Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Naturalna kolej rzeczy. Część I

Las był tak gęsty i ciemny, że każdy stojący na skraju gotów pomylić go z grubą, kamienną ścianą. Odarte z liści i igieł, na wpół martwe drzewa przybierały groteskowe, powykrzywiane i przerażające kształty. Im głębiej, tym straszniejsze. Grobowa cisza unosiła się dokoła. Nie było śpiewu ptaków, pohukiwania sów, wiatru szumiącego w koronach drzew. Jedno wielkie cmentarzysko. Nagle delikatny i słabiutki dźwięk zdołał przebić się przez martwą zaporę ciszy. Słaby i stłumiony. Gdyby ktoś był na tyle głupi, by wejść do tego lasu i podążyć w kierunku źródła odgłosu, w końcu doszedłby do niewielkiej polany. Szara trawa wyścielała ją w całości. Pieściła fundamenty drewnianej chaty stojącej na środku pagórka. Chyba wiatr nigdy nie zawitał w to miejsce, bo gdyby tak było, zapewne zerwałby z dachu niedbale położoną strzechę. Palenisko przed gankiem płonęło. Coś bulgotało złowrogo w zawieszonym nad nim kotle. W jasnym świetle ognia rozciągał się leniwie czarny kot. Zupełnie nie zwracał uwagi na ogromny, pokryty runami obelisk stojący niedaleko. Nie przejmował się też rozpaczliwym krzykiem, przeplatającym się z cichutkim szlochem, nawoływaniem o pomoc przywiązanej do kamienia kobiety w ciąży. Przerażona rozglądała się nerwowo dokoła, szukając jakiejś ludzkiej istoty. Kogoś, kto wybawiłby ją z pułapki, w której się znalazła. Cienie zrodzone przez ogień najwyraźniej upatrzyły sobie jej brudną i podrapaną twarz, bo wiły się na niej przyjmując coraz to nowe kształty. Bała się. O siebie nie tak bardzo, ale o Tomaszka, który miał się urodzić w przyszłym miesiącu. Nawet nie wiedziała, gdzie jest i skąd się tu wzięła. Ostatnie co pamiętała, to widok łóżka, do którego się położyła wieczorem.
Jej rozmyślania przerwało głośne skrzypienie. Aż się wzdrygnęła z przerażenia. Oddech ugrzązł jej w płucach, a mętne spojrzenie utkwiło w otwierających się drzwiach chaty. Wyłoniła się zza nich kobieta ubrana w długą, szarą spódnicę i czarny, gruby sweter. Jej czerwone włosy zdawały się płonąć jak ognisko przed domem. Mnóstwo różnokolorowych rzemieni oplatało jej szyję. Każdy zakończony był innym amuletem. Jeden dziwaczniejszy od drugiego. Twarz miała młodą, okrągłą i kształtną. Uśmiechnęła się. Cienie z ogniska zdawały się jej bać. Uciekały w pośpiechu, kiedy tylko jej stopa stanęła gdzieś w pobliżu.
Przerażona przyszła matka chciała coś powiedzieć, chyba o coś zapytać, ale nie była w stanie wydobyć z siebie najcichszego głosu.
Rudowłosa szła w jej stronę wolnym krokiem. Dłonie splotła za plecami. Nagle coś błysnęło. Blondynka zmrużyła powieki, tracąc na chwilę wzrok. Chciała wrzasnąć z całej siły, ale przez ściśnięte strachem gardło wydobyło się jedynie ciche charknięcie. Strachem przed zbliżającą się nieubłaganie, bladą dłonią dzierżącą błyszczący w świetle ogniska nóż.

Maria aż się uśmiechnęła na tą myśl.
-Trzysta lat temu inaczej bym z tobą porozmawiała, ździro. – Pomyślała bombardując nienawistnym wzrokiem blondynkę w ciąży, która wepchnęła się przed nią w kolejkę do kasy. Maria nie cierpiała stać w kolejkach. Bardziej nie cierpiała chyba tylko stać w kolejkach w weekendy, bo wtedy najwięcej bydła przetaczało się przez Careffour. Pech chciał, że dzisiaj była sobota.
Po jakichś piętnastu minutach zażartej walki z samą sobą, o to by nie wybuchnąć, przyszła wreszcie jej kolej. Starszy siwy mężczyzna siedzący za kasą zmieszał się nieco widząc na taśmie kilkadziesiąt puszek z jedzeniem dla kota i wodę mineralną.
-Jestem na diecie. – Uśmiechnęła się serdecznie, do bądź co bądź miłego pana. Miłego, bo oszczędził jej jakiegokolwiek komentarza, tylko ze zrozumieniem pokiwał głową. Na kasowym wyświetlaczu błysnęła ostateczna cena. Maria sięgnęła do portfela by wydobyć z niego kartę. Ta jednak wyśliznęła się z jej palców i upadła na podłogę.
-Kurwa mać! -Zaklęła pod nosem. Była pewna, że nikt nie usłyszał. Schyliła się, czym przykuła natychmiast zaspane jeszcze chwilę temu spojrzenie kasjera i uwagę dwóch zgorszonych staruszek stojących tuż za nią.
Nagle ziemia zadrżała. Maria straciła równowagę i padła na kolana. Towary z półek leciały na podłogę. Ludzie, którzy nie mieli się czego złapać, przewracali się z krzykiem. Cały hipermarket wypełnił niewyobrażalny wrzask przerażonych ludzi. Kilka regałów runęło z hukiem, rozsypując, tłukąc i wylewając wszystko, co na nich stało. Metalowy halogen roztrzaskał się niecały metr od Marii, a odłamki szkła tylko cudem nie dosięgnęły jej twarzy. Stalowe rusztowania, wraz z oświetleniem i klimatyzacją poodrywały się od sufitu i rozpadły na części. Trwało to może trzydzieści sekund. Gdy ustało, pracownicy ochrony natychmiast ruszyli na halę, by udzielić pomocy rannym.
-Co to było do cholery?! -Zapytał z niedowierzaniem kasjer.
-Wyglądało na trzęsienie ziemi. -Odpowiedział mężczyzna w garniturze podnosząc się z klęczek.
-Niemożliwe. -Zaprzeczyła Maria. -W Polsce? W Warszawie? To niemożliwe.
-Oglądaliście 2012? -Krzyknął jakiś młodzik stoicy w kolejce obok. -Tak jak przepowiedzieli Majowie. Zaczęło się!
-Co ty za głupoty bredzisz?! -Wrzasnęła Maria wychylając się przez barierkę tak, że mało nie przeleciała na drugą stronę.
-To z Bożej woli. Kara za grzechy. Tak jak było przepowiedziane. – Pouczyła jedna ze staruszek głosem proroka przemawiającego do wiernych.
Pioruny rozbłysły w oczach rudowłosej kobiety. Zamiast dojść do jakichś konkretnych wniosków, spróbować ogarnąć sytuacje, ta banda wariatów bredzi od rzeczy.
-Posłuchajcie! -Mężczyzna w garniturze z końca kolejki podniósł głos. -Nie wpadajmy w panikę. Proponuję zachować spokój i dla bezpieczeństwa wyjść na zewnątrz.
Przynajmniej jeden zdrowo myślący człowiek. Przyznała w myślach. Niestety wrzawa była tak głośna, że usłyszała go zaledwie garstka ludzi stojących najbliżej. Maria od zawsze wiedziała, że Polacy mają to do siebie, że kiedy coś się do nich mówi, oni na przekór wszystkiemu muszą zrobić odwrotnie. Tak było i teraz. Nie byłoby najgorzej, gdyby pozostali w hipermarkecie. Niestety, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na dźwięk słów: “nie panikować”, garstka młodych ludzi wpadła w panikę i rzuciła się do ucieczki. Reakcja łańcuchowa była prosta. Każdy, kto dostrzegł uciekających w popłochu ludzi, sam rzucił się do wyjścia. By nie zostać stratowaną przez rozszalały tłum, Maria również ruszyła w stronę drzwi.

Puśka miauknęła cicho wpatrując się w pustą miskę. Rudowłosa spojrzała na swoją czarną kotkę i zmarszczyła brwi.
-Nie ma. -Oznajmiła uprzejmie. -Trzęsienie ziemi pochłonęło. Suche wcinaj. Jutro ci kupię.
Kocica odwzajemniła spojrzenie. Miauknęła cicho, podniosła głowę niemal równie wysoko, jak kuper, odwróciła się na pięcie i dumnie wyszła z kuchni.
-To nie. -Rzuciła za nią Maria. -Kuweta będzie czystsza.
Odpowiedziało jej głośne miauknięcie dobiegające gdzieś z pokoju. Maria uśmiechnęła się i włączyła radio. Miała swoja ulubioną stację. Jazz fm. Grali tam często stare kawałki z lat trzydziestych. W niektórych nawet słychać było trzeszczenie winylowej płyty. Jak w starym adapterze. Kiedy tylko kojący głos Nat King Cole’a wypełnił jej uszy, sięgnęła po pierwszy talerz potrzebujący kontaktu z wodą. Już miała odkręcić kran, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Maria na chwilę zastygła w bezruchu, po czym odłożyła naczynie z powrotem na stertę. Westchnęła głęboko. Nie cierpiała myć naczyń. Bardziej chyba tylko nie cierpiała, kiedy ktoś jej przeszkadzał, gdy już te naczynia myć zaczęła.
-Kogo tam znowu licho niesie? -Wymamrotała pod nosem idąc w kierunku drzwi. Odsłoniła judasza i przystawiła oko. Za drzwiami pan Mieczysław poprawiał swój prążkowany krawat, który ni jak nie pasował do jego starego, brązowego garnituru.
-Eeeeeeeeeh. -Syknęła przekręcając zamek.
-Dzień dobry, pani Mario. -Przywitał się szczerym uśmiechem poczciwy staruszek. Maria wykrzywiła usta w wymuszonej karykaturze uśmiechu.
-Dzień dobry, sąsiedzie. Co pana do mnie sprowadza?
-Widzi pani, mam problem. Potrzebuję pani pomocy. – Powiedział ściszonym głosem.
-Proszę, niech pan wejdzie. – Zaprosiła otwierając drzwi na oścież. Kobieta miała zwyczaj przyjmowania interesantów w kuchni, toteż jej niewielki, kwadratowy stolik zawsze nakryty był świeżym obrusem i ustrojony rożnego rodzaju pierdółkami. Tym razem były to świece w zdobionym świeczniku, stary koszyczek i wiklinowe maty pod naczynia.
-Niech pan siądzie. – Zaprosiła klienta ruchem dłoni wskazując krzesło. Kiedy staruszek siedział już wygodnie, zajęła miejsce naprzeciwko niego i zmierzyła go badawczym spojrzeniem. -Co pana męczy? – Zapytała.
-Ba no, widzi pani. W krzyżu mnie strasznie łupie, jak by mi kto nerki jaką pałką obił. -Maria pokiwała głową ze zrozumieniem. Mietek zacisnął powieki i potrząsnął głową. -Ale mówię pani, to jest taki ból, ze czasem to mnie i trudno się z łóżka podnieść.
Wyciągnęła papierosa. Wprawdzie miała rzucić, ale wizyty Mietka wcale jej w tym nie pomagały. Zaciągnęła się, pozwalając by dym wypełnił jej płuca. By ją trochę odprężył. Wypuściła go z ust i poczuła nagły przypływ sił.
-To do lekarza pan musi iść, a nie do mnie. Ja się na medycynie słabo znam. -Zełgała bez mrugnięcia okiem.
-Oj pani kochana, jak pani mi ostatnio tę maść dała, to jak ręką odjął. Normalnie cały tydzień miałem spokój.
Maria westchnęła głęboko i zaciągnęła się raz jeszcze.
-Ale pieruństwo wróciło, pani. – Ciągnął Mietek. – I znowu mnie tak łupie, że wytrzymać się nie da. Pani sprzeda jakieś smarowidło. Wiem, że ma pani coś, co mi pomoże.
-Mówię panu, panie Mieciu, że do lekarza pan pójdzie. -Nalegała Maria. Doskonale wiedziała, co dolega jej interesantowi, ale nie miała serca mu o tym powiedzieć.
-Pani Mario najdroższa, jak człowiek w moim wieku do lekarza pójdzie, to już lepiej do kostnicy. Przecież od tych szarlatanów już się nie wraca. -Spojrzał na nią błagalnym wzrokiem i złożył ręce jak do modlitwy. Miała wrażenie, że jak mu odmówi, to gotów się jej tu rozpłakać. -Musi pani mieć coś, co mi pomoże.
Maria westchnęła. Otworzyła szafkę pod zlewem i wydobyła z niej duży słoik bez etykiety. Wypełniony był niemal po brzegi jakimś bliżej niezidentyfikowanym, białym mazidłem. Zmierzyła Mietka badawczym wzrokiem i postawiła przed nim słój.
-Panie Mietku, czy pan jeszcze może…
-No pewnie! -Przerwał jej w pół słowa, po czym uśmiechnął się obleśnie ukazując białe zęby sztucznej szczęki. Maria zacharczała pod nosem, z trudem się opanowując.
-Czy pan jeszcze może mi powiedzieć, gdzie dokładnie pana boli? -Dokończyła.
-A! To wie pani, na końcu kręgosłupa. Tam, gdzie plecy tracą swoja szlachetna nazwę.
-Mhm. -Przytaknęła niechętnie. -Pan weźmie te maść, -zaciągnęła się znowu, żeby rozładować napięcie -i smaruje się nią codziennie przed snem. Jest jej sporo. Na jakieś dwa miesiące będzie pan miał spokój.
-Ale to to samo co ostatnio? -Upewniał się Mieczysław.
-Tak, tak. -Potwierdziła wstając. -A teraz niech pan już leci, bo ja zaraz muszę wyjść. -Zełgała ponownie. Mietek złapał ją za dłoń i ucałował. Aż cały się rozpromienił.
-Jest pani złotą kobietą, pani Marysiu.
-Tak wiem, wiem. Niech pan na siebie uważa.
-Jeszcze raz dziękują pięknie i do widzenia.
-Do widzenia. – Pożegnała się zamykając za nim drzwi. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła w stronę pokoju. Pamiętała jak tydzień temu na jego problemy zdrowotne dała mu tubkę zwykłej wazeliny i kazała smarować codziennie przed snem. Skoro wtedy placebo pomogło, to teraz też go uleczy. Mietek, na szczęście, lub nieszczęście nie cierpiał na nic prócz starczej demencji.
Nagle Puśka wpadła do korytarza, ledwo zmieściła się w zakręt. Zatrzymała się na nodze Marii, po czym chwyciła zębami jej spódnice i zaczęła ciągnąć.
-Co ci odbiło? -Maria zapytała czule. Kotka odpowiedziała głośnym miauknięciem i wpadła z powrotem do pokoju. Kobieta stała jeszcze przez chwilę, jak wryta, ale wreszcie przekroczyła próg. Puśka stała na wersalce patrząc raz na swoją panią raz na telewizor. Leciały akurat Informacje. Kamera pokazywała prezenterkę stojąca na tle Pałacu Kultury. Za jej plecami kłębił się tłum ludzi, którego porządku pilnowali policjanci w ilości umożliwiającej przestępcom swobodne grasować w innych częściach miasta. Strażacy biegali w kółko, od wozów do pałacu. Wyglądali jak mrówki w pośpiechu znoszące jedzenie do gniazda. Sprawcą całego zamieszania był ogromny, kilkunastometrowy dąb, który nie wiadomo skąd, wyrósł w samym centrum miasta.
– Z relacji naocznych świadków wynika, że dąb po prostu wyrósł spod ziemi. Wyglądało to jakby kilkaset lat, których drzewo potrzebuje, by osiągnąć takie rozmiary, minęło w kilka sekund. Na miejscu jest już policja i straż pożarna. Przybyli także biolodzy i geolodzy z warszawskich instytutów i uniwersytetów. W drodze jest wojsko i służby epidemiologiczne.
Obraz przesunął się nieco w lewo ukazując starszego, siwego mężczyznę w kremowym garniturze i tak koszmarnym krawacie, że niemal od razu skojarzył się Marii z jej sąsiadem.
-Jest z nami profesor Zbigniew Rosicki, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego. -Kontynuowała kobieta. -Czy wiadomo jakim cudem tak ogromne drzewo jest w stanie wyrosnąć w środku miasta?
-Jedyne, co nam się nasuwa po wstępnych oględzinach to jakiś rodzaj nieznanego dotąd skażenia gleby. Naprawdę trudno powiedzieć. Zapewne epidemiolodzy zbadają sprawę.
-Co zatem może pan powiedzieć o tym drzewie z cała pewnością? -Drążyła dziennikarka.
-Cóż. -Profesor poskrobał się po brodzie. -Grubość tego dębu, bo to dąb -posłał kobiecie pouczające spojrzenie, -wskazuje na to, że musi mieć ono ponad sto lat. Gdyby dokonać pomiarów mogłoby się okazać, że jest nawet grubszy od Bartka. Ma zdrowe, zielone liście i twardą korę. Uniwersytet ma nadzieję, że będzie mógł przeprowadzić na nim badania. -Podekscytowany naukowiec mówił coraz szybciej, jakby bał się, że czegoś zapomni. Jakby mówił bardziej do siebie niż do miliona telewidzów. Dziennikarka uśmiechała się sztucznie i kiwała głową.
-Jak pan skomentuje hipotezę, że pojawienie się tajemniczego dębu ma związek z dzisiejszym trzęsieniem ziemi? Na ulicach całego miasta pojawiły się pęknięcia ulic, z których wyrastają bluszcze i kwiaty.
Profesor potakiwał i stroił miny starając się wyglądać jak najpoważniej.\To doprawdy fenomen. Szczerze mówiąc nie wiem, co o tym myśleć.
Dziennikarka spojrzała w końcu w obiektyw i spoważniała.
-Dziękuję, panie profesorze. Dla informacji mówiła dla państwa Grażyna Biegalska.
Operator zrobił zbliżenie, starając się objąć tłum skupiony wokół gigantycznego dębu.
Maria siedziała jak wryta i pomimo, że w informacjach mówiono teraz o pierwszym człowieku, który dożył sto dwudziestych piątych urodzin, nie mogła oderwać wzroku od ekranu. Z szoku wyprowadziło ją głośne miauknięcie. Potrząsnęła głową i przeniosła wzrok na wersalkę. Stojąca niemal na baczność Puśka wbijała pytający wzrok w swoja panią. Musiała miauknąć po raz kolejny, żeby doczekać reakcji.
-Nie mam pojęcia co się dzieje, ale to nic dobrego. -Powiedziała Maria zrywając się z fotela. W pośpiechu wciągnęła buty. Puśka stanęła w progu i miauknęła cicho.
-Zobaczyć, co wyrosło w centrum miasta. -Porwała kurtkę i otworzyła drzwi. Kocica ruszyła galopem, ale jej pani zdążyła ją powstrzymać.
-O nie. Ty zostajesz.
Kotka zamruczała żałośnie.
-Bo potrzebuje Cię tutaj. -Powiedziała zamykając za sobą drzwi.