Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Mistrzowie Pokory

Ludzie… Głupie stworzenia. Ale to nie ich wina. W końcu to Bóg stworzył ich na swój obraz i podobieństwo. Ani to stałe w poglądach… Odkąd pamiętam, ludzie, kojarzyli mi się z jakąś płynną, śmierdzącą substancją, dostającą się w najdrobniejsze szczeliny, tak aby im było wygodnie. Nic dziwnego, że tak wielu lądowało u nas.

Tak też miało się stać i tym razem. Obserwowałem Annę swoimi kocimi oczyma, leżąc zwinięty w kłębek na fotelu. Anna właśnie kończyła rysować na ziemi drugi pentagram. Z tego co chciało mi się usłyszeć, wiedziałem, że kobieta zamierza wywołać Astezariusza, mojego dobrego znajomego, demona średniej kategorii, z grupy ifrytów. Jeżeli Anna będzie mieć szczęście, Aste zauważy mnie na tyle wcześnie, żeby jej od razu nie zabić.

Skąd wiedziałem, że Astezariusz zabije Annę? Po pierwsze, mój przyjaciel kocha spać i nienawidzi, kiedy się go budzi bez powodu. Po drugie, ludzie to głupie stworzenia. Po trzecie, Anna nakreśliła zły pentagram. Z takim, mogła sobie przywoływać co najwyżej impy. Taki ifryt jak Aste, mógł go zdmuchnąć mrugnięciem powieki. Rzecz jasna, z całym domem przy okazji.

Anna stanęła pośrodku większego, bezużytecznego pentagramu. Miała na sobie czarną, prostą szatę wymaganą do tego typu rytuałów, która podkreślała jej kobiece kształty. Ziewnąłem, kiedy zaczęła inkantację. Jakaś mucha usiadła na oparciu fotela. Dlaczego okazała się bardziej interesująca niż odprawiająca rytuał dwudziestopięciolatka? Dla tego, moi mili, że z takimi widokami miałem do czynienia bardzo często.

Anna inkantowała płynnie, a ja obserwowałem muchę. Po chwili poczułem odór gnijącego ciała. Hm… Aste uwielbia siarkę. Czyżby Anna przywoływała kogoś innego? A co mnie to obchodzi.

Mucha odleciała w chwili, gdy w mniejszym pentagramie powinno zacząć się coś dziać. Tymczasem, żadnych dymów, płomieni i innych zbędnych ceregieli nie było.

Zdziwił mnie odrobinę widok Asmodeusza. Dziś przybrał postać wysokiego, ciemnowłosego młodzieńca o ostrych rysach twarzy, odzianego w półpancerz. Jak zwykle piekielnie przystojny.

-Witaj Mefisto – zwrócił się do mnie, całkowicie ignorując Annę, która teraz stała z rozdziawionymi ustami, spoglądając to na mojego przyjaciela, to na mnie.

– Witaj Asmodeuszu – odpowiedziałem przybierając formę umożliwiającą mi mowę: wysokiego, błękitnookiego młodzieńca, o śnieżnobiałych, prostych włosach upiętych w koński ogon, odzianego w ozdobną, szkarłatną szatę – Szczerze mówiąc, spodziewałem się Astezariusza, ale ciebie też miło mi widzieć. Co cię sprowadza na ten padół?

– Zadanie od Niosącego Światło, jak zwykle – odparł Asm, z lekkim, pogardliwym uśmieszkiem.

– Co tym razem?

– Powinieneś wiedzieć… Anno, przynieś nam wina – wtrącił siadając w fotelu po drugiej stronie pomieszczenia. Dziewczyna wybiegła z pokoju, wciąż upiornie blada. – To twój klient. Nazywa się Twardowski.

– Ach… Ten gnojek.

– Lucyfer się niecierpliwi. Mam ci pomóc, Mefisto.

– Wiesz, że wciąż ci nie wybaczyłem tego wybryku pod Krakowem.

– Zabawę w smoka?

– Nie, to było dość zabawne. Chodzi mi o to, że zepchnąłeś Wandę z tego wzgórza prosto do Wisły. A Niemiec już był gotów podpisać cyrograf…

– Daj już spokój, odbijesz sobie na Twardowskim. Jeżeli chcesz, w ramach rekompensaty powiem ci, kto zostanie heretykiem miesiąca w lipcu – Asmodeusz zerknął w stronę drzwi ze zniecierpliwieniem. – Pospiesz się, dziewczyno!

– I czego się drzesz? Nie widzisz, że jest przerażona?

– Znalazł się obrońca uciśnionych! – Parsknął ciemnowłosy. – Do dziś zastanawiam się, co przywiało cię wtedy do trybunału. Przyznasz, że mogłeś sobie odpuścić.

– Mogłem, owszem. Ale ojciec tego panicza zalazł mi za skórę w ostatnich latach swojego życia.

Anna weszła do pokoju. Wyglądała jakby miała zaraz zemdleć. Nie myślcie, że zależało mi na jej dobrym samopoczuciu. Mogła się jeszcze przydać, a nie bojąc się, z pewnością będzie działać o wiele bardziej efektywnie. Gdybym wiedział, że lepiej spełni swoją rolę obdarta ze skóry, już teraz całe pomieszczenie byłoby wysmarowane jej krwią. Uśmiechnąłem się do niej odbierając swój kieliszek. Swoją drogą, ciekawe skąd miała kryształowe naczynia. Asmodeusz nawet na nią nie spojrzał. Uniósł tylko rękę, a kieliszek sam poszybował wprost do jego dłoni.

– Zostań, moja droga – powiedziałem upijając łyk wina. Dobre, choć pijałem lepsze.

– Wracając do Twardowskiego… Z czym dokładnie masz problem? – Asmodeusz jednym haustem opróżnił swój kieliszek.

– Jeden stary przyjaciel mi plany spier… – zerknąłem na Annę, która stała sobie cicho w kąciku. – Popsuł – poprawiłem się. Asmodeusz uśmiechnął się tylko pogardliwie.

– Któż to taki?

– Gabriel, a kogo się spodziewałeś?

– Hm… Jakiegoś serafina, szczerze mówiąc. No i co z nim?

-Nie znasz Gabrysia? On ma heksakosjoiheksekontaheksafobię. Wstręt do liczby sześćset sześćdziesiąt sześć – dodałem widząc rozbawioną minę Asmodeusza, na co on ponownie parsknął śmiechem. – Twardowski miał jechać do Rzymu, przez niego zostaje w Polsce. Widzisz przyjacielu, walka o dusze nie ogranicza się tylko do podpisywania cyrografów.

– Pierdoły. Masz jakiś pomysł?

– Owszem mam… – zerknąłem na Annę. – Pomożesz mi, moja droga. Nagroda cię nie ominie. Znam Lilith od kilku tysięcy lat, wiem czego pragną jej służebnice.

– D… D… Dobrze Panie – wyjąkała Anna.

– Mów mi Mefisto. Albo Książę Ciemności. Jak ci wygodniej. A teraz nadstaw swoje śliczne uszka i słuchaj, bo nie będę dwa razy powtarzał.

* * *

Twardowski… Szczwany lis. Już przez siedem lat zatruwa moje skromne, czartowskie życie. Dokładnie siedem lat temu, na Łysej Górze, podczas jakiejś popijawy u Lilith podpisał ze mną drobny cyrografik. Na mocy tego dokumentu (o którym krążyły plotki wśród moich pobratymców) Twardowski stał się jednym z najpotężniejszych magów  w Europie, najpotężniejszym na ziemiach Rzeczypospolitej. Pięć lat temu miał się stawić w Rzymie, aby tam zapłacić mi za otrzymaną moc. Faktura już była gotowa, jednak łajdak się nie pojawił.

Lucyfer nie jest znany ze skrupulatności. Rzadko bywa w dziale księgowym, w piątym kręgu. Dzięki temu, udało mi się przez kilka lat odwlec przymus wyegzekwowania zapłaty od Twardowskiego.

Między nami mówiąc, Asmodeusz zepsuł moje plany na najbliższe dni. Miałem zamiar jeszcze troszkę poobijać się na ziemi, a później zająć się dość obiecującym panem o śmiesznym nazwisku – Faust. Trudno, Twardowski wysunął się na pierwszy plan. A zaciągnąć go do Rzymu, to wyzwanie na miarę najpotężniejszych z arcydiabłów. Na moją miarę.

Siedziałem sobie teraz w jednej z lepszych krakowskich karczm „Pod Diabłem i Gołębicą” (swoją drogą, piękna nazwa). Mieli wspaniałe wino. Podobno miód był jeszcze lepszy, ale nie przepadam za tym trunkiem. Jednak ta odrobina goryczy, to jest to, co lubimy najbardziej.

Tak po prawdzie, sprawa Twardowskiego mało mnie obchodziła. Kraków to piękne miasto, idealne wręcz do prowadzenia interesów. Tu aż roi się od młodzieńców złaknionych sławy, dziewek pragnących bogacza za męża, bądź starych tetryków chcących odzyskać młodość. Dlatego też, zleciłem kilka zadań Annie, a sam udałem się do karczmy. Co do Asmodeusza, byłem pewny, że o cokolwiek bym go nie poprosił i tak tej prośby nie spełni. Taki już jego charakter…

Upiłem łyk wina i rozejrzałem się po wnętrzu karczmy, wypatrując rzeczy interesujących mnie najbardziej – dusz na sprzedaż. W dzień powszedni nie było zbyt dużego ruchu. Ot, kilku stałych bywalców, żaków pijących zawsze i wszędzie, podróżnych…

Moją uwagę przykuł osobnik, na pierwszy rzut oka należący do tej ostatniej grupy. Był to wysoki, barczysty mężczyzna noszący czarną brodę o dokładnie ogolonej głowie, odziany w polski kontusz, z szabelką przy boku, z pewnością podający się za Polaka. Całe szczęście nie zauważył mojej skromnej obecności. Był to bowiem nie kto inny tylko sam archanioł Michał. Ten sam, który strącił Lucyfera w czeluści naszego domu. Ale to było dawno, Michaś zdziadział od tego czasu. Nie raz i nie dwa sam zagrałem mu na nosie (mam tu na myśli zdobycie Akki przez Saracenów. To właśnie Michaś miał czuwać nad krzyżowcami, ale jak zapewne sami wiecie, troszkę mu to nie wyszło. Mówiąc dosłownie i w przenośni, podstawiłem mu nogę. Kiedy jako jeden ze strażników spadał z murów miasta, Saraceni właśnie przekraczali jego bramy).

Michał usiadł przy jednym z wyczyszczonych stolików, tyłem do mnie. I bardzo dobrze. Wolę pooglądać jego anielski zad, niż rujnować Kraków z powodu przypadkowego spotkania. Już mieliśmy podobne przygody, kilka wieków temu w Pompejach. Po prostu wpadłem na niego w jednej z tamtejszych tawern. Dementując plotki: ten wulkan, to jego wina!

Miejsce naprzeciwko archanioła zajął młodzieniec o lisiej twarzy i krótko ściętych kasztanowych włosach. Żak, na sto procent.

-Witaj Stanisławie – powiedział Michał głębokim barytonem.

– Witaj Mistrzu. Wybacz spóźnienie, stawiłem się najszybciej jak mogłem.

– Nie mnie powinieneś przepraszać, lecz swego Boga, za to iż kazałeś czekać jednemu z jego sług. Inkwizytorzy są upostaciowanym miłosierdziem naszego Pana.

Oczywiście… Inkwizycja miała mniej wspólnego z miłosierdziem niż Niosący Światło. Między nami mówiąc, kiedy w ich ręce wpadł Hus, było mi go autentycznie żal. Nawet Belzebub odpuścił mu ten cyrograf podpisany na przełomie wieków. Szepnąłem Żiżce kilka słów i w jego imieniu zrobił w Europie niezły kocioł. A niech mają za swoje.

Zainteresowała mnie postawa, jaką przyjął Michał. Polski Inkwizytor, spotykający się po tawernach z żakami… Czyżby Michał zmienił orientację seksualną? Od naszego ostatniego spotkania w Orleanie minęło sporo czasu (wtedy wolał dziewice). Cóż, nie mnie, wnikać (o ironio) w jego upodobania.

– Chciałem cię poprosić, Stanisławie, o pomoc w pewnym… Hm… Przedsięwzięciu.

– Co tylko Mistrz sobie zażyczy – odparł żak, splatając ze sobą dłonie. Chłopak szybko się uczy. Chyba już zdążył zauważyć, że „proszę wykonać” a „wykonać” w ustach Michała może się i różnią, ale jeżeli chodzi o wartość merytoryczną można pomiędzy nimi postawić znak równości.

– Bądź zatem jutro u mnie w południe. No… Zrobiło się późno, czas na mnie – archanioł opuścił karczmę zanim Stanisław zdążył powiedzieć choć słowo. To w jego stylu.       Jedno było pewne: Michał coś knuł. Jeżeli archanioł coś knuje, z pewnością ta sprawa prędzej czy później dotknie poczciwych mieszkańców podziemi. Wniosek: wypada zainteresować się tą sprawą.

Stanisław pił sobie w najlepsze piwo, niczym zawodowy pijak. Był środek tygodnia, dokładnie jedna z piękniejszych majowych śród. Nie było jeszcze jedenastej, a ten młodzieniec pił jakby była sobota wieczór. Żacy schodzą na psy. Strach pomyśleć, jak będą się zachowywać studenci za sto, dwieście, pięćset lat… Nieważne, tą sprawą powinien się zająć Gabriel albo Rafał. Im więcej piją tym lepiej dla właścicieli karczm. Ponownie zadałem sobie pytanie, dlaczego Michał zainteresował się tym początkującym pijakiem? Coś mi mówiło, że warto znać odpowiedź na to pytanie. Moja intuicja jeszcze mnie nie zawiodła, ale żal mi było rozstawać się z jakże przyjemnym wnętrzem mojej ulubionej krakowskiej karczmy.

Było południe, kiedy lekko chwiejący się Stanisław wyszedł z gospody. Chcąc nie chcąc wstałem i powlokłem się za nim. Miałem pecha. Właśnie zaczęło się chmurzyć. Coś mi jednak mówiło, że uniknę przemoczenia.

Tak jak podejrzewałem, Stanisław zaczął się kierować w stronę biedniejszych dzielnic miasta. Mógł być zdolny, ale na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że nie ma szczęścia do złota. Zresztą, jak większość studentów. Szczerze mówiąc, byłem nieco zdziwiony. Michał nie zainteresowałby się kimś, kto dorabiałby sobie na boku. Większość żaków na miejscu Stanisława z pewnością miałaby już za sobą drobne kradzieże i tym podobne wybryki (dla dociekliwych: nasze statystyki mówią same za siebie, ponad połowa podpisywanych cyrografów została podpisana ze studentami, którzy sprzedawali swe dusze za bogactwo i powodzenie u płci przeciwnej, czasem, o zgrozo, u tej samej płci). Rzecz jasna, Michał mógł się mylić. Nie zdziwiłoby mnie to…

Przyznam szczerze, że nie znałem tych zakątków Krakowa, przez które prowadził mnie Stanisław. Wąskie uliczki, domy z pourywanymi okolicami, góry odpadków walających się pod nogami… To nie był Kraków jaki znałem. Ludzie, których mijaliśmy byli niedomyci, odziani w brudne łachmany i w większości pijani. Ni stąd ni zowąd wyrosła przed nami brama miejska. Kamienie z muru zostały zapewne wyjęte przez mieszkańców okolicy. W jakim celu? Diabeł nie raczy wiedzieć.

Wprost proporcjonalnie do przebytego dystansu rosło niebezpieczeństwo zauważenia mojej skromnej osoby. Aby to niebezpieczeństwo zminimalizować, przybrałem dość wygodną postać wróbla. Przyznam, że nie przepadam za niepozornymi formami, ale w tej sytuacji nie było lepszego wyboru. Mogłem dotrzymać korku Stanisławowi, a gdyby ktoś go zaczepił, dosłyszałbym całą rozmowę.

Cała sprawa nabrała rumieńców, kiedy znaleźliśmy się poza miastem. Ciekawe po co, zwykły żak opuszczał przyjazny Kraków? Niestety, nie dane mi było sprawdzić. Po kilkuset metrach natrafiłem na szczelną ścianę czystej energii (zabezpieczenie przed nieczystymi mocami i istotami rodem z piekieł. Niestety zaliczałem się do takich. Inne istoty, bez problemu mogły ją pokonać. Bariera z pewnością chroniła miejsce wyjątkowo ważne dla… No właśnie. Dla kogo?). A parzyła, jakby postawił ją sam Gabriel. Nie spodziewałem się czegoś takiego, nie w okolicach Krakowa. Po pierwsze, nie mam pojęcia, kto ją postawił. Barierę Michała obszedłbym bez większych problemów. Stary wyga ma nawyki, których nie zmieni za żadne skarby. Nawyki Michała były swojego rodzaju kluczem. Rafał z pewnością przebywa w Londynie. Co do Gabrysia, owszem był w Krakowie kilka lat temu, ale nie stawiał podobnych konstrukcji.

Po drugie, nie mam pojęcia, dlaczego ją postawił. Nie pamiętam, żeby w okolicy Krakowa były jakieś miejsca związane z magią. Wszystkie uroczyska na ziemiach Polski, zostały dezaktywowane przez Lestka, syna Siemowita. Nawiasem mówiąc, Lestek nie wdał się w ojca. Siemowit był bowiem jednym z najpotężniejszych magów, jakich ziemia widziała. Merlin z Brytanii nie dorastał mu do pięt.

Dochodziła druga. Stanie przed barierą czekając na zbawienie, nie było konstruktywnym zajęciem. Hm… Trzeba znaleźć Asmodeusza.

* * *

Wieczory w karczmie „Pod Diabłem i Gołębicą” zawsze są spędzane w miłej atmosferze. Siedzieliśmy z Asmodeuszem w kącie karczmy posilając się polskimi przysmakami. Pracując nad pieczenią w sosie, kątem oka obserwowałem grupę żaków pijących na umór. Wieczorna zmiana. Tych, co pili rano, widziałem na zewnątrz, śpiących pod ścianami domostw w kałużach własnych wymiocin.

Asmodeusz opróżniał talerz zupy, której skład był trudny do odgadnięcia z powodu dużej ilości pływającej na powierzchni pietruszki. W Kręgach wszyscy znali słabość Asmodeusza do tego warzywa.

Dwaj Anglicy siedzący w kącie nie przyciągali uwagi stałych bywalców. Ich bardziej interesował alkohol. Dlatego lubiłem Polaków: wszystko dało się załatwić przy wódce i wódką. Rozmowa w języku angielskim uchroniła nas przed niechcianymi podsłuchiwaczami.           – Wiesz, Mefisto… Na twoim miejscu nie przejmowałbym się tą sprawą. Skoncentruj się na Twardowskim, żeby Lucyfer się odczepił i tyle.

– A jeżeli to coś…

– Pieprzysz od rzeczy. Jeżeli piłeś – wytrzeźwiej. Jeżeli nie piłeś – to się napij.

– Asm! Nie znasz mnie? Daj mi się pobawić…

– Właśnie Cię znam i sądzę, że to jednak wcale nie będzie dla ciebie zabawa. Cholerny idealista.

W tym momencie do naszego stolika podszedł wysoki, bogato odziany blondyn o niebieskich oczach.

– Panowie wybaczą, że przeszkadzam w konwersacji… Jednak słysząc rodzimą mowę w obcym mieście… Sami Panowie rozumieją.

– Oczywiście. Proszę siadać Panie…

– Drake… Francis Drake.

– Admirał John Black – przedstawił się Asmodeusz, kłaniając się lekko. Nowoprzybyły odkłonił się siadając.

– Lord Milo Silverwing. Co Pana sprowadza do Krakowa, Panie Drake? – zapytałem odstawiając pusty talerz na bok.

– Poszukuję nawigatora. Podobno w Krakowie przebywa aktualnie pewien Hiszpan, który jest mistrzem w tej sztuce.

– Adam Cortez, owszem jest w Krakowie – odparł Asmodeusz – Zatrzymał się podobno w karczmie „Pod Poduszką”.

– Pan Cortez zatrzymał się w zamtuzie? Coś podobnego – westchnął Francis spoglądając na swoje kolana.

– Nawet on jest tylko człowiekiem, podatnym na ludzkie słabości – powiedziałem rozkładając bezradnie ręce- Tak samo jak ja, czy pan.  Z tego, co pan mówi, wnioskuję, że zna pan ten lokal?

– Tylko ze słyszenia drogi panie. Nie bywam w podobnych miejscach.

– Rozumiem… Cóż, jeżeli będzie trzeba z przyjemnością panu pomożemy, Panie Drake. Napije się pan z nami?

– Nie, dziękuję uprzejmie. Nie pijam alkoholu.

Interesujące… Drake wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Rzadko który młodzieniec w jego wieku nie pijał alkoholu. Cóż… Może to wina jego pochodzenia? Może zbyt przyzwyczaiłem się do polskich zwyczajów?

– To się chwali – powiedział Asmodeusz z szerokim uśmiechem. Podły hipokryta.

– Twierdzą panowie, że Cortez przebywa w tej karczmie?

– Jesteśmy tego pewni – powiedziałem wstając powoli – Panowie wybaczą… Obowiązki.

– Oczywiście… Do zobaczenia – powiedział Drake i skłonił się lekko.

– Bywaj – mruknął Asmodeusz patrząc na mnie spode łba. Zapewne wiedział, że planuję działać wbrew jego radom.

* * *

Praga… Stolica magii i alchemii. Mimo to nie przepadałem za tym miastem. Miało w sobie coś odpychającego. Jakiś charakterystyczny odór, odrzucał nie tylko mnie, ale i większość moich pobratymców. Asmodeusz też nie lubił tego miasta, ale jego niechęć można było akurat zrozumieć. Jakieś sto pięćdziesiąt lat temu spił się do nieprzytomności w jednej z praskich karczm. Rzecz jasna nie pił sam. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka lat po tym incydencie jego kolega do kieliszka stanął na czele Taborytów. Asmodeusz do tej pory nie wie, że to ja rozmawiałem z Żiżką bezpośrednio przed rozpadem głównego nurtu wiary husyckiej.

Tutaj również panowała piękna, majowa pogoda. Ludzie gonili za swoimi sprawami, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Ciesząc się słońcem, pokonywałem powoli praskie uliczki, kierując się do małego domku na obrzeżach. Ów domek należał do pewnego Żyda, który był mi winien więcej niż jedną przysługę. Nie chwaląc się, z pomocą mojej skromnej osoby udało mu się zbudować golema. Fakt, pierwszy troszkę nie wyszedł. Był robiony po kilku butelkach wytrawnego wina, ale to przez złą jakość mułu rzecznego całą robotę szlag trafił (dosłownie).

Domek stał wciśnięty pomiędzy dwa inne, nieco większe domy. Przez małe okna nie było widać za wiele. Zapukałem cicho w masywne drzwi. Ze środka dobiegł jakiś słaby głos. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich młodzieniec o czarnych włosach. Sylwetka Żyda przypominała sylwetkę niedźwiedzia: wysoki, barczysty o mięśniach godnych Aresa (miałem kiedyś przyjemność z Aresem. Drobna różnica zdań, nic wielkiego w świecie ludzi, jest sprawą bytu i niebytu w naszym świecie. Wręcz mało który, nawet z arcydiabłów miał z nim szanse. Ares, okazał się jednak tępym półgłówkiem, na którego potrzebowałem końskiej dawki cyjanku. Dla dociekliwych: Ares był jednym z cherubinów, nikt do tej pory nie wie, jakim cudem stał się greckim bogiem wojny).

Salomon Boberman, przywitał mnie z uśmiechem. Z wnętrza domu dopłynął do mnie zapach alkoholu i grochówki.

– Witaj Salomonie – uśmiechnąłem się kącikiem ust – Poświęcisz mi kilka chwil?

– Ależ jak mógłbym Panu odmówić… Proszę do środka – młodzieniec zaprosił mnie gestem do wewnątrz. Skorzystałem z zaproszenia dość niechętnie, majowe powietrze było takie czyste. Wnętrze domu było zagracone. W kącie stała jakaś dziwna aparatura, najprawdopodobniej służąca do pędzenia bimbru. Po podłodze walały się książki i puste butelki. Wszystkie przyrządy potrzebne każdemu adeptowi magii były złożone w jednym kącie tworząc górę magicznych śmieci.

– W czym mogę pomóc? – zapytał Boberman siadając na zydlu – Proszę usiąść…

– Dziękuję, postoję… Chodzi o pewną hm… Anomalię w okolicach Krakowa. Bariera magiczna niewiadomego pochodzenia.

– Anomalie… Hm… I Pan chce, abym sprawdził jej pochodzenie i przeznaczenie?

– Dokładnie tak. Wiesz, Salomonie, że sam nie mogę tego zrobić…

– Wiem, wiem… Michał jest w mieście. Kiedy mam być w Krakowie?

– Najlepiej jutro. O dziewiętnastej w gospodzie „Pod Diabłem i Gołębicą”?

– Czy…

– Tak… Weź go – uśmiechnąłem się wyjątkowo paskudnie – Kto wie, co tam może siedzieć.

– Znając Kraków? Z pewnością cień…

Zmarszczyłem brwi. To było logiczne. Cień… Od zawsze pomiędzy światłem i mrokiem. Neutralne, nie należące do żadnej ze stron. Trzecia frakcja w konflikcie między Piekłem a Niebem. Na przestrzeni wieków przyjmował różne postacie.

– Do zobaczenia… – rzuciłem krótko i ruszyłem w stronę drzwi. Miałem wiele spraw do przemyślenia.

* * *

Karczma prezentowała się wzorowo. Po raz kolejny pogratulowałem sobie niespotykanego intelektu i wyczucia sytuacji. Darowanie życia Annie przyniosło spodziewany plon.

„Rzym”, bo taką właśnie nazwę nosiła karczma, należała kiedyś do pewnego krnąbrnego sołtysa jakiejś wsi o mało znaczącej nazwie. Kiedyś była to jedna z gorszych karczm w okolicy, cuchnąca wewnątrz stęchlizną i fekaliami. Anna odwaliła kawał dobrej roboty, zamieniając szynk w najlepszą karczmę w Małopolsce.

– Gratuluję – powiedziałem z uznaniem przenosząc wzrok z odnowionych ścian budynku na ciemnowłosą dziewczynę – Spisałaś się… Nagroda cię nie ominie…

– Dziękuję, Panie…

– … o ile wykonasz drugą część zadania.

– Postaram się. Zapewne słyszał Pan o…

– O jego żonie? Owszem, słyszałem. Zalazła Asmodeuszowi za skórę wydając inkwizycji jego demona. Podobno posiada moc?

– Posiada. Jest najpotężniejszą Wiedzącą w Europie.

– Pierdoły. Dasz sobie z nią radę, Anno. Sprowadzenie tu Twardowskiego to dla ciebie pestka – uśmiechnąłem się do niej.

– Zrobię wszystko…

– I dobrze – przerwałem jej w pół zdania. Wyrażenie „… co w mojej mocy” było nie na miejscu, gdyż moc Anny była mocno ograniczona.

Dobrze, że się zajęła Twardowskim. Bardzo dobrze. Miałem ważniejsze sprawy na głowie niż dusza tego polskiego chama. Zastanawiałem się, kim mogą być „ci trzeci”. W różnych miejscach  Cień przybierał różne formy. Nowy Świat był zdominowany przez szamanów, bezczelnie wpraszających się w astral bez żadnego zaproszenia. Walka z nimi nie była trudna, aczkolwiek nudziła nie tylko nas, ale i Tych z Góry. W starożytnym Egipcie, Cieniem były potężne istoty dorównujące mocą arcydiabłom i archaniołom. Ich pochodzenie nie było do końca potwierdzone, ale według większości z nas, pochodziły one jeszcze z Atlantydy. Set, Anubis, Ra, Horus… Pewnie do dziś błąkałyby się po Egipcie, Syrii a nawet Grecji gdyby nie Niosący Światło. Gabriel też pomógł, głównie przez Mojżesza, ale to dzięki nam cała ta egipska hołota została strącona w  czeluście niebytu.

Czym mógł być Cień na ziemiach Polski? Oczywiście, miałem pewne podejrzenia i wszystko wskazywało na to, że mam rację. Lestek mógł i zniszczyć wszystkie uroczyska na tych ziemiach, jednak to nie znaczy, że te miejsca nie zostały ponownie zdesakralizowane.

Dochodziła dziewiętnasta, a do „Diabła i Gołębicy” miałem kawałek drogi. Skinąłem głową na pożegnanie Annie i rozpłynąłem się w powietrzu. Trzeba sobie jakoś radzić w tych parszywych czasach, prawda? A proste zaklęcie teleportacji, którego opanowanie jest z pewnością szczytem marzeń wielu europejskich magów, mogło mi odrobinę pomóc.

Zmaterializowałem się w ciemnej szczelinie pomiędzy karczmą a magazynem. Zignorowałem dwóch zbirów kopiących jakiegoś starca tuż za mną. Znając Salomona, już na mnie czekał w karczmie. Jest bardzo punktualny nawet jak na Żyda. Kiedy wszedłem do karczmy, okazało się, że miałem rację. Salomon siedział sobie w kąciku w podróżnym płaszczu, sącząc jakiś płyn.

– Jak zwykle punktualny – powiedziałem po aramejsku. Boberman spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Sporo mnie to kosztowało, ale jestem na czas – mruknął w tym samym języku – Sprawdziłem to i owo w księgach… Chyba już wiem co może być przyczyną tego całego zamieszania.

– Doprawdy? Słucham więc.

– Dziewięćset lat temu, było w tych okolicach największe uroczysko na Eurazji – zaczął Salomon. Moje myśli natomiast zaczęły płynąc swobodnie po bezkresie mojej pamięci. Już wiedziałem.

Upadły Serafin… Tysiące lat później Siemowit… Wszystko powoli ułożyło się w logiczną całość. Rzecz jasna o serafinie Boberman nie miał nawet pojęcia. Ale wiedział o aurze samego miejsca. Na tym uroczysku znajdował się grobowiec Siemowita. Owszem, Lestek zdesakralizował tamto miejsce, ale nie wiedział, że uroczysko jest także więzieniem dla istoty będącej czystym ogniem. Dla istoty, która tak jak my, wyrzekła się Blasku Boga, ale w odróżnieniu od nas, wyrzekła się również Ciemności. Choć uwięziona w trzewiach ziemi, zniweczyła wysiłki Lestka. Uroczysko wciąż było uroczyskiem. A to oznaczało…

– Myśli Pan, że on wciąż… – zająknął się Salomon.

– Siemowit? Tak, żyje. To więcej niż pewne. Potrafisz przełamać to zaklęcie?

– Pan raczy żartować. To niemożliwe.

– Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych – usłyszałem głos za swoimi plecami. Odwróciłem się powoli. Za mną stał wysoki młodzieniec o czarnych włosach i wydatnej szczęce. Gabriel…

– Tak uważasz? Nie pamiętasz, kim są wasi Mistrzowie Pokory? Kto niweczy wasze plany? – zapytałem uśmiechając się paskudnie – Nie pamiętasz, co było ostatnim razem?

– Pamiętam. Lądolód Skandynawski się zaczął cofać. Ale dziś mamy przewagę – odparł poważnie Gabriel.

– Pieprzenie… O jakiej przewadze mówisz? Ostatnim razem, to przecież my zamknęliśmy tę paskudę – warknąłem.

– Lucyfer, Mefisto, Asmodeusz i Lilith, w czwórkę daliście mu radę. Ale w Krakowie nie ma dziś ani Lilith ani Niosącego Światło. Za to jestem ja i Michał.

– Wolałbym się skąpać w wodzie święconej niż pracować z wami. Asmodeusz również.

– Obawiam się, że nie macie wyjścia, Mefisto. Siemowit w każdej chwili może otworzyć komnatę serafina. A wtedy nie chciałbym być w twojej skórze.

– W swojej własnej też nie chciałbyś wtedy być – mruknąłem ponuro. Ciężko mi to było przyznać, nawet przed samym sobą, ale skubaniec miał rację.

Trzasnęły drzwi. Do karczmy wmaszerowało dwóch Anglików: admirał John Black i Francis Drake. Powoli ruszyli stołu, za którym siedziałem ja i Salomon.

– Panowie się dogadali? – zagadnął wesoło Asmodeusz patrząc na mnie i Gabriela.

– I tak i nie… – mruknąłem.

– To musi wystarczyć – wyszczerzył się arcydiabeł – Przedstawiłeś mu już plan, Gabrielu?

– Nie zdążyłem. Doszedłem do etapu, w którym tłumaczyłem temu zacofanemu gzymsowi…

– Ej, ej, ej… Nie pozwalaj sobie za dużo skrzydlata popierdółko, bo zarobisz w tę swoją pierzastą dupę – warknąłem.

– Nie mamy wyboru – mruknął Asmodeusz, próbując jakoś załagodzić sytuację.

– Wiem, wiem… Jaki jest ten plan?

– Sami i tak nie damy rady – mruknął Gabriel – Potrzebujemy kogoś kto ma przynajmniej ogólne pojęcie, z czym możemy się spotkać. Dla tego, pójdą z nami też ta twoja Anna, pan Drake…

– Pan Drake? – zdziwiłem się – A co pan Drake ma do tego?

– Skusił się na pewną propozycję – powiedział Asmodeusz z uśmiechem na ustach –Wysokie stanowisko w marynarce Anglii za… Sam wiesz. Po prostu nikogo lepszego nie mamy.

– Owszem, mamy – mruknąłem patrząc na Żyda – Ale pan Drake pójdzie z nami, za to Ania skupi się na swoim zadaniu.

– Och, przestańcie już – syknął zniecierpliwiony Gabriel – Niech idzie kto tam może, szkoda czasu na kłótnie. Michał już czeka na skraju lasu ze Stanisławem i Octavią…

– Z kim?

– Nieważne…

– Dlaczego dowiaduję się o wszystkim ostatni?

– Trzeba było sobie nie robić wycieczki do Pragi.

– Wtedy nie mielibyśmy jego po swojej stronie – warknąłem wskazując bezczelnie Żyda.

– A po cholerę nam? – zdziwił się Asmodeusz marszcząc czoło – Słuchaj, antysemitą nie jestem, ale każdy Żyd powinien znać swoje miejsce.

– Hm… Do czego on by mógł nam się przydać – zamyśliłem się teatralnie – Pomyślmy. Może do kontrolowania golema?

– Nie chcę widzieć żadnych kamiennych olbrzymów – syknął Gabriel.

– A ja Żydów – zawtórował mu Asmodeusz.

– Mieliśmy nie tracić czasu – zerknąłem w stronę Drake’a który z pewnością nie zrozumiał ani słowa z rozmowy w języku aramejskim.

– Lepiej leć po Annę – rzucił Gabriel.

– Sam sobie leć. Ja biorę Żyda – spojrzałem na archanioła spode łba a Asmodeusz parsknął śmiechem.

– Panowie, radzę się pospieszyć – mruknął nieśmiało Salomon – Za kilka minut wzejdzie księżyc.

– Jaki mamy dziś dzień? –rzuciłem pytanie w przestrzeń.

– Pełnię mamy, pełnię – odparł spokojnie Gabriel – Myślisz, że dlaczego zdecydowaliśmy się na współpracę z wami?

– Bo jesteście za głupi, żeby sobie poradzić nawet w trójkę – warknąłem.

– Mefisto, przestań już – jęknął Asmodeusz – Musimy brać się do roboty.

– Moment, moment… Kim do cholery jest Octavia?!

– Octavia jest Wiedzącą – rzucił krótko Gabriel – Wystarczy?

– Tak… – burknąłem wstając z miejsca – Salomonie, gdzie zostawiłeś naszego kamiennego przyjaciela?

– Miała być Anna – powiedział archanioł zaciskając zęby. Został zignorowany.

– Tuż za miastem. Będziemy mieć po drodze – odparł Salomon z uśmiechem.

* * *

Siemowit. Zabiłbym gnojka, gdyby już nie był martwy. Tak pięknie zaczęty tydzień mi zepsuł. I wszystko wskazywało na to, że będzie już tylko gorzej. Trzymałem się z tyłu, idąc tuż za Stanisławem, który, jak się okazało, był po naszej stronie (tak, muszę przyznać, że się myliłem co do jego osoby). Za mną posapywał tylko dwumetrowy kamienny olbrzym pokryty od stóp do głów celtyckimi runami. Upostaciowana brutalna siła fizyczna, bez duszy i uczuć – golem. Asmodeusz i Michał szli z przodu. Drake człapał tuż przed Żydem ściskając w dłoni czeską piszczałę, tuż za nim szli Stanisław i Octavia – niska szatynka o niebieskich oczach, z którą już zdążyłem się pokłócić w kwestii dotyczącej filozofii życia.

– To tu – powiedział Michał stanąwszy obok zwalonego drzewa. Użył języka angielskiego, pewnie ze względu na Drake’a.

– I co teraz? – zapytał szyderczo Asmodeusz.

– No, wchodzimy – odparł Gabriel.

– Ciekawe jak – parsknął arcydiabeł – Pamięć ci już szwankuje Gabrysiu? Piórka móżdżek przeżarły?

– My wchodzimy, wy czekacie aż usuniemy barierę. Dołączycie do nas podczas samej walki z kultystami i Siemowitem.

– Ilu ich tam jest? – rzuciłem pytanie w przestrzeń.

– Około dwudziestu – odpowiedział Stanisław również po angielsku – Plus minus trzech. Kult Światowida nie przyciągnął zbyt wielu wiernych…

– Czekamy. Tylko się pospieszcie – powiedział znudzony Asmodeusz i usiadł na pniu. Ludzie, archanioły i golem ruszyli przed siebie. Po krótkiej chwili straciliśmy ich z oczu.

– Jak skończymy, powyrywam piórka tym gogusiom – mruknął Asmodeusz.

– Zazdroszczę. Przynajmniej się troszkę pobawisz – odparłem zmęczonym głosem.

– A ty?

– Twardowski.

– Ach… No to przyjemnego ściągania długu – wyszczerzył się paskudnie.

– Daruj sobie… – warknąłem. Jego przytyki powoli doprowadzały mnie do szału. W ogóle, co to wszystko ma znaczyć? Wchodzą do karczmy i jak gdyby nigdy nic mówią, że idziemy uśpić Siemowita. My i pierzaste przygłupy. To tak, jakby wilki współpracowały z kurczakami likwidując gospodarza zabijającego kurczaki dla mięsa i uniemożliwiającego wilkom polowania na owce. Chore!

Siedzieliśmy w milczeniu jakieś pół godziny, zanim ciche pyknięcie obwieściło nam runięcie bariery. Bez słowa, ze znudzonymi minami ruszyliśmy przed siebie. Nie zdziwił nas widok małej kapliczki stojącej po środku lasu. Nie zdziwiło nas tajemne przejście w kapliczce prowadzące w trzewia ziemi. Nie zdziwiły nas plamy krwi i ciała wartowników, zapewne zgniecione przez golema. Jednemu z nich coś paskudnie opaliło twarz, zapewne jedno z zaklęć Octavii. Inny miał dziurę w głowie – dzieło piszczały Drake’a.

Swoją drogą, ten Drake mógł dokonać wielkich rzeczy w Europie. Miał potencjał. Kto wie, może nawet kiedyś rozgromi flotę Hiszpańską? Uśmiechnąłem się do moich bezsensownych myśli. Drake i rozgromienie floty Hiszpańskiej? To tak jakby Stanisław w pojedynkę rozniósł Habsburską armię w perzynę.

– Niemal jak w domu, co? – zadrwił Asmodeusz kiedy zeszliśmy do komnaty oświetlonej tysiącem świec, znajdującej się na końcu długich schodów prowadzących w dół. Na dole panowało bowiem piekło. Octavia miotała czym popadło na prawo i lewo, Drake wirował trzymając coś w dłoniach (wirował zbyt szybko aby dostrzec co trzymał) Golem ganiał po całym pomieszczeniu mężczyzn odzianych w wilcze skóry a Stanisław gdzieś przepadł.

Nie zwracając uwagi na chaos panujący w komnacie ruszyliśmy przed siebie. Przez wąskie drzwi weszliśmy do obszernej Sali, oświetlonej blaskiem tylko olbrzymiej pochodni stojącej na jej środku. Na samym końcu olbrzymiego pomieszczenia, dostrzegliśmy drzwi: potężne, kamienne drzwi, pokryte runami. Wciąż były zamknięte.

Ominęliśmy martwe ciało Stanisława i ruszyliśmy w stronę Gabriela i Michała, miotających pociski czystej energii w stronę pomarszczonej postaci odzianej w brązowy pancerz.

Siemowit radził sobie całkiem dobrze w walce z archaniołami. Zbyt dobrze. Michał, który przybrał nieco godniejszą postać od inkwizytorzyny, miał opalone lewe skrzydło. Gabriel, unosząc się kilka centymetrów nad posadzką, dzierżył płonący miecz. Obydwaj w złotych, olśniewających pancerzach.

Ja i Asmodeusz również zmieniliśmy postacie: Asmodeusz stał się olbrzymim barczystym młodzieńcem o skórzastych skrzydłach i zakrzywionych rogach, ja natomiast przybrałem postać istoty utkanej z mroku, w ornamentowej, czarnej szacie, z kapturem zarzuconym na głowę. Asmodeusz wzbił się kilka metrów ponad posadzkę komnaty, ja natomiast sunąc powoli w stronę walczących, wyciągnąłem dłoń, zdającą się być jedynie strzępem dymu. W dłoni pojawiła się mała, ognista kula, która jednak nie poszybowała w stronę Siemowita. Asmodeusz mnie uprzedził, szarżując na umarłego. Złapał go w pół i uniósł ze sobą. Jednym, sprawnym ruchem oderwał mu głowę.

– Tak to się robi, łamagi – rzucił w stronę archaniołów.

– Nie spieszyło się wam– mruknął Michał. Coś chciał jeszcze dodać, ale jego słowa zagłuszył huk zaklęcia. Do pomieszczenia, z sąsiedniej komnaty przedostał się pióropusz czerwonego płomienia.

– No i po kulcie Światowida – mruknął strzęp dymu. Do pomieszczenia weszli Drake, Octavia, Żyd i golem. Golem wszedł jako ostatni, poszerzając nieco przejście. Natomiast cała czwórka istot wyższych, zmieniła swoje postacie rezygnując ze skrzydeł i olśniewających pancerzy na rzecz ludzkich powłok.

– Jak się sprawdzili nasi rogaci przyjaciele? – zapytała z uśmiechem Octavia wskazując mnie i Asmodeusza podbródkiem.

– Całkiem nieźle. Dzięki Bogu zdążyliśmy zanim ten typ otworzył kolejną komnatę. Ten płomień, to było twoje dzieło? – mruknął Michał. Kobieta kiwnęła głową dumna z siebie niczym paw.

– Możemy już stąd iść? – zapytał Drake, ocierając krew z twarzy – Nie będę ukrywał, że mi się spieszy.

– A co, pewnie wybiera się pan niedługo do Nowego Świata, a wiele spraw jest jeszcze nie załatwionych, mam rację panie Drake? – powiedział z uśmiechem Asmodeusz. Drake tylko kiwnął głową.

– Drake ma rację. Wynośmy się stąd – mruknął Gabriel.

* * *

Jedli, pili i coś palili. Nie wiem co, wiem że dym wydawał się znajomy. Karczma była pełna gości. Polskie chamstwo… To jest, polska szlachta wypełniała ją po brzegi. Piwo, miód i wódka lały się strumieniami, mięso znikało ze stołów kilogramami, pochłaniane przez wiecznie głodne, wąsate paszcze.

Siedziałem cichutko w kąciku obserwując wąsatego grubasa, który świsnął jakiemuś żołnierzowi szablą koło ucha. Żołdak, do tej pory szukający okazji do bitki, spokorniał nagle patrząc z szacunkiem na grubasa. Twardowski budził szacunek wśród tej polskiej hołoty. Ale możecie być pewni, Moi Mili, że to tylko z tego powodu, że wyświadczył przysługę Zygmuntowi Augustowi, przywołując ducha jego zmarłej żony, Barbary. Król w zamian za kilka chwil ze strzępem wspomnienia swojej małżonki ofiarował Twardowskiemu majątek, który właśnie przepijał.

Wstałem znudzony i powoli ruszyłem w jego stronę, zmieniając po drodze swoją postać. Nic szczególnego: do wyglądu angielskiego lorda dołożyłem małe, stereotypowe rogi oraz kopyta. Twardowski akurat wychylał kolejny kieliszek wódki.

Karczma nagle zamilkła patrząc to na pijącego Twardowskiego, to na stojącego przed nim diabła. Szlachcic zakrztusił się wódką.

– Co, u licha? – wychrypiał wypluwając na ziemię sporą ilość trunku. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z obecności mojej skromnej osoby – Po coś tu, kumie, zawitał? – zapytał patrząc na mnie półprzytomnymi, świńskimi oczkami.

– Witaj, bracie – mruknąłem, uśmiechając się kącikiem ust –  Nie poznajesz mnie? – dodałem spostrzegłszy, że Twardowski przygląda mi się badawczo – Me imię brzmi: Mefistofeles. Duch, Co Zawsze Przeczy – skłoniłem się dworsko – Spotkaliśmy się siedem lat temu… Na łysej górze. Podpisaliśmy pewien mały dokumencik… Krwią. Dałem ci moc, w zamian za duszę. Mieliśmy się spotkać pięć lat temu w Rzymie i uregulować nasze rachunki. Ale jakoś nie ciągnie cię do Wiecznego Miasta – nie zwracałem uwagi na szepczące pomiędzy sobą chamstwo. To jest szlachtę – Ale wiatr przeznaczenia, skierował twój statek do mojego portu. Ta karczma Rzym się nazywa! Kładę areszt na waszeci!

W ostatniej chwili złapałem Twardowskiego za kontusz. Grubas wykazał się nadspodziewaną szybkością. Prawie mi uciekł. Jednak fizyka jest okrutna. Wielkie cielsko szlachcica uderzyło zdrowo o podłogę.

– Nobile Verbum, pytam się gdzie jest?! – warknąłem, sprzedając grubasowi mocnego kopniaka w brzuch. Twardowski zebrał się powoli z podłogi o otrzepał z kurzu. Minę miał nietęgą.

– W umowie… Był zapis – powiedział, z trudem łapiąc powietrze – Zanim weźmiesz, co twoje, będę mógł cię trzy razy zaprząc do pracy…

– Pierdoły…

– … a ty każdy rozkaz będziesz musiał dokładnie wykonać. I nie zaprzeczaj, znam cyrograf.

Skubaniec miał rację. Fakt, był tam taki zapis i chcąc nie chcąc musiałem zrobić co mi rozkaże. Cham każe, a pan musi.

– Spójrz – grubas wskazał dłonią na nadgryzione zębem czasu płótno i namalowanego na nim koślawego konia – Oto godło karczmy. Konik. Widzisz, mam ochotę na przejażdżkę. Skręć mi też bicz z piasku, w końcu muszę jakoś zapanować nad tym zwierzakiem. Ach… I przydałby się gmaszek, w tym lasku najlepiej. Popas, sam rozumiesz. Wysoki, ze strzechą z żydowskich bród, pobitą nasionkami maku. W każde ziarenko wbijesz po trzy ćwieki grube na cal, długie na trzy.

– To wszystko? – zapytałem teatralnie zawiedziony – Spodziewałem się większego wyzwania. Ale jak chcesz – pstryknąłem palcami. Twardowski popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

– I już? – zapytał niedowierzając. Koń zarżał przed karczmą. Szlachcic spojrzał na godło karczmy: na płótnie już nie było koślawego konia, pozostało tylko puste miejsce.

– Już. Biczyk znajdziesz przy koniku – uśmiechnąłem się paskudnie do grubasa, który wyjrzał przez okno, podziwiając stojący na skraju lasu gmach.

– No, wygrałeś panie bisie…

– Nie sprawdzisz konika?

– Powiedzmy, że ci ufam, Mefistofelesie – powiedział Twardowski z uśmiechem – Zapraszam na górę.

Poczłapałem za grubasem na schodach, zostawiając na dole pijaną szlachtę. Twardowski otwarł na oścież drzwi prowadzące do małego pokoiku, na środku którego stała olbrzymia balia z wodą.

– Czeka cię kąpiel, kumie – szepnął Twardowski i parsknął śmiechem – No już, wskakuj do tej misy. Umyj dokładnie uszy, woda święcona wspaniale usuwa woskowinę.

– Chyba kpisz – mruknąłem ponuro.

– Cóż, jeżeli chcesz zerwać naszą umowę…

– Siedź cicho… – wskoczyłem do balii w ubraniu (przecież nie będę się obnażał przed jakimś chamem). Nie będę Wam opisywał Moi Mili, co czułem podczas tej kąpieli. Opis  byłby zbyt drastyczny.

– Nigdy więcej – warknąłem wychodząc z misy. Osuszyłem się jednym machnięciem dłoni. Powoli ruszyłem za Twardowskim, który wyszedł z pokoju i zaczął schodzić po schodach do głównej izby karczmy, zataczając się lekko – Teraz już jesteś nasz…

– Oj, nie tak prędko przyjacielu. Czeka cię jeszcze jedno zadanie. Duszko, podejdź do nas – powiedział, kiedy już byliśmy na dole. Z tłumu wyłoniła się drobna postać. Wciągnąłem ze świstem powietrze.

– Oto moja żona… Octavia Twardowska – grubas objął ramieniem niebieskooką– Zaopiekujesz się nią jak swoją własną żoną, podczas gdy ja będę tam… Na dole.

– Ty chyba…

– Przysięgniesz jej miłość, szacunek i posłuszeństwo – grubas zaakcentował ostatnie słowo – Złamiesz choć jeden warunek… Już cała ugoda za nic.

Wykorzystałem moment, w którym Twardowski odwrócił wzrok żeby spojrzeć na wybrankę swego serca. Po prostu rozpłynąłem się w powietrzu. Zaklęcie teleportacji przeniosło mnie prosto do ósmego kręgu. Dusza tego moczymordy nie jest warta takiego cierpienia.