Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Nowe życie

Skrawek Cienia

 

Nowe życie

Pochodnie zwęglone,
Lecz ogień wciąż płonie.
Światło oblecze
Świętego skronie.
Lud się przebudzi!

                  Powstanie piekło…

I Słowo zasiądzie,
Na zimnym tronie.


Oddzieli Król Sługa
Ciemne od jasnego.
Matka odzyska
Syna Jedynego.
Ziemia zwiędnie

               Ocean się wybrzuszy…

Słowo oręż wzniesie
Na wojnę wyruszy.

Padną miriady,
Polegnie nadzieja.
Krzyk niewiasty zatriumfuje.

                 Śmierć wszystkim…

Przyjmie na wieczność
Oblicze cierpienia
Zalany suszą
Skrawek cienia.

Stała pusta i ponura w swej jadowitej gorączce, przeźroczysta jak widmo. Niczym sama Kraina Zmarłych z pogańskich mitów, nie chowała w sobie nic innego poza śmiercią. Pustynia drżała i zmieniała kształty, jak żelazo w piecu kowala, z biegiem liczonych w wieki lat zamieniając się powoli w lustrzane odbicie pomarańczowego słońca, teraz wiszącego blisko zenitu. Wydawało się, że w każdej chwili, już za moment, mogła stanąć w płomieniach.

Coś w rozgrzanym powietrzu zdawało się jęczeć i skomleć wniebogłosy, cierpiąc męki suszy. Przedziwne dźwięki trwały w przestrzeni, niewyraźne jak echo ze snu, nie dając się rozpoznać. Czy to syczały żółte diuny, jakby prażyły się niby tłuste mięso nad rożnem? Co rusz budził się ledwie dosłyszalny syk, co lawiną ziarenek piasku był chyba w istocie; zaraz znowu długie, nieokreślone westchnienie pełne bólu i udręki przetaczało się po piargach piasku – czy nie, czy to tylko wiatr mamiący zmysły, tyle kojący, co oddech śmierci? Gdzieś rozdzierał się udręczony krzyk, który zaraz okazywał się być jedynie sępim zawołaniem. W dali głuchło pobrzmiewało jego echo… mniej już podobne do ptasiego krzyku, bardziej zaś do wołań potępieńców.

Czy wszystko to zatem wycia samej pustyni, martwej, a jednak o żywych cechach? A może kwiki zwierzęcych dusz, które setkami przecież pomarły tu w mękach upału, odzywały się zaświatowym głosem? Trudno poznać, a słońce i pustynia nie chciały odpowiedzieć.

Wibrujący ruch powietrza zniekształcał monotonny horyzont, pofalowany wzgórzami… choć niektóre jego części zdawały się też dużo ciemniejsze i wyraźnie zaostrzone – jakby skaliste? Nad kipiącym gruntem, wysoko na pobladłym niebie, dwa dorodne sępy szybowały leniwie w kolistym ruchu, rzucając tycie cienie na miejsce nieznacznej, wysuszonej roślinności – kilka krzaków cierniowych między grupą szarych kamieni, oraz czarne jak sadza, wychudzone drzewo o dziko rozrośniętych konarach bez liści ni owoców.

Brak życia czy nawet martwego ruchu, jedynie marazm.

Cisza… Nie licząc nierzeczywistych odgłosów kaźni w powietrzu i skrzeczenia sępów.

Aż nagle widokiem zatrząsł pewien ruch; ledwie zauważalny, ale rażący – piasek zadygotał. W jednym miejscu niewielka jego ilość zapadła się niejako pod siebie – tworząc małe wgłębienie. Tuż obok powstała następna taka nierówność, pochłaniając kolejne garści piasku. Tonące, rozgrzane ziarenka znikały w tych znienacka powstałych lukach coraz szybciej i szybciej, jak gdyby w ucieczce przed tyranią słońca… lecz w pewnym momencie zasypały je całkowicie, zostawiając po sobie rozległą wklęsłość i ruch na pustyni prysł bez śladu.

Lichy, duszny wiatr dmuchnął po raz ostatni, zagwizdał mizernie, po czym zamilkł i odszedł. Umierające drzewo zatrzeszczało próchnem i zgubiło gałązkę.

I oto zdało się, że cisza pogłębiła się jeszcze mocniej.

A pustynia bierze głęboki wdech.

Wtem wynurzył się raptownie do pasa z powierzchni piaskowego morza – wystrzelił w górę z wypiętą nagą piersią, chlapiąc dokoła drobinami piasku, szeroko rozwierając wargi. Łykając z trudem pierwszy oddech, wydał z siebie długi, rozdzierający krzyk, budząc ze snu niewyraźne, dawno już niepotrzebne i zapomniane w tej wyludnionej krainie zjawisko.

Zniekształcone echo, choć bez racji bytu, wtórowało mu jeszcze długą chwilę po tym, gdy jego głos się załamał, a powietrze do dna zapełniło mu płuca, wciskając się w najskrytsze zakamarki.

Tlen palił, jakby krajał wnętrzności na sztuki.

Zakaszlał, długo i chrapliwie. Rzuciło nim konwulsyjnie do przodu, na przedramiona. Ślina ściekła mu z warg na brodę. Przeżywając nieopisane męczarnie zadrapał piasek i zacisnął na nim pięści. Od pierwszej chwili na powierzchni – chwili, która była dla niego jego początkiem – myślał i marzył o końcu. Dusił się i wraz z paniką ogarnęła go krótka ślepota. Wygiął plecy w łuk, sztywniejąc na moment z podkurczonymi przy piersi rękoma, a skurcz przekrzywiał mu palce we wszystkie kierunki. Zaraz, gdy minął chwilowy paraliż, rzuciło nim raz jeszcze do przodu i wówczas, gdy zdołał wyprostować kręgosłup, uderzył się z całych sił w pierś. Wywołało to jedynie pojedyncze kaszlnięcie i napływ śliny, a jego oczy niemal nie wyskoczyły z oczodołów. Rozwierał szeroko wargi, lecz nie wydobywał się z nich żaden dźwięk, ani, co ważniejsze, nie pomagało to w zaproszeniu do płuc tak pożądanego tlenu. I gdy okrążały go już nieprzeniknione ciemności, i gdy gardło ścisnęło się do granic możliwości, i gdy koniec już majaczył sennie o wiecznej uldze i spokoju… zatkane jakby płuca udrożniły się wreszcie i kolejny suchy wdech przyszedł z równą trudnością i bólem, co pierwszy – napiął wszystkie mięśnie i wstrząsnął trzewiami.

Jego wrzask obudziłby nawet głuchego, a upiorna w nim nuta zdolna była przerazić samego Diabła.

Wyginał się we wszystkie strony, zarzucając długimi, atramentowymi włosami, zanosząc się rozdzierającym wyciem. Kurczył do piersi drżące ręce i wytrzeszczał ku niebu oczy. Drętwiał, a potem opadał do tyłu. Cierpiał tak i odpoczywał na przemian.

Po chwili padł do przodu na przedramiona, wypuszczając powietrze, i wycisnął pęd łez.

Gdy chwytał trzeci wdech, przechylił się na prawo i mimowolnie wygramolił nogi spod piasku – jakby to Ziemia sama wyparła go ze swego łona. Legł na boku, zupełnie bezwładny, i jęknął ostatkiem sił – gorący piasek dotkliwie poparzył mu skórę. Zadygotał, odzyskując przeto jakby siłę w mięśniach. Zaciskając oczy i zęby, przez chwilę wyginał się sztywno, na przemian prostując nogi i podtulając je z powrotem.

Wreszcie zastygł w bezruchu, skulony w kłębek, odpłynąwszy w nieprzytomność…

Otwierając oczy, ujrzał swoje zdrowe krucze włosy przesłaniające mu twarz… za nimi zaś – jakiś kształt, ruch. Leżał tak na boku jeszcze chwilę, wypoczywając, po czym odgarnął je na bok. Tuż przed nim, na wyciągnięcie ręki, sękaty sęp stał i łypał nań przekrwionym okiem. Siny łeb na sierpowatej szyi, równie paskudny, co gnijące ścierwo, którym ptak zwykł się żywić, pochylił się i wyciągnął ku człowiekowi. Mężczyzna zerwał się gwałtownie, odsuwając do tyłu na miękkich rękach. Wpadł przy tym plecami na kolejnego sępa, który natychmiast podleciał w górę z piskiem zaskoczenia. Pierwszy osobnik – spłoszony, lecz też dużo bardziej zaciekawiony – odskoczył kilka razy do tyłu, z badawczym wzrokiem zogniskowanym na ludzkiej istocie, i dopiero po jakimś czasie poszedł za przykładem swego pobratymca. Jego krzyk był jednak w zupełności zabarwiony wrogością – nie trwogą.

Coś w piersi uderzało jak szalone. Obserwując uciekające ptaszyska uspokajał oddech i dreszcze. Siedział tak chwilę, podpierając się rękoma, póki nie odzyskał utraconego w szoku zmysłu dotyku, odczuwając przeto dokuczliwą temperaturę piasku. Natychmiast wstał, ale z miejsca się zachwiał – jakby budulec jego nóg był tak samo sypki jak piasek, który mościł się pod nim w niezmierzonym przepychu. Szczęśliwie jednak udało mu się złapać równowagę i uniknąć spotkania z palącym gruntem – jeszcze przez długi czas potem z wysiłkiem przyzwyczajając się do tej niełatwej, narzuconej przez odruch pozycji.

Z trudem starał się nie myśleć o narastającym pieczeniu w stopach, jaki przysparzał mu rozgrzany piasek. Przez zaciśnięte powieki wysączyły się słony łzy. Wyprostowując się na zesztywniałych nogach, odemknął powieki i bezwiednie obiegł otoczenie wzrokiem, wciąż dygocząc, jakby było mu zimno. Jakiś czas nie ruszał się z miejsca i rozglądał tak wokoło, pozbawiony na tę chwilę wszelkich myśli. Ogromne słońce patrzyło mu wyniośle w twarz.

Zbadał cały horyzont od lewej do prawej. Odwrócił się… – Nic… Otaczał go nieskończony piaszczysty ocean… bez żadnej wyspy, ani przylądka.

Dopiero teraz zwrócił uwagę na stojące obok, wyniszczone suszą drzewo bez liści, które nie dawało żadnego cienia. Było zaledwie jego wielkości; wyrosło chyba tylko po to, by cierpieć.

Zmrużył oczy i targnęło nim westchnienie – jakby ze współczucia. Wyciągnął ku drzewu rękę, ale kiedy tylko dotknął palcami jego pnia – rozsypało się na kawałki, które w ciągu jednego przebłysku obróciły się w dodatku w drobny pył sadzy… a potem pomknęły gdzieś z wiatrem, który zjawił się jak na zawołanie. Istota, która – zupełnie przez przypadek – pokonała bezbronną roślinę, przejmując tym samym jej dom, jej terytorium… i chyba też obowiązek życia oraz związane z tym cierpienie… zdziwiła się bardzo i zanurzyła w zdumieniu, stojąc już kompletnie samotnie i nie dzieląc się pustynią już z nikim, z nikim – podobnie, jak niegdyś to spopielone teraz drzewo.

Ocknął się dopiero gdy doszły go coraz zajadlejsze piski sępów nad jego głową. Sięgnął wzrokiem raz jeszcze na niezmierzony widnokrąg.

Instynkt podpowiadał mu tylko jedno.

* * *

Próbując umknąć niemiłosiernemu słońcu ruszył na północ. Idąc boso po palącym piasku, nagi, poparzony i bez sił, chwiejnie utrzymywał się na nogach. Z każdym krokiem potężniało uczucie piekielnego bólu od stóp po łydki – gorąco pustynnych wydm rozdzierało mu skórę. A przy pokonywaniu kolejnych etapów wędrówki jego cierpienie wzmagać się miało coraz bardziej i miał tego świadomość. Szedł dopiero może kilka minut, a słoneczny dysk opadał już w stronę zachodu tak szybko, że aż nierzeczywiście. Nadal wszelako składał człowiekowi prażące pocałunki i każda chwila dłużej pod ich dusznym ciężarem groziła śmiercią z wyczerpania.

Schodząc nieporadnie z wielkiej wydmy stracił przytomność i runął do przodu. Zatoczywszy się raz, legł bokiem i osunął się z piaskiem w dół wydmy.

Ocknął się, gdy rozłożysty cień przemknął mu po powiekach. Momentalnie zmusił się do powstania. Połowę pleców oraz prawy policzek miał poparzone do czerwoności, lecz zignorował to, nawet nie trudząc się o strzepanie z siebie piekących ziarenek piasku. Spojrzał za to w górę – na grupę towarzyszących mu sępów. Ich liczba zdążyła się już podwoić – teraz było ich aż cztery. Zataczały pierścienie dokładnie nad jego głową, a grobowy spokój i powolność nadawały im upiornego dostojeństwa.

Nie było im spieszno.

Czekały cierpliwie, a ich jednostajny, hipnotyzujący lot zapowiadał niechybną żałobę… i krwawy bankiet jednocześnie.

Ruszył obolały i wycieńczony, potykając się co drugi krok. Szedł szybciej, niż było to w jego mocy. Nie czuł już okropnych oparzeń poniżej kolan i na całym prawym boku tułowia, nóg oraz twarzy, a skrajne wyczerpanie, choć nie ustępowało, powoli odchodziło zarazem w cień innego, bardziej tajemniczego uczucia… nieznanego dotąd. Biegł przed siebie ze spuszczonym wzrokiem, zaciśniętą pięść przykładając do czerwonej, pękającej skóry na ramieniu, i poddawał się obcemu stanowi, w jaki się zanurzał. Niespokojne bicie serca rwało pierś, a przyśpieszony, nierówny oddech dudnił obco w uszach, spychając zmysły na skraj panicznej przepaści. Nogi biegły już z własnego wyboru, a cały szkielet przeszył penetrujący, lodowaty dreszcz… Groza. Strach zajrzał w oczy i zaniósł się szyderczym śmiechem, przetaczającym się pogłosem po sypkich piargach wokoło – człowiek przyśpieszył jeszcze bardziej, pochylając głowę i zaciskając silnie powieki, jakby żywo go usłyszał. Na czerwieniejącym niebie pojawiło się kilka zawiesistych, ciemniejszych chmur – istnych zwiastunów nieszczęścia. Olbrzymie słońce zwolniło, teraz ospale zderzając się z horyzontem, i zbliżył się nieprzyjazny półmrok.

Uciekając tak przed własnym lękiem, nagle zwolnił i przystanął. Otworzywszy oczy, zobaczył tuż przed sobą coś, co nie poprawiło mu nastroju. Płytki dech uwiązł w płucach na całe wieki kilku sekund, w czasie których samotny człowiek osłupiałym wzrokiem pochłaniał wyścielony na piasku, drastyczny obraz.

Oto wielki obszar spaczonej suszą ziemi pokrywały bowiem setki ludzkich zwłok oraz końskich trucheł, wypatroszonych przez padlinożerców i wpływy czasu. Ułożone ściśle, w większości spiętrzone jeden na drugim, pokryły hektar pustyni i splamiły go brązową krwią. Lekki wiatr poruszał wielkie, wbite w ziemię chorągwie z wyszytym motywem miecza wewnątrz dzwonowego klosza. Cienie chmur przewijały się po zgaszonych twarzach wojów wspólnych barw i pewnych drewnianych elementach z grubymi płozami.

Przystanął, obejmując wzrokiem trupi koszmar, zapominając naraz o otaczającym go świecie. Ruszył powoli przed siebie, przypatrując się poległym. Zapatrzony, nie zauważył krzątającego się w pobliżu rozproszonego stada czworonogich istot szukających pożywienia pośród padliny. Dostrzegłszy nagły, obcy ruch, spłoszyły się; po jakimś czasie jednak zaciekawił ich żywy i jęły go odtąd natrętnie obserwować.

Nie odrywał wzroku od otaczającej go śmierci. Starając się wyobrazić sobie, co i z jakich powodów mogło się tu wydarzyć, przykucnął przy jednym z ciał i przyjrzał mu się dokładniej z bliska. Oglądając martwego w zamyśleniu, w pewnej chwili dostrzegł jakiś przedmiot, który od razu przykuł jego uwagę. Zerwał się gwałtownie z wyciągniętymi rękoma, chwycił go nachalnie i przytkną do ust, przechylając do góry. Kojący smak słodkiej wody wypełnił mu gardło.

Natychmiast się zakrztusił i na długą minutę owładną nim kaszel. Opróżnił bukłak błyskawicznie, gdyż tak naprawdę niewiele w nim przetrwało. Ożywiony i uradowany w duszy rozejrzał się bystro za kolejnym. Nie musiał szukać daleko. Zoczył następne dwa i od razu po nie sięgnął, zabierając się za picie. Nie minęło kilka chwil i zmuszony był zwrócić wszystko, co w siebie wlał, ale kolejny bidon z wodą nieco ukoił następujący po tym niesmak w gardle.

Gdy ugasił już pragnienie, zabrał odzienie jednemu z poległych, kierując się jego przykładem. Włożył na siebie zatem skórzane, brązowe nogawice, zakrwawiony, przeszyty na wylot jasny kaftan, oraz długi, cienki ciemnoszary płaszcz z kapturem i również rozdartą dziurą po pchnięciu mieczem na plecach – przy zdejmowaniu go z martwego, płaszcz przełożył się zewnętrzną stroną do wewnątrz, tak że wyszyte na plecach i piersi ornamenty stały się niewidoczne, co jednak wcale człowieka nie obchodziło. Zabrał też nieco wiktu – wodę, placki pszenne, paski suszonego mięsa i obfite w mięso oraz warzywa surowe szaszłyki, a także spieczone pieczywo w jednym tobołku, który przewiesił sobie przez plecy. Rondle i przyprawy nie przejawiały dla niego żadnej wartości, gdyż nie wiedział nawet, czemu mogą służyć. Niedawne doświadczenia potwornego gorąca, które wszak już mijało, nie pozwoliły mu zaciekawić się spakowaną resztą bagaży – grubymi kocami i futrami, z rodzaju niedźwiedzich, wilczych a nawet bobrowych. Płytowy napierśnik ograbionego trupa odrzucił na bok całkiem odruchowo.

Bardzo delikatnie owinął spękane stopy szmatami, ale nawet mimo to miał niejakie trudności z naciągnięciem na nogi czarnego, skórzanego obuwia z wysoką cholewą i miękką, grubą podeszwą.

Zwrócił też uwagę na pewien dziwny obiekt, zachęcająco błyszczący się wprost u jego stóp. Podniósł go i zbadał wnikliwie wzrokiem. Był to niewielki metalowy klocek o prostokątnych ścianach… z wyrytą nań tajemniczą mozaiką. Mężczyzna nie domyślał się, do czego mógł służyć, lecz bez wahania wsunął przedmiot w kieszeń płaszcza.

Stał chwilę z pochmurnym wzrokiem wbitym w pokryty trupami ląd, nie wiedząc, co myśleć ani czynić. Do czasu, gdy uchwycił kątem oka nagłe poruszenie. Zauważył wreszcie trzy czworonogie zwierzęta, kroczące ku niemu ukradkiem z odległości już niespełna stu stóp. Były raczej niewielkie i wprost wychudłe. Mimo to już z daleka sprawiały wrażenie urodzonych drapieżców – grube, a przede wszystkim długie na półtorej łokcia szyje i duże łby o krótkich pyskach ze stu-zębnymi szczękami, przy jednocześnie stosunkowo szczupłym tyle i zadzie z kusym ogonem, zapewniały o krwawym przeznaczeniu. Ich krótka, szara sierść znakomicie zlewała się z nocnym piaskiem, który przyjął teraz identyczną barwę. Zbliżały się coraz szybciej, przemykając slalomem między trupami, w groteskowy sposób usztywniając głowy w pozycji paszczęką do żywego człowieka (zwieszając nisko swe wężowe szyje). Człowiekowi wydawało się, że oto wylęgły znikąd. Może z samej ziemi, z piasku? – jak on?

Odruchowo cofnął się o dwa kroki, lecz nim postanowił uciekać, stworzenia rozbiegły się w piskliwym popłochu.

Skołowany człowiek wkrótce przekonał się, co je spłoszyło…

Marszcząc brwi w zastanowieniu, nagle znieruchomiał, słysząc za sobą wyraźne, ciężkie prychnięcie. Odwrócił się. Powoli. Bardzo powoli. Jakieś pięćdziesiąt kroków przed nim postać wielkiej szaroskórej bestii, zwróconej w jego stronę, przesłoniła mu naraz wszystko inne. Przeżuwając coś w potężnym, utytłanym krwią pysku, oto stała na czterech łapach spozierając na przerażonego człowieka spode łba, unosząc go z wolna – w wymownej oznace zwrócenia nań uwagi. Szara i o pancernej skórze na grzbiecie i nogach wyglądała gdyby wiekowy głaz – stoczony na ziemię chyba prosto z wierzchołków wskrzeszonych do życia demonicznych gór, żądnych ludzkiej krwi. Kształtem niepomiernie przypominała nosorożca, acz róg na nosie zastępowała para na każdej ze skroni, podobnie do wołu, a rozmiary jej głowy oraz ryja – zwłaszcza w zestawieniu do reszty ciała – były znacznie okazalsze. Znać było również, że z przednich kończyn oraz szyi istoty… a także z jednego z jej rogów, jak się okazało… zwisały żelazne łańcuchy, niby osobliwa biżuteria.

Człowiek jeszcze obficiej poczuł, jak strach ociera się szorstko o jego kark, a serce uderza jak dzwon, sprawiając ból, kiedy pojął, jakże nadchodzący wieczór mistycznie prędko zmroczył niebo i ziemię – gdy człek tkwił tak bez ruchu przed wzrokiem potwornej istoty, czas skoczył mu przed nosem naprzód niemal niezauważenie. Rozpalony dysk na zachodzie krył się już w całości za wydmami, barwiąc niebo krwistym deseniem. Zesztywniały z lęku, odurzony zanadto rozpędzoną w żyłach krwią, człowiek nie miał pojęcia, którędy godzina tak szybko przemknęła.

Tak samo też nie zwrócił uwagi, jak w pewnej chwili zaczął się instynktownie cofać. Z każdym krokiem wszelako chłodne tchnienie jakiejś niematerialnej ściany za jego plecami ziało doń groźbą paniki. Był już o włos od niej.

Na ten zaś widok ruchu śmiertelnika stwór – jakby przez cały czas właśnie tylko na to czekając – spiął swe mocarne mięśnie, zdzielony batem ujeżdżającej go dzikiej agresji, i buchnął wściekle parą z nozdrzy, gotując się do szarży.

Mężczyzna skamieniał na powrót, pojmując, że oto sprowokował bestię do ataku.

Było już jednak za późno.

Bestia, wydobywając z gardła przeciągły, otyły ryk złości, puściła się wściekle ku spętanej przerażeniem ofierze, podczas gdy ta sterczała bezradnie w miejscu, czując, jak zimny pot zalewa jej plecy. Czas stracił poprzednią szybkość i zwolnił, celebrując każdy pojedynczy ruch olbrzymiego zwierzęcia. Ogromne masy cielska falowały w rytmie niezgrabnego cwału; ciężkie kroki wznosiły tumany piaskowego kurzu i wydawały wyrównany, donośny tętent, dudniący miarowo w uszach i upodabniający się do… do… jakby bicia dzwonów?

Człowiek z niczym wrośniętymi w piasek stopami rozejrzał się panicznie dokoła. Pierwszym, co spostrzegł w zasięgu ręki, był wbity w ziemię, połamany miecz – pozbawiona rękojeści, obnażona klinga. Chwycił zań bez zastanowienia – desperacko, kalecząc sobie dłoń – i  w ostatnim momencie, ostatnim rozpaczliwym ruchem, po prostu wyciągnął wyprostowaną przed siebie – w stronę nacierającego zagrożenia. Po prostu.

Ostrze z niezwykłą łatwością przebiło czoło rozpędzonej bestii, zatapiając się weń niby w taflę wody, człowiek zaś znalazł się wtedy na pysku zwierzęcia, broniąc się tym samym przed staranowaniem. Przebył tak odległość paru sążni, gdy śmiertelnie ranione monstrum zarzuciło na bok łbem, posyłając go w powietrze, jak wystrzelonego z katapulty. I to było wszystko.

Potworna istota poczęła osiadać na ugiętych kończynach; wydając z siebie długi, lamentujący pomruk, wprost potulnie złożyła się do pozy, jaką niejednokrotnie przyjmują leniwe koty do snu, podkulając przednie łapy pod pierś.

Powoli wyzionęła życie.

Jej drobne oczy, dwie czeluści koloru gorzkiej żółci, obróciły się w wiry czerni i czerwieni, a potem zgasły mistycznie i przymknęły raz na zawsze. Szarozielony odcień pancernej skóry natychmiast zsiniał pod szyją, za uszami i na rozlanym na piasku brzuszysku. Bycze rogi na skroniach w jedną chwilę spróchniały i zwietrzyły się do postaci skamieniałości. Zaraz potem powstający z ziemi mężczyzna mógł obserwować, jak kręgosłup powalonej bestii wydyma się w pęcherze i pęka wzdłuż, uwalniając kłęby tajemniczego dymu – pozornie bezkształtnego, ale też podejrzanie ruchliwego.

Patrząc szerokimi oczyma na całe dziwaczne zjawisko i bezruch stwora, człowiek mimo wszystko wciąż obawiał się, że ten jeszcze powstanie. Tak się jednak nie stało. Potężne strugi krwi ociekały po pojemnych oczodołach zwierzęcia – a zapowiadało się, że już nigdy nie przestaną.

Strach momentalnie spłynął strumieniem po kręgosłupie człowieka, a zaczęło opanowywać go tedy bardziej zdziwienie i zmieszanie. Ledwie docierało do niego to, czego dokonał. Podszedł do stwora, przypatrzył się jego zwłokom, a potem brzeszczotowi, które tkwiło w jego czole. Gdy przyjrzał się potem własnej dłoni, zauważył otwartą, puszczającą czerwień skórę.

Wiatr poniósł ku mężczyźnie salwy podziwu; niebo zaś zachmurzyło się jeszcze bardziej – jakby niezadowolone z porażki bestii.

W końcu człowiek ocknął się z szoku i uświadomił sobie na powrót, gdzie jest. Ponownie spojrzał na stosy zmasakrowanych ciał. Jako że zrobiło się jeszcze ciemniej, pokryty śmiercią piasek nabrał teraz zupełnie czarnej barwy – plamy krwi wyglądały jak ciemne dziury bez dna… albo też zaiste tym się w istocie stały.

Czworonogie drapieżniki nie odeszły daleko. Obserwowały człowieka zza usypisk poległych. Widziały, co uczynił z szarżującą na niego bestią. Zwątpiły w swoje szanse przeciwko niemu i nie zamierzały już atakować. Przynajmniej nie w obecnej liczbie. Mimo to zbliżyły się trochę i zaczęły krążyć nerwowo, wydając pojedyncze, cienkie piski. Wyglądały na głodne – jakby mało miały wkoło pożywienia.

Mężczyzna ostatni raz rzucił okiem na bestię. Chwycił za ostrze zatopione w jej łbie i wyszarpnął zdecydowanie. Tym razem wyraźnie poczuł, jak zimne, wcale nie nagrzane ostrze znaczy mu rany na dłoni i palcach. Było mu jednak potrzebne – potrafiło zranić. Przemógł się zatem, by znieść ból. Być może ból był konieczny?

Uniósł brzeszczot na wysokość oczu, przeglądając się weń jak w zaśniedziałym lustrze, zwracając uwagę na czerwony z poparzenia prawy policzek, błękitne jak ranne niebo oczy pod ostrymi nawisami niemal nagich łuków brwiowych, oraz wyblakłe, popękane wargi. Zaraz obok niezauważonej wcześniej, czarnej, pokrętnej prędze na całej długości klingi, jego uwagę przykuły coraz gwałtowniejsze ruchy towarzyszących mu stworzeń, odbite w stali. Wówczas dojrzał jeszcze jedno zwierzę, wyłaniające się zza zwału martwych… a za nim dołączające jeszcze dwie nowe sztuki. Zebrała się ich już więc szóstka i teraz ich odwaga z pewnością wzrośnie.

Mężczyzna nie zauważył nawet, jak powoli tonie po kostki w powiększającej się kałuży czerwonego płynu z żył powalonej bestii…

Ruszył dalej, wchodząc na kolejną wielką wydmę.

Sześć cieni podążyło pośpiesznie za nim.

* * *

Ziemię wyraźnie oświetlał pełny, mały księżyc i skąpo rozgwieżdżone niebo. Otoczenie się nie zmieniało – człowiek za plecami i przed sobą miał pustynię. Szedł już bardzo długo i wiedział, że w dalszym ciągu nie jest sam – szóstka czworonogich kroczyła jego śladem. Nasrożone i głodne, lecz nadal niepewne, trzymały się na całe pięćdziesiąt kroków za nim. Musiały obawiać się przedmiotu, który człowiek dzierżył w prawicy; rozcinając mu dłoń, miecz zostawiał za to ślady kapiącej krwi, znaczące ścieżkę jego wędrówki.

Jedna plamka była większa od pozostałych – widocznie tu człowiek przystanął, by odetchnąć. Czworonogie zwierzę pochyliło łeb i naiwnie polizało nasiąknięty posoką piasek.

Był zmęczony, nie miał już siły biec i ledwie znajdował ją na dalszy marsz. Zrobiło się zimno – żałował, że nie wziął ze sobą nic cieplejszego. Pustynia zaczęła ukazywać swoją dwojaką naturę – śmiertelnie gorąca za dnia i lodowata nocą. Otulił się mocniej płaszczem i aż zadrżał, gdy zerwał się nagły, świszczący wiatr. Nasilał się z każdą sekundą, niosąc coraz potężniejszy chłód. Czesząc pustynię, wzniecał płynące po jej powierzchni małe piaskowe fale. Mężczyzna, idąc pod ich prąd, niczym wolno płynąca łajba, tworzył widoczny kilwater na morzu piasku.

Nagle mrok zaczął gęstnieć jeszcze bardziej w tajemniczych okolicznościach. Oto bowiem księżyc się rozmazał, a i tak nieliczne gwiazdy kolejno wygasły.

Powoli zwalniał, gdy wszystko stawało w nieprzeniknionych ciemnościach. Dochodził go tylko szum wichru i świst targanego przezeń płaszcza, który miał na sobie, miał jednak nieodparte wrażenie, że słyszy coś jeszcze.

Śmiech. Śmiech pustyni – od razu uznał, i mylił się w tym tylko co do jednego – rozpoznając to, jako oddzielny dźwięk. Pustynia być może rzeczywiście się śmiała (szyderczo, triumfalnie, a jakże) wszelako nie był to prawdziwy śmiech; człowiek pomylił to zjawisko z wizgiem wichru. Ale czyż wicher ten nie był częścią tej krainy?

W końcu zatrzymał się całkowicie i, nie wiedząc, co począć, rozejrzał wkoło… Ciemność. Pustynia nadal chichotała. Człowiek kompletnie nic nie widział, a teraz na dodatek stracił orientację. Odzyskał ją dopiero gdy usłyszał za sobą znajome mu już cienkie piski pustynnych drapieżników. One też brzmiały jak prześmiewki.

Na ślepo wchodził i schodził z kolejnych pustynnych wzniesień. Idąc tak pod pęd słabnącego już wiatru, w totalnym mroku nie mógł zauważyć mijanych z prawej strony wysokich, stromych pasm skalnych – była przed nim już jedynie aksamitna czerń nocy, nic poza tym.

Wiatr osłabł znacząco i mężczyzna poczuł się niezwykle znużony. Zamknął ciężkie powieki i szedł dalej jak ślepiec, wyciągając przed czoło dłoń lewicy i ostrożnie stawiając kroki. Wkroczył na nieco twardszą ziemię – stopy nie tonęły już w drobnym piasku, a stąpały po żwirowej skorupie, która szurała głośno pod coraz bardziej ospale wleczonymi po niej sandałami. Nadal było ciemno jak w koszmarze, ale człowiek potrafił wyczuć, że pustynia się zmieniała. Czasami trafiał na kępy skrajnie wysuszonej trawy, a nawet na niewielkie krzaki i coraz więcej piaskowców. Nie widział, bo nie mógł widzieć kaktusów, ale one tam były, mijał ich całkiem sporo.

Mało tego – śmiech pustyni zniknął. Czy to dobry znak?…

Kiedy tak szedł bez przerwy, nie zwrócił uwagi na to, jak zaskakująco szybko wkroczył na bogato trawiastą ziemię. To chyba otępiały z wyczerpania umysł odebrał mu szanse na wcześniejsze zorientowanie się w tym fakcie. Niemniej dopiero po dłuższym czasie, gdy teren schodził stromo w dół, dotykając palcami gruntu, poczuł trawę – przyjemnie wilgotną, czemu z trudem dawał wiarę – i rozmaite, licznie rosnące kwiaty polne – co było już zupełnie nie do uwierzenia. Serce przyśpieszyło mu rytm. Oczyma rozbudzonej wyobraźni widział otaczające go zielone polany i pastwiska, pełne zdrowej zieleni oraz rozbieganej zwierzyny. Potrafił wyobrazić sobie czar i ciepło tych zjawisk; ich dobro – tak, dobro. Dopiero teraz doszedł go zapach świeżej, dziewiczej roślinności pod opieką Wiosny, i oto widział ją w głowie jak rzeczywistą… Jednak w dalszym ciągu otaczał go tylko mrok i aż począł się zastanawiać, czy to wszystko nie jest czasem wyjątkowo pięknym i jednocześnie okrutnym snem…

Mimo wszystko mężczyzna nawet przez chwilę nie zdziwił się swoją nagle wzbogaconą wiedzą – wszak ledwie narodził się z pustynnej ziemi, pozbawiony jakiejkolwiek świadomości o nawet najpospolitszych sekretach świata, zdany jedynie na wrodzony instynkt, nagle potrafił odróżnić, a nawet nazwać, poszczególne rodzaje terenu… roślin… wyobrażanych zwierząt, pochowanych gdzieś na czas snu w tę upiorną, nieprzeniknioną noc… pór roku… zapachów… Niezwykle naturalne i wiarygodne obrazy nieznanego dotąd, zmienionego otoczenia pojawiały się w wyobraźni samorzutnie, razem z dotykiem zieleni i wonią łąki. Potrafił zidentyfikować je oraz przypisać im odpowiednie właściwości, a nawet skojarzenia. Wyglądało na to, że wiedza i świadomość przychodziły nawrotami wspomnień – jakby były wynikiem wcześniejszych… lecz jednocześnie obcych, dosłownie cudzych doświadczeń…

W pewnej chwili zaczęło się przejaśniać – równie zagadkowo. Księżyc ponownie się pokazał – jak gdyby rysował go na niebie jakiś wielki, boski pędzel – i przyniósł ze sobą znaczne światło. Tym razem był dużo większy, choć brakło mu połowy. Oto oświetlił ziemię i ukazał jej niewyraźne oblicze.

Człowiek, schodzący właśnie ze stromego wzniesienia, spojrzał pod nogi… i pustynny koszmar powrócił. Mężczyzna zatonął raptownie po kostki w bujnym, popielatym w świetle księżyca piasku i aż zachwiał się na nogach. Wszystko, co niedawno napotkał – trawa, zapach kwiatów, obecność tętniącej życiem egzotycznej natury kojącej trudy wędrówki – okazało się być jakąś okrutną marą, niespełnionym, gorączkowym marzeniem, urojonym w jego przemęczonej głowie.

Gdyby miał siłę, zaprawdę gorzko by zapłakał.

Niemoc i zrezygnowanie ugodziły go równie momentalnie i z taką samą siłą, co odbiór nielitościwej rzeczywistości. Niechlujnie, ze zwiotczałymi rękoma, spuszczoną głową i zobojętnieniem, zszedł z gigantycznej wydmy. Po czym rzucił się na kolana i padł bez zmysłów na policzek.

Leżąc z rozłożonymi rękoma i wyciągniętymi nogami, stęknął ciężko i pogrążył się w nagłym śnie. Porzucone dwa niepełne bukłaki i długie, zakrwawione ostrze miecza pozbawionego rękojeści – broń równie poraniona, co jej właściciel – przylegały do jego boku.

Wówczas wielki półksiężyc jął ukazywać swoją drugą połowę. Okoliczne ciemności zaczęły się przerzedzać, a padnięta postać wyczerpanego człowieka zrobiła się widoczna jak na dłoni. Kilka stworzeń o siwej sierści i dość wyrośniętych względem ciała pyskach stanęło na szczycie piaszczystego wybrzuszenia, sięgając wzrokiem daleko przed siebie…

Do śpiącego mężczyzny docierały dziwne odgłosy. Nie chciał o nich myśleć ani się nimi przejmować. Było mu wszystko jedno. Zabrakło mu siły i uporu, by walczyć dalej. Od samego początku nie dostawał szansy na odpoczynek, a nawet bijąca wrogością, malująca się wkoło kraina piaskowego dostatku była mu przeciwnikiem, zadawała mu cięgi i wyciskała zeń resztki energii.

Walka była nieuczciwa.

Odgłosy nasiliły się i obudziły go. Mimo woli dosłownie zerwał się ze snu. Stanął na czworaka i cofnął się, widząc, jak dokładnie przed nim w szaleńczym tempie wyrasta drzewo – prosty, brunatny pień rozgałęziający się skromnie w parę sekund. Niedawno śpiące, sklejone oczy patrzyły teraz bystro w kierunku zadziwiającego zjawiska. Pustynia była dobrze oświetlona i człowiek mógł zauważyć cały las dokładnie na wprost siebie, który musiał chyba dopiero co wyrosnąć mu przed nosem. Niewiele myśląc, ruszył biegiem w jego stronę, zgarniając po drodze swoje rzeczy i odwracając się na wyczuwane towarzystwo…

…Niczego jednak nie zobaczył.

Kluczyły w miejscu, wąchając suchy piasek i szukając choćby kropli krwi. Uświadamiając sobie, że zgubiły człowieka, zaczęły piszczeć i wyć. Rozglądały się, sapiąc nerwowo; jedno zaś usiadło po prostu, oblizując pysk, jakby obchodząc się smakiem.

Mijał biegiem wysokie, uderzająco proste drzewa i dziwił się ich obecnością. Były bezlistne, ale zdrowe – nie przypominały ani trochę drzewa, które spotkał przy narodzinach. Najpierw rosły pojedynczo, dalej zaś coraz gęściej – tworzyły niewielki suchy las. Zachodził w głowę, dlaczego nie zauważył go wcześniej. Nie chciał wierzyć, żeby drzewa mogły rosnąc tak szybko, nawet widząc to niedawno na własne oczy. Nawet nie mając o tym praktycznego pojęcia – bo przecież nie mógł jego mieć, czyż nie?

A jednak – musiał stwierdzić – przecież jeszcze przed chwilą ich tu nie było!…

Świat, na którym się znajdował, stał się dla niego odtąd nie tylko obcy, ale i niezrozumiały.

Przedzierając się przez coraz ściślejszy drzewostan, ledwie przeciskał się między pniami drzew (jakby ktoś, kto przyczynił się do postawienia ich tutaj – czy była to jakaś istota, czy jedynie bezkształtna siła – po prostu nie znał się na tworzeniu lasów).

Las, owszem, był niewiarygodnie, niepraktycznie wręcz sam dla siebie gęsty, za to nieduży; wreszcie się skończył i mężczyzna stanął po jego drugiej stronie. Było tu znacznie ciemniej. Wielki księżyc jakby schował się za szczytami wysokich drzew – a te sięgały przecież wysoko jak niejedno wzgórze.

Przed sobą widział kilka sporych głazów oraz łańcuch pokaźnych skał na prawo. Natychmiast przysiadł przy najbliższym z ogromnych kamieni i uspokoił oddech. Siedząc, poczuł, jak coś go uwiera. Wstał, wyjmując z kieszeni dziwny metalowy przedmiot znaleziony na krwawym pobojowisku, po czym usiadł z powrotem. Rozglądał się stale wokół, w obawie, że nie jest sam, że nie może być sam. Mimo iż nie było śladu śledzących go zwierząt, wolał pozostać czujnym. W pewnej chwili pozwolił sobie jednak zamknąć oczy. Nie zamierzał zasnąć, ale był tak zmęczony…

…Wystarczyło, że przymknął powieki, a sen wprosił się sam.

Przysnął jednak tylko na chwilę. I na tę chwilę zapomniał o wszystkim. Trzymając w dłoni wcześniej ujęty przedmiot, przez krótki czas siedział bez ruchu ze spuszczoną głową, pogrążony w płytkiej drzemce. Wszystkie troski umknęły w cień; sen odesłał strach. Ta nieznaczna chwila odpoczynku okazała się dla niego zbawienna. Należała mu się.

Przebudziło go nieustanne drżenie ciała. Choć był przekonany, że tropiące go stworzenia mogą go w każdej chwili znaleźć, miał teraz na głowie większe zmartwienie – było niebezpiecznie zimno. Otulił trzęsące się ramiona. Z jego ust wydobywały się kłęby zamarzającego powietrza, mimowolnie przywołując w pamięci echo spektakularnego dokonania żywota przez szaroskórą bestię. Mróz był tu – po drugiej stronie lasu – zdecydowanie silniejszy i chociaż nie był może szczytowy, mężczyzna był zbyt lekko ubrany. Wspomniał naraz pozostawione koce i futra – wiedział, jak by je teraz spożytkował… Musiał się jakoś ogrzać bez nich. Tylko nie bardzo miał pojęcie, w jaki sposób. Pomyślał instynktownie o ogniu – mimo tego nawet, że wszak w życiu się z nim jeszcze nie zetknął – i nagle coś sobie przypomniał. Zerknął na zaciśniętą lewą dłoń, w której to trzymał osobliwy, połyskujący przedmiot…

Po pewnym czasie zebrał już odpowiednią ilość polan i drobnego chrustu – ułożył je w stos tuż przy kamieniu. Z kieszeni wydobył metalowy klocek z wyrytą mozaiką, przywodzącą na myśl płomień, i otworzył go. Wyłonił się mały czarny kamyczek. Człowiek zastanowił się chwilę, i dziwnie łatwo domyślił, co ma robić… – potarł o niego kciukiem. Nie był wcale zaskoczony, gdy z wnętrza nienazwanego przedmiotu wyłonił się niewielki płomyczek.

* * *

Gdy palenisko zaczynało przygasać, dokładał doń kolejne uzbierane wcześniej gałęzie drzew. Przepełniało go kruche, lecz pełne uczucie bezpieczeństwa, choć jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę, że rozpalając ognisko znacząco naraża się na wykrycie. Było mu za to ciepło. Brakowało jednak jedzenia. Miał kilka placków pszennych i wiedział, że musi oszczędzać, choć jego żołądek był pusty jak gąsiory po weselu. Żałował, że nie miał szansy wziąć więcej żywności; a jeszcze bardziej bolał nad tym, że stracił gdzieś po drodze większość pieczywa i mięso.

W spowitym mrokiem lesie łuna z rozpalonego niedaleko ogniska rozganiała ciemności… tym samym od razu przykuwając uwagę istot, które dopiero co do niego wtargnęły. Jakiś czas temu zgubiły trop człowieka, za którym podążały; jednak teraz wydawało się, że przypadkowo odnalazły jego kryjówkę…

Klęczał przy ogniu i grzał się, próbując nacieszyć się spokojem oraz przygotować na nieuniknione. Nie miał wątpliwości, że palenisko przysporzy mu kłopotów, lecz zarazem nie mógł z niego zrezygnować. Pochylając się tak nad płomieniami, badał trzymany w rękach dziwny przedmiot, którym uśmiercił potężną bestie na „polu umarłych”. Klinga była naprawdę mocna, odpowiednio wąska u podstawy, bardzo długa, ale i lekka; kapała zeń jego krew i widać było jeszcze zaschniętą, rdzawą posokę stwora z łańcuchami na kończynach, rogach i szyi, którego zabił. Brzeszczot, pomijając brak rękojeści, był stary i mocno zarysowany, gdzieniegdzie nawet popękany, wyszczerbiony, lecz nawet mimo to trwale ostry. Wyraźna, czarna pręga na całej długości nie dawała się z kolei zetrzeć ni zeskrobać.

Niezwykle zmęczony, zaczął mimowolnie siadać i zasypiać, kiedy mozolny czas zdążył już ostudzić jego czujność i roztropność. Zanurzył się w płytkiej drzemce, lecz nie na długo. Ledwie po paru sekundach zerwał się na równe nogi, skupiając spojrzenie w głębię lasu. Zbudził go jakiś dźwięk, a przynajmniej tak mu się wtedy wydawało – w istocie bowiem cisza nocy w ogóle nie została przerwana. Stał i czekał spięty, gotowy na wszystko. Aż wreszcie posłyszał cienkie piski znajomych mu już istot.

Stało się… Musiało się stać. Światło ognia sprowadziło poszukujące go zwierzęta.

Odnalazły go.

Powoli z nieprzeniknionego mroku wyłoniło się sześć wielkich szarych łbów – jak na ironię, przez chwilę prezentując się na tle cieni lasu niby trofea zawieszone na ścianie. Jednakże jak trofea nagle przywołane z zaświatów do życia, rozwierające powoli paszcze, gotowe do zemsty… Stanęły jakieś cztery kroki od dzielącego ich od człowieka ogniska, skrywając się między drzewami. Patrzyły na niego, szczerząc wrogo kły, a ich ślepia zapalał na czerwono blask ognia. Co jakiś czas wydawały z gardeł cienkie, ogłuszające dźwięki – jakże okropne teraz. Powoli wyłoniły się w całości na światło i zaczęły zbliżać, rozchodząc się na boki, by otoczyć ofiarę.

I właśnie wtedy człowieka po raz pierwszy uderzyło niezwykłe wrażenie, przedziwne, którego nie potrafił nazwać… Otóż widział to już wcześniej! Spotkało go to już kiedyś, spotkała ta sama sytuacja, był pewny – choć zarazem jasne było, że to nieprawda; to nie mogła być prawda… A jednak. Scena, która wówczas przed nim stanęła, obraz zbliżającego się zagrożenia o obliczu sześciu czworonogich drapieżców, śliniących się na jego widok, krótkie powiewy wiatru co chwila, ciemność wkoło, ogień na wprost, uczucie strachu i senności… było jak spełnienie koszmaru sprzed dni… miesięcy?… lat?…

Było jak noc po nocy. Jak wschód zaraz po wschodzie. Jak zachód w chwilę po zachodzie. Czas się pomylił i powtórzył wydarzenia, które przecież już minęły… czyż nie? To, czego właśnie był świadkiem i uczestnikiem, było czymś dobrze znanym, jedynie lekko zatartym w pamięci, lecz ponad wszystko – takim samym…

…Jakby wszystko rozegrało się już wcześniej.

Wszystko pasowało do „wspomnienia”, które zdawało się tkwić w głowie człowieka niby od zawsze. Las, ogień, ciepło, głos nocy… nawet to, co sam robił, gdzie spoglądał, o czym myślał.

Mijały sekundy. Zwierzęta podchodziły coraz bliżej.

I oto dziwne uczucie jęło powoli opuszczać człowieka. Aż nagle się ucięło – koniec; koniec pamięci, koniec rozpoznawania obrazów, dźwięków, własnych ruchów…

Ale dla pustynnych psów to nie miało znaczenia.

Zbliżały się dalej…

Mężczyzna wstał, wydobył z paleniska płonącą gałąź, po czym zaczął wymachiwać nią na boki. Stworzenia nie od razu zlękły się płomieni – widać były im one dotąd czymś obcym. Póki bowiem nie odczuły ich możliwości, uparcie podchodziły bliżej, bliżej, bez oznaki trwogi, przyjmując za to jeszcze zacieklejsze postawy – jeżąc się na grzbiecie jak koty i stawiając coraz dłuższe kroki, szczęki zaś rozwierając na całą możliwą szerokość i w ogóle ich nie zamykając – jak gdyby miały lada chwila trysnąć z nich jadem.

Mężczyzna z całych sił cisnął płonącym drewnem w jedną ze sztuk. Wystraszony zwierz raptownie odskoczył do tyłu, po czym zawył z palącego bólu. Widząc to, reszta także się wycofała – prócz sztuki stojącej najbliżej rzuconej gałęzi; ta bowiem zechciała powąchać płomienie… szybko jednak przypiekła sobie nos i zawyła. Człowiek wydobył jeszcze jedną gałąź z ogniska i ponownie spróbował rzutu – lądujący na plecach kolejnego drapieżnika kij, zanim zsunął się na ziemię, zdążył dotkliwie podpiec skórę zwierzęcia, przysparzając o okropny ból.

Stworzenia nabrały dystansu i wycofały się aż między drzewa. Dalej obserwowały mężczyznę i widać było, że nie dadzą tak po prostu za wygraną. Nie były bezmyślne; potrafiły dostrzec i nauczyć się, że płomienie po jakimś czasie przygasają. Pamiętały również, że zastały człowieka śpiącego – a sen był im dobrze znany. Był więc zmęczony… Poczekają na dogodną sytuację i podejmą się ataku. Mięso człowieka będzie ich.

Patrząc, jak mężczyzna ze spokojem podkłada do ognia, zrozumiały jednak, że ma przewagę.

* * *

Mijały godziny i zaczęło dnieć. Siedział na ziemi obok ogniska, oparty o kamień. Powieki ciążyły mu tak bardzo… Jednak, gdyby nawet miał szansę się przespać, nie doszłoby do tego, nie zdołałby. Gdyby nawet nie czyhała na to towarzysząca mu krwiożercza gromada, było coś innego, co nie dałoby mu zasnąć. Sięgnął po zawiniętą w tobołek resztkę placków przennych, jaka mu została, i zaczął jeść. To głód dławił i nie pozwalał na myśli o śnie. Jedyne, co dotąd zjadł, to właśnie parę suchych placków; część wiktuałów zaś porzucił przypadkiem jeszcze po drugiej stronie tej dziwnej kniei. A potrzebował znacznie więcej. Pomyślał, że powinien zawrócić i zaopatrzyć się lepiej. Dużo lepiej.

Gdy tak jadł oszczędnie, zerknął kątem oka na leżący obok połamany miecz… Od razu wspomniał zabitą z niej bestię…

Jedno z obserwujących człowieka zwierząt zauważyło, że ten nagle zamyka oczy; po chwili na dodatek pada bokiem na ziemię, oddalając się przy tym od ogniska, i przestaje się ruszać… – zasnął. Już po chwili zwierzę wierciło się nerwowo, podniecone z korzystnej sytuacji, nadal wszak zwlekając na odpowiednią chwilę do zaatakowania. Gdy oceniło, że ta nadeszła, bez wahania ruszyło żwawo lecz bezszelestnie ku przyszłemu pożywieniu, mając tuż za sobą wsparcie. Szeroko ominęło ognisko i ostrożnie zbliżyło łeb do ludzkiej głowy, która jako jedyna wystawała spod długiego płaszcza. Otworzyło powolnie paszczę, obnażając szereg kłów.

Coś błysnęło i łeb zwierzęcia drgnął. Piasek zaszurał pod jego kończynami, gdy zaczął przebierać nimi w miejscu, próbując, lecz nie mogąc się cofnąć…

„Wsparcie” zawyło z przelęknienia, zrywając się do odwrotu ku ciemnościom zagajnika. Stojący przy mężczyźnie drapieżnik stracił władanie w kończynach i niebawem padł zadem na bok, z otwartą szczęką a także wciąż uniesioną głową. To sztych połamanego miecza, dzierżonego nieruchomą ręką, zatkał zwierzęciu gardło, i teraz podtrzymywał go w pozornie siedzącej pozycji.

Człowiek wstał, patrząc przez chwilę, jak zwierzę się wykrwawia i dusi własnymi sokami. Przetarł twarz wnętrzem kaptura, gdyż opryskała ją ciepła jucha.

Wyglądało na to, że głód nie będzie go dziś więcej prześladował.

* * *

Nadszedł kolejny upalny poranek. Człowiek zostawił jeszcze tlące się ognisko i ruszył dalej. Wciąż obserwowany, szedł wzdłuż skalnego łańcucha po swojej prawicy, mijając także liczne głazy i zdeformowane piaskowce. Teren ponownie piął się łagodnie w górę. Stając na środku wzniesienia piasku, mężczyzna wyrównał poziom oczu ze szczytami skał. Odwróciwszy się w stronę lasu – wydającego się rzadszym i już nie tak wysokim jak w nocy – zobaczył pięć kształtów idących jego śladem. Przystanęły przy ognisku i powąchały odrąbaną głowę swojego pobratymca – człowiek nie miał zamiaru jej jeść. Ku jego zdziwieniu zwierzęta bez zahamowań zabrały się za konsumpcję. On sam zjadł niewiele, ale do syta – to, co mu zostało, ciągnął za sobą w tobole.

Łańcuch skał piął się tu coraz wyżej i skręcał na prawo. Było także kilka karłowatych, dziko rozgałęzionych, nagich drzew – zupełnie takich, jak te, które rozsypało się pod jego palcami zeszłego dnia. Człowiek wolał ich nie dotykać.

Usłyszał za plecami znajomy dźwięk. Jedno ze zwierząt prawdopodobnie nie zostało dopuszczone do jedzenia – stało na szczycie wydmy i śliniło się do człowieka, jakieś sto kroków od niego. Nie ruszało jednak w jego stronę. Mężczyzna patrzył, jak wierci się i krąży w kółko, zdenerwowane. Przebierało niecierpliwie nogami i tylko piszczało od czasu do czasu. Nawet gdy w końcu przybyły inne, nie ruszyły się do niego. Coś ich powstrzymywało. Może bały się jego ułomnego miecza, gdyż wystarczająco przekonały się o jego możliwościach? A może po prostu zrezygnowały, bo – na przykład – były zbyt zmęczone? Może też wiedziały o czymś, czego on nie mógł wiedzieć? Może było coś jeszcze?

Czy mogło być coś jeszcze?…

Słońce paliło bezlitośnie; pustynia aż wzdychała z osłabienia – piasek mógłby teraz usmażyć stopy człowieka na węgiel, gdyby nie miał na sobie butów. Skalne masy rozmazywały się w rozgrzanym powietrzu i zdawały lada chwila zniknąć, jakby były tylko marą.

Pot ściekał mu po twarzy i piekł w oczy. Nie zdejmował płaszczu, gdyż wierzył, że promienie słońca mogłyby go teraz wręcz spopielić. Szedł więc z zarzuconym na głowę kapturem i co jakiś czas upijał wody z ogrzanych już bukłaków, co nawilżało na chwilę język i popękane wargi, jednak absolutnie nie gasiło potwornego pragnienia. Nie było sensu oszczędzać – zdaniem człowieka jego marsz był (od samego początku) marszem na śmierć z wycieczenia. Nie zamierzał zmieniać tego w „śmierć z pragnienia” czy głodu.

W pewnym momencie wędrówki, obok własnych majaków otępiałego umysłu i zawodzenia piasku, usłyszał coś strasznego; jego ciało drgnęło, a potem skamieniało – długi, przerażający ryk czegoś wielkiego i w złym nastroju obił się pogłosem o najeżone zewsząd skały. Człowiek uniósł wzrok i ukazało mu się coś niebywałego – gigantyczna na dwadzieścia pięć stóp, ciemnozielona bestia, niebezpiecznie blisko, na szczęście jednak… uwięziona. Stała w swej przygarbionej pozie, cisnąc się w nieco za małej klatce, i uderzała w nią powolnie – przeogromną maczugą. Taak, człowiek nie dowierzał, był w stanie nawet zrzucić to karb igraszki przemęczonego umysłu, lecz dzika bestia w istocie posiadała wielką jak dwa razy on sam, okutą żelazem i zdobioną w elementy złota maczugę; dzierżąc ją oburącz, uderzała nią z całych sił w długie, czarne pręty ograniczającej ją klatki, nie mogąc ich wszelako wygiąć choćby o grubość ludzkiego paznokcia. Przy każdym ciosie potwór wydawał złowrogi ryk, zaś chłostane kraty – krótki brzdęk.

Stwór był także opancerzony w złoto lśniącą zbroję, osłaniającą górną część tułowia – barki i pierś – i dość niewielki kolczasty hełm z otworami na czerwonawe oczy. Na plecach miał iście żółwią skorupę –wypukły dysk – tyle że czarną jak noc. Odrobinę podłużny ryj posiadał dziwaczny róg w postaci grubego płata, bliskiego wyglądem rybim płetwom grzbietowym, za to znaczniej strzelistego, który biegł od nosa, kończąc się dokładnie pomiędzy oczyma. Masywne ciało i długie po grunt, mocarne ramiona przesłaniały sobą stosunkowo krótkie, tęgie nogi. Monstrum ledwie mieściło się w niezniszczalnej pułapce i stale próbowało wydostać na zewnątrz – skoro tylko zobaczyło człowieka, wybuchło nagłą furią i bez namysłu zabrało się za kraty.

Bestia była powolna i szybko się męczyła. Po jakimś czasie oparła się o klatkę i zasapała ciężko. Jej małe czerwone ślepia spoglądały wrogo na stojącego jakieś trzysta stóp odeń człowieka, sypiąc skry dzikiej nienawiści… a jednocześnie emanując smutkiem, cierpiąc długą niewolę.

Podszedł nieco bliżej i uważniej przyjrzał się potężnemu zwierzęciu. Co, lub kto mógł je tu uwięzić? Jak w ogóle zdołał tego dokonać? Te stalowe ogrodzenie trzymające gada na uwięzi było niezwykle mocne. Każdy cios bestii zdawał się być wystarczająco potężny, by je pokonać, jednak niepozorne kraty wytrzymywały i ani drgały. Człowiek nabrał spokoju, że nic mu nie grozi, niemniej jednak wolał wynieść się stamtąd jak najprędzej. Zaczynał rozumieć, dlaczego pustynne wilki nie chciały iść dalej – prawdopodobnie poznały już tę część pustyni. Skoro tak – trudno się dziwić, że nie przypadła im do gustu.

Minął uwięzioną w klatce bestię i idąc dalej napotkał kolejną. Ta była jeszcze większa i dziwniejsza. Siedziała oparta o kamienną ścianę niskich gór, spasiona i rozlazła. Jej jaskrawozielone cielsko pokryte było grubym śluzem; jej brzuszysko rozlało się na boki tak, że niemal w zupełności przesłoniło dolne odnóża, stykające się całymi powierzchniami stóp, zaś swoje wielkie galaretowate łapska monstrum opierało o ziemię – choć kiedy tylko poczwara dojrzała samotnego człowieka, podjęła żałosną, leniwą próbę dosięgnięcia go jedną z nich. Otworzyła otyłą paszczę, marszcząc wielotonowe fałdy pod brodą, i wyłoniła spuchnięty blady jęzor, wydając z siebie wprost śmiesznie słaby dźwięk, który miał wyrażać chyba rozwścieczenie, żądze krwi. Jej małżowiny uszne były mocno rozciągnięte w dół, a oczy tak tycie, że mężczyzna nawet ich nie spostrzegł. Łyse, małe okrągłe czoło (z łzą krwi na czole) oraz spłaszczony nos i sam układ czaszki sprawiły zaś, że widział w niej coś bardzo ludzkiego.

Gdy obchodził dziwnego stwora z nadwagą, zauważył, że plecami jest on przyrośnięty do skał, którym spokojnie dorównywał wielkością. Nawet gdyby nie to, pomyślał mężczyzna, i tak nie mógłby się ruszyć.

Na dalszej drodze napotkał jeszcze kilka podobnych przypadków. Trzy niewielkie gadzie stworzenia, w tak głębokiej dziurze w ziemi, że dopiero w zenicie docierały tam promienie słońca, ujadały jak uwiązane psy – człowiek przyjrzał się im beznamiętnie, a one obszczekały go z obłędem w ślepiach, które jako jedyne widział, gdyż błyszczały w cieniu. Dwa zmęczone, dwunogie, długie na osiem łokci wychudzone stwory o płaskich czaszkach, kilka minut marszu dalej, zmagały się ze sobą w świecącym na żwirze, czarnym kręgu, którego – z niejasnych przyczyn – za nic w świecie nie potrafiły przekroczyć; zakapturzony mężczyzna obserwował jakiś czas, jak szamoczą się, drapią po mordach i skubią zębami, nie racząc go ni odrobiną uwagi – zaślepione w niekończącym się sporze, bez oznak zmęczenia. Trzysta kroków dalej natomiast, za zakrętem skał, czekała nań podejrzanie znajoma bestia, śpiąca na podkulonych przednich łapach…

Człowiek rozpoznał w niej tą samą, którą był zmuszony zabić na polu pełnym ludzkich zwłok. Była identyczna. Przykuta łańcuchami do skalnych bloków sapała ciężko przez sen. Potężny łeb, stanowiący ponad jedną trzecią całego pofałdowanego cielska koloru zgniłej szarości, opalał się na piasku tuż obok spiczastego kła piaskowca, do którego róg na czole bestii zdawał się być wręcz bliźniaczy. No właśnie… oto i jedyna różnica między owym osobnikiem, a tym, który został powalony na pokrytej trupami ziemi, gdzie posilał się padliną. Ta śpiąca bestia miała jeden róg – między oczami. Nie dwa.

Kiedy mężczyzna zauważył, że monstrum jest przykute, nieco się uspokoił i opanował strach. Odbity w potworze znajomy obraz podobizny bestii ubitej sprzed dnia mimo wszystko wywoływał u człowieka przyśpieszenie uderzeń serca oraz, równie uciążliwe, mrowienie w rozciętej dłoni. Nie miał zamiaru tak stać i przyglądać się chrapiącemu niebezpieczeństwu, ani tym bardziej je budzić. Przeszedł więc obok najciszej jak potrafił, i wówczas zauważył coś jeszcze…

…Człowieka.

Piętnaście kroków od niego, a dwadzieścia od pogrążonego w spoczynku stwora, ludzka postać klęczała ze spuszczoną luźno głową i rozłożonymi na bok rękoma. Gdy człowiek w kapturze podszedł bliżej, spostrzegł, że młode, szczupłe, ale i umięśnione ręce obcego więziły dwie pionowe skały, rosnące dokładnie po jego bokach – ręce po nadgarstki tkwiły w ich wnętrzu i nie pozwalały na żaden ruch. Człowiek musiał niewygodnie klęczeć, a zarazem zwisać na napiętych rękach. Był mężczyzną – to nie ulegało wątpliwościom. Miał imponująco długie, spływające na twarz, siwe, proste włosy, i bez lichej szmaty, okrywającej przyrodzenie, byłby kompletnie nagi.

Kolejna uwięziona wola. Kolejny męczennik pustyni. Tym razem – istota ludzka… Skuty przez skalny zlepieniec; oznaczony chłostą; pomarszczony przez słońce… strącony na kolana.

Sadzony między bestie…

Zbliżył się na wyciągnięcie ręki, okrywając go nieznacznym cieniem. Próbował dopatrzyć się ruchów klatki piersiowej, ale przeszkadzały mu w tym spuszczone nań włosy uwięzionego. Mimo to nie ruszał się z miejsca, nie przykucnął przy obcym, ani nie odgarną mu włosów.

Obaj nie ruszali się tak przez kilka sekund. Mężczyzna w płaszczu pomyślał, że człowiek nie żyje i już chciał odchodzić, kiedy, niespodzianie, zatrzymały go przerażająco słabe słowa.

– Stóóój… Aaaahhhhgg… – Uwięziony mężczyzna z trudem się odzywał i zdawało się, że oddychał przez piasek w płucach. Przybliżył głowę w stronę nieznajomego; stare, lecz wyjątkowo długie loki nadal przesłaniały mu twarz. – Pomóóóż…

Zdezorientowany człowiek w kapturze nie wiedział, co robić. Usłyszał ludzki głos i ku własnemu zdziwieniu zrozumiał go. Nigdy wcześniej się nie odzywał, ale po prostu wiedział, że potrafi to robić.

Zakleszczony przez skały starzec nagle znieruchomiał, jakby czymś zaskoczony. Następnie poruszył się gwałtownie i wydawało się, że jął czegoś nasłuchiwać.

– Jesteś tam? Pomóż mi… Uwolnij mnie! – krzyknął prawie, lecz jego głos od razu się załamał i ucichł. Zwiesił bezradnie głowę, ale tylko na chwilę. Zaraz potem szybkimi machnięciami głowy rozrzedził włosy spadające mu na twarz, na ile tylko zdołał, i oto ukazał przymrużone oko. Ujrzał stojącą przed sobą, zakapturzoną postać, dzierżącą coś podłużnego. Na tle ogromnego słońca widział tylko ciemny kontur, ale po szerokich ramionach i mocnej postawie ustalił, że to mężczyzna. W długim przedmiocie rozpoznał oręż.

– Pomóż, przyjacielu. Uwolnij… Wybaw od tortur. Miej litość!… – zawył żałośnie. -Ręce…

– Nie potrafię ci pomóc. – Odpowiedź była szybka i zdawała się przesiąkać bezinteresownością. Stojąc przed ofiarą pustyni, podobnej jemu krwi, zakapturzony mężczyzna nie poruszył nawet powieką.

Skały były duże i mocne. Jedynym sposobem na uwolnienie człowieka było ich skruszenie… a to było niewykonalne – mąż w płaszczu doskonale to wiedział.

– Miecz… miecz… – stale rzęził siwowłosy mężczyzna. Majtał się na boki, jakby próbując się wyrwać – już zapewne kolejny, niezliczony raz w swym niewolniczym trwaniu na tej prażonej słońcem ziemi. 3/4 Ręce 3/4 wystękał. Znajdował siłę na gwałtowne ruchy ciałem, za to nie mógł znaleźć jej na złożenie sensownego zdania.

Ileż czasu już tu spędził?… Jak wielka liczba odwiedzin Wiecznie Płonącego Słońca policzkowała mu lica?

Zbyt wielka.

Zdecydowanie zbyt wielka.

– Ręce. Ręce! Weź miecz i… odetnij… odetnij ręce.

Stojący wstrzymał oddech z zaskoczenia.

Co takiego?! Odciąć ręce? Ten człowiek był tak zdesperowany, że aby się uwolnić, gotów był pozwolić na odcięcie sobie rąk!?

Mężczyzna w kapturze spojrzał bezwiednie na swoje ociekające krwią ostrze.

– Odetnij! – wrzasnął mężczyzna na klęczkach. – Odetnij, mówię! Odetnij je! Odrąb te przeklęte ręce!!!… – krzyczał i szamotał się tak mocno, że stojący nad nim młodzieniec cofnął się o kilka kroków. Patrzył nań jeszcze bardziej zdziwiony niż przedtem i nie wiedział, co postanowić. Obserwował, jak uwięziony człowiek, w bezcelowej szarpaninie, rozdziera gardło i zmienia błaganie w rozkaz.

Po jakimś czasie głośne nalegania wreszcie ustały, zaś w ich miejsce ziarna prażonego piasku zagrzechotały na skórze kolan uwięzionego, jakby na bis. Dysząc płytko i nierówno, męczennik najpierw spiął się z jękiem, a potem opadł luźno do przodu.

Człek w kapturze milczał, zimny, na co nic jednak nie mógł poradzić – po prostu… Oto niemniej rozejrzał się bezwiednie wkoło, a dreszcz przeszył mu kręgosłup. Opadające już słońce zdało mu się nagle obserwować go, tak, jak drapieżca obserwuje ofiarę, jak łowca niewolników bierze na oko potencjalny świeży towar. To było chore, lecz odcień błękitu, rozciągającego się ponad nim, wydał mu się raptem niemiły; wydał mu się siecią, mogącą w każdej chwili przykryć go i skrępować…

Mijały minuty i nic się nie działo. Uwięziony na dobre w skałach mężczyzna wisiał na swoich rękach, trochę jak ukrzyżowany, i się nie odzywał. Oddychał głośno, ale się nie poruszał. Zaniechał walki. Poddał się i może nawet pogodził z losem…

Ręce więźnia pustyni były tak napięte, że aż czerwone w wyraźnie wybitych stawach łokciowych. Do tego punktu też ręce zdawały się dosłownie uschłe, tym samym na nic się już nienadające.

Tam właśnie padło cięcie.

Najpierw została odcięta prawica. Uwalniając obficie tryskającą krew, ramię poleciało do przodu razem z całym tułowiem. Pozostała w skale część zaś majtała się żywo na boki, niczym wystraszony, plujący krwią wąż. Zraniony mężczyzna wrzasnął tak głośno i przeraźliwie, że ciężko było uwierzyć w jego jakiekolwiek problemy z mową. Echo dość ułomnie roznosiło się po pobliskich wzniesieniach skalnych.

Sekundę potem ostrze skróciło i lewą rękę. Człowiek wydał jedynie krótki, stłumiony jęk bólu i natychmiast legł twardo na twarz. Pozostałości jego ciała w skale dygotały i bryzgały posoką, plamiąc wszystko dookoła. Po kilku chwilach z obu osieroconych członków, razem z ostatnimi kroplami krwi, ulotniło się wszelkie życie i upór. Zwisły wiotko, ich były właściciel za to leżał bez ruchu i pojękiwał żałośnie.

Nie minęła dłuższa chwila, kiedy zerwał się niespodziewanie do góry, podnosząc się podbródkiem na kolana, a potem stając na nogach. Zaskoczony już do granic możliwości mężczyzna ze świeżo zakrwawionym mieczem patrzył na niego z wielkim wstrząsem odbitym na twarzy, wybałuszając oczy pod ściągniętymi brwiami. Teraz już zupełnie nie miał pojęcia, czego oczekiwać.

Człowiek bez rąk zatoczył się na bok i upadł na jedno kolano. Od razu zmusił się do wstania, stale mierząc obcego wybawiciela półprzytomnym wzrokiem. Dwoje nieznajomych zatem przyglądało się sobie przez całą wieczność paru sekund, trwając w milczeniu i skupionym oczekiwaniu na wzajemną reakcję.

Niespodziewanie, oddychając ciężko i stękając z wyczerpania, człowiek bez rąk wyrwał wreszcie biegiem, najszybciej jak mógł, gdzieś w kierunku palącego słońca.

– Hej!… HEEEJ!!! – mężczyzna w płaszczu krzyczał za uciekającą postacią, kiedy ta, machając krwawiącymi kikutami rąk, pędziła przed siebie bez opamiętania. Po chwili stał już tylko, odprowadzając ją w milczeniu i zastanowieniu, czy wrażenie, że przeżył to już kiedyś…

…Wyraźny szelest łańcuchów za plecami przerwał jego rozmyślania. Człowiek natychmiast zrozumiał, że nie powinien był podnosić głosu. Przeniósł wzrok na uwiązaną bestię, która jeszcze przed chwilą smacznie spała. Utkwiła w nim przeszywające spojrzenie wiecznie głodnego, acz zaspanego myśliwego, i prychnęła głośno nosem, powstając z niechęcią.

Mężczyzna zignorował bestię. Nie odczuwał ni pierwiastka strachu, gdyż tak naprawdę nie był teraz w stanie czuć nic innego obok dogłębnego zdziwienia.

Musiał iść dalej. Postąpiwszy góra cztery kroki, zauważył zerwane łańcuchy przykute do mas skalnych. Przypomniał sobie pęta bestii, która go zaatakowała, i od razu skojarzył, że musiała zerwać się ona właśnie stąd. Wystarczył moment, by skojarzył fakty…

Powoli przeniósł wzrok na stojącą spokojnie sztukę, wciąż przykutą do skały. Nie rwała się. Stała po prostu i odprowadzała go wzrokiem.

Odszedł, krocząc jakiś czas bokiem – unikając stawiania kroków tyłem do bestii.

Miał szczęście, że stwór nie próbował się uwolnić…

* * *