Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Normalny

Lekcja trwała w najlepsze.
Młoda, nawet ładna profesor Filemonik całkiem naga latała pod sufitem na miotle i krzyczała z oburzeniem, że w klasie panuje rozpusta. Przy drzwiach spokojnie stał nauczyciel historii, pan Sowicki. Trzymał w ręku pożyczoną od konserwatora walizeczkę z narzędziami. Od naszej nauczycielki chciał z kolei pożyczyć zapałki. O ile się orientowałem, akurat omawiał z drugoklasistami kontrreformację i zamierzał na jednej z uczennic zademonstrować, jak przebiega proces inkwizycyjny od początku do końca.
Zyga i Kazek urządzili sobie pojedynek rewolwerowców przy biurku pani profesor. Różnica między ich wyczynami, a westernami, polegała na tym, że w filmach kowboje korzystali z coltów, zaś moi koledzy dzierżyli odpowiednio – miotacz ognia i pancerfausta. Niezrażony latającymi wokół pociskami drobny okularnik Andrzej – klasowy skryba – zapisywał na tablicy wyniki strzelaniny.
Obiekt westchnień większości dziewczyn w szkole, Maciek – przystojniak i za razem cymbał, jakich mało – przywdział właśnie lśniącą zbroję pełnopłytową. Gdy skończył, dosiadł swego wiernego skutera (również opancerzonego) i zerknął tęsknie w miejsce, gdzie zazwyczaj siedziała jego ukochana, Małgosia. Ktoś naopowiadał Maćkowi, że dziewczyna została porwana przez smoka i uwięziona w wieży. Na środku sali, przy złączonych ławkach, Piotrek, Marcin i Alek rżnęli bez opamiętania w pokera. Gdy gra na zapałki przestała być emocjonująca, podwyższyli stawki. Piotrek zastawił rybki, chomika i książki, Marcin dwie siostry i babkę, natomiast Alek firmę ojca wraz z właścicielem. W rzędzie pod ścianą Halina ćwiczyła na głos przemówienie na konkurs Miss World, w którym była faworytką. Koleżanki – głupiutkie, choć ładne blondynki – biły brawo z wielkim entuzjazmem. Parę ławek dalej, w kącie, siedziało trzech metalowców. Zgromadzili się wokół wyrysowanego kredą pentagramu. Przynieśli ze sobą radio, z którego sączyła się kojąca muzyka black-metalowa. Jeden z nich trzymał w rękach wyrywającego się czarnego kota. Zdaje się, że przyzywali. Belzebuba, Lucyfera, albo jakąś inną piekielną szychę, nie mam pewności. W każdym razie na ścianie obok pojawił się rosnący z każdą chwilą czerwony wyłom w czarnej otoczce. Przyglądałem się temu wszystkiemu ze znużeniem. Jako jedyny w całej klasie mogłem uważać się  za absolutnie normalnego. Gdy zadzwonił dzwonek, odetchnąłem z ulgą – a więc jednak nie grozi mi śmierć przez zanudzenie!

***

Wróciwszy do domu, poczułem się strasznie głodny. Rodzice od kilku dni byli w delegacji. Musiałem więc sam zadbać o posiłek. Zrzuciłem w przedpokoju plecak i poszedłem do kuchni. Wyjąłem z lodówki garnek z mięsem w sosie i postawiłem na duży gaz.
Postanowiłem pochwalić potrawę i zarazem własny kunszt kulinarny:
– Wczoraj byłaś wyborna. Mam nadzieję, że dziś też będziesz mi smakować, Małgosiu.