Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Piotr Sarota – My Little Cthulhu Pony

Spoglądam na niezapisane stronice kroniki, licząc, że wcześniej czy później moje myśli ułożą się w jakiś zrozumiały wzór, który pozwoliłby wyciągnąć historię naszego nieszczęścia z bezdennej otchłani rozpaczy, rozpływającej się szerokim strumieniem pod naszymi kopytami. Nie wiem, być może księżniczka Celestia pragnie wypróbować każdego sposobu, aby mój umysł nie pogrążył się do końca w szaleństwie, a może i ona odczuwa tę potworną grozę, która zżera nas każdego dnia po trochu, sięgając coraz głębiej w nasze serca i dusze. Ja…  

 

Och, Kucu Wszechmocny. Przez moment miałam wrażenie, że przyszli tutaj, że już, przeszukują każdy skrawek zamku! Na szczęście to tylko Spike wszedł do pokoju, trzaskając drzwiami. Mój Spike, tak odmieniony od czasu… Nie, nie bądźmy naiwni. To odmieniło nas wszystkich, wyrwało z tego uporządkowanego świata, jaki kochaliśmy. Zabawy w strumieniach słonecznych promieni, niekończące się przyjęcia pełne prezentów, głośnego śpiewu, żartów i śmiechu, wszystko to pękło niczym mydlana bańka, niczym balonik z konfetti, przypadkowo nakłuty przez Rarity. Tyle że z tego nie posypały się kawałki kolorowego papieru, a niewysłowiona groza, makabra odzierająca każdego kucyka z resztek radości i miłości, mącąca nawet w najtęższej głowie, potworność tak niesamowita, wymykająca się wszelkim opisom, że na samo jej wspomnienie moje nogi zaczynają drżeć, a mój uroczy znaczek kurczy się, jak gdyby myślał, iż to uchroni go przed horrorem! Och, naiwny, naiwny, my wszystkie naiwne, głupie, niedomyślne kucyłamagi! Pot spływa po moim pyszczku i kapie na stronice. Może to i lepiej… zawsze to kolejny znak mej egzystencji, coś więcej niż te kilka zdań spisanych kopytkiem przestraszonego, niepewnego przyszłości kucyka. Gdzież się wszyscy podziali? Gdzie moje przyjaciółki? Gdzie Rainbow Dash z jej energią, jej tęczą i pewnością siebie, o jakiej pomarzyć mogłyśmy wszystkie? Gdzie Applejack, na którą zawsze można było liczyć, niezależnie od tego, jak zła była sytuacja? Gdzie Rarity, och, głupiutka Rarity, która nie chciała zostawić strojów, nad którymi tak długo pracowała? Gdzie Trixie, gdzie Pinkie Pie, gdzie cała nasza gromadka? Rozbita, rozniesiona, rozdzielona… pożarta. Stale konsumowana przez niewysłowione zło, którego żadna z nas nie zrozumiała i już nigdy nie zrozumie. Zrozumieć, gdybyż tylko zrozumieć to wcześniej, odkryć sens zdarzeń, przebić się przez zasłonę niepewności, dotrzeć do jądra prawdy! Teraz na to wszystko jest już za późno…  

Gdy Discord otworzył ten przeklęty portal, nic nie zapowiadało tragedii. Jego chimeryczna, poskręcana postać patrzyła na nas ze swoim zwyczajowym, spaczonym, ironicznym uśmiechem, który na tle pulsującego energią przejścia wyglądał jeszcze potworniej. Patrzyłyśmy jak urzeczone w wielki owal portalu, obserwując przesuwające się w nim obrazy odległych lądów, potwornych miast przeczących wszelkiej logice, o geometrii niemożliwej do objęcia rozumem. Widziałyśmy ogromne, lodowe pustynie, rzeki magmy przelewające się w swych korytach, światy przeżarte tajemniczymi chorobami i niesamowite, ogromne puszcze, nad nami zaś trwał Discord w swoim paralitycznym, pierwotnym tańcu zepsucia, śmiejąc się nam w pyszczki, zapowiadając naszą zgubę… Nie mogę wydobyć z pamięci, co się wtedy dokładnie stało. Czy to pod wpływem ataku Rainbow Dash, czy też może jego własnej nieudolności, Discord nagle do połowy zanurzył się w portalu. Kiedy zaś z niego wyszedł… to był pierwszy i ostatni raz, kiedy dostrzegłam w jego oczach coś więcej poza iskrami szaleństwa: potworną, nienazwaną trwogę. Chwilę potem z przejścia zaczęły wyłaniać się kolejne postacie, o kształtach tak fantastycznych, iż zaparły nam dech: kolorowe, puchate misie, króliczki, nawet świnki, niczym pluszowe zabawki, które wiele z kucyków zabierało ze sobą do łóżek. Ale było w nich coś niepokojącego, coś co sprawiło, że moje serce na moment zamarło, ściśnięte zimną dłonią strachu. Kiedy wreszcie doszedł nas krzyk Discorda, zrozumiałyśmy. Nie miałyśmy przed sobą żywych stworzeń, ale obrzydliwe, łaknące krwi, nieumarłe monstra, których puchatość i wzroki na brzuszkach były tylko przebraniem dla kotłujących się w ich wnętrzach bluźnierczych, przesiąkniętych zapachem gnicia chuci. Ze zgrozą obserwowałyśmy ten krwawy teatr, jaki odbywał się na naszych oczach: podczas gdy z portalu przychodziło coraz więcej misiów o pustych, trupich oczach, odpadającej, gnijącej skórze i organach wewnętrznych wylewających się z ich klatek piersiowych, nasz niedawny wróg zawzięcie walczył o życie, świadom straszliwego losu, jaki stał się jego udziałem. Pierwsza fala dotarła do niego, wpiła się zębami w jego zadnie nogi, z niesamowitą, niekucykowatą siłą oderwała jego skrzydła, z ran trysnął strumień krwi. Jakimś cudem udało mu się oswobodzić, wyrwać z tego śmiercionośnego okrążenia. Z drżącymi z podniecenia kopytkami obserwowałam, jak skacze po skalnych półkach, jak ucieka coraz wyżej i wyżej; biegnij, przeklęta chimero, uciekaj przez żywą śmiercią, którą sam sprowadziłeś! Uciekaj przed pluszowym horrorem, którego nie rozumiesz! Wydawało się, że mu się uda – zostało mu raptem kilka skoków, ostatni wysiłek woli! Wtedy jednak jeden z najeźdźców, niebieski misiek z chmurką na brzuchu – później dowiedziałyśmy się, że nazywano go Gderkiem i był przywódcą stada – wystrzelił ze swojego uroczego znaczka wprost w Discorda! Skumulowany promień troskliwości, zmieszany z palącym uczuciem głodu i tchnieniem śmiercionośnego moru trafił w chimerę i dosłownie go rozpołowił. O Kuce Przenajświętsze! Do końca mych dni nie zapomnę jego wykrzywionego pierwotnym strachem pyska i obrzydliwej, trupiej wieczerzy, jakiej stałyśmy się świadkami. Miśki skupiły się nad jego trupem, zębami rwały surowe mięso, wydzierając sobie z łap kawałki jego trzewi, mlaskając, ciamkając i siorbiąc, doprowadzając nas tym samym na skraj szaleństwa…  
Uciekłyśmy! Na Kuca, uciekłyśmy! Żadna z nas nie przyznała się, co widziałyśmy tamtego dnia na stoku góry. Może… może gdybyśmy od razu poszły do Celestii, może gdybyśmy od razu powiedziały wszystkim w Ponyville o nadchodzącej grozie, może wtedy… Wtedy! Ale to juz przeszłość. Pożółkłe stronice księgi życia, na których nie da się wprowadzić już żadnych poprawek, a tylko spoglądać z niesmakiem na dawne przewinienia i błędy. Ukryłyśmy fakt najazdu. Zdjęte strachem nie powiedziałyśmy nic, udając przed mieszkańcami, iż wszystko jest dobrze, podczas gdy trupi korowód sunął w naszą stronę.  

Troskliwe misie. Och, jakże myląca nazwa dla tej złowrogiej gromady, rozprzestrzeniającej plagę każdym kawałkiem swego plugawego, gnijącego ciała. Kiedyś wesołe, pełne radości, czułości i miłosierdzia, chętne do pomocy, śpiewające pod rozgwieżdżonym niebem, teraz żywe trupy łaknące świeżego mięsa, nigdy nienasycone. To była jak lawina – jeden niewielki kamyczek sprowadził na nasze głowy potężne głazy, które zabijały bez wytchnienia. Wystarczyło kilka pojedynczych domków, kilka niczego niespodziewających się kucyków, aby strumień grozy zmienił się w rwący, wciąż powiększający się potok, spływający krwią i rozszarpanymi ciałami! Kiedy trupia armada dotarła do naszego miasteczka, liczba gnijących ciał szła już w setki – nieokiełznanych, potwornie silnych, cuchnących monstrów, których nie zatrzymały ani drewniane i kamienne zapory, ani ogień, uderzenia siekier i kilofów, ani nawet nasza magia. Walczyliśmy. Walczyliśmy dniem i nocą, lecz w końcu polegliśmy, zalani falą straszliwej śmierci. Och, przeklęty niech będzie dzień, w którym uciekaliśmy z tego płonącego miasteczka! Pamiętam widok błagalnego wzroku kucyków, aby nie zostawiać ich na pewną śmierć; pamiętam liczne ciała mieszkańców, którzy woleli rzucić się w płomienie, nadziać na kuchenne noże, powiesić się, niż pozwolić, aby ci obrzydliwi najeźdźcy zatopili swe krzywe zęby w ich ciałach! Pamiętam niekucowy wrzask towarzyszący odgłosom rozrywanego ciała, dartego na kawałki przez szponiaste łapy, zawodzenie malutkich kucyków pozostawionych w płonących domach lub salwujących się desperacką ucieczką przed bezdenną otchłanią misiowych żołądków. To wtedy… ach, te obrazy znów napływają do mej głowy, mieszając moje zmysły! Gdybyż to był sen, jakiś potworny koszmar zesłany przez starego wroga, mara, którą może odgonić nagłe przebudzenie. Ale nie, nie… ja wiem, że to wszystko prawda, że te makabryczne obrazy w mej głowie wydarzyły się naprawdę. Moje nogi drżą na samo wspomnienie tamtych chwil, na wspomnienie mojej własnej niemocy, tchórzostwa i widoku tych wszystkich, którym się nie udało… Księcia Blueblood’a, który był zbyt zadufany w sobie, aby uciekać razem ze wszystkimi. Jego bezgłowe ciało leżało w błocie, krew zaś mieszała się z brudną wodą. Jak na ironię po śmierci pogodził sie z tym, czego tak bardzo się obawiał. Trixie, rozwłóczona na jednej z ulic… Do końca myślała, że sztuczki jej pomogą. Zamiast tego zginęła, bo jej peleryna zahaczyła o wystający gwóźdź. Głupiutka Pinkie Pie… Ach, jakież to wszystko bezsensowne! Od czasu otwarcia portalu chodziła przybita, wydając przyjęcia dla worka mąki lub kłębu kurzu, nie potrafiąc odróżnić rzeczywistości od własnych halucynacji. Kiedy zło wpełzło do jej domu, ucieszyła się z powodu nowych gości… Do końca miała uśmiech na ustach, nawet kiedy ostatnie iskierki życia gasły w jej oczach. A Rarity? Czyż i jej los nie był żałosny? Czyż i ona nie zasługiwała na lepszy? Jedynym jej przewinieniem była chęć uratowania strojów, nad którymi pracowała dniami i nocami. Nie zdążyła juz zabrać niczego, nawet skromnego płaszczyka – w krótkiej chwili otoczyło ją kilkanaście wygłodniałych, gnijących sylwetek z żądzą mordu w oczach. Nie wiem, jak… mam nadzieję, iż nie cierpiała zbytnio… 

 

kucyponek500

(rys. Gosia “Firewarrior” Stopińska)

Wiele kucyków zginęło. Księżniczka Celestia była przerażona, ale chyba jako jedyna nie dawała ponieść się panice i starała się zapanować nad chaosem, który z każdym dniem rozprzestrzeniał się coraz dalej, wnikając w głąb naszej krainy i całkowicie ją deprawując. Wtedy też pojawili się oni… Nie wiem, czy również przeszli przez portal, czy może stworzyli własny – po prostu pewnego dnia przybyli. Z jakiegoś powodu Celestia wezwała mnie do siebie i w jej komnacie dojrzałam dwie nieznane mi postacie, które podskórnie wywołały u mnie niepokój. Ludzie – tak mi rzekła księżniczka. Kobieta była młoda, wysoka, całkiem ładna, zaś fioletowy kolor jej włosów bardzo przypominał mój własny. Miała na sobie czerwony kostium i purpurową kamizelkę, do paska zaś przytroczone lusterko o wymyślnej ramie i uchwycie. Tylko jej wzrok… czaiło się w nim wiele złego: strach, złość, rezygnacja, paląca nienawiść i zawziętość. Celestia zwracała się do niej „Złośnica”. Mężczyzna powodował u mnie gęsią skórkę za każdym razem, gdy na niego patrzyłam: wysoki, w długiej, powłóczystej szacie, o kościstych palcach i twarzy zawsze skrytej w cieniu kaptura. Poruszał się na wózku, pchanym przez Złośnicę – jak było powiedziane, jego siostrzenicę – zawsze spokojny, nieruchomy, nie wypowiedział nigdy nawet słowa i tylko spokojny oddech i buzujący ogniem czerwony kamień zawieszony na szyi mogły świadczyć, iż jeszcze żyje.  
Celestia opowiedziała mi o tych ludziach. Byli źli – nawet ja to poczułam. Ich zepsucie promieniowało niczym światło świecy, niemal namacalne i cuchnące. Żerowali na cudzej dobroci, niwecząc wszelkie wysiłki dobra i miłości. Byli niczym pleśń na świeżym chlebie, niczym plama na czystej koszuli – widomy znak przewrotności losu. Czułam dreszcze za każdym razem, gdy słyszałam głos Złośnicy; przechodząc zamkowymi korytarzami przerażona odwracałam wzrok, mając wrażenie, iż człowiek w kapturze jest tuż za mną i jego kościste dłonie zaraz mnie pochwycą. Groza, którą pozostawiłam za sobą, koszmar śmierci znów we mnie uderzył, wrzynając się w moje serce zimnym ostrzem zwątpienia. To oni właśnie byli odpowiedzialni za tę trupią plagę; to oni – kierowani swą żądzą niszczenia i psucia – przemienili dobrotliwe misie w krwiożercze, groźne potwory. Sprowadzili chorobę, która zdziesiątkowała puchatą ostoję ładu i porządku, ale ich trumf szybko przerodził się w pełne niedowierzania przerażenie; zaraza podniosła z grobów martwe jeszcze niedawno ciała, wtłoczyła w ich przegniłe mózgi imperatyw ciągłego zabijania i sycenia się bólem żywych i posłała w świat, by siały chaos i zniszczenie, niemożliwe do ogarnięcia przez żaden umysł. Otoczyli ich, szturmem zajęli zamek, zarazili czarnoksiężnika i tylko jego moc i opieka siostrzenicy pozwalają mu cieszyć się jeszcze człowieczeństwem. Ale skoro są niemal tak samo źli i spaczeni, pełni nienawiści wobec sprawiedliwych, czemu Celestia pozwoliła im schronić się w zamku, terroryzować kucyki, które nadal przeżywały koszmar tamtych dni? Otóż oni znali sposób na pokonanie plagi. Bluźnierczy, niebezpieczny, wyciągnięty z odmętów umysłu szaleńca, napełniający duszę straszliwą trwogą, ale niezawodny. Słyszałam ukradkiem wymawiane imiona plugawych, nieznanych mi bogów – Cthulhu, Dagona, Shubb-Niggurath – a każde z nich jeżyło mi włosy na karku. Ogień ogniem zwalczaj… Nie chciałam brać udziału w tym szaleństwie. Jak wszakże mamy pokonać zło, sprowadzając zło jeszcze większe!? Mój żołądek odmawiał posłuszeństwa, strach wyciskał z mych oczu łzy, zaś krew zastygała w żyłach. A mimo to byłam posłuszna! Jako uczennica Celestii wzięłam udział w rytuale przyzwania Cthulhu, skumulowałam swą moc z mocą innych, czując, jak coś próbuje wydrzeć moją duszę, wejść do umysłu, wypełnić go po brzegi i zawładnąć moją osobą…  
Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn! – słowa te raz za razem wnikały w głąb mej czaszki, wypełniając ją odgłosem podobnym do młota bijącego o kowadło. Za nimi zaś szły kolejne, nie mniej plugawe, a każde z nich jeżyło włos na mym ogonie, zmuszało me serce do oszalałego bicia, aby przypadkiem krew w mych żyłach nie zastygła i nie zmieniła się w lód. Wszystko wirowało; czułam się jakbym zjeżdżała spiralą na samo dno piekła, a wokół mnie, niczym groteskowe maski, przesuwały się kolejne postacie: księżniczka Celestia, księżniczka Luna, Spike, Złośnica…  

Nie wiem, co dokładnie się wtedy wydarzyło. Coś na kształt lepkiej pajęczyny oplotło mój umysł i wzbrania mi dostępu do wspomnień tamtej chwili. Czy to było nagłe wyładowanie energii, wybuch, czarna chmura, która nas zakryła… Wiem tylko, że w jednej chwili wirowałam, niesiona szaleństwem i przerażeniem, w drugiej zaś groza stanęła przede mną w swej najprawdziwszej i najgorszej postaci: Kamienne Serce – mężczyzna z innego świata – stał tam nadal, ale inny; znikła jego niemoc, zastąpiona pulsującą, złowrogą siłą. Spoglądał na nas – ale cóż to był za wzrok! Lustrował nas swymi straszliwymi, rubinowymi oczami, zupełnie jakbyśmy byli nic nieznaczącym pyłkiem, popiołem, po którym stąpa, który wiatr rozwiewa na cztery strony świata! Skinął na swą siostrzenicę – och, Wielki Kucu! – oślizgłą macką, która jeszcze niedawno była ludzką dłonią, Złośnica zaś z uśmiechem podeszła do niego i wtuliła się weń! Skamieniali z trwogi nie zrobiliśmy nic, aby ich zatrzymać, gdy oddalali się od nas niespiesznie, zupełnie niezainteresowani naszym cierpieniem. Ale nie to było najgorsze, o nie… Obok mnie Spike zaczął się krztusić i pluć krwią, nieco dalej Celestia ze przerażeniem patrzyła na swą siostrę, którą wstrząsały konwulsje. Czułam, jak mój żołądek się buntuje, jak nogi uginają się pode mną i ląduję na nagiej skale, trzęsąc się jak w febrze i obserwując ten straszliwy spektakl, od którego nijak nie mogłam jednak odwrócić wzroku. Patrzyłam, jak ciało mojego przyjaciela ulega potwornym przemianom: jak pysk wydłuża się, przekształcając się w wypełnioną krzywymi, ostrymi zębami paszczę; jego kości na mych oczach przebijały łuskowatą skórę, łamały się i zestawiały ponownie pod fantastycznymi kątami, zalewając podłoże mieszaniną krwi i śluzu. Rogowy grzebień z mlaśnięciem wysunął się z kręgosłupa, krojąc mięso z wprawą rzeźnika, szpony urosły i ze zgrzytem drapały o twarde kamienie, a wszystko to przy akompaniamencie iście piekielnego ryku, w którym mieszał się niemożliwy do zniesienia ból, przerażenie i uczucie potęgi. Oto był on, Spike – mój przyjaciel, którego sama wyczarowałam z jaja – stał teraz przede mną, masywny, ciężki i przerażający, błyskający zębami, młócący powietrze dwiema parami długich łap, z promieniami słońca odbijającymi się w jego guzowatej, spływającej śluzem skórze. Patrzyłam jak oniemiała, zaraz jednak ten pokaz potwornej mocy Przedwiecznych przerwał krzyk Luny, a potem zdławiony jęk Celestii. To, co się stało z Luną… żadne słowa nie są w stanie opisać tej potworności. Czuję obrzydzenie na samą myśl o tym, co uczyniliśmy z biedną księżniczką… Z początku wyglądało to na szok spowodowany całym tym okropieństwem. Kiedy jednak Celestia próbowała uspokoić Lunę, zaczął się horror, którego nie da się porównać z niczym: oczy wyszły księżniczce z orbit, upadła na ziemię i zaczęła bić głową o twarde podłoże. Widziałyśmy, jak krew cieknie z jej pyszczka, niemal słyszałyśmy, jak od uderzeń pęka czaszka, zanim jednak zdołałyśmy do niej doskoczyć, jej ciało znieruchomiało, a następnie… następnie… Na Kuca, do dzisiaj czuję dreszcz na wspomnienie jej skóry na grzbiecie, która falowała tak, jakby coś uwięzionego w jej wnętrzu, jakieś monstrum, chciało wyjść na zewnątrz i urabiało jej skórę, naciskało i naciągało tak mocno, że miejscami była cienka niczym pergamin! Jej pyszczek rozwarł się nienaturalnie szeroko i wytrysnął z niego zielony szlam, wśród którego dało się zauważyć długie oślizgłe macki, niczym węże oplatające jej głowę. Wtedy też rozpękł się jej brzuch z głuchym mlaśnięciem; widziałyśmy jej bielejące żebra, jej wnętrzności nienaruszone jeszcze, oraz straszliwego, pulsującego pasożyta, przypominającego kłębowisko żmij lub glizd. Czułki tego czegoś raz za razem wystrzeliwały, wpijając się w rozerwaną skórę, wnikając między wnętrzności, dosłownie je pożerając i rozpuszczając. Smród wydobywający się z tego truchła był wręcz nie do opisania. Nagle ciało wierzgnęło, podniosło się do góry; na naszych oczach Luna, przemieniona z kuca w obrzydliwego, polimorficznego stwora, ociekającego krwią i śluzem, spoglądającego na nas nienawistnym wzrokiem – ta Luna odwróciła się w naszą stronę, wypowiedziała kilka słów, od których moja dusza zwiędła, a umysł zapadł się w sobie. Ostatnim obrazem, jaki pamiętam, nim spadło na mnie błogosławieństwo omdlenia, był widok nienazwanej potworności oddalającej się w stronę troskliwych misiów, zmierzających ku nam zwartą gromadą…  

Ale to wszystko jest już tylko wspomnieniem, które z pewnością z czasem zatrze się w mojej pamięci. Mam taką nadzieję – nie wierzę, iż ktoś mógłby tak nas nienawidzić, by zmuszać do pamiętania takich obrazów do końca naszych dni. Cisza… cisza wypełnia zamek. Celestia stale przebywa w swoich komnatach, odchodząc od zmysłów, zagłębiając się w starych księgach, których same tytuły budzą we mnie niechęć. Ona nadal nie porzuciła nadziei, iż uda się podźwignąć naszą krainę z gruzów, wątpię jednak, żeby dało się to uczynić za pomocą zakazanej, pradawnej magii. Groza spaceruje długimi korytarzami, obejmując każdego, na kogo się natknie. Wczoraj znaleźliśmy Sweetie Belle, roztrzaskaną na zamkowym dziedzińcu. Zapewne nie wytrzymała tego napięcia, w którym wszyscy żyjemy. Uwielbiałam jej śpiew – wydawała się jedną z niewielu, które mają jeszcze nadzieję, radość, serdeczność. Ostatnio jednak jej wesołe przyśpiewki zaczęły robić się coraz bardziej makabryczne i ponure. Wiedziałam, do czego to doprowadzi, ale nic nie zrobiłam. Cóż bowiem mogłam uczynić w obliczu grozy, której nie jestem w stanie zrozumieć ani przeciwdziałać, podczas gdy ona odziera mnie z resztek kucowatości? Czuję się samotna… Rainbow Dash i Applejack już od dawna nie ma – opuściły nas tuż przed tym przeklętym rytuałem. Obie stwierdziły, że nie zamierzają ufać mrocznej magii ani tak niepewnym personom z innego świata; że same poradzą sobie z plagą zombie. Ostatni raz widziałam je, gdy wyruszały na północ. Rainbow jak zwykle bojowo nastawiona, w lekkiej zbroi, którą sama sobie wykonała; Applejack z kilkoma tomahawkami przytroczonymi do grzbietu, aby rąbać żywe trupy ze wszystkich sił. Obie nieustraszone, pełne poczucia swej siły, nieustępliwe i uparte. Słyszałam, że nieźle sobie radzą, przewodząc grupie bojowo nastawionych kucyków i chimer. Plaga troskliwych misiów zaczyna wygasać – widać to wyraźnie. Cóż z tego jednak, skoro ich miejsce zajął horror o wiele gorszy, kosmiczny, którego widomym znakiem była potworna przemiana Luny?  
Rozmawiałam z Fluttershy. Kochana Fluttershy! Od rana do nocy pełne kopyta roboty w naszym prowizorycznym szpitalu, ale i ją – tę wspaniałą, skorą do pomocy istotkę – dotknęło przekleństwo. Wspominała mi już wcześniej, iż czuje, jak coś w jej wnętrzu się rozwija, jak każe jej nocami wędrować po ciemnych salach zamku i przyglądać się śpiącym kucykom. Bagatelizowałam to. Ostatnio jednak wspominała mi, iż coraz częściej nie może się powstrzymać przed dotykaniem świeżych ran; zupełnie, jakby coś ciągnęło ją do krwi. Nie odpowiedziałam jej na pytanie, czy wszystko w porządku, czy jest się czego obawiać. Nie mam serca, choć wiem, iż niedługo moja wspaniała przyjaciółka zamieni się w krwiożercze monstrum, które trzeba będzie zrzucić na postrzępione skały. Ale jeszcze nie teraz. Póki mogę spoglądać w tę łagodną, pogodną twarz, chcę chłonąć ten widok; być może ostatni, wesoły widok, jaki zobaczę w swym życiu.  

Nie zostało mi wiele czasu, jestem tego świadoma. Nie tylko Fluttershy się zmienia – zepsucie dotyka także mnie, zżera na zewnątrz i od środka. Spike mi powiedział. Jego także tracę: powoli jego umysł przejmuje coś, czego nie rozumiem i czego się obawiam; coraz częściej mnie nie poznaje, nie reaguje na moje prośby i rozkazy, a w tych rzadkich chwilach świadomości nie potrafi powstrzymać łez i przeprasza mnie za wszystko. On powiedział mi, że rogowe łuski, podobne na rybich, które zaczęły pokrywać moje nogi, to znak przekleństwa Przedwiecznych. Otwarta brama przyzwała ich i moc, która promieniuje, zaczyna wypełniać krainę, wypierając z niej troskliwe misie… i nas samych.  
Nie mogę spać. Gdy tylko zasnę, mój duch przenosi się w rejony niemożliwe do ogarnięcia rozumem. Widzę bezkresne połacie lodowych pustyni i gigantyczne lodowe góry, pośród których ukryte jest pradawne zło. Widzę tajemnicze, gargantuicznej wielkości miasta, zatopione na dnie oceanu, których fantastyczna architektura przeraża i fascynuje. Szybuję w przestrzeni kosmicznej, obserwując narodziny i śmierć gwiazd, zagładę galaktyk i zachłanność czarnych dziur, sycąc się zupełną, martwą ciszą. Budzę się z krzykiem, zlana potem, z nieobecnym Spikem przy moim boku. Nie wiem, jak długo to jeszcze wytrzymam. Czuje, że coś nadchodzi. Coś wielkiego i straszliwego. Nie wiem, czy jestem gotowa…

Piotr Sarota