedł do chłopaka i położył mu rękę na ramieniu.

-Mam dla ciebie ważniejsze zadanie.

-Naprawdę? Jakie?! -Twarz dzieciaka rozpromieniła się. Aż palił się do działania.

-Po pierwsze biegnij do tunelu. Tylko cichutko jak mysz. Powiedz Chudzinie, niech zabezpieczy wlot i przyjdzie do mnie.

-Tak jest! -Chłopczyk zasalutował. Chciał wyglądać jak prawdziwy bojownik, ale w wykonaniu siedmiolatka oddawanie honorów przełożonemu wyglądało niezwykle zabawnie. Dziewczyna stojąca za jego plecami uśmiechnęła się. Suchy ledwo utrzymał poważny wyraz twarzy. Nie mógł dać Dawidowi do zrozumienia, że nie traktuje go poważnie.

-Doskonale wiesz -kontynuował -że Celina jest chora. Justyna idzie z nami na zebranie, więc ty i Aneta musicie się nią zaopiekować. Jej zdrowie jest ważniejsze niż nasze gadki. Więc, jak tylko powiadomisz Chudzinę dopilnuj, żeby małej niczego nie zabrakło.

Dawid popatrzył w kierunku jednej z cel. Przez uchylone drzwi dostrzegł tylko fragment koca, pod którym leżała dziewczyna. To wystarczyło by ogarnęło go silne poczucie obowiązku. Popatrzył chłopakowi prosto w oczy i kiwnął głową.

-Nie odstąpimy jej na krok!

Aneta popatrzyła na Suchego i uśmiechnęła się ciepło. Ten kiwnął głową. Przyjął podziękowania.

-Ten ze spluwą ma tu ogromny autorytet. -Miłosz wyszeptał w przestrzeń. -Prawdopodobnie on trzyma to wszystko w kupie. Niesamowite dzieciaki nie sądzisz?

Odpowiedziała mu cisza.

-Tak. To prawda. -Dodał. Kiedy wyznaczone osoby zniknęły za drzwiami, cele natychmiast zamknęły się ukrywając swoich lokatorów. Więzień ułożył się wygodnie. Poczekamy, zobaczymy.

 

Łazienka miała mniej więcej sześć metrów kwadratowych. Lustra zostały wybite na długo przed tym, jak dzieciaki się tu osiedliły. Ojciec Suchego już pierwszego dnia przekonał wszystkich, że najbezpieczniej będzie w izolatkach. Od razu też wybrał tą łazienkę na salę narad. Za pomocą głosowania wyselekcjonowali radę grupy, która tu zasiadała. Toaleta była największym pomieszczeniem na tym piętrze. Szczególnie, kiedy wymontowano z niej sedesy, zlewy i prysznice. Bieżącej wody i tak nie było, więc potrzeby starali się załatwiać na zewnątrz. Na pewno było to lepsze niż ciasna mokra cela z dziurą w podłodze zastępującą toaletę, jak w jednym z obozów pracy w Otwocku. Piraci kontrolowali miasto w stu procentach. Wyłapywali każdego, kto nie należał do ich grupy i umieszczali w obozach pracy. Tam ludzie harowali jak woły próbując doprowadzić glebę do stanu użyteczności, albo wydobywając kamienie w kamieniołomie. Wielu z więźniów umierało z wycieńczenia w pobliskich tartakach, ale był to chyba los, o jaki każdy z pirackich więźniów modlił się wieczorami.

 

Suchy i jego rodzina cudem uniknęli łapanki. Matka suchego opiekowała się jednym pirackim oficerem, kiedy ten dochodził do zdrowia. Można powiedzieć, że wraz z doktorem Marczewskim, ordynatorem szpitala, uratowali mu życie. Ten odwdzięczył się i ostrzegł kobietę na kilka dni przed atakiem. Dzięki temu uciekli z miasta.  Jak ze zdumieniem odkryli, nie tylko im udało się zbiedz. W ruinach starej fabryki za murami miasta odnaleźli jeszcze kilka rodzin uciekinierów. Ojciec Suchego był nauczycielem fizyki i miał głowę na karku. Od razu domyślił się, że jak tylko piraci zadomowią się trochę w Otwocku, zaczną rozsyłać patrole po okolicy i prędzej, czy później znajdą ich. Zdecydował, że należy uciekać na południe. Było to czyste szaleństwo. Samotna podróż po pustkowiach niewiadomo, dokąd. Mimo to wielu ludzi poszło za nimi. Wędrowali trzy dni bez snu i wytchnienia nim odnaleźli szpital. Były to trzy najgorsze dni w życiu Suchego. Wtedy po raz pierwszy poznał prawdziwe okrucieństwo pustkowi. Mordercze wycieńczenie, odwodnienie, głód i choroby zabiły starszych ludzi. Chłopak do tej pory pamiętał łzy w oczach ojca, kiedy musiał zdecydować, że trzeba pozostawić tych, co nie mają sił iść sami.  Wielu zamordowały mutanty, kiedy grupa próbowała przeprawić się przez ruiny jednej z wiosek. Chłopak czasami jeszcze budzi się w nocy zlany potem, dziękując Bogu że pająkowate istoty chcące wyrwać mu wątrobę to tylko koszmar. Jednak udało mu się przetrwać zmęczenie, choroby i ataki mutantów. Przeżył. Razem z dzieciakami byli cali i zdrowi. Dzięki tacie. Uratował im życie. Odnalazł szpital i zabezpieczył tak, by zminimalizować ryzyko zagrożenia. Miał jednak świadomość, że jeśli nie trafią pod skrzydła żołnierzy, nie są w stanie długo się tu utrzymać. Oprócz parania się fizyką, ojciec Suchego pisywał też artykuły dla Serca Podziemia, jednej z rebelianckich gazet. Tak dowiedział się, że polska armia szuka czegoś w tych okolicach. Kontakt z nimi wydawał się być jedynym wyjściem z sytuacji. Był pewien, że tata zdałoby tego dokonać. Uratowałby ich, gdyby tylko tu był. Dziś jednak go nie było,  a życie dzieciaków spoczywa w rękach Suchego. To on musi skontaktować sie z żołnierzami i przekonać ich, żeby zabrali dzieciaki do Warszawy.

Być może to małe, odrapane pomieszczenie, ze starym, spróchniałym biurkiem na środku i kilkoma krzesłami dokoła będzie miejscem w którym narodzi się plan? Plan otwierający drogę do ich wyzwolenia.

-Jesteśmy tu już trzeci rok. Jaką masz pewność, że rebelianci nadal są w okolicy? –Siwa wyrwała suchego z zamyślenia, zanim chłopak zdążył rozkleić się na tyle, żeby reszta zdołała coś zauważyć.

-Przed burzą znalazłem za lasem ślady opon ciężarówki. Nawet jeśli to nie nasi, to ktoś na pewno tędy jeździ.-Odezwał sie chudy chłopak w koszulce zespołu piłkarskiego.

-Messi poszedłeś sam za las?! Mogłeś tam zginąć debilu! -Skarciła go Justyna.

-Spoko luz. -Uśmiechną się szeroko. -Tam i tak nie ma nic gorszego ode mnie. -Naprężył wątły biceps.

-Na pewno nie ma tam nic brzydszego od ciebie. -Zakpiła Miśka.

-Uspokójcie się do cholery! Messi poszedł tam na moje wyraźne polecenie. Gdybym nie był pewien, że sobie poradzi nie wysyłałbym go. Musimy koniecznie sprawdzić kto to. Jeśli to piraci obiecuje wam, że się stąd wyniesiemy, ale jeżeli to faktycznie nasi to mamy szansę się uratować. Nie można zmarnować takiej okazji. -Tłumaczył przechodząc od wzburzenia do wręcz błagalnego tonu.

-Jak chcesz się z nimi skontaktować. -Zapytał Szuler. Jego ton był stanowczy i pewny. Rozbrzmiewało w nim zaufanie. Pewność, że ich przywódca jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu.

-Po prostu poczekamy, aż będą wracać. -Wyjaśnił Suchy.

-Pojebało cię? -Żachnął się Mrówa. -Chcesz czekać w lesie, aż niezidentyfikowana ciężarówka pokaże się na horyzoncie? I kiedy chcesz iść? W środku burzy piaskowej? Skąd w ogóle wiesz, że będzie wracać dziś?

-Z kalendarza. Dziś kończy się ciepła pora. Niebieska łuna na niebie już prawie zgasła. Jeśli dziś nie wrócą do Warszawy, zamarzną na pustkowiach. -Tłumaczył cierpliwie Suchy.

-A jeżeli już dawno wrócili? -Siwa nie podzielała entuzjazmu najstarszego z chłopaków.

-Nie możliwe. W burze piaskową zawrze wypełzają Digery musieli znaleźć schron, żeby ją przeczekać. Każdy ruch na powierzchni jest przez nie rejestrowany, a ofiara nie ma szans. -Opuścił głowę. -Widzieliście, co sie stało z panem Tkaczem.

Dzieciaki milczały przez chwile oddając się smutnym wspomnieniom. Melancholie przerwał milczący do tej pory Zygmunt.

-A jeśli w ogóle nie wrócą? A jeśli tak, jak my przed laty, oni też po prostu uciekali z Otwocka, albo z Warszawy? Nie wierze, żebyśmy kiedykolwiek wyszli stąd żywi.

-Pierdolnę ci! -Mrówa aż poderwał się z krzesła. Mimo bojowej postawy był zmęczony i wystraszony tak samo jak reszta. Suchy dawał mu nadzieję na lepsze jutro. Jego umysł reagował agresją na każdą próbę rozbicia tej cieniutkiej bańki nadziei.

-Siadaj. -Uspokoił go Suchy. -Jest taka możliwość. -Przyznał. -Tylko pamiętajcie o tym, że trzeba mieć niezłe wpływy, żeby dostać samochód i benzynę, a ciężarówki zwykły śmiertelnik na pewno nie zdobędzie.

-Ślady na bank zostawiła ciężarówka. Jelcz, albo Kamaz. Trudno powiedzieć, w każdym razie ciężkie dziadostwo. -Wtrącił się Messi. Wiedział co mówił. Jego ojciec był mechanikiem. Najlepszym w całym Otwocku. Kto wie, może nawet i w Warszawie? Zanim przyszli piraci rodzina Messiego była bardzo wpływowa. Mieli złomowisko, na którym gromadzili różne sprzęty i wraki wielu samochodów. Messi zawsze z pasją słuchał, kiedy tata opowiadał, jakie musiały być wspaniałe, zanim trafiły na ich podwórze. Chłopak znał się na budowie silnika i wiedział wiele o motoryzacji. Może nie był by w stanie odrestaurować forda sprzed wojny, ale na pewno potrafił odróżniać ślady opon.

-Dokładnie. Jaka jest szansa, że ktoś buchnął wojskowym furgon? -Zapytał Suchy

-Żadna. -Messi odpowiedział bez namysłu.

-Niewielka. -Poprawił przywódca. -Jeśli nie spróbujemy to i tak prędzej, czy później tu zginiemy.

Zapadła cisza. Wszyscy kontemplowali w milczenia słowa kapitana. Nikt nie wniósł sprzeciwu. Każde z dzieciaków wiedziało, że długo tu nie wytrzymają. Do tej pory mieli szczęście. Piraci nie wysyłali tu regularnych patroli. Mutanty też jakimś dziwnym trafem omijały ich schronienie, ale szczęście nie mogło trwać wiecznie. W końcu dostanie się tu jakiś zabłąkany patrol, albo stado odmieńców postanowi skolonizować budynek. A wtedy wszyscy zginą. Jeżeli ruszą na pustkowia, nie przeżyją kilku dni. Co więc im zostało?

Drzwi łazienki skrzypnęły cicho. Do środka wszedł wysoki, gruby chłopak. Nie odrywał bystrych oczu od Suchego. Był jedynym człowiekiem, poza dowódcą, który nosił przy sobie strzelbę. Brązowy pasek do którego została przypięta niemal zlewał się z wytartym kubrakiem, osłaniającym wielki brzuch chłopaka. Nie miał więcej jak piętnaście lat, ale ważył chyba z osiemdziesiąt kilo.

-Chudzina. Dobrze, że jesteś.

-Co to za gość w czerwonej kurtce, o którym mówił Dawid? -Zapytał grubas wyraźnie zaniepokojony.

-No właśnie w tej sprawie po ciebie posłałem. -Wyjaśniał Suchy. -Mamy tu więźnia…

-Chyba zwariowałeś. -Przerwał mu Chudzina. -Od trzech lat nie było tu, nikogo prócz nas. Dlatego jeszcze żyjemy. A ty zgadzasz się na to, żeby zamknąć razem z nami jakiegoś gościa, o którym nic nie wiesz?

-Uspokój się. -Spokojny głos Suchego działał jak relanium na zszarpane nerwy reszty grupy. Chudzina złapał się pod boki czekając na wyjaśnienia. Suchy opowiedział mu co się stało u góry. O osobniku, którego zauważył Messi, o tym jak oglądał budynek. Że chciał się zatrzymać na dłużej. Może sprowadzić jeszcze kogoś. Tłumaczył, że nie mógł mu pozwolić przeczekać burzy u góry. Gotów był jeszcze sie tu zadomowić. Mrówa i Messi ubarwili dodatkowo opowieść własnymi komentarzami, co trochę uspokoiło Chudzinę.

-Mimo wszystko się go obawiasz. -Stwierdził wreszcie grubas.

-Tak. Nie ma broni, ani nie sili się nawet na kamuflaż. Wolę mieć pewność, że zabezpieczyliśmy sytuacje z każdej strony. Chciałbym, żebyś go przypilnował. Wieczorem cię zmienię.

Chudzina bez gadania wziął wolne krzesło i wyszedł z sali obrad. Jego wcześniejsza wypowiedź mocno zachwiała kamienną pewność siebie, jaka cechowała Suchego. A może nigdy nie był pewny siebie? Może zawsze myślał o sobie, jak o małym, głupim smarkaczu, który sili się na to, żeby być dorosłym? Może nie umiał się do tego przyznać przed samym sobą i maskował to udawaną pewnością siebie? Natychmiast odepchnął te myśli. Były teraz ważniejsze rzeczy do przemyślenia niż jego chwiejna osobowość.

Chudzina miał rację. Suchy bał się przybysza i postąpił bardzo nierozważnie zabierając go tu. Może faktycznie trzeba było go zabić w progu, a nie roztrząsać dylematy moralne typu: wolno, czy nie wolno? Stanowił dla nich śmiertelne zagrożenie. Byli grupą dzieciaków, bez wyszkolenia i sprzętu. Bez niezbędnej wiedzy o świecie i stworach go zamieszkujących. Ktoś taki jak człowiek w czerwieni, ktoś kto jest w stanie wędrować po Psich Polach w samej kurtce, zapewne miał wiedzę, jak zabić ich wszystkich bez większego wysiłku. Suchy właśnie ryzykował życie całej grupy. Dobitnie dotarło do niego jakim jest głupcem.

-A co z moją siostrą? -Justyna przerwała ciszę panującą od kilku minut. -Ona strasznie cierpi. Czasami jest lepiej, a czasami wrzeszczy z bólu jak opętana. Musimy coś z tym zrobić.

Posłała Suchemu błagalne spojrzenie. Nie bardzo wiedział co ma odpowiedzieć. Żadne z nich nie znało się na medycynie. O ile przeziębienie można było wyleczyć wykradzionymi lekami, tak brzuch Celiny był czymś o wiele poważniejszym. Gdyby mama tu była. Westchnął smutno. Ona zawsze wiedziała co robić, jak człowiek był chory.

-Justynka… -Głos mu się lekko załamał. Milczał chwilę szukając odpowiednich słów. Musiał wyjaśnić to dziewczynie możliwie jak najłagodniej -Nie wiemy co jest twojej siostrze. Na początku myśleliśmy, że bóle brzucha miną. że wywołał je głód albo coś, ale teraz kiedy się nasilają wygląda to poważnie. Nie wiem, czy cokolwiek możemy zrobić.

-Chcesz mi powiedzieć, że ona umrze? -W oczach brunetki pojawiły się łzy. Siwa podeszła do niej i zaczęła delikatnie rozcierać ramiona dziewczyny. Chudziutka osiemnastolatka o popielatych włosach wyniosła to z domu. Mimo tego, że wychowywała się tylko z ojcem –a może właśnie dlatego –nauczyła się, że kiedy człowiek czuje się bezradny, samotny, opuszczony, każde wsparcie jest ważne, choćby osoba wspierająca była tak samo bezradna. Nie myślała, że tak trzeba, że tak się powinno. To był odruch.

Dzieciaki poruszały wcześniej temat choroby Celiny bez wiedzy jej siostry. Nie chciały martwić jej na zapas, ale wszyscy wiedzieli, że kiedyś będzie musiała zmierzyć się z prawdą.

-Nie wiem. Nie mamy pojęcia, co to za choroba i czy jest śmiertelna, nie mamy czym jej leczyć. Jedyne, co możemy zrobić, to podawać jej środki przeciwbólowe. –Odpowiedział Suchy unikając wzroku dziewczyny. Czuł się bezsilny, słaby i głupi. Przez te trzy lata udało mu się unikać mutantów, radził sobie ze zdobywaniem jedzenia, wody i środków opatrunkowych, nauczył pozostałych, jak być niewykrywalnymi i utrzymał ich przy życiu. Teraz jednak nie miał pojęcia co robić. Brakowało mu wiedzy i pomysłowości. Sytuacja go przerosła. Nie mógł jednak dać tego po sobie poznać. Dobrze zdawał sobie sprawę, że tylko jego postawa i wiara dawała reszcie nadzieje na lepsze jutro. Nie mógł tego pogrzebać.

-Musi być jakiś sposób. Może w tym pirackim magazynie uda nam się coś znaleźć? -Zaproponował Szuler.

-Na pewno będziemy szukać, tylko że nie mamy pojęcia, czego dokładnie szukamy. Nie wiemy, co to za choroba i nie wiemy, czym się ją leczy, a nie możemy podawać Celinie leków w ciemno. To ją zabije szybciej niż brzuch. -Twarz Szulera posmutniała. Pokiwał głową ze zrozumieniem. Suchy jak zwykle miał rację. Justyna szlochała cicho. Siwa nie odstępowała jej na krok. Szeptała do ucha, żeby się nie martwiła, że wszystko się ułoży..

Nagle Zygmunt podniósł głowę i wbił wzrok w sufit. Pogładził się dłonią po brodzie i wziął głęboki wdech. Od kilku sekund wszystkie spojrzenia patrzyły tylko na niego. Dzieciaki wiedziały, że tak właśnie się zachowywał, kiedy przyszło mu coś do głowy.

-Zapytajmy przybysza. -Przemówił wreszcie. -Na początku zebrania powiedziałeś, że nie jest ani wampirem, ani wilkołakiem. Nie wygląda też na mutanta. Powiedziałeś, że nadszedł od południa bez żadnego sprzętu. Jeśli faktycznie tak jest, to musi mieć niesamowitą wiedzę w wielu dziedzinach. Medyczną na pewno. Pierwsza pomoc i leczenie to wiedza bez której umiera sie na Psich Polach po paru dniach.

Suchy wiedział, że Zygmunt ma rację. Gdyby nie jego mama, pielęgniarka, nigdy nie doszliby tak daleko. Uratowała wielu ludzi od zapaleń płuc i powikłań grypy. A kiedy odkryli magazyn piratów i zyskali dostęp do leków, już w ogóle nie musieli się martwić chorobami. Ale teraz jej nie ma.

-Ma rację! -Justyna aż podskoczyła. -Musimy z nim porozmawiać. Na pewno będzie coś wiedział! -Omiotła zebranych spojrzeniem pełnym nadziei.

-To nie takie proste. -Zaoponował Suchy. Twarz Justyny natychmiast oblała fala zimnego gniewu. Wlepiła zawistne spojrzenie w dowódcę i zaczęła krzyczeć.

-Dlaczego dla ciebie nic nigdy nie jest proste?! Dlaczego do cholery ty zawsze jesteś przeciwny?! Moja siostra może umrzeć w pieprzonej izolatce dla czubków a ty nawet nie chcesz sprawdzić, czy ten facet coś wie?! Kawał chuja z ciebie wiesz?! Nienawidzę cię!

Justyna poderwała się z krzesła aż huknęło o podłogę. Bez zastanowienia wybiegła z łazienki.

-Siwa biegnij za nią. Nie pozwól jej się zbliżyć do celi tego typa.

Osiemnastolatka nie zastanawiała się nawet sekundy. Drzwi trzasnęły topiąc pomieszczenie w głuchej ciszy.

-A jak zechce z nim pogadać? -Zapytał w końcu Mrówa.

-Nie zabronię jej rozmawiać. Szczególnie, że żyjemy w takich a nie innych warunkach, ale myślę, że jednak tego nie zrobi.

-Jesteś pewien? -Dopytywał się podejrzliwie Messi.

-Tak. Boi się go tak samo jak my wszyscy.

Głucha i niezręczna cisza zapadła po raz kolejny. Prawdą było, że wszyscy bali sie mężczyzny w czerwieni. Suchy powiedział tylko głośno to, o czym zebrani myśleli.  -Trzeba ruszyć po zapasy. -Miśka przerwała milczenie. -Z moich obliczeń wynika, że został nam bochenek chleba, dwie butelki wody, w sumie z pół kilo owoców, trochę bandaży i środków przeciwbólowych. Potrzebujemy wszystkiego.

-Tak szybko? -Zdziwił się dowódca. -Byliśmy w magazynie nie dalej, jak tydzień temu. Piraci nie mieli pewnie nawet nowej dostawy. Mogą się zorientować, że ich okradamy. Jak wzmocnią straże to możemy się już więcej nie przedrzeć.  Nie wspominając o tym, że zaczną nas szukać.

-A jaki mamy wybór? Dawid musi jeść. Kaszle ostatnio i zaczyna kichać. Jak sie rozchoruje pozaraża wszystkich. Co mu dam, jak wszystko sie kończy? Celina ma gorączkę, musi dużo pić. Czy to ważne, jak zginiemy? Z głodu, czy z rąk piratów? -Tłumaczyła dziewczyna z trudem powstrzymując łzy. Suchy wiedział, że ma rację.  Chodził w tą i z powrotem klnąc pod nosem. Byli w sytuacji bez wyjścia, którą on musiał rozwiązać. Zaczynał mieć tego dość. Z dnia na dzień było coraz gorzej, a on miał coraz mniej sił by z tym wszystkim walczyć.

-Wezmę Messiego, Mrówę i Zygę. Zobaczymy, czy uda nam się coś ugrać. -Powiedział wreszcie, ale sam nie był co do tego przekonany. Chłopacy kiwnęli głowami. Nawet jeśli nie uda im sie dostać do magazynu, to może chociaż nie zginą i dowiedzą sie czegoś? Messi poruszał się jak kot (dziś jego umiejętności wyjątkowo zaimponowały Suchemu, kiedy niezauważony obserwował przybysza w czerwieni i upewnił się, że nikt z nim nie przyszedł), Mrówa biegał szybko jak gepard a Zygmunt był mistrzem zabawy w chowanego. Mieli spore szanse. Robili to już nie raz i nie dwa, ale nigdy w tak krótkim odstępie czasu. Pozostawało mieć nadzieję, że piraci nic nie zauważą.

-A co zrobimy z przybyszem? -Zainteresował się Zyga.

-Nie wiemy kim jest. Może być piratem, ale oni raczej są uzbrojeni po zęby i najpierw strzelają, potem strzelają a na końcu zadają pytania. Może być łowcą niewolników, ale oni podróżują raczej grupami, więc i tą ewentualność bym wykluczył. -Zastanawiał sie głośno Suchy.

-Nie możemy zabić niewinnego człowieka… -Stwierdziła Miśka ściszonym głosem.

-O ile jest człowiekiem. -Dodał Mrówa. -A co jeśli to jebany wampir?

-Też mało prawdopodobne. Wampiry żyjące na pustkowiach to bezmózgie zwierzęta, albo chorzy psychicznie degeneraci. On nie wygląda ani na jednego ani na drugiego. Wilkołakiem też nie jest. W obu przypadkach nie dałby się uwięzić. Nie wiem tylko jak udało mu się przeżyć bez sprzętu. –To pytanie nie dawało suchemu spokoju. Przez cały czas miał w głowie obraz spokojnej twarzy przybysza. Faceta spętanego i uwięzionego w ciemności na środku śmiertelnej pustyni. Faceta tak spokojnego, jak by wreszcie trafił do ekskluzywnego uzdrowiska na upragnione wakacje.

-Szkoda że nie mamy latary UV. Walnęło by mu się po ślepiach i jak by się sfajczył to byśmy wiedzieli, a tak na wariata to niczego się nie dowiemy. -Upierał się chłopak w kożuchu.

-Tak czy inaczej… -Suchy zawiesił głos. Wiedział, że z trudem przejdzie mu przez gardło to, co ma do powiedzenia. Niestety musiał to zrobić. Musiał podjąć najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. -Nie możemy zaryzykować życia naszej grupy. Jeżeli to zwyczajny wędrowiec i nic nam z jego strony nie grozi, to będę się za to smażył w piekle, ale jeżeli faktycznie jest niebezpieczny i może nas pozabijać, to diabeł wciągnie mnie jeszcze głębiej, jeżeli nic nie zrobię. Zlikwiduję go, jak tylko skończy się burza. -Zadecydował. Przełknął nerwowo ślinę. Przecież nigdy nikogo nie zabił.

-Nie zgadzam się! -Zaoponował Zygmunt. Nie możemy zabić niewinnego człowieka. Ponadto, on może okazać się naszym zbawcą. Sam przyznałeś, że może mieć wiedze, o której mówiłem. Może uratować Celinę i w razie czego wskazać nam bezpieczny trakt do Warszawy. Przeżył tyle na pustkowiach. Musiał sobie jakoś radzić.

-Zgadzam się. Nie możemy go tak po prostu zabić nic o nim nie wiedząc. A może ma rodzinę, która na niego czeka? Chcesz, żeby czuli to co my dwa lata temu?! -Miśka zagryzła wargi. Wyraźnie obchodził ją los przybysza.

-Nie chcę żyć ze świadomością, że wydałem na kogokolwiek wyrok śmierci. -Wydawało się, że tym jednym celnym zdaniem Messi rozwiał wszelkie wątpliwości.

-Ja tam bym mu posłał kulkę w łeb. -Powiedział Mrówa. -No bo kurwa! Jego życie albo nasze. Może gość jest tylko głupim tłukiem, który ma fuksa jak sam święty Piotr i dlatego łazi samopas po pustkowiach, ale chyba nie chcę ryzykować, że poderżnie nam wszystkim pieprzone gardła podczas snu. Chuj wie co to za jeden, a jak chuj wie, to do piachu bo tak jest dla nas bezpiecznie.

Zygmunt, Messi i Dominika popatrzyli na Szulera. Jego głos miał zadecydować o uniewinnieniu, albo poddać sprawę pod ponowne rozpatrzenie. Takie ustalili sobie zasady. Jeżeli pojawi sie jakiś sporny temat, każdy z nich ma równy głos. Ilość głosów decyduje o rozwiązaniu, a w przypadku remisu poddaje się sprawę ponownemu rozpatrzeniu. Problem zostaje odłożony do następnego spotkania.

Szuler westchnął głęboko.

-Ja nie mam zdania. Z jednej strony nie chcę nikogo zabijać, ale z drugiej sam też nie chcę umierać. Wstrzymuje się.

Wiedzieli, że miał do tego prawo.

-Czyli trzy do dwóch. -Podsumował Zygmunt. -Nikt nikogo nie zabije.

Suchy nie miał zamiaru dyskutować. Czasy się zmieniły. Przed końcem świata umieli opanować trudnej sztuki rozmawiania. Narzucali sobie swoje zdanie nie rozumiejąc poglądów swoich rozmówców. Nie dochodzili do niczego. Koniec końców decydował silniejszy. Ojciec mu o tym opowiadał. O politykach i ich głupich sporach. O wojnach które wywoływały. Suchy, że brak jakiejkolwiek empatii to domena władców i ludzi możnych, ale ojciec opowiedział mu o Internecie. Na początku dwudziestego pierwszego wieku istniało tak zwane “pokolenie Internetu”. Paradoksalna grupa zupełnie aspołecznych ludzi dążących do nawiązywania kontaktów z innymi tylko po to, by udowodnić sobie i całej reszcie, jak bardzo są mądrzy, wspaniali i wyjątkowi.  Członkowie tej dziwnej sekty udzielali się na tak zwanych “forach” na których dyskutowali na jakiś temat i każdy uważał że jego zdanie jest najlepsze. Tata nazywał ich “sieciowymi znawcami wszech rzeczy”, bo zachowywali się, jak by pozjadali wszystkie rozumy. Ciągle też powtarzał, że Internet był cudownym wynalazkiem ludzkości, którego najsłabszą stroną byli ludzie.

Suchy cieszył się, że żadne z jego dzieciaków nie zna tego cudu techniki. Jeszcze gotowe się zarazić. Na szczęście sieć nie miała okazji obudzić ich ukrytych kompleksów, ani wciągnąć w wir ignorancji. Był szczęśliwy, że pozostali zdają sobie sprawę, że tylko zasady i dyscyplina wciąż trzymają grupę przy życiu. A najważniejsza z zasad brzmiała: “wynik głosowania to rzecz święta i niepodważalna”. Zasada, którą Suchy musiał złamać.

 

Tym razem bezpieczeństwo grupy było ważniejsze od demokratycznego głosowania. Oczywiście Suchy nie mógł nic powiedzieć. Nie mógł otwarcie przeciwstawić się grupie, bo straciliby do niego zaufanie. Nie był by już autorytetem, którego nie można podważyć. Kiedy skończy się burza, zarządzi że należy wypuścić przybysza. Wyprowadzi go za las i zastrzeli w miejscu do którego nikt nigdy nie chodzi. Dokoła jest mnóstwo takich. Walczył z myślami. Anioł w jego głowie podpowiadał mu, że tak nie wolno. Że źle robi, że nie będzie w stanie zabić człowieka. Że kiedy sprawa się wyda wszyscy go znienawidzą. Niestety w tej batalii mroczna część jego duszy miała przewagę. Przybysz znał położenie ich kryjówki. Niech nawet będzie zwykłym wędrowcem. Wystarczy ze sprzeda tą informację łowcom niewolników… Niech reszta go znienawidzi. Przynajmniej będą nienawidzić go na tym świecie. Lepiej mieć wrogów tu, niż po tamtej stronie.

-Wygląda na to, że wiemy już wszystko. -Suchy przysunął krzesło do biurka. Był to gest oznaczający koniec spotkania. -Chłopaki weźcie torby i latarki. Przygotujcie się. Niedługo ruszamy po zapasy. Dominika pogadaj z resztą. Justyna i Celina potrzebują teraz naszego, pełnego wsparcia. Nie możemy ich zawieść chociaż w tej kwestji.

Dziewczyna kiwnęła głową.

-Do roboty. Szkoda czasu. -Suchy zakomenderował ruszając w stronę drzwi.

 

Kiedy tylko Chudzina usiadł naprzeciwko Miłosza, dzieciaki jakby się ośmieliły. Wyszły ze swoich cel i zaczęły szeptać. Kilku chłopców rozpoczęło grę w karty w koncie korytarza. Dziewczyny siedziały pod ścianą i szeptały coś na temat więźnia. Ten wydawał się spać w najlepsze. Mimo to grubas z obrzynem nie miał zamiaru spuścić go z oczu. Nawet Aneta wyszła przeciągnąć się i rozprostować kości. Tylko Dawid i Justyna zostali przy, zlanej potem Celinie. Jęczała strasznie. Brzuch nie dawał jej spokoju. Chłopak co jakiś czas kładł jej na czoło nowy okład. Zimna, mokra szmata przynosiła pewną ulgę. Na pewno przynosiła.  Mimo tego stan dziewczyny pogarszał się coraz bardziej. Jej siostra, odarta z sił siedziała w kącie celi szlochając bezsilnie.

Drzwi trzasnęły. Do środka weszła Dominika. Wszyscy spojrzeli na nią pytająco.

-Jak zebranie? -Zapytał wreszcie jeden z chłopaków. Dominika spojrzała podejrzliwie na więźnia. Chyba nie powinien wiedzieć, jakie problemy nękają grupę. Kiwnęła ręką wołając do siebie pozostałe dzieciaki. Te posłusznie siadły dokoła niej. Dziewczyna wzięła głęboki wdech. Zawsze z trudem przekazywała grupie złe wieści. -Po pierwsze zapasy się kończą. Suchy bierze chłopaków i rusza do magazynu. Potrzebujemy też leków. Dziki -wskazała dłonią niskiego szatynka. Dziesięcioletni chłopak aż drgnął z wrażenia. -W mojej celi są jeszcze kartki. Sprawdź jakich leków brakuje w apteczce i zrób listę. Dasz Suchemu. -Chłopak kiwnął głową.

-A co z lekami dla Celiny? -Zapytała jedna z dziewczyn w odpowiedzi na jęk dobiegający z ostatniej z cel. Dominika zwiesiła głowę.

-Będziemy szukać jakichś leków dla niej, ale nawet nie wiem co może jej pomóc. -Wyszeptała jeszcze ciszej niż do tej pory.

-Nie wyleczycie jej lekami. -Łagodny, ciepły głos wypełnił korytarz. Mimo całego ciepła, jakie niusł ze sobą, przerażone dzieciaki cofnęły sie pod ścianę. Chudzina natychmiast poderwał się z krzesła i cofnął kilka kroków, mierząc więźniowi prosto między oczy. Ten nie miał zamiaru ich otworzyć. Odpoczywał. Zdawał sobie jednak sprawę, że bezruch to za mało, żeby odzyskać siły. Justyna wybiegła jak oparzona. Stanęła obok Chudziny. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale coś ścisnęło jej gardło. Strach. Nogi ukryte pod grubą, szarą spódnicą drżały jak oszalałe. Wyśmieje mnie, myślała. Zmiesza z błotem. Gardzi takimi jak my. Takimi jak ja. Wzięła głęboki wdech. Nie wiedziała, czy jej granatowy, popruty sweter zrobił się nagle za ciasny, czy klatka piersiowa za mała. W każdym razie bolało. Pewnie ze strachu. Spojrzała na niewinną minę przybysza, na jego kruczoczarne, potargane włosy, na czerwoną kurtkę, tak bardzo nie pasującą to tego czarnego piekła rozciągającego sie do koła. Jej lęk gwałtownie wzrósł. Serce waliło tak, jak by chciało wyrwać się z piersi i uciekać jak najdalej. Przecież to nie człowiek. Myślała. To jakiś potwór. Każdy kto jest na tyle silny, by być wolnym musi być potworem. A on był wolny. Był wolny dopóki nie trafił do nas. Teraz go więzimy… A może to on więzi nas? Może po prostu czeka na chwile nieuwagi i jak mówił Mrówa, zamorduje nas we śnie? Przybysz miał bardzo miłą twarz. Nagle pomyślała, że ktoś, kto ma tak przyjazną buzię nie może chcieć zrobić jej krzywdy, poza tym Celina cierpi. Chciała tylko, żeby cierpienie się skończyło. Cierpienie i strach. Trzeba uciekać. Pomyślała. Jak ucieknie i schowa się w celi, to strach minie. Będzie bezpieczna. Chciała być już bezpieczna. Odwróciła się by by znaleźć schronienie w zimnej, ale znajomej izolatce. Drżąca Celina jęknęła spod koca. Była pół przytomna. Nawet Dawid stojący do tej pory przy drzwiach wrócił do niej, żeby chociaż być blisko. Widok siostry i opiekującego się nią dzieciaka zdusił w niej cały lęk. Spojrzała na zamknięte powieki Miłosza. Jej ciało nadal drżało, ale nie miało to już znaczenia. Strach nie minął. W tej jednej chwili nauczyła się po prostu o nim nie myśleć.

-Dlaczego to powiedziałeś? -Wyksztusiła wreszcie. -Wiesz, co się dzieje z moją siostrą?

Miłosz wolno podniósł głowę. Kosztowało to wiele wysiłku i dopiero teraz dotarło do niego jak trudno będzie się poruszać w tym stanie. Kiedy mięsnie już nie były rozgrzane, a stawy zasnęły w bezruchu, każdy wysiłek skutkował rwącym bólem. Dopiero teraz, kiedy nie musiał się skupiać na wykrywaniu wszelkiego zagrożenia, nie musiał sie martwić postępującą utratą sił, kiedy adrenalina opadła poczuł jak bardzo jest zmęczony. Jak blisko krawędzi stoi.

-Tak. -Miłosz mówił spokojnie. Nie otwierał oczu. Regeneracja, którą udało mu się uruchomić ostatkiem sił spełniała swoje zadanie. Wiedział, że niedługo powinien poczuć się lepiej. -Ma zapalenie wyrostka. Bez operacji nie przeżyje.

Justynę oblał zimny pot. Więc nie ma już ratunku? Nie ma tu nikogo, kto potrafiłby przeprowadzić operacje. Z resztą w tych warunkach, nawet jak się uda, to jej siostra umrze z zakażenia. A zaraz potem przeraziła się tym, jak łatwo uwierzyła przybyszowi.

-Kłamiesz! -Chudzina otrząsnął się z szoku jako pierwszy. W myślach Justyny błysnął promyk nadziei. Na pewno kłamie.

-Czemu miałbym łgać? -Mimo pytania, Miłosz wcale nie dziwił się, że dzieciaki mu nie wierzą.

-Bo jesteś w kaftanie, uwięziony pod ziemią i trzymany na muszce – grubas tłumaczył nerwowo. -Bo boisz się, że cię zabijemy i kłamiesz, żebyśmy uznali, że jesteś nam potrzebny.

Cwany dzieciak. Pomyślał przybysz uśmiechając sie w duchu.

 

C.D.N