Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Nowy Dźwięk (II) – ciąg dalszy

U skraju Furruf, na ziemiach Mir Fariah,
Szlocha równina, w żałobie pogrążona.
Gdzie zastygła, senna roślinność, co wiatrem nie stargana,
A z powietrza w ziemię rośnie – nie odwrotnie.
Krzyczą,
Wyją, Ziemie Owdowiałe!
Lasem krzyży, co błyszczy w słońcu.
A ostrym jak klinga i mocnym jak stal.

Dar Tirlliada, księga Hymnów – „O Ziemiach Owdowiałych”

 

Został sam. Stał na poły bezwładnie na pokaleczonych, słabych nogach, wpatrzony w czarną treść nocy przed sobą – próbując się rozejrzeć, zobaczyłby tylko nieprzenikniony pigment Somsogu, w którym nie sposób rozróżnić żadnego szczegółu otoczenia, za to łatwo stracić poczucie kierunku, a w rezultacie pogubić i zmysły. Grunt pod jego stopami… niepokoił. Był podejrzanie miękki, nieledwie grząski; bardzo nierówny, a nawet niestabilny i „ruchomy”.
Do jego uszu dobiegały jeno jego własny, schrypnięty oddech i niewiele różniące się do niego pomruki burzowych chmur – jedynych źródeł jasności, gdyż przeszywał je co chwila niebieski ogień. Uniósł ku nim wzrok. Łyskały miarowo, zapowiadając rychłą ulewę. Wiatr był natomiast jak dotąd nieobecny.

W pewnej chwili niebo zajaśniało ze zdwojoną siłą. Poraziło ziemię piorunem, tnąc noc na dwoje. Nagłe światło zjawiska ukazało ogromny cień podniesiony do nieba. Serce aż zadrżało – błyskawica uderzyła dokładnie tuż przed zamaskowaną przez ciemność, bodącą chmury budowlą, wieżą z kamienia, co pochłania światło. Była wobec tego ciemniejsza niż noc i potężniejsza, niż cokolwiek w zasięgu ludzkiej wyobraźni; gruba na całe staje średnicy i wysoka aż po inny świat. Oddalona o kilka minut biegu, przesłaniała wszystko na wprost Niego.

Błyskawica nie puszczała ziemi i wiła się niby węgorz w potrzasku, łamiąc i gnąc się w drgawkach. Nie wydawała już żadnego dźwięku, ulatniała zaś metaliczny aromat i drażniący zęby posmak. Jej migający w ruchu blask tymczasem oświetlał przerażające oblicze ziemi – zaścielała ją niezliczona liczba ludzkich ciał, na których części, najprawdopodobniej, On teraz stał. Spoglądało na Niego tysiące par oczu, tlących się migotliwie w świetle pioruna niby nadal żywe, a we wszystkich, bez wyjątku, majaczył wizerunek czarnej wieży.

Po krótkim czasie w usypany świeżą śmiercią ląd wbił się kolejny bicz z lazurowego ognia, zatrzymując się tym razem dokładnie u stóp drugiej, bliźniaczej budowli, postawionej bok przy boku pierwszej, oświetlając ją wyraźnie.

Czas i brzmienie coraz bardziej się oddalały, a wkrótce nie znaczyły już niemal nic. Na ich miejsce zaś potężniejące zimno, dwie błyskawice oraz otulająca to wszystko ciemność – ta nienamacalna oraz ta wbudowana w wieże – stały się dosłownie wszystkim. On nadal tkwił w miejscu i nawet na chwilę nie postało mu w głowie, by uciekać, choć wiedział, co nastąpi. Patrzył półprzymkniętymi ze zmęczenia oczami na te wielkie, te niemożliwe słupy, zapuszczając korzenie w świeże truchła pod sobą. Czekał. Nie czuł strachu, nie czuł już żalu, smutku, nie czuł nic… stał się pusty. Taak, przygotował się doskonale. Teraz pozostawało tylko czekać. Stać i patrzeć. Patrzeć na Wieże.

Aż w końcu głuchą ciszę przerwał dźwięk tak mocny i penetrujący, że ścinał krew w żyłach i za-trzymywał serce.

Potężne Dong! zabrzmiało i wstrząsnęło wszechrzeczą.

*Somsog – Tu: czarny ocean wiszący nocami nad ziemią, rankiem zakrywany przez Obeni, czyli dzienny błękit, w pełni widoczny zaś w bezchmurne noce. Rodzi gwiazdy i księżyce, które jednak umierają wraz z pojawieniem się dnia.

* * *

Zbudził się gwałtownie, otwierając szeroko oczy i chwytając się za serce, jakby zakuło znienacka, zaatakowane ostateczną słabością. Dłoń jednak trafiła na coś niespodziewanego… Powietrze ze świstem napełniło mu płuca, skoro pierwszą rzeczą, jaka ukazała się jego oczom, była młoda twarz klęczącej nad nim kobiety. U boku górującego w zenicie, oślepiającego go słońca była niewyraźna i zmroczona – zaraz jednak wysunęła się naprzód i przesłoniła je.

Niewieście usta poruszały się. Mężczyzna niestety słyszał jedynie szum w uszach. Kiedy dziewczyna przestała mówić, przekręciła na bok głowę i zaigrała oczyma, uśmiechając się szeroko. Oczekiwała chyba jakiegoś odzewu, gdyż brak jakiejkolwiek reakcji młodzieńca sprawił wkrótce, iż zrzedła jej mina.

Bardzo powoli odzyskiwał słuch. Minęło tyle czasu, zanim w końcu, we wciąż trwającym milczeniu, wyraźnie rozpoznał swój własny oddech, głośny i przyśpieszony. Przy prawym boku, między żebrami a miednicą, cały czas czuł płynne ruchy brzucha dziewczyny, kiedy oddychała, na swej lewej piersi zaś – jej dłoń, pod swoją własną, dzięki której tym wyraźniej czuł pracę własnego serca.

Niewiasta drugą ręką podpierała się z lewej strony mężczyzny, więc właściwie więziła go w leżącej pozie. Pachniała rabarbarem z domieszką czegoś zgoła nieokreślonego, bardziej słodkiego, i młodego człowieka wprost upajała owa woń. Wielkie, piwne oczy patrzyły na niego bez mrugnięcia. Lekko zarumieniona twarz z małymi, pełnymi ustami i równie drobnym nosem promieniała znacznie bardziej, niźli zapomniane za nią słońce. Zaczesane do tyłu włosy koloru dojrzałych kasztanów zostały spięte w krągły kok, odsłaniając wysokie, przyjemne czoło. Kobieta złożyła lekką dłoń na policzku mężczyzny i żarliwie mu się przypatrywała, co chwila poruszając brwiami – w wyraźnym oczekiwaniu na jego posunięcie.

Wreszcie, nieprzewidzialnie dla młodzieńca, opadła na niego, ujmując jego twarz w dłonie, i niecierpliwie wycałowała mu usta.

– Tak się… bałam… Boże… tak… tęskniłam!…

Smak jej warg… cudowna, odurzająca fala owocowego nasycenia… zderzył się w jego umyśle z nagłym przebłyskiem przeszłości – wodna ściana runęła ciężko, prosto na niego, masakrując wszystko lodowatą głębią.

Zerwał się krewko do siedzącej pozycji, podpierając rękoma, odruchowo pociągając mocniejszy haust powietrza i zachłystując się nim zrazu. Dziewczyna zesztywniała, prostując się z uniesionymi do ust dłońmi, zastępując uśmiech zdziwieniem.

Zdezorientowany mężczyzna obejrzał prędko okolice, nie rozpoznając miejsca, w którym się znalazł. Poczuł palcami swoje zimne ostrze – leżało zaraz obok, takie, jakim je zapamiętał: połamane, szare, choć z długą czarną pręgą. Zwrócił też uwagę na swoje włosy, opadające na ramiona. One także okazały się szare i okurzone – jak u staruszka.

Podróż przez pustynię i koszmar tego, co na niej przeżył, sprawiły, że kompletnie osiwiał…

Skierował wzrok na dziewczynę tak nagle, że aż się go zlękła – że… że aż go nie poznała.

Przez krótką chwilę nie ruszał się z miejsca, jeno mrużył oczy, badając wzrokiem jej przepiękną twarz… myślami jednak krążąc gdzieś poza granice spojrzenia, a nawet pamięci.

Dziewczyna otworzyła nieznacznie usta. Nie odezwała się jednak, zaniemówiła niejako. Wyraźnie też posmutniała.

Siwowłosy wstał i od razu się zachwiał, gdyż pociemniało mu w oczach. Gdy odzyskał siły i równowagę, rozejrzał się raz jeszcze dokoła. Poczuł, jak uderza weń piorun osłupienia, gdy oto dociera do niego wreszcie, co ma przed oczyma.

Rozciągający się wokół płaski obszar, prócz nie wiele więcej niż paroma pojedynczymi sztukami rachitycznych drzew bez liści, porastał wieloma tysiącami powbijanych w ziemię mieczy. Były duże, czasem ogromne, i lśniące zadbaniem; wielka część z łożoną obok tarczą, a nawet pełną zbroją – lecz nie wszystkie.

Giętkie stalowe kłosy jak okiem sięgnąć kołysały się nieznacznie na wietrze, grając przygnębiające zwrotki… Szepcąc między sobą. Skamląc żałośnie. Zewsząd pałając symbolami przemijania.

Cmentarz…

…To słowo samo pojawiło się w jego głowie.

To był cmentarz. Znalazł się na cmentarzu. Pewność tego była niepodważalna.

Czy więc jednak śmierć?

W gęstwinie imitacji krzyży gdzieniegdzie majaczyły także dość spore, acz niezwykle stare, wręcz sypiące się pomniki jakichś półludzkich postaci (czasem obdarzonych skrzydłami, czasem z głowami zwierząt, bądź po prostu bogatszych o dodatkowe pary oczu, uszu a nawet kończyn) nie zadbanych i ociosanych dłutem czasu, wyraźnie nie pasujących do niepokalanych mieczy. Niedaleko na wschód wyrastały łyse skalne góry tego samego koloru, co rdzawy żwir pod stopami człowieka, upstrzone sosnami bez igieł oraz dzikimi chaszczami. Zachód zaś prezentował stąd jedynie zamglony, płaski horyzont – istną studnię melancholii. Jedyną fauną, dającą się wonczas dojrzeć, był kaczy klucz daleko na północy jaśniejącego firmamentu.

Mężczyzna zmarszczył czoło. Sterczał nieruchomo jak kołek, błądząc ledwie rozbudzonym wzrokiem po dziwacznej okolicy, przywodzącej na myśl miejsce masowego pochówku – lecz pozbawione kopców… i z mieczami w miejsce krzyży.

I oto raptem go olśniło. Raptem, po raz trzeci już w życiu, poczuł to. Poczuł to dziwne wrażenie, to bez zaproszenia wślizgujące się do jego głowy zjawisko, podobne przebudzeniu się ze snu.

Znał ten obraz. To dziwne i niedorzeczne, ale widział już te krzyże. Te miecze. Widział je, patrzył na nie, patrzył tak jak teraz… z tego miejsca! W tej pozie. A nawet w ten dzień!

Był tu…

Czyżby był tu?

Czyżby był tu wcześniej?

Nie. On tu nie tylko był. On to przeżył. Przeżył to już kiedyś. Tak samo. W tych samych okolicznościach. Wszak znał te okoliczności, pamiętał je. Mógłby dać głowę, że poznaje się z tym cmentarzem po raz drugi. I to spotkanie niczym nie różni się od tego pierwszego… bo to to samo spotkanie! Przyjrzał się swojej nieznajomej towarzyszce. Drgnęła, gdy posłał jej spojrzenie. Stała już na nogach, mieląc kawałek sukni w splecionych dłoniach, choć chyba nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Patrzyła na niego… Te wielkie brązowe oczy patrzyły prosto na niego i w chwili, gdy mężczyzna odpowiedział tym samym, nie było już nic poza nimi; nie liczyło się nic, poza pięknem kobiecym oczu, trafiającym prosto w nieosłoniętą duszę. Wir w głowie, duszność w piesi. Łzy – tak, łzy. Dalekie od wypłynięcia, ale tym bardziej kolące w oczy. Łzy bezbronności, łzy niemocy i niepojętego smutku.

I człowiek się tego spodziewał.

Bo przecież to już się wydarzyło. To wszystko już miało miejsce w przeszłości. A przynajmniej tak mu się wydało w tej nagłej chwili oświecenia. I było to silniejsze, niż głos rozsądku czy pojęcie czasu.

Zamyślony siwowłosy młodzieniec w żadnym wypadku nie mógł zauważyć starego eremity, kryjącego się na skarpach pobliskich gór, który przyglądał się jemu oraz jego nadobnej towarzyszce…

Starał się przypomnieć sobie ostatnią rzecz, jaką pamiętał – zanim się tu znalazł i zanim nie przyśnił mu się ten straszny sen, najprawdziwszy z prawdziwych. Wspomniał trzęsienie ziemi, huragan… trąby powietrzne i wreszcie… falę. Imponującą, spienioną moc nacierającą prosto na niego.

Otrzepał suche do cna ubranie, nie wiedząc, co myśleć. Patrząc na żwir pod stopami, spostrzegł krew. Spoglądając dalej, zobaczył przerywany czerwony ślad prowadzący na zachód. Podążywszy wzdłuż niego, zatrzymał się przy nagłej przepaści. Przestraszył się, gdyż nie zaobserwował jej wcześniej. Była nieskończenie pojemna, nieskończenie! Pionowe urwisko – tak wysokie, jak długo potrafią ciągnąć się lądy – nikło w cieniu… nie, nie w cieniu, to nie był cień, nie mógł być; szerokość rozpadliny liczyła sobie całe staje, słoneczne macki sięgały akurat niewysoko i ocieniały urwisko, ale poza tym niżej, gdyby przyzwyczaić wzrok… niżej dało się dostrzec coś jeszcze. Wyglądało jak dym, nieprzenikniony i czarny jak obraz z zaciągniętych na oczy powiek, ale człowiek nie nazwałby tego dymem. Zamyśliwszy się chwilę dłużej, stwierdził w końcu, że to jednak był cień. Taak, cień – lecz nie taki zwykły cień, który leży i nie oddycha… a jego ruchliwe wcielenie. Żywioł Cienia, zahaczony na dali urwisk ostrymi, zdającymi poruszać się kształtami, podobnych czasem do pajęczych nici, czasem zaś wyraźnie do szponów – tak, szponów. Szponów Cienia. Cienia, który nie tylko leżał. Cienia, który przerażał.

Tajemnicze wrażenie doświadczania chwili – takiej samej chwili – po raz drugi w życiu, pamiętania jej i rozpoznawania jej detali… znikło; a człowiek nawet się nie zorientował, kiedy. Tak jak niegdyś, czmychnęło jak zając. Pozostał tylko przeźroczysty trop. Świadomość. I wspomnienie.

I jeszcze coś – dziwny rodzaj wątpliwości. Ulotnił się czar tego „uczucia”, a z nim co gorsza również ta niejako wiara, że jest to coś ważnego, nadzwyczajnego i bynajmniej nieurojonego.

Daleko na wprost siwowłosego majaczyła reszta oberwanej ziemi – odległy, niesłychanie stromy masyw skalistej gleby, na którego szczycie rysowały się niewyraźnie jakieś pionowe cienie, z ledwością prześwitujące przez gęstą zasłonę sinej mgły… która również nie była zwyczajna. Mężczyzna odczuwał złowieszczą aurę zionącą od mgławicy – prawdziwą „nicość”, jak to szybko określił. Przejmująco realną, dyszącą cicho pustkę. Senną, ale dynamiczną. Spokojną, melancholijną… a jednocześnie dziką, przemożną i niebezpieczną.

Ta mgła miała oczy, tak jak cień na dnie przepaści posiadał inne niewyobrażalne zmysły, ale te oczy były teraz zamknięte. Nie musiały być jednak otwarte, aby człowiek czuł, iż jest obserwowany – za to po prostu ignorowany.

Gdzie ja się znalazłem? – dociekał w myślach młodzieniec. Mimo to był nad oczekiwanie spokojny. Co prawda wszystko to było sielanką w porównaniu do tego, co wszak przeżył. Ale jednak…

…To, co żyło w przepaści i było z nią związane, przemawiało czystą grozą, tymczasem siwowłosy na przekór oczywistościom radził sobie z tym dziwnie obojętnie. I to również przeszywało dreszczem. Zupełnie jakby nie wiedząc już, w jaki sposób winien to wszystko odbierać, przyjął w końcu postawę obojętności, nie pierwszy już zresztą raz. A była to niestety ta obojętność, która, w pewnych przypadkach, równała się przecież, albo i bez mała gorsza była od poddania się – gorsza od śmierci. Była jak śmierć za życia.

Kobieta podeszła do siwowłosego mężczyzny, zachowując dystans i przyglądając się mu ze stałą powagą, teraz dodatkowo przyprawioną zaczątkami zdziwienia, a nawet irytacji. Mężczyzna nie przestawał taksować wzrokiem cmentarnego pustkowia, dziwnie zamknięty w sobie, i wydawał się w ogóle nie dostrzegać towarzyszki. Krwawienie z rozciętej dłoni ustąpiło, zostawiając po sobie paskudne zalążki strupów. Mężczyzna nie musiał się zastanawiać, czyje były to zakrzepy na żwirze, ciekawił się tylko, jak mógł je zostawić. Zmierzały przecież prosto w ślepą przepaść.

Nie było takiej rzeczy, która mogłaby mu wówczas podpowiedzieć, jak to wszystko rozumieć. Jednak znalazło się coś, co uświadomiło mu nagle, że nie było to akurat istotne.

Zasuszoną równinę zalał parny przypływ wiatru, mamiąc posępną przygrywką na klingach mieczy, niby zaklętych dzwonkach u wrót śmierci, rozpoczynając swój grobowy przekaz; inkantując fanatycznie w swej własnej mowie. Mrucząc chóralnie o nieodgadnionym. Szemrząc niezrozumiałe ostrzeżenia.

Powtarzając.

Nawołując…

Bo oto z nagła dało się odróżnić, jak stalowe poszepty przyjmują barwę nieco rozmazanych, ale zarazem wyrazistych słów.

Znaleźli cię – zagwizdały miecze, smagane powiewem.

A potem wyraziły jeszcze głośniej:

Są tutaj… Są…

LEVEL.

Odwrócił się popędliwie, spoliczkowany słowami legionu krzyży, a wystraszona jego manewrem kobieta odstąpiła od niego o dwa kroki i zająknęła się niemo. W jego oczach zaiskrzył dziwny obłęd. Siwowłosy przeszedł parę nerwowych kroków, mijając bezinteresownie niewiastę, zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Z prawej strony wyczuł ruch. Po chwili poczuł to samo z lewej – właśnie poczuł, niczego jednak nie usłyszał ani nie zobaczył. Nie był w stanie tego wyjaśnić, ale też wcale nie próbował. Pomyślał o pustynnych drapieżnikach, lecz wtem zdało mu się, że gdzieś niedaleko zaszeleściła tkanina… Krążąc między symbolami krzyży, wytężał wzrok i słuch. Nic – nie było nikogo w pobliżu. Wśród niskich drzew ścisłego lasu mieczy niepodobna byłoby się ukryć przed zaalarmowanym wzrokiem, jednak siwowłosy nikogo nie dostrzegał. To tylko wzmogło jego niepokój, na co nie potrafił nic poradzić. Sięgnął rękoma do pasa. Do pustej pochwy. Odruchowo rzucił okiem na miejsce, gdzie ostatnio leżała jego klinga… Okazało się jednak puste.

Znaleźli cię…

Miecz zniknął!

…Level.

Podbiegł, jakby w nadziei, że jednak znajdzie ostrze gdzieś niedaleko. Nie znalazł. Poważne przeczucie niebezpieczeństwa cofnęło go o dwa kroki i nakazało wypatrywać zagrożenia. A także szybko się uzbroić. Bez dłuższego namysłu sięgnął po najbliższy z tysięcy obsadzonych wokoło mieczy… jednak tuż przed momentem, w którym miał zamknąć uścisk na rękojeści, coś go przed tym powstrzymało. Człowiek zmarszczył czoło w zaskoczeniu. Pojawił się bowiem jakiś niezrozumiały opór w jego mięśniach, z niewiadomych powodów zabraniający mu dotknąć miecza. Spróbował ponownie, ale ostatecznie zrezygnował, bezsilny wobec sprzeciwowi znikąd.

Wyciągniętą dłoń napadały drgawki; palce drętwiały w pobliżu rękojeści. Siwowłosy czuł mrowienie, zaczynające się pod paznokciami, a potem szybko biegnące wyżej, aż po łokieć, wywołujące istny paraliż. Pocił się, a w głowie huczało mu bezgłośne „nie!”.

To nie były zwyczajne oręża. One były ważne. Były pamiątką. Czcią ku poległym – mężczyzna nie potrafił orzec skąd, ale po prostu to wiedział.

Nie… Wcale nie. To nie było wszystko – człowiek był pewien. Miecze wcale nie budziły w nim szacunku. Mógłby na nie splunąć. Coś innego nie pozwalało mu złapać za cmentarne oręża, aliści młodzieniec nie miał szans tego teraz zrozumieć. O tak, istniało coś jeszcze.

Zacisnął pięść lewej dłoni, by stłumić drżenia i odegnać świąd, drugą ręką masując nadgarstek.

Popatrzył na coraz bardziej zmieszaną kobietę. Miała jasną, zwiewną suknię z falbankami, a nawet  trenem – noszącą na sobie wprawdzie niepożądane znamiona piaskowego kurzu – i wyglądała cudnie. Uszy zdobiły malutkie, połyskujące kolczyki, a szyję masywny naszyjnik ze złota, zakończony, jak się okazało, małym arcydziełem – perłowym dzwoneczkiem. Choć siwowłosy patrzył jej w oczy, jakoś nie zwrócił uwagi, że robiły się coraz wilgotniejsze i czerwone.

Dopiero teraz zauważył, że trzymała coś na rękach.

Są tutaj…

To była jego klinga.

…Level.

Odetchnął z ulgą. Podszedł do kobiety, która z bojaźliwą nieśmiałością wyciągnęła do niego podniszczoną broń. Przelotnie popatrzył jej w oczy, przejmując brzeszczot na swoje dłonie. Spoglądając nań posępnie, przebrnęło mu mimowolnie przez myśl, że nie chce zań chwytać i kaleczyć się nim. Nie chce bólu, nie zniesie krwi. Nie chciał tego. Nie chciał… To było tak, jakby wiedział doskonale, że oto za chwilę, niestety, będzie jednak zmuszony.

Niewiasta tymczasem przyglądała mu się błagalnymi oczami, nie poznając go niejako. Jej podbródek zadrgał i wewnętrzna tama zasmucenia raptem pękała. Gdy pierwsza kropla łzy popłynęła po policzku, zalegająca w oczach reszta przestała się dłużej krępować.

Wykrzywione smutkiem wargi dziewczyny poruszyły się…

– …Level.

Mężczyzna podniósł wzrok. Zajrzał w mokre, pytające oczy dziewczyny, ściągając brwi, i widać było, że kompletnie osłupiał.

„Level”?! Czy ona powiedziała „Level”?

– Level – powtórzyła jeszcze smutniej, zaciskając potem wargi. Wyciągnęła dłoń w kierunku jego policzka, rychło ją jednak odbierając – jakby w obawie przed poparzeniem. Powróciła do nawyku mielenia sukni w drżących palcach, przez cały czas patrząc mu w oczy z takim błaganiem…

– Level! – pisnęła zaborczo, z pretensją, tupnęła nawet nogą. – Level, ja…! Dlaczego ty…? – Pociągnęła nosem i zakasłała płaczliwie. – Czekałam na ciebieee!

To było wszystko, co z siebie wydusiła.

Dalej był już tylko płacz.

Level, uderzony zdziwieniem jak obuchem, sterczał przed kobietą, zająkując się niemo, gdy ta, niby smarkate dziecko postawione w skrusze przed rodzicem, któremu czymś właśnie uchybiło, kwiliła ze spuszczoną głową. Zamknięte silnie oczy, brzydko rozciągnięte wargi odkrywające zęby, brwi wygięte w smutne łuki. Palce splecione u dołu, wciąż nerwowo ściskające materiał sukni.

I właśnie wtedy, spoglądając przez ramię nieznajomej, mężczyzna zobaczył, jak z owego bezmiaru przepaści wyłania się postać zbyt dobrze znanego mu pustynnego zwierzęcia. Wdrapało się, stanęło na cztery łapy i zawarczało. Niedaleko za nim nadchodziła reszta, jeszcze sześć innych sztuk. Zaczęły się powoli zbliżać. Ich wybałuszone ślepia były przekrwione ze szczytującej właśnie furii, a jednocześnie dziwnie odmienione – nieruchome i nieskupione. Ich pyski pieniły się w żądzy krwi… ale i pieniły się też krwią. Sama sierść wilków wyliniała; miejscami ich cielska były całkiem łyse, a skóra tam: sczerniała, niezdrowa, może poparzona? – jeśli nie odwrotnie.

Gdy siwowłosy człowiek jakiś czas temu spoglądał w głąb przepaści, widząc również całe urwisko, nie odnotował ani jednego z nich, choć zarazem niemożliwe było, żeby ich przeoczył. Niemniej jednak przybyli tu – nawet, jeśli nie sposób wyobrazić sobie takie stworzenia w karkołomnej wspinaczce – i to był fakt. Przybyli za nim. I to również był fakt. A on ich nie zoczył, kiedy wydawałoby się, że powinien.

Co było jednak najdziwniejsze: przecież wyraźnie słyszał, jak morduje je bestia o postaci z cienia i mroku!

Kobieta obejrzała się przez ramię i oto przerwała szloch, nieruchomiejąc. Level tymczasem stał z gorejącym gniewem w oczach, przygotowany do walki – nawet nie zauważywszy, kiedy dobył klingi. Wystąpił przed niewiastę, zasłaniając ją własnym ciałem. Wyciągnęła odruchowo rękę w jego stronę… lecz nim dotknęła jego pleców, nim oparła dłoń na twardym ramieniu – zatrzymała ją z drżeniem i cofnęła powoli. Pociągnęła nosem i tylko oddaliła się o parę kroków.

Znaleźli mnie – pomyślał mężczyzna.

Level – odpowiedziały stalowe świsty mieczy.

Stworzenia puściły się ku niemu biegiem, wścieklejsze niż kiedykolwiek, gdy je widywał. Kłapały głośno zębami od samego startu, kąsając wściekle powietrze – pełne zapachu ludzi i ich strachu. Jednego z nich Level od razu w locie pozbawił szczęki, odpryskami krwi plamiąc sobie twarz oraz jedwabną kreację swej towarzyszki, którą pociągnął za sobą, uskakując w bok przed jednoczesnym atakiem reszty drapieżników – sprawiając, że zaszurały łapami o żwir, z trudem wyhamowując przed ostrzami cmentarnych mieczy. Nie czekał, aż skoczą ponownie, tylko sam zjawił się przy nich, nim zdążyły odzyskać równowagę.

Trzy ruchy, szybsze od świstu, który zabrzmiał po pierwszym – każdy celny i ostateczny. Za nimi kolejne dwa, tnące głęboko, masakrujące wnętrzności.

Pewna sztuka, odrzucona ciosem, znalazła się niebezpiecznie blisko niewiasty. Leżąc na boku i siłą rzeczy nie mogąc powstać bez swojej zadniej części, spróbowała capnąć ją w stopę. Zwierzęciu udało się jedynie zaczepić długim kłem o suknię dziewczyny, powodując, że przewróciła się w próbie ucieczki. Sztych Levela spadł znikąd i zatopił się w czaszce zwierzęcia jak w maśle, a potem równie momentalnie się zeń wydobył. Ostatnie dwa ranne psy nie napadły go od tyłu, jak się spodziewał, za to jęknęły równocześnie i, już nie tak ślepe w szale a przerażone nagle, rozbiegły się na boki.

Ku zaskoczeniu siwowłosego wilki nawet teraz się nie poddawały. Obserwowały go i odpoczywały, krążąc wokół upatrzonych ofiar ze zwieszonymi jęzorami, czerwono-żółtą kipielą wokół pysków oraz dziwnie, bo martwo wleczonymi po ziemi ogonami. Albo strach, albo coś o wiele bardziej upiornego potrząsało ich wychudłymi cielskami niby potworny ziąb, mimo to ich przekrwione ślepia w dalszym ciągu nie wyrażały nic obok dzikiej furii i żądzy ludzkiego mięsa.

Level przez jakiś czas spoglądał to na jednego, to na drugiego szakala pustyni. Znał już koniec zapowiadającej się konfrontacji; teraz czekał na niego z chłodnym spokojem. Gdy zerwał się z miejsca jak wystrzelony z procy, spadając cięciem na stojącą po prawej sztukę, ta nieomal równocześnie z nim skoczyła mu na spotkanie z otwartą szczęką. Otrzymała skośne uderzenie otwierające pierś i grdykę, po czym padła bez życia z głuchym plasknięciem.

Drugie zwierzę już gnało w odwrocie, piszcząc oskarżycielsko, jak gdyby to ono było od początku ofiarą nagłej napaści na jego życie, nie odwrotnie. Popędziło na wschód, niezdarnie obijając się o ostrza mijanych „krzyży”. Nie uciekło jednak daleko. Po chwili dało się słyszeć jego ostatni skowyt. Level i kobieta patrzyli, jak pada martwe pod wpływem zadanego mu znikąd ciosu, które sprawiło, iż zwierze nadziało się bokiem na ostrze jednej z kling – tak silnie, że runęło na żwir przepołowione.

Są tutaj… Są…

A więc był tu jednak ktoś jeszcze.

Znaleźli cię…

…Level.

Siwowłosy mężczyzna i niewiasta o oczach jak bursztyny dopiero teraz zauważyli grupę zakapturzonych postaci, zbliżającą się do nich jawnie. A setki obok dziesiątek tysięcy mieczy przyjęły ich oblicza na lustrzane powierzchnie swych głowni, mnożąc ich liczbę i niejako otaczając siwowłosego oraz kobietę w bieli.

Levelem zawładnęło zdumienie. Jakim cudem mógł ich wcześniej przeoczyć!? Równocześnie zaś z tym pytaniem naszła go uderzająca świadomość, że wcale ich nie przeoczył… Widział ich! Niejednokrotnie patrzył nawet prosto w jedną z pięciu postaci w kapturze, przechadzających się w milczeniu po cmentarzu, lecz nie zwrócił uwagi na żadną! Widział je otwartymi oczami, dlaczego jednocześnie je ignorował, jakby nie były niczym niezwykłym, kolejnymi mieczami w tym stalowym lesie, na którym się znalazł, a które po prostu nie sposób rozróżnić od reszty? Dopiero teraz, w jednej chwili, niejako przypomniał sobie, że tak przecież było – zawieszał na nich wzrok, przypatrywał się im długo, całej piątce sylwetek w powłóczystych szatach, przykuwających zmysły, a zarazem w niepojęty sposób wymykających się zainteresowaniu. To jakieś czary… Przez cały czas byli blisko. Dlatego czuł już wcześniej czyjąś obecność. Bynajmniej nie była to obecność ożywionych szakali pustyni, których teraz miał już na szczęście z głowy.

Piątka tajemniczych postaci kroczyła ku parze. Zarzucone na głowy kaptury musiały przesłaniać im widok, jak zauważył Level, gdyż dosłownie opadały im rąbkami aż na oczy. Oprócz tego, wpatrując się dłużej w niewidoczne twarze przybyszy, wydawało mu się też, iż ukryta pod kapturami, zacieniona przestrzeń niejako załamuje światło dnia, powodując nieprzyjemny zwid – jakoby co chwila, gwałtownie i miękko zarazem, pomniejszały i powiększały się na zmianę. Zgrzebne habity, za długie, bo ciągane po ziemi, miały związane sznurkami końce rękawów – dłonie ich posiadaczy były w nich po prostu uwięzione, jakby nie były im w ogóle potrzebne. Jakby się ich wyrzekli. Wszystkie pięć postaci opasywało się ponadto takim samym białym sznurkiem wysoko ponad pępkiem i wyglądało to co najmniej dziwnie – sugerując nienaturalną proporcję krótkiego torsu a wydłużonych nóg.

Level wyciągnął ostrzegająco miecz w stronę zakapturzonej grupy i wówczas kobieta za jego plecami wystąpiła naprzód, kładąc dłoń na jego wyciągniętym ramieniu i spoglądając mu w oczy. Level nie sprzeciwił się jej działaniu. Opuścił broń, a jego bezimienna towarzyszka zwróciła się do przybyłych swym miodowym głosem – teraz odrobinę zachrypniętym.

– Niech będą wam dzięki, święci mężowie – rzekła, ocierając twarz z łez. – Szczęście to nasze, że znaleźliście się w pobliżu. Napadły nas w całej gromadzie i nie poradzilibyśmy sobie sami. Macie naszą wdzięczność.

Piątka nieznajomych wyglądała cokolwiek niepokojąco, ale swobodne nawiązanie z nimi rozmowy przez dziewczynę niejako uspokoiło Levela.

Milczenie podchodzących coraz bliżej obcych przedłużało się.

– Najdziwniejsze jest to, że wyszły na nas prosto z Furruf – zdecydowała się zagajać dalej kobieta, co chwila zerkając przez ramię na Levela (jakby chciała, by coś dodał, zgodził się z nią). – Nigdy wcześniej nie widziałam hramm, ale wydawało mi się zawsze… – Coś zaniepokoiło ją chyba, gdyż ucięła raptownie, lecz nie zamknęła ust. – Cóż to? Jesteście mnichami Ahtanaram, czyż nie? – zdążyła zapytać niepewnie i z podejrzliwością, skoro cała piątka, nie przestając zbliżać się powolnym krokiem, równocześnie sięgnęła do głębi swoich kapturów, jakby zamierzając je zdjąć, lub też raczej – jak przeszło wtedy Levelowi przez myśl – jakby próbując wyłowić zeń własne głowy, bądź wręcz całe ciała! Pchali bowiem ramiona bardzo głęboko, po łokcie i dalej, wyglądało to tedy niemało cudacznie.

To, do czego prowadził ten gest, okazało się jednak czymś znacznie bardziej nieoczekiwanym.

Każdy mnich wydobył spod szaty niespotykanie długą włócznię, która wbrew faktom nie mogła się tam zmieścić. Wszystkie włócznie były czarne niczym z węgla, a nawet lekko lśniące, i przewyższały swoich właścicieli przeszło dwukrotnie; każda z łukowatym ostrzem, przypominającym sierp księżyca krótko po nowiu. I choć owe włócznie nie wyglądały na praktyczne bronie, a zdawały się nie nadawać nawet na choćby oparcie dla starca – zważywszy na swą znikomą grubość i lichą postać głowni – sytuacja przedstawiła je Levelowi jako groźne w dłoniach nieznajomych.

Dziewczyna przez dłuższy czas nie potrafiła zareagować inaczej, jak tylko coraz mocnej marszczyć brwi i bezwiednie przechylać głowę.

Mnisi nastawili ku nim włócznie. Level nie myślał dłużej dyskutować. Przyciągnął niewiastę do siebie i po raz drugi dziś wyminął ją stanowczo. Klingę złapał oburącz. Świeża krew spłynęła strużką po wszystkich palcach… Wiedział, co robić.

Ruszając na mnichów, wytrącał ich bronie na boki. Zaledwie w moment skróciwszy dystans, dostając się do jednego z agresorów na długość miecza a otoczony piątką giętkich, wytrzymałych pik, spórbował skosić go w pół.

Krótki świst, łopot mnisiej odzieży… a zaraz potem grad uderzeń włóczni jako plątanina czarnych promieni.

Level z niedowierzaniem pojął, co właściwie się stało. Cel jego pierwszego ataku, uginając jedynie kolana, odchylił się przed ostrzem do tyłu tak mocno i nierzeczywiście, że jego plecy wyrównały poziom z ziemią, na dodatek zostawiając wtenczas swą broń w powietrzu. Kiedy cięcie Levela przesunęło się zatem dokładnie między wygiętą sylwetką mnicha a jego lewitującą przez ten ułamek sekundy piką, mnich wyprostował się, odzyskując włócznię, a Level, zaraz po pośpiesznym odbiciu ciosów pozostałych napastników, przeszedł natychmiast do własnych.

Mnich naprzeciw niego w dalszym ciągu wykazywał się nadludzką giętkością ciała i nie lada refleksem, kilkakrotnie umykając z toru zabójczych ciosów ostrza bez rękojeści, które to raz rąbało silnie i zadawało sztychy, to raz stawiało zasłony przed wrogimi uderzeniami rozstępujących się na wszystkie strony mnichów.

Na skraju cmentarza u boku przepaści zamęt walki rozgorzał niczym pożoga. Siwowłosy mężczyzna zmagający się z piątką zakapturzonych postaci przypominał szarpiącego się owada w gmatwaninie nici najczarniejszej z pajęczyn. Daleko mu jednak było do usidłanej ofiary. Wyprowadzając niezliczone serie morderczych cięć na wciąż tego samego z adwersarzy, przez całą wieczność paru sekund spotykał się wyłącznie z niepowodzeniem…

…Lecz kiedy tylko doszło do bloku drzewca mnisiej dzidy, Level skrócił ją o połowę, jednocześnie czyniąc wypad do zamaszystego pchnięcia.

Reszta zakonników rozproszyła się zgodnie, z trzech stron otaczając pojedynczego wroga, podczas gdy ten, uprzedzony przez upatrzonego oponenta, został złojony przepołowionym drzewcem w nos – silniej, niż można było przypuszczać. Zatoczył się do tyłu i dzięki temu nie pozwolił zamknąć kręgu, który powoli tworzyła wokół niego piątka.

Nie tracąc czasu, ponownie ruszył biegiem do ataku, zachodząc mnichów tym razem jak najszerszym łukiem od prawej. Trzymając nisko ostrze, zahaczał nim o pobliskie klingi wbitych w grunt mieczy, budząc jazgot i iskry.

Metaliczny stukot przyspieszył…

Zakonnicy kąsali pikami rozpędzonego przeciwnika, który zręcznie się przed nimi oganiał, sadząc między „krzyżami” wyciągniętym truchtem. Przy ostatnim kroku wyskoczył najwyżej jak umiał i wyglądało na to, że odbił się zaraz od rękojeści jednego z cmentarnych mieczy – klinga wcisnęła się głębiej w ziemię i zakołysała mocniej niż pozostałe. Strzelając w niebo na wysokość paru rosłych mężów, a pokonując w locie cały dystans między nim a najbliższym z mnichów, siwowłosy wzniósł brzeszczot do pionowego ciosu. Zakonnik, na którego się zamierzył, wykonał pchnięcie dzidą – mimo to nawet, że ta była za długa i grot już dawno znajdował się za celem. Spadając z uderzeniem na postać mnicha, mężczyzna spudłował dosłownie o włos, gdy ten sprawnie uskoczył w tył. Będąc zaś jeszcze w powietrzu, siwowłosy zamknął uścisk na drzewcu jego piki, toteż teraz, lądując, urąbał go w połowie. Zakonnik złapał oburącz za to, co mu pozostało i rozpoczął wściekły atak. Jeden, drugi, trzeci cios… Po czwartym mnich trzymał już zaledwie kawałeczek nic nie znaczącego patyka. Nie wypuszczając go jednak z rąk, odchylał się do tyłu i na boki, wycofując się panicznie, z talentem i uporem zawodowego szczęściarza umykając od cięć i prostych przeciwnika. Level myślał tylko o tym, by za wszelką cenę dopaść wroga, póki pozostawał bezbronny, więc nie rezygnował, ale przeszkadzały mu w tym ataki reszty – oddalonej i niemal niewidocznej, a jednak z powodzeniem szyjącej powietrze grotami długaśnych pik w miejscach, gdzie przed chwilą znajdował się Level.

Mnich w tarapatach ominął slalomem kolejne cmentarne miecze, tańcząc swój nadzwyczajny taniec uników, po czym naparł na jedną z rękojeści, która akurat znalazła się tuż przed nim i dosłownie uczynił z niej katapultę – dodając swemu raptownemu skokowi w tył siłę sprężystej stali. Odfrunął niczym latawiec, szeroko rozpościerając ręce, a podtulając nogi.

Level jednym kolistym ruchem miecza odbił naraz wszystkie cztery groty latające mu nad głową, dając natychmiast potem trzy błyskawiczne susy do przodu, z czwartym zaś wyprowadzając kopnięcie w brzuch lądującego, wkładając w nie całą siłę…

…Mnich nawet nie drgnął, gdy jego habit wklęsł się do środka, a stopa mężczyzny nie znalazła tam dla siebie żadnego oporu, a tylko odebrała mu równowagę. Wyprowadzone równocześnie z kopnięciem cięcie tylko pogorszyło sprawę.

Nieprzyjaciel odepchnął Levela, by zaraz potem, po groteskowo wielkim zamachu ręką, trzasnąć go w podbródek swą żałosną pozostałością po włóczni. Cios okazał się porażający – oderwał mężczyznę z ziemi i posłał na parę sekund lotu w tył. Upadając, Level aż zatoczył się raz przez głowę i spory kawał przejechał plecami po żwirze, przecierając sobie skórę na plecach. Przez chwilę nie podnosił się z ziemi, mocno zamroczony i tak zaskoczony, że omal nie spanikował. Czuł wszystkie zęby i dzwoniło mu w uszach.

Spoglądając w kierunku jedynie pozornie bezbronnego mnicha, widział szpaler mieczy mrugający odblaskami (tudzież kroplami jego krwi) o które zahaczał podczas lądowania. Resztę zasłaniał wzbity kurz.

Niepodzielna piątka jęła podchodzić swym posągowym, posuwistym krokiem do Levela, wyłaniając się z chmury pyłu niby duchy z mgły. Jeden podszedł szybciej i niecierpliwiej, skracając w marszu chwyt połamanej dzidy, by tym silniej dźgnąć leżącego. Level z łatwością odturlał się od ciosu, po czym chwycił za długie drzewce włóczni i użył go jako poręczy pomocnej przy powstaniu, słusznie przewidując, że zakonnik jej nie puści – a przynajmniej nie zdąży się na to poważyć. Od razu się zamachnął i skrócił ją tuż przy palcach mnicha, który w ostatniej chwili zdążył je wycofać, zanim zostałby ich pozbawiony.

Wciąż trzymając włócznię wroga tak, iż za plecami mając jej ostrze, Level majtnął nią w taki sposób, że udało mu się zaczepić sierpowatą głownię o kaptur jej właściciela, przy czym przedłużył owy ruch o prawie cały obrót wokół własnej osi.

Habit mnicha bezwładnie poleciał za ostrzem dzidy i upadł na ziemię…

Level nie mógł uwierzyć, ale wróg zwyczajnie zniknął, pozostawiając jedynie swoje odzienie.

Pozostała czwórka natarła majestatycznie na samotnego wojownika. Level z nader niespodziewaną szybkością zmieniał mieczem tory ich dźgnięć, cofając się przy tym pod leżące szaty mnisie. Gdy prawie nań nie nastąpił, wypełniły się i oto stanęły w ludzkiej postawie. Silne jak imadło objęcie unieruchomiło nagle siwowłosego, odcinając mu jednocześnie dopływ powietrza. Level dosłownie w ostatniej chwili odbił się od ziemi obiema nogami, czyniąc salto w tył, ograniczone mnisim chwytem, gdy trójka pik w jednym rytmie wyprowadziła śmiertelne pchnięcia. Ledwie wylądował za niewypuszczającym go z uścisku mnichem, a ten zaraz powielił jego wyczyn i sam również przesadził go saltem, wkładając weń równocześnie podwójną siłę – na zaplanowany rzut.

Mnich wylądował na nogach, pochylił się i cisnął Levelem przez prawy bok.

Levelowi udało się jeszcze odruchowo pochwycić się szat napastnika, co sprawiło, że, w bezwładnym, wirującym locie, dosłownie pociągnął go za sobą, gdyż wróg ponownie okazał się jedynie powietrzem wypełniającym habit i prysł.

Zwalając się na ziemię i jeszcze przez jakiś czas koziołkując w obłokach żwirowego pyłu, gdyż rzut obdarzony został potężną siłą, Level wciąż kurczowo trzymał własność mnicha – połamanym orężem zaś karkołomnie osłaniał się przed rzędami cmentarnych mieczy. Kiedy ostatecznie habit wylądował mu bez ciężaru na piersi, strącił go z siebie, podniósł się niezgrabnie na kolano i, bez krzty wahania, przebił go na wylot – jednym dźgnięciem, za to tak energicznym, jakby próbował zaszlachtować boluna, nie zaś pusty kawał materiału.

Rozległ się nadludzki, świdrujący krzyk, odbijający się od stalowych kłosów wkoło, i z kaptura mnisiego habitu trysnął gejzer suchego piasku, przed którym Level zdecydowanie za późno przesłonił dłonią oczy.

Pozostała czwórka zakonników momentalnie się zatrzymała, a nawet cofnęła o krok.

Level wstał, odwracając się powoli w stronę agresorów. Po zaledwie paru sekundach wyrównał oddech. Krzyże wciąż huśtały się silnie po mnisim wrzasku, a Level i niewiasta w bieli nadal słyszeli wibrujący pisk w uszach.

Mnisi zastygli w miejscu. Dwoje z nich przelotnie wymieniło ze sobą spojrzenia.

Po czym wszyscy (włączając w to mnicha z kawałkiem drewna w ręku) upuścili równocześnie broń.

Zaraz potem jednakże każdy chwycił za najbliższy z powbijanych w ziemię mieczy, których było wkoło dziesiątki tysięcy.

Niewiasta zrobiła krok do przodu i wymamrotała zza pleców zakonników:

– O, Boże…

Mnisi wystrzelili do ataku – a dopiero teraz nabrali prawdziwej szybkości.

– Level!

Czwórka zakapturzonych nakładała tyle cięć naraz, tak szybkich i tak mocnych, że Level dokonywał wręcz niemożliwego za każdym razem, gdy udało mu się je wszystkie odeprzeć. Nie przypuszczał z kolei, że potrafi być aż tak szybki.

Nastąpiło istne gradobicie stali – głębokie pchnięcia i szybkie, kąśliwe sztychy, przeplatane śmiertelnie zwodniczymi fintami zakonników, a wreszcie ich potężne rąbnięcia nieprzerwanie opadające w każde miejsce i z każdej strony na niezliczone bloki pojedynczego mężczyzny, sypiąc setki rozszalałych iskier i wyciskając z Levela dziesiątki kropel potu, złożyły się na powstanie przeciągłej, wielosekundowej parady.

Nadszedł wreszcie moment, w którym zwiększył się dystans między rywalami i starcie przystanęło na ułamek sekundy – zaledwie na ułamek. Od razu przeto cała czwórka mnichów równocześnie, ruchem ciężkiego kilofa, wzniosła miecze nad głowy do pionowego cięcia.

Levelowi pozostawało tylko zablokować wszystkie ostrza i upaść pod wpływem ich rozpędzonego ciężaru oraz wyczerpania, upuszczając również swój brzeszczot – który, o dziwo, pozostawał nie bardziej wyszczerbiony niż wcześniej… podobnie zresztą do dłoni jego właściciela, która zachowała się w całości, za to z głębszą raną.

Mnisi zbliżyli się do wycieńczonego i obolałego męża, poranionego na nogach i ramionach przez cmentarne miecze. Wyciągając ostrza w kierunku jego szyi, przemówili jednym głosem w języku niezupełnie zrozumiałym dla Levela. A głos ich chóru brzmiał jak niesiony narowistym wiatrem, będąc tak niewyraźnym i odległym, jakby był jedynie echem czyjegoś głosu.

Nieszczęśliwa kobieta poczęła szlochać i biec ciężko w stronę oszalałych jej zdaniem mnichów, wykrzykując w płaczu imię leżącego mężczyzny…

Pozbawiony tchu Level, patrząc półprzytomnie w płazy pięciu wyciągniętych ku niemu kling, z niedowierzaniem zaobserwował, iż odbite weń oblicza wrogów zawierały pewien szczegół, którego normalnie niepodobna było dostrzec, a który był nawet bardziej przerażający, niż zawisła nad nim obecnie perspektywa śmierci. Według stalowych luster bowiem każdy mnich posiadał jego twarz… twarz Levela. Spod pięciu kapturów odbitych w klingach patrzyły na niego jego błękitne oczy i przemawiały doń należące do niego usta u boku gładkiego policzka z prawej oraz pomarszczonego oparzeniami z lewej strony.

I wtedy stało się. Nim zgraja mnichów skończyła litanię i zamierzyła się do śmiertelnych pchnięć, Level poczuł ledwie odczuwalny i wprost odurzający ból w żołądku. Nie spostrzegł nawet, jak znajdująca się niewysoko nad przyrodzeniem blizna rozwiera się momentalnie i wyziewa czerwienią.

A potem dyszącym mrokiem.

Nieludzki, czarny byt wystrzelił w górę z otwartej rany niby skalana grzechami dusza Levela, błyskawicznie rzucając się na mnichów, porywając całą czwórkę.

…Kobieta zatrzymała się w biegu i potknęła, lądując na lewym udzie. Jej i tak duże oczy zrobiły się jeszcze większe. Zasłoniła usta dłońmi.

Bestia mroku dosłownie rozszarpała habit pierwszego zakonnika, który nagle okazał się być pusty. Pozostała trójka zaatakowała stwora, kiedy ten stał do nich tyłem. Żadne z cięć, choć w zaledwie parę sekund padło ich dziesiątki i choć zdawało się, iż z całą pewnością każde dosięgło celu, nie zrobiło mu jednak najmniejszej krzywdy – jego czarne cielsko było równie namacalne, co cienie w jaskini. Demon odwrócił się do wrogów i ryknął z wściekłością. Zaatakował jak wystrzelony z balisty; chwycił pazurami szatę jednego z nich, a kiedy w moment stracił jej właściciela, zaczął targać nią na boki, jakby starając się go zeń wytrzepać. Ostatecznie odrzucił mnisie odzienie na bok – tak, że poszybowało tuż pod nogi niewiasty.

Stojąc wówczas jeszcze całkiem niedaleko nieskończonej przepaści, do której prowadziły ślady krwi Levela, od razu poczuła lęk, że habit wkrótce wypełni się na powrót i zakonnik ją zaatakuje…

Level począł dźwigać się ociężale. Przychodziło mu to jednak z ogromnym trudem. Czuł się niewymownie odrętwiały i dla niego, na te kilkanaście sekund, czas się dosłownie zatrzymał.

…Podczas gdy demon szarżował na kolejnego zakonnika, kobieta w białej sukni bez zastanowienia kopnęła pusty habit najmocniej jak umiała – tak, że wpadł on do wiejącej obok przepaści. Podeszła do jej krawędzi i ujrzała, jak w spadającym locie zakonny ubiór wypełnia się ciałem, zaczynając majtać obłędnie rękawami. Odgłos targanego materiału oraz jego echo utonęło w głębinie razem z mnichem. Niestety, poleciał za nimi również pantofel niewiasty.

Demon Cienia skoczył ku jednemu z zakonników i nagle, zmniejszając swe rozmiary w locie, zanurkował do wnętrza jego kaptura, niczym wessany dym. Mnich zniknął w jednej chwili, pozostawiając naturalnie swój przyodziewek, a demon, przywracając sobie swe naturalne kształty, rozdarł habit od środka i, w szale gniewu, zapłonął ciemnością.

Ostatni mnich dobrowolnie skapitulował – mechanicznym ruchem wbił miecz z powrotem w ziemię i rozpuścił organizm w powietrzu, zostawiając po sobie jeno puste okrycie.

Level postawił się wreszcie krzywo na nogach i przyjrzał rozwścieczonej bestii, której ciało pokryte było żywym cieniem. Obdzieliła go demonicznym spojrzeniem. Wydawała się o połowę mniejsza, o wręcz „przyciętych” przez światło słoneczne konturach. Ruszyła w jego stronę, a kiedy była wystarczająco blisko, skoczyła nurem w kierunku jego krwawiącej rany na brzuchu. Niemniej jednak Level nie zamierzał pozwolić się usidlić – odskakując na bok, rozpaczliwie zadał cięcie, niemal zupełnie na oślep.

To nie był przemyślany ruch. Był to beznadziejny, głupi sprzeciw.

Bardzo głupi.

Niewiasta w białej sukni wstrzymała oddech. Level przez długie chwile trwał w pozycji po ciosie, całym sobą odczuwając za plecami obecność żyjącego cienia… i nie znajdując odwagi, by na niego teraz spojrzeć.

Wreszcie jednak przemógł się i skierował wzrok na swego prześladowcę rodem z piekła.

Twarz demona mroku została przyozdobiona w czerwoną ranę. Potwór wyglądał na sparaliżowanego zaskoczeniem, w owej chwili nawet jeszcze słabiej „parując”, czy też „płonąc” czernią, z której był zbudowany. Przeniósł wzrok na wpatrzonego weń Levela i chyba dopiero wtedy – jakby rozczytał to z jego wyrazu twarzy – pojął, co takiego się właśnie wydarzyło i jak wygląda. Rozwarł paszczę tak mocno, że złączyła się z otwarta raną i zapłonęła jak ona, podobnie jak i całe jego cieniste oblicze. Wydał przy tym przerażający ryk, który nie był rykiem gniewu, a bólu – tak samo jego ślepia, zwykle skośnie pociągnięte ku górze kreski czerwieni, teraz opadły i wyrażały tym razem właśnie ból, prawdziwe cierpienie i rozpacz, bez śladu wcześniejszej furii. Błyskawicznym ruchem czarnomglistej ręki zdzielił winnego temu mężczyznę, posyłając go na parę sążni do tyłu. Zanim Level zdążył się podnieść, demon zjawił się przy nim, zamknął uścisk na kołnierzu jego płaszcza i cisnął nim prosto pod nogi niewiasty, która zapłakała natychmiast i padła przy człowieku w trosce na kolana. Chciała coś powiedzieć, ale zdołała jedynie zakwilić jeszcze głośniej, oblewając go łzami. Wszak siwowłosy mąż runął na jej oczach na żwir jak martwy wór kości…

…Lecz oto zaraz zaczynał podnosić się na miękkich ramiona i przywracać sobie siły. Skoro tylko udało mu się wesprzeć na rękach i ocucić się, potrząsając głową, stwór z mroku ruszył ku niemu stanowczo, ale nieśpiesznie zarazem, doradzając swoim mocnym jak skały głosem:

– DZIKIE MIĘSO! UKORZYSZ SIĘ PRZEDE MNĄ, ŚMIERTELNY PYLE, A ZACHOWASZ RESZTKI KRWI. TSUD’YAR POTTRATS!

Padając z siłą na lewy bok, młodzieniec skręcił się w bólach, gdy jakaś niewidoczna siła jęła ciągnąć go po żwirze w stronę zbliżającego się demona. A choć skulone nogi szły pierwsze, to coś musiało ciągnąć człowieka za wnętrzności, gdyż łapał się za brzuch i wył wniebogłosy.

Raptem Level odczuł przerwę w bólach. Podniósł wzrok.

Zobaczył, jak kobieta staje między nim a upiorem, i jak w ułamek chwili później dochodzi do nieuniknionego.

Potwór wyciągnął jedną ze swych widmowych łapsk i zacisnął paluchy na szyi dziewczyny, podsuwając ją sobie tuż przed koszmarne czerwone oczy. Jego spojrzenie wystarczyło, by pozbawić ją przytomności. Bezwładne, odrzucone precz ciało niewiasty niby szmaciana marionetka poszybowało później daleko za plecy demona i trzasnęło z cichym gruchotem o żwir – jedynie przypadkiem nie zahaczając o żaden z mieczy.

Level znowu zaczął się podnosić i z wolna krzyczeć z niepohamowanej złości… Jednak ani się obejrzał, demon błyskawicznie, można rzec: ukradkiem, zanurzył się w jego wnętrzu, powalając go z powrotem na plecy, wyzutego z sił.

* * *

Dość rychło zdołał zmusić się do kolejnej próby powstania; jednak gdy tylko się do tego zamierzył, unosząc się na łokciach, a potem starając się poruszyć nogami, niewymowny ciężar unieruchomił go w tej pozie z zaciśniętym grymasem wielkiego wytężenia woli na twarzy, ciągnąc go w dół na czas kilku sekund prawdziwie wyczerpującej walki. W rezultacie Level legł z powrotem na plecy, zmęczony, łapiąc dech. Przekręcił głowę, patrząc na odległą, nie poruszającą się sylwetkę niewiasty w białej sukni, i podjął się kolejnego wysiłku. Podkuliwszy nogi, przekręcił się na bok i dźwignął na czworaka. Nadal z trudem poruszając całym ciałem, jakaś nieokreślona do końca siła… obca, acz zogniskowana w jego wnętrzu… dosłownie wypchnęła go w górę, ustawiając w chwiejnym nieco pionie.

Poczłapał z pomocą do dziewczyny, podpierając się w drodze o rękojeści mieczy. Wyglądała już na umarłą. Jej nieskazitelnie białą suknię splamiła krew z jej rozciętej brwi i rany na czole; jej podrapane ramiona pobladły. Ponura sceneria z tysiącem krzyża wkoło dopełniała całości.

Padł przy niej na kolana, w pierwszym odruchu starając się ją ocucić. Dziewczyna nie dawała znaku życia, Level nie widział, żeby oddychała. Połowa jej twarzy spływała krwią, mężczyzna zatem podarł kawał sukni dziewczyny, by tamować rany. Po chwili użył też gałgana, którym jeszcze na pustyni owinął połamany brzeszczot. Był grubszy i lepiej się do tego nadawał.

Zaczynając, działał w pośpiechu, ale jeszcze spokojnie – bardzo szybko jednak zaczęło się to zmieniać. Rana na głowie dziewczyny bez przerwy wydawała z siebie potoki życiodajnej cieczy, a coraz silniej drżące palce Levela nie potrafiły podołać próbom ich zatrzymania. Z biegiem czasu nie dające efektu działania Levela doprowadziły go do stanu najczystszej paniki. Jego rosnące przerażenie i załamanie zarazem, a przede wszystkim dygoczące jak osika dłonie obracały starania wniwecz, potrafiąc jak dotąd jedynie potrząsać omdlałą głową poszkodowanej. Wypełzające z jej rozcięcia na czole strumienie zaś… niczym demoniczny twór, przeklęte, nieczyste wcielenie, chcące ją zalać i utopić… nagle poczerniały, zrobiły się wydęte i otyłe jak wielkie pijawki, ubierając twarz niewiasty w krzyczącą masakrę – głośną i wyuzdaną w swej podłej grozie. Krew zalewała także ręce Levela, kleiła się do nich i Level wkrótce zauważył, że zaczęła pełznąć strumieniami pod górę po jego przedramionach, by opanować resztę ciała! Załamanie siwowłosego dawno już sięgnęło szczytu, teraz za to dopadał go obłęd przerażenia. Ręce opadły mu ciężko, tłukąc pięściami żwir, aż powstały w nim płytkie doły…

…Z warg zaś wyrwał się opętańczy krzyk, kiedy rzucił się piersią na Jej zgaszone ciało, łkając jak dziecko.

Odchylił się, chcąc spojrzeć na swój brzuch. Przeniknąć go wzrokiem i ujrzeć sprawce całej tej tragedii. Zakrwawione po barki ręce umorusały cały kaftan, kiedy zadzierały go do góry, by dogrzebać się do rany. Zdawało mu się, że słyszy czyjś śmiech, ale nie rozejrzał się za nikim – śmiech, demoniczny, bezlitośnie zadowolony z ludzkiego dramatu, dobywał się z miejsca, w które patrzył.

Level zdziwił się, że rana okazała się zupełnie zabliźniona. Nie było w niej nic nadzwyczajnego – przynajmniej nie na tyle, by domyślać się, co za sobą kryje. Level jednak wiedział, co mieszka tam, w jego wnętrznościach. Potwór. Demon. Istota, która śmieje się właśnie triumfalnie, bo uśmierciła tę niewinną kobietę za to tylko, że próbowała ratować Levela. Właśnie za to. Właśnie dlatego.

Dlatego… zginęła.

Level wyglądał, jakby uszło z niego powietrze. Tylko oczy miał szeroko otwarte, wpatrzone gdzieś w ziemię, obok ciała niewiasty w białej sukni. Opierał się plecami o swój połamany oręż, który wbił w żwir na podobieństwo innych mieczy.

Śmiechu demona już nie było.

Nie miał pewności, ile czasu minęło – minut czy godzin – gdy wtem posłyszał za sobą czyjeś kroki. Ujrzał leciwego człowieka z włosami jak jego własne, za to o wiele bardziej zniszczonymi i rozrzedzonymi, okutanego w szare warstwy kilku podróżnych okryć. Długi kij służył mu jako podpora, wystukująca na żwirze coraz szybszy rytm.

Kiedy Level odruchowo sięgnął ręką po broń, spostrzegł, że krew na niej znikła. Przenosząc wzrok na leżącą kobietę, pojął z kolei, że wszystko było jakimś upiornym urojeniem. Głowa dziewczyny krwawiła z dwóch rozcięć, lecz daleko było im do wyglądu, który zapamiętał Level – skąpanego w całości w ciemnej czerwieni i śmiertelnie poważnego. Dziewczyna dalej nie dawała znaków przytomności, ale Level widział teraz wyraźne ruchy piersi.

Nawet oczy Levela okazały się suche. Szmatka zaś, służąca mu za rękojeść – owinięta wokół jego połamanego ostrza, jakby w ogóle jej nie zdejmował.

TSUD OT TSUD, SEHSA OT SEHSAAaa – usłyszał gdzieś przy uchu głos demona, którego milknące echo porwał cichy wiatr.

Nieznajomy człowiek, który podszedł do Levela, bez cienia wahania przyklęknął przy rannej.

– Być może nie jest jeszcze za późno – rzucił krótko, rozpoczynając oględziny stanu dziewczyny. Jego ręce pracowały szybko. Przyłożywszy dłoń do czoła nieprzytomnej, kciukiem podniósł jej bezwładną powiekę, zaglądając w oko dosłownie na przebłysk, jakby i tak wiedział, co tam zobaczy. Zrzucił z pleców pewien podłużny, sztywny pokrowiec ze skóry i zdjął zamykające go wieko. W jedną chwilę z wnętrza sajdaka wypłynęła zielonkawa, zgęstniała woda, a wraz z nią para ruchliwych obiektów – małych stworzonek wodnych, pełzających niespokojnie, opętańczo zamiatających ni to ogonami, ni to płetwami, i kłapiących uzębionymi niemal jak u piranii szczękami. Obcy starzec złapał jedno z nich i zbliżył je do rannej niewiasty, najwyraźniej zamierzając dopuścić zwierzątko do capnięcia ją w szyję.

Dopiero wówczas Level zareagował. Błyskawicznie pochwycił nadgarstek starca, drugą dłoń zaciskając już na szczycie połamanego, tkwiącego w ziemi ostrza. Nim jednak otworzył usta do jakiejkolwiek uwagi, starzec uprzedził go słowami:

– Ona umrze, jeśli nie otrzyma pomocy, ratunku! – Zimne, ale przejęte oczy wyrażały troskliwą determinację. Były poza tym dobre, łagodne. Szczere. Ale też „dziwne”, jak ocenił Level. Widział w nich coś… nienormalnego? W głosie natomiast dźwięczało silne przekonanie.

Siwowłosy młodzieniec nie był pewny, czy może ufać przybyszowi. Czy może komukolwiek ufać.

Bardzo jednak potrzebował sojusznika…

Jeszcze przez kilka sekund zaciskał wrogo usta, przekonując spojrzeniem, że zabije, jeśli kobiecie stanie się krzywda.

Starzec uwolnił rękę z powoli słabnącego uścisku i, unikając gwałtownych ruchów, dokończył to, co zaczął. Pozwolił obślizgłemu stworzeniu na ukąszenie szyjnej tętnicy nieprzytomnej piękności. Level widział, jak niewidoczne wcześniej, ukryte pod skórą korytarze arterii zabarwiają się zielonkawym, a potem żółtym i wreszcie czerwonym nasyceniem, z biegiem sekund niknącym na powrót pod barwą zbielałej cery kobiety.

Odsunął się trochę na bok, powierzając życie niewiasty w ręce obcego. Pochylił się do przodu i złożył twarz w dłoniach. Pamięć o tym, co niedawno widział – a co nie miało tak naprawdę miejsca w rzeczywistości – nadal nim wstrząsała. Kiedy ten cienisty stwór uderzył niewiastę, poczuł większy ból, niż wówczas, gdy to on był bity. Tocoś tkwiło teraz w nim. W jego brzuchu. Kiedy o tym myślał, nabierał wrażenia, iż wierci się w jego jelitach, nadyma i pulsuje dzikim zadowoleniem.

Nieznajomy mężczyzna o sądnym już wieku, rzucając na bok obumierającą istotkę wodną, nim spakował w swój drewniany pojemnik pozostałą, wymacał kręgi na szyi i plecach niewiasty. Potem zbadał żebra. Zachowywał zimną krew, ale jednocześnie wyglądał na bardzo poruszonego, wiarygodnego tym samym, toteż Level zaczynał się do niego przekonywać.

– Uszkodzenia na ciele są stosunkowo niewielkie, nieznaczne. Życie jednak ciurka z niej z każdym oddechem. Mogłem jedynie zmniejszyć nasilenie tego upływu, ale całkowitego wyleczenia… sam nie zdołam jej udzielić, dać jej.

Level popatrzył z bólem na nieruchomą niewiastę, a potem utkwił w nieznajomym błagalne, bezradne spojrzenie.

Jak mogę pomóc? – nim sformułował to pytanie na głos, starzec pokręcił głową.

– Jej prawdziwych ran, urazów, nie można dostrzec zwykłymi oczyma, przyjacielu. Obawiam się, że jej przemiana może kiełkować z bardziej tajemnej, nieosiągalnej dla moich umiejętności strony, wymiaru. Nie ma czasu do trwonienia, marnowania. Potrzeba tu Oczyszczenia, którego nie zapewnią żadne ręce ani leki. Słowo da jej ocalenie.

Nieznajomy wyjął z zarzuconej na plecach sakwy dwa zielone, podłużne liście. Jeden z nich włożył do ust kobiety – podnosząc jej głowę i wsuwając pod język; drugi liznął z jednej strony, po czym „przykleił” do ust poszkodowanej. Level widział, jak w parę sekund listek zabarwia się na czerwono. Ranami na głowie pustelnik zajął się od razu potem, stosując opatrunek zaciskany zaimprowizowaną opaską. Zaczął podnosić dziewczynę, więc Level pomógł mu, przejmując ją na własne ręce. Otoczył go słodkokwaśny zapach rabarbaru.

– Za mną – powiedział samotnik, ruszając w stronę niedalekich skał, zza których zaraz potem wyprowadził dwa brązowe konie. Zaczął przerzucać część juków z prowiantem z grzbietu jednego konia na drugiego. Niedaleko za jego plecami znalazły się naówczas dwa, wysokie na co najmniej dwanaście łokci białe pionowe kolumny, które przykuły na moment całą uwagę Levela. Były równych rozmiarów; obie z nieokreślonego, pięknie lśniącego budulca. Niezdecydowany wiatr wciąż grał w uszach młodzieńca przygnębiające zwrotki, a świat pozostawał mdły i odpychający, wszelako na te kilka chwil podziwiania ówże pary zdecydowanie niezwykłych, monumentalnych słupów, jego myśli zatrzymały się na nich w zupełności…

– Trzeba natychmiast oddać ją w odpowiednie ręce, opiekę – przebił się do Levela konsekwentny głos starca. – Jestem stary i chory, a ty, mimo iż twoje włosy pomalował czas i strach, zgaduję, wyglądasz na młodego i w szczycie sił, w kwiecie wieku.

Kazał Levelowi posadzić kobietę na konia i potem samemu nań wsiąść, a następnie poinstruował:

– Trzy dni drogi stąd na wschód znajduje się najbliższe miasto, Młody Kroy, wielki gród. Jedź tam i pytaj o Nowubisa, uzdrowiciela z Apporue, lub Mosefuna, kapłana, królewskiego radcę i słynnego myśliciela. Pomogą ci. Znają tajemne sztuki ratowania dusz, które zawrócą tę niewiastę z drogi śmierci, z drogi końca. Nie marnuj czasu w osadzie Ozaret, którą miniesz, młody człowieku. Jej czas jest ograniczony, ucieka. Wyjedziesz natychmiast albo wcale. Aha! –  Wydobył z sakwy dwie szklane manierki i podał je Levelowi. – Co jakiś czas delikatnie polewaj liść na jej ustach miksturą z tej zielonej, zielonkawej – polecił, wykonując delikatny ruch ręką, masując poziomo powietrze. – Gdy będziesz już w mieście… lecz dopiero gdy będziesz w mieście, nie wcześniej, nie przedtem!… usuń liść i napój ją zawartością białej manierki, piersiówki. Pamiętaj, nie zapomnij!

Nieco skołowany tak szybkim przebiegiem sytuacji, a ponadto przejęty nowym problemem – ciągłymi nawrotami wątpliwości, czy może ufać nieznajomemu – Level skinął głową i przyjął mikstury bez słowa. Oczy obcego… w których Level wciąż, jeszcze wyraźniej, dostrzegał to coś „dziwnego”… z naciskiem obserwowały go spod rozczochranych brwi.

– W Młodym Mieście udasz się do pałacu króla Larchanda Mocarnego i poprosisz o spotkanie, audiencję. Otrzymasz ją, zostaniesz wysłuchany. Przekażesz wiadomość mojego pióra – powiedział staruszek, podając Levelowi mały zwój z najprawdziwszego papieru. – To bardzo ważne i król musi otrzymać ją jak najszybciej, rozumiesz, pojmujesz? Zależy od tego życie milionów ludzi, siwy kolego. Może nawet życie samej Ziemi, takiej, jaką znamy od zawsze, zawsze… – Starcowi zabrakło chyba bliskoznacznych słów, które miał w niekontrolowanym (a i zapewne nieświadomym) przyzwyczajeniu nadużywać, bo aż się zakłopotał. Ten dziwaczny nawyk w jego mowie bynajmniej nie umknął uwadze Levela, toteż powiedziało mu to, na samym wstępie, bardzo wiele o nieznajomym. Określił też ten podejrzany wyraz, zakorzeniony w jego spojrzeniu.

To były świadectwa obłąkania. Niewielkiego być może i niegroźnego. Ale jednak.

Nie wzięło to wszelako góry nad faktem, że obcy człowiek pomagał Levelowi. I robił to najlepiej jak umiał, szczerze i z najlepszą wolą, a nawet nie bez wymaganego do tego obycia. Bynajmniej też nie wydało się przez to Levelowi, że był on pokrzywdzony na mądrości – chociażby tej wiekowej – tudzież Level wiedział, że było wręcz przeciwnie.

– …od początku nas wszystkich – dokończył starzec. – Pamiętaj więc! A teraz ruszaj.

Level zerknął na trzymany w dłoni, zwinięty kawałek papieru, przez moment myśląc dosłownie o wszystkim, tylko nie o nim.

Powrócił do rzeczywistości i wygłosił z wdzięcznością:

– Dzięki ci, dobry człowieku. – Level po raz drugi usłyszał swój głos i wydał mu się on nagle bardzo obcy. – Prawdziwe dzięki. – Kiedy wymawiał te słowa, jego twarz wyrażała swego rodzaju zakłopotanie; trochę jak gdy rozmawia się z kamieniem, który nagle okazał się być zdolny do dyskusji, choć nadal się w to nie wierzy i wstydzi się wyjść na wariata nawet przed samym sobą; jak przy spotkaniu z właścicielem oazy na pustyni, która z pewnością jest tylko fatamorganą. – Kim jesteś?

– Niegdyś wołali mnie Molarius. Teraz… nie ma już komu wołać. Pędź ile starczy kasztance tchu i wyprzedzaj dni, młody przyjacielu! To prawdziwy wyścig. O jej życie. A może nawet duszę. Zatrzymuj się tylko wtedy, gdy będzie to konieczne, niezbędne. Juki wypełnione są skromnym wiktem, żywnością.

Level zamknął od jakiegoś czasu otwarte nieświadomie usta i skinął pośpiesznie głową.

– Boża Gwiazda niech czuwa nad tobą, nad wami! – wołał pustelnik, kiedy koń z mężczyzną i poranioną kobietą, gnając na wschód, przekraczał linię łączącą dwie białe kolumny, odzwierciedlające Daar i Raad.

Odprowadzając ich wzrokiem, Molariusowi nie dawały spokoju pewne myśli.

Czarny Demon. Ten człowiek wiezie w sobie jakiegoś Czarnego Demona.

I na dodatek jego miecz…

Molarius okręcił się gwałtownie na pięcie, nerwowo zamiatając wzrokiem ziemię.

– O, mać… Maaać! Mać, mać, mać! Niech to Haar przeklnie! – cisnął laską o ziemię, kiedy uświadomił sobie, że nawet jeśli połamane ostrze nie odjechało wraz z nimi, wieki zajmie mu szukanie go wśród cmentarnych mieczy.

cdn

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE

Nowy Dźwięk (II) – ciąg dalszy

 

U skraju Furruf, na ziemiach Mir Fariah,

Szlocha równina, w żałobie pogrążona.

Gdzie zastygła, senna roślinność, co wiatrem nie stargana,

A z powietrza w ziemię rośnie – nie odwrotnie.

Krzyczą,

Wyją, Ziemie Owdowiałe!

Lasem krzyży, co błyszczy w słońcu.

A ostrym jak klinga i mocnym jak stal.

Dar Tirlliada, księga Hymnów – „O Ziemiach Owdowiałych”

 

Został sam. Stał na poły bezwładnie na pokaleczonych, słabych nogach, wpatrzony w czarną treść nocy przed sobą – próbując się rozejrzeć, zobaczyłby tylko nieprzenikniony pigment Somsogu, w którym nie sposób rozróżnić żadnego szczegółu otoczenia, za to łatwo stracić poczucie kierunku, a w rezultacie pogubić i zmysły. Grunt pod jego stopami… niepokoił. Był podejrzanie miękki, nieledwie grząski; bardzo nierówny, a nawet niestabilny i „ruchomy”.

Do jego uszu dobiegały jeno jego własny, schrypnięty oddech i niewiele różniące się do niego pomruki burzowych chmur – jedynych źródeł jasności, gdyż przeszywał je co chwila niebieski ogień. Uniósł ku nim wzrok. Łyskały miarowo, zapowiadając rychłą ulewę. Wiatr był natomiast jak dotąd nieobecny.

W pewnej chwili niebo zajaśniało ze zdwojoną siłą. Poraziło ziemię piorunem, tnąc noc na dwoje. Nagłe światło zjawiska ukazało ogromny cień podniesiony do nieba. Serce aż zadrżało – błyskawica uderzyła dokładnie tuż przed zamaskowaną przez ciemność, bodącą chmury budowlą, wieżą z kamienia, co pochłania światło. Była wobec tego ciemniejsza niż noc i potężniejsza, niż cokolwiek w zasięgu ludzkiej wyobraźni; gruba na całe staje średnicy i wysoka aż po inny świat. Oddalona o kilka minut biegu, przesłaniała wszystko na wprost Niego.

Błyskawica nie puszczała ziemi i wiła się niby węgorz w potrzasku, łamiąc i gnąc się w drgawkach. Nie wydawała już żadnego dźwięku, ulatniała zaś metaliczny aromat i drażniący zęby posmak. Jej migający w ruchu blask tymczasem oświetlał przerażające oblicze ziemi – zaścielała ją niezliczona liczba ludzkich ciał, na których części, najprawdopodobniej, On teraz stał. Spoglądało na Niego tysiące par oczu, tlących się migotliwie w świetle pioruna niby nadal żywe, a we wszystkich, bez wyjątku, majaczył wizerunek czarnej wieży.

Po krótkim czasie w usypany świeżą śmiercią ląd wbił się kolejny bicz z lazurowego ognia, zatrzymując się tym razem dokładnie u stóp drugiej, bliźniaczej budowli, postawionej bok przy boku pierwszej, oświetlając ją wyraźnie.

Czas i brzmienie coraz bardziej się oddalały, a wkrótce nie znaczyły już niemal nic. Na ich miejsce zaś potężniejące zimno, dwie błyskawice oraz otulająca to wszystko ciemność – ta nienamacalna oraz ta wbudowana w wieże – stały się dosłownie wszystkim. On nadal tkwił w miejscu i nawet na chwilę nie postało mu w głowie, by uciekać, choć wiedział, co nastąpi. Patrzył półprzymkniętymi ze zmęczenia oczami na te wielkie, te niemożliwe słupy, zapuszczając korzenie w świeże truchła pod sobą. Czekał. Nie czuł strachu, nie czuł już żalu, smutku, nie czuł nic… stał się pusty. Taak, przygotował się doskonale. Teraz pozostawało tylko czekać. Stać i patrzeć. Patrzeć na Wieże.

Aż w końcu głuchą ciszę przerwał dźwięk tak mocny i penetrujący, że ścinał krew w żyłach i za-trzymywał serce.

Potężne Dong! zabrzmiało i wstrząsnęło wszechrzeczą.

 

*Somsog – Tu: czarny ocean wiszący nocami nad ziemią, rankiem zakrywany przez Obeni, czyli dzienny błękit, w pełni widoczny zaś w bezchmurne noce. Rodzi gwiazdy i księżyce, które jednak umierają wraz z pojawieniem się dnia.

* * *

Zbudził się gwałtownie, otwierając szeroko oczy i chwytając się za serce, jakby zakuło znienacka, zaatakowane ostateczną słabością. Dłoń jednak trafiła na coś niespodziewanego… Powietrze ze świstem napełniło mu płuca, skoro pierwszą rzeczą, jaka ukazała się jego oczom, była młoda twarz klęczącej nad nim kobiety. U boku górującego w zenicie, oślepiającego go słońca była niewyraźna i zmroczona – zaraz jednak wysunęła się naprzód i przesłoniła je.

Niewieście usta poruszały się. Mężczyzna niestety słyszał jedynie szum w uszach. Kiedy dziewczyna przestała mówić, przekręciła na bok głowę i zaigrała oczyma, uśmiechając się szeroko. Oczekiwała chyba jakiegoś odzewu, gdyż brak jakiejkolwiek reakcji młodzieńca sprawił wkrótce, iż zrzedła jej mina.

Bardzo powoli odzyskiwał słuch. Minęło tyle czasu, zanim w końcu, we wciąż trwającym milczeniu, wyraźnie rozpoznał swój własny oddech, głośny i przyśpieszony. Przy prawym boku, między żebrami a miednicą, cały czas czuł płynne ruchy brzucha dziewczyny, kiedy oddychała, na swej lewej piersi zaś – jej dłoń, pod swoją własną, dzięki której tym wyraźniej czuł pracę własnego serca.

Niewiasta drugą ręką podpierała się z lewej strony mężczyzny, więc właściwie więziła go w leżącej pozie. Pachniała rabarbarem z domieszką czegoś zgoła nieokreślonego, bardziej słodkiego, i młodego człowieka wprost upajała owa woń. Wielkie, piwne oczy patrzyły na niego bez mrugnięcia. Lekko zarumieniona twarz z małymi, pełnymi ustami i równie drobnym nosem promieniała znacznie bardziej, niźli zapomniane za nią słońce. Zaczesane do tyłu włosy koloru dojrzałych kasztanów zostały spięte w krągły kok, odsłaniając wysokie, przyjemne czoło. Kobieta złożyła lekką dłoń na policzku mężczyzny i żarliwie mu się przypatrywała, co chwila poruszając brwiami – w wyraźnym oczekiwaniu na jego posunięcie.

Wreszcie, nieprzewidzialnie dla młodzieńca, opadła na niego, ujmując jego twarz w dłonie, i niecierpliwie wycałowała mu usta.

¾ Tak się… bałam… Boże… tak… tęskniłam!…

Smak jej warg… cudowna, odurzająca fala owocowego nasycenia… zderzył się w jego umyśle z nagłym przebłyskiem przeszłości – wodna ściana runęła ciężko, prosto na niego, masakrując wszystko lodowatą głębią.

Zerwał się krewko do siedzącej pozycji, podpierając rękoma, odruchowo pociągając mocniejszy haust powietrza i zachłystując się nim zrazu. Dziewczyna zesztywniała, prostując się z uniesionymi do ust dłońmi, zastępując uśmiech zdziwieniem.

Zdezorientowany mężczyzna obejrzał prędko okolice, nie rozpoznając miejsca, w którym się znalazł. Poczuł palcami swoje zimne ostrze – leżało zaraz obok, takie, jakim je zapamiętał: połamane, szare, choć z długą czarną pręgą. Zwrócił też uwagę na swoje włosy, opadające na ramiona. One także okazały się szare i okurzone – jak u staruszka.

Podróż przez pustynię i koszmar tego, co na niej przeżył, sprawiły, że kompletnie osiwiał…

Skierował wzrok na dziewczynę tak nagle, że aż się go zlękła – że… że aż go nie poznała.

Przez krótką chwilę nie ruszał się z miejsca, jeno mrużył oczy, badając wzrokiem jej przepiękną twarz… myślami jednak krążąc gdzieś poza granice spojrzenia, a nawet pamięci.

Dziewczyna otworzyła nieznacznie usta. Nie odezwała się jednak, zaniemówiła niejako. Wyraźnie też posmutniała.

Siwowłosy wstał i od razu się zachwiał, gdyż pociemniało mu w oczach. Gdy odzyskał siły i równowagę, rozejrzał się raz jeszcze dokoła. Poczuł, jak uderza weń piorun osłupienia, gdy oto dociera do niego wreszcie, co ma przed oczyma.

Rozciągający się wokół płaski obszar, prócz nie wiele więcej niż paroma pojedynczymi sztukami rachitycznych drzew bez liści, porastał wieloma tysiącami powbijanych w ziemię mieczy. Były duże, czasem ogromne, i lśniące zadbaniem; wielka część z łożoną obok tarczą, a nawet pełną zbroją – lecz nie wszystkie.

Giętkie stalowe kłosy jak okiem sięgnąć kołysały się nieznacznie na wietrze, grając przygnębiające zwrotki… Szepcąc między sobą. Skamląc żałośnie. Innym, niepojętym rodzajem milczenia. Zewsząd pałając symbolami przemijania.

Cmentarz

…To słowo samo pojawiło się w jego głowie.

To był cmentarz. Znalazł się na cmentarzu. Pewność tego była niepodważalna.

Czy więc jednak śmierć?

W gęstwinie imitacji krzyży gdzieniegdzie majaczyły także dość spore, acz niezwykle stare, wręcz sypiące się pomniki jakichś półludzkich postaci (czasem obdarzonych skrzydłami, czasem z głowami zwierząt, bądź po prostu bogatszych o dodatkowe pary oczu, uszu a nawet kończyn) nie zadbanych i ociosanych dłutem czasu, wyraźnie nie pasujących do niepokalanych mieczy. Niedaleko na wschód wyrastały łyse skalne góry tego samego koloru, co rdzawy żwir pod stopami człowieka, upstrzone sosnami bez igieł oraz dzikimi chaszczami. Zachód zaś prezentował stąd jedynie zamglony, płaski horyzont – istną studnię melancholii. Jedyną fauną, dającą się wonczas dojrzeć, był kaczy klucz daleko na północy jaśniejącego firmamentu.

Mężczyzna zmarszczył czoło. Sterczał nieruchomo jak kołek, błądząc ledwie rozbudzonym wzrokiem po dziwacznej okolicy, przywodzącej na myśl miejsce masowego pochówku – lecz pozbawione kopców… i z mieczami w miejsce krzyży.

I oto raptem go olśniło. Raptem, po raz trzeci już w życiu, poczuł to. Poczuł to dziwne wrażenie, to bez zaproszenia wślizgujące się do jego głowy zjawisko, podobne przebudzeniu się ze snu.

Znał ten obraz. To dziwne i niedorzeczne, ale widział już te krzyże. Te miecze. Widział je, patrzył na nie, patrzył tak jak teraz… z tego miejsca! W tej pozie. A nawet w ten dzień!

Był tu…

Czyżby był tu?

Czyżby był tu wcześniej?

Nie. On tu nie tylko był. On to przeżył. Przeżył to już kiedyś. Tak samo. W tych samych okolicznościach. Wszak znał te okoliczności, pamiętał je. Mógłby dać głowę, że poznaje się z tym cmentarzem po raz drugi. I to spotkanie niczym nie różni się od tego pierwszego… bo to to samo spotkanie! Przyjrzał się swojej nieznajomej towarzyszce. Drgnęła, gdy posłał jej spojrzenie. Stała już na nogach, mieląc kawałek sukni w splecionych dłoniach, choć chyba nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Patrzyła na niego… Te wielkie brązowe oczy patrzyły prosto na niego i w chwili, gdy mężczyzna odpowiedział tym samym, nie było już nic poza nimi; nie liczyło się nic, poza pięknem kobiecym oczu, trafiającym prosto w nieosłoniętą duszę. Wir w głowie, duszność w piesi. Łzy – tak, łzy. Dalekie od wypłynięcia, ale tym bardziej kolące w oczy. Łzy bezbronności, łzy niemocy i niepojętego smutku.

I człowiek się tego spodziewał.

Bo przecież to już się wydarzyło. To wszystko już miało miejsce w przeszłości. A przynajmniej tak mu się wydało w tej nagłej chwili oświecenia. I było to silniejsze, niż głos rozsądku czy pojęcie czasu.

 

Zamyślony siwowłosy młodzieniec w żadnym wypadku nie mógł zauważyć starego eremity, kryjącego się na skarpach pobliskich gór, który przyglądał się jemu oraz jego nadobnej towarzyszce…

 

Starał się przypomnieć sobie ostatnią rzecz, jaką pamiętał – zanim się tu znalazł i zanim nie przyśnił mu się ten straszny sen, najprawdziwszy z prawdziwych. Wspomniał trzęsienie ziemi, huragan… trąby powietrzne i wreszcie… falę. Imponującą, spienioną moc nacierającą prosto na niego.

Otrzepał suche do cna ubranie, nie wiedząc, co myśleć. Patrząc na żwir pod stopami, spostrzegł krew. Spoglądając dalej, zobaczył przerywany czerwony ślad prowadzący na zachód. Podążywszy wzdłuż niego, zatrzymał się przy nagłej przepaści. Przestraszył się, gdyż nie zaobserwował jej wcześniej. Była nieskończenie pojemna, nieskończenie! Pionowe urwisko – tak wysokie, jak długo potrafią ciągnąć się lądy – nikło w cieniu… nie, nie w cieniu, to nie był cień, nie mógł być; szerokość rozpadliny liczyła sobie całe staje, słoneczne macki sięgały akurat niewysoko i ocieniały urwisko, ale poza tym niżej, gdyby przyzwyczaić wzrok… niżej dało się dostrzec coś jeszcze. Wyglądało jak dym, nieprzenikniony i czarny jak obraz z zaciągniętych na oczy powiek, ale człowiek nie nazwałby tego dymem. Zamyśliwszy się chwilę dłużej, stwierdził w końcu, że to jednak był cień. Taak, cień – lecz nie taki zwykły cień, który leży i nie oddycha… a jego ruchliwe wcielenie. Żywioł Cienia, zahaczony na dali urwisk ostrymi, zdającymi poruszać się kształtami, podobnych czasem do pajęczych nici, czasem zaś wyraźnie do szponów – tak, szponów. Szponów Cienia. Cienia, który nie tylko leżał. Cienia, który przerażał.

Tajemnicze wrażenie doświadczania chwili – takiej samej chwili – po raz drugi w życiu, pamiętania jej i rozpoznawania jej detali… znikło; a człowiek nawet się nie zorientował, kiedy. Tak jak niegdyś, czmychnęło jak zając. Pozostał tylko przeźroczysty trop. Świadomość. I wspomnienie.

I jeszcze coś – dziwny rodzaj wątpliwości. Ulotnił się czar tego „uczucia”, a z nim co gorsza również ta niejako wiara, że jest to coś ważnego, nadzwyczajnego i bynajmniej nieurojonego.

Daleko na wprost siwowłosego majaczyła reszta oberwanej ziemi – odległy, niesłychanie stromy masyw skalistej gleby, na którego szczycie rysowały się niewyraźnie jakieś pionowe cienie, z ledwością prześwitujące przez gęstą zasłonę sinej mgły… która również nie była zwyczajna. Mężczyzna odczuwał złowieszczą aurę zionącą od mgławicy – prawdziwą „nicość”, jak to szybko określił. Przejmująco realną, dyszącą cicho pustkę. Senną, ale dynamiczną. Spokojną, melancholijną… a jednocześnie dziką, przemożną i niebezpieczną.

Ta mgła miała oczy, tak jak cień na dnie przepaści posiadał inne niewyobrażalne zmysły, ale te oczy były teraz zamknięte. Nie musiały być jednak otwarte, aby człowiek czuł, iż jest obserwowany – za to po prostu ignorowany.

Gdzie ja się znalazłem? – dociekał w myślach młodzieniec. Mimo to był nad oczekiwanie spokojny. Co prawda wszystko to było sielanką w porównaniu do tego, co wszak przeżył. Ale jednak…

…To, co żyło w przepaści i było z nią związane, przemawiało czystą grozą, tymczasem siwowłosy na przekór oczywistościom radził sobie z tym dziwnie obojętnie. I to również przeszywało dreszczem. Zupełnie jakby nie wiedząc już, w jaki sposób winien to wszystko odbierać, przyjął w końcu postawę obojętności, nie pierwszy już zresztą raz. A była to niestety ta obojętność, która, w pewnych przypadkach, równała się przecież, albo i bez mała gorsza była od poddania się – gorsza od śmierci. Była jak śmierć za życia.

Kobieta podeszła do siwowłosego mężczyzny, zachowując dystans i przyglądając się mu ze stałą powagą, teraz dodatkowo przyprawioną zaczątkami zdziwienia, a nawet irytacji. Mężczyzna nie przestawał taksować wzrokiem cmentarnego pustkowia, dziwnie zamknięty w sobie, i wydawał się w ogóle nie dostrzegać towarzyszki. Krwawienie z rozciętej dłoni ustąpiło, zostawiając po sobie paskudne zalążki strupów. Mężczyzna nie musiał się zastanawiać, czyje były to zakrzepy na żwirze, ciekawił się tylko, jak mógł je zostawić. Zmierzały przecież prosto w ślepą przepaść.

Nie było takiej rzeczy, która mogłaby mu wówczas podpowiedzieć, jak to wszystko rozumieć. Jednak znalazło się coś, co uświadomiło mu nagle, że nie było to akurat istotne.

Zasuszoną równinę zalał parny przypływ wiatru, mamiąc posępną przygrywką na klingach mieczy, niby zaklętych dzwonkach u wrót śmierci, rozpoczynając swój grobowy przekaz; inkantując fanatycznie w swej własnej mowie. Mrucząc chóralnie o nieodgadnionym. Szemrząc niezrozumiałe ostrzeżenia.

Powtarzając.

Nawołując…

Bo oto z nagła dało się odróżnić, jak stalowe poszepty przyjmują barwę nieco rozmazanych, ale zarazem wyrazistych słów.

Znaleźli cię – zagwizdały miecze, smagane powiewem.

A potem wyraziły jeszcze głośniej:

Są tutaj

LEVEL.

Odwrócił się popędliwie, spoliczkowany słowami legionu krzyży, a wystraszona jego manewrem kobieta odstąpiła od niego o dwa kroki i zająknęła się niemo. W jego oczach zaiskrzył dziwny obłęd. Siwowłosy przeszedł parę nerwowych kroków, mijając bezinteresownie niewiastę, zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Z prawej strony wyczuł ruch. Po chwili poczuł to samo z lewej – właśnie poczuł, niczego jednak nie usłyszał ani nie zobaczył. Nie był w stanie tego wyjaśnić, ale też wcale nie próbował. Pomyślał o pustynnych drapieżnikach, lecz wtem zdało mu się, że gdzieś niedaleko zaszeleściła tkanina… Krążąc między symbolami krzyży, wytężał wzrok i słuch. Nic – nie było nikogo w pobliżu. Wśród niskich drzew ścisłego lasu mieczy niepodobna byłoby się ukryć przed zaalarmowanym wzrokiem, jednak siwowłosy nikogo nie dostrzegał. To tylko wzmogło jego niepokój, na co nie potrafił nic poradzić. Sięgnął rękoma do pasa. Do pustej pochwy. Odruchowo rzucił okiem na miejsce, gdzie ostatnio leżała jego klinga… Okazało się jednak puste.

Znaleźli cię…

Miecz zniknął!

Level.

Podbiegł, jakby w nadziei, że jednak znajdzie ostrze gdzieś niedaleko. Nie znalazł. Poważne przeczucie niebezpieczeństwa cofnęło go o dwa kroki i nakazało wypatrywać zagrożenia. A także szybko się uzbroić. Bez dłuższego namysłu sięgnął po najbliższy z tysięcy obsadzonych wokoło mieczy… jednak tuż przed momentem, w którym miał zamknąć uścisk na rękojeści, coś go przed tym powstrzymało. Człowiek zmarszczył czoło w zaskoczeniu. Pojawił się bowiem jakiś niezrozumiały opór w jego mięśniach, z niewiadomych powodów zabraniający mu dotknąć miecza. Spróbował ponownie, ale ostatecznie zrezygnował, bezsilny wobec sprzeciwowi znikąd.

Wyciągniętą dłoń napadały drgawki; palce drętwiały w pobliżu rękojeści. Siwowłosy czuł mrowienie, zaczynające się pod paznokciami, a potem szybko biegnące wyżej, aż po łokieć, wywołujące istny paraliż. Pocił się, a w głowie huczało mu bezgłośne „nie!”.

To nie były zwyczajne oręża. One były ważne. Były pamiątką. Czcią ku poległym – mężczyzna nie potrafił orzec skąd, ale po prostu to wiedział.

Nie… Wcale nie. To nie było wszystko – człowiek był pewien. Miecze wcale nie budziły w nim szacunku. Mógłby na nie splunąć. Coś innego nie pozwalało mu złapać za cmentarne oręża, aliści młodzieniec nie miał szans tego teraz zrozumieć. O tak, istniało coś jeszcze.

Zacisnął pięść lewej dłoni, by stłumić drżenia i odegnać świąd, drugą ręką masując nadgarstek.

Popatrzył na coraz bardziej zmieszaną kobietę. Miała jasną, zwiewną suknię z falbankami, a nawet  trenem – noszącą na sobie wprawdzie niepożądane znamiona piaskowego kurzu – i wyglądała cudnie. Uszy zdobiły malutkie, połyskujące kolczyki, a szyję masywny naszyjnik ze złota, zakończony, jak się okazało, małym arcydziełem – perłowym dzwoneczkiem. Choć siwowłosy patrzył jej w oczy, jakoś nie zwrócił uwagi, że robiły się coraz wilgotniejsze i czerwone.

Dopiero teraz zauważył, że trzymała coś na rękach.

Są tutaj

To była jego klinga.

Level.

Odetchnął z ulgą. Podszedł do kobiety, która z bojaźliwą nieśmiałością wyciągnęła do niego podniszczoną broń. Przelotnie popatrzył jej w oczy, przejmując brzeszczot na swoje dłonie. Spoglądając nań posępnie, przebrnęło mu mimowolnie przez myśl, że nie chce zań chwytać i kaleczyć się nim. Nie chce bólu, nie zniesie krwi. Nie chciał tego. Nie chciał… To było tak, jakby wiedział doskonale, że oto za chwilę, niestety, będzie jednak zmuszony.

Niewiasta tymczasem przyglądała mu się błagalnymi oczami, nie poznając go niejako. Jej podbródek zadrgał i wewnętrzna tama zasmucenia raptem pękała. Gdy pierwsza kropla łzy popłynęła po policzku, zalegająca w oczach reszta przestała się dłużej krępować.

Wykrzywione smutkiem wargi dziewczyny poruszyły się…

¾ …Level.

Mężczyzna podniósł wzrok. Zajrzał w mokre, pytające oczy dziewczyny, ściągając brwi, i widać było, że kompletnie osłupiał.

„Level”?! Czy ona powiedziała „Level”?

¾ Level ¾ powtórzyła jeszcze smutniej, zaciskając potem wargi. Wyciągnęła dłoń w kierunku jego policzka, rychło ją jednak odbierając – jakby w obawie przed poparzeniem. Powróciła do nawyku mielenia sukni w drżących palcach, przez cały czas patrząc mu w oczy z takim błaganiem…

¾ Level! ¾ pisnęła zaborczo, z pretensją, tupnęła nawet nogą. ¾ Level, ja…! Dlaczego ty…? ¾ Pociągnęła nosem i zakasłała płaczliwie. ¾ Czekałam na ciebieee!

To było wszystko, co z siebie wydusiła.

Dalej był już tylko płacz.

Level, uderzony zdziwieniem jak obuchem, sterczał przed kobietą, zająkując się niemo, gdy ta, niby smarkate dziecko postawione w skrusze przed rodzicem, któremu czymś właśnie uchybiło, kwiliła ze spuszczoną głową. Zamknięte silnie oczy, brzydko rozciągnięte wargi odkrywające zęby, brwi wygięte w smutne łuki. Palce splecione u dołu, wciąż nerwowo ściskające materiał sukni.

I właśnie wtedy, spoglądając przez ramię nieznajomej, mężczyzna zobaczył, jak z owego bezmiaru przepaści wyłania się postać zbyt dobrze znanego mu pustynnego zwierzęcia. Wdrapało się, stanęło na cztery łapy i zawarczało. Niedaleko za nim nadchodziła reszta, jeszcze sześć innych sztuk. Zaczęły się powoli zbliżać. Ich wybałuszone ślepia były przekrwione ze szczytującej właśnie furii, a jednocześnie dziwnie odmienione – nieruchome i nieskupione. Ich pyski pieniły się w żądzy krwi… ale i pieniły się też krwią. Sama sierść wilków wyliniała; miejscami ich cielska były całkiem łyse, a skóra tam: sczerniała, niezdrowa, może poparzona? – jeśli nie odwrotnie.

Gdy siwowłosy człowiek jakiś czas temu spoglądał w głąb przepaści, widząc również całe urwisko, nie odnotował ani jednego z nich, choć zarazem niemożliwe było, żeby ich przeoczył. Niemniej jednak przybyli tu – nawet, jeśli nie sposób wyobrazić sobie takie stworzenia w karkołomnej wspinaczce – i to był fakt. Przybyli za nim. I to również był fakt. A on ich nie zoczył, kiedy wydawałoby się, że powinien.

Co było jednak najdziwniejsze: przecież wyraźnie słyszał, jak morduje je bestia o postaci z cienia i mroku!

Kobieta obejrzała się przez ramię i oto przerwała szloch, nieruchomiejąc. Level tymczasem stał z gorejącym gniewem w oczach, przygotowany do walki – nawet nie zauważywszy, kiedy dobył klingi. Wystąpił przed niewiastę, zasłaniając ją własnym ciałem. Wyciągnęła odruchowo rękę w jego stronę… lecz nim dotknęła jego pleców, nim oparła dłoń na twardym ramieniu – zatrzymała ją z drżeniem i cofnęła powoli. Pociągnęła nosem i tylko oddaliła się o parę kroków.

Znaleźli mnie – pomyślał mężczyzna.

Level – odpowiedziały stalowe świsty mieczy.

 

Stworzenia puściły się ku niemu biegiem, wścieklejsze niż kiedykolwiek, gdy je widywał. Kłapały głośno zębami od samego startu, kąsając wściekle powietrze – pełne zapachu ludzi i ich strachu. Jednego z nich Level od razu w locie pozbawił szczęki, odpryskami krwi plamiąc sobie twarz oraz jedwabną kreację swej towarzyszki, którą pociągnął za sobą, uskakując w bok przed jednoczesnym atakiem reszty drapieżników – sprawiając, że zaszurały łapami o żwir, z trudem wyhamowując przed ostrzami cmentarnych mieczy. Nie czekał, aż skoczą ponownie, tylko sam zjawił się przy nich, nim zdążyły odzyskać równowagę.

Trzy ruchy, szybsze od świstu, który zabrzmiał po pierwszym – każdy celny i ostateczny. Za nimi kolejne dwa, tnące głęboko, masakrujące wnętrzności.

Pewna sztuka, odrzucona ciosem, znalazła się niebezpiecznie blisko niewiasty. Leżąc na boku i siłą rzeczy nie mogąc powstać bez swojej zadniej części, spróbowała capnąć ją w stopę. Zwierzęciu udało się jedynie zaczepić długim kłem o suknię dziewczyny, powodując, że przewróciła się w próbie ucieczki. Sztych Levela spadł znikąd i zatopił się w czaszce zwierzęcia jak w maśle, a potem równie momentalnie się zeń wydobył. Ostatnie dwa ranne psy nie napadły go od tyłu, jak się spodziewał, za to jęknęły równocześnie i, już nie tak ślepe w szale a przerażone nagle, rozbiegły się na boki.

Ku zaskoczeniu siwowłosego wilki nawet teraz się nie poddawały. Obserwowały go i odpoczywały, krążąc wokół upatrzonych ofiar ze zwieszonymi jęzorami, czerwono-żółtą kipielą wokół pysków oraz dziwnie, bo martwo wleczonymi po ziemi ogonami. Albo strach, albo coś o wiele bardziej upiornego potrząsało ich wychudłymi cielskami niby potworny ziąb, mimo to ich przekrwione ślepia w dalszym ciągu nie wyrażały nic obok dzikiej furii i żądzy ludzkiego mięsa.

Level przez jakiś czas spoglądał to na jednego, to na drugiego szakala pustyni. Znał już koniec zapowiadającej się konfrontacji; teraz czekał na niego z chłodnym spokojem. Gdy zerwał się z miejsca jak wystrzelony z procy, spadając cięciem na stojącą po prawej sztukę, ta nieomal równocześnie z nim skoczyła mu na spotkanie z otwartą szczęką. Otrzymała skośne uderzenie otwierające pierś i grdykę, po czym padła bez życia z głuchym plasknięciem.

Drugie zwierzę już gnało w odwrocie, piszcząc oskarżycielsko, jak gdyby to ono było od początku ofiarą nagłej napaści na jego życie, nie odwrotnie. Popędziło na wschód, niezdarnie obijając się o ostrza mijanych „krzyży”. Nie uciekło jednak daleko. Po chwili dało się słyszeć jego ostatni skowyt. Level i kobieta patrzyli, jak pada martwe pod wpływem zadanego mu znikąd ciosu, które sprawiło, iż zwierze nadziało się bokiem na ostrze jednej z kling – tak silnie, że runęło na żwir przepołowione.

Są tutaj

A więc był tu jednak ktoś jeszcze.

Znaleźli cię

Level.

Siwowłosy mężczyzna i niewiasta o oczach jak bursztyny dopiero teraz zauważyli grupę zakapturzonych postaci, zbliżającą się do nich jawnie. A setki obok dziesiątek tysięcy mieczy przyjęły ich oblicza na lustrzane powierzchnie swych głowni, mnożąc ich liczbę i niejako otaczając siwowłosego oraz kobietę w bieli.

Levelem zawładnęło zdumienie. Jakim cudem mógł ich wcześniej przeoczyć!? Równocześnie zaś z tym pytaniem naszła go uderzająca świadomość, że wcale ich nie przeoczył… Widział ich! Niejednokrotnie patrzył nawet prosto w jedną z pięciu postaci w kapturze, przechadzających się w milczeniu po cmentarzu, lecz nie zwrócił uwagi na żadną! Widział je otwartymi oczami, dlaczego jednocześnie je ignorował, jakby nie były niczym niezwykłym, kolejnymi mieczami w tym stalowym lesie, na którym się znalazł, a które po prostu nie sposób rozróżnić od reszty? Dopiero teraz, w jednej chwili, niejako przypomniał sobie, że tak przecież było – zawieszał na nich wzrok, przypatrywał się im długo, całej piątce sylwetek w powłóczystych szatach, przykuwających zmysły, a zarazem w niepojęty sposób wymykających się zainteresowaniu. To jakieś czary… Przez cały czas byli blisko. Dlatego czuł już wcześniej czyjąś obecność. Bynajmniej nie była to obecność ożywionych szakali pustyni, których teraz miał już na szczęście z głowy.

Piątka tajemniczych postaci kroczyła ku parze. Zarzucone na głowy kaptury musiały przesłaniać im widok, jak zauważył Level, gdyż dosłownie opadały im rąbkami aż na oczy. Oprócz tego, wpatrując się dłużej w niewidoczne twarze przybyszy, wydawało mu się też, iż ukryta pod kapturami, zacieniona przestrzeń niejako załamuje światło dnia, powodując nieprzyjemny zwid – jakoby co chwila, gwałtownie i miękko zarazem, pomniejszały i powiększały się na zmianę. Zgrzebne habity, za długie, bo ciągane po ziemi, miały związane sznurkami końce rękawów – dłonie ich posiadaczy były w nich po prostu uwięzione, jakby nie były im w ogóle potrzebne. Jakby się ich wyrzekli. Wszystkie pięć postaci opasywało się ponadto takim samym białym sznurkiem wysoko ponad pępkiem i wyglądało to co najmniej dziwnie – sugerując nienaturalną proporcję krótkiego torsu a wydłużonych nóg.

Level wyciągnął ostrzegająco miecz w stronę zakapturzonej grupy i wówczas kobieta za jego plecami wystąpiła naprzód, kładąc dłoń na jego wyciągniętym ramieniu i spoglądając mu w oczy. Level nie sprzeciwił się jej działaniu. Opuścił broń, a jego bezimienna towarzyszka zwróciła się do przybyłych swym miodowym głosem – teraz odrobinę zachrypniętym.

¾ Niech będą wam dzięki, święci mężowie ¾ rzekła, ocierając twarz z łez. ¾ Szczęście to nasze, że znaleźliście się w pobliżu. Napadły nas w całej gromadzie i nie poradzilibyśmy sobie sami. Macie naszą wdzięczność.

Piątka nieznajomych wyglądała cokolwiek niepokojąco, ale swobodne nawiązanie z nimi rozmowy przez dziewczynę niejako uspokoiło Levela.

Milczenie podchodzących coraz bliżej obcych przedłużało się.

¾ Najdziwniejsze jest to, że wyszły na nas prosto z Furruf ¾ zdecydowała się zagajać dalej kobieta, co chwila zerkając przez ramię na Levela (jakby chciała, by coś dodał, zgodził się z nią). ¾ Nigdy wcześniej nie widziałam hramm, ale wydawało mi się zawsze… ¾ Coś zaniepokoiło ją chyba, gdyż ucięła raptownie, lecz nie zamknęła ust. ¾ Cóż to? Jesteście mnichami Ahtanaram, czyż nie? ¾ zdążyła zapytać niepewnie i z podejrzliwością, skoro cała piątka, nie przestając zbliżać się powolnym krokiem, równocześnie sięgnęła do głębi swoich kapturów, jakby zamierzając je zdjąć, lub też raczej – jak przeszło wtedy Levelowi przez myśl – jakby próbując wyłowić zeń własne głowy, bądź wręcz całe ciała! Pchali bowiem ramiona bardzo głęboko, po łokcie i dalej, wyglądało to tedy niemało cudacznie.

To, do czego prowadził ten gest, okazało się jednak czymś znacznie bardziej nieoczekiwanym.

Każdy mnich wydobył spod szaty niespotykanie długą włócznię, która wbrew faktom nie mogła się tam zmieścić. Wszystkie włócznie były czarne niczym z węgla, a nawet lekko lśniące, i przewyższały swoich właścicieli przeszło dwukrotnie; każda z łukowatym ostrzem, przypominającym sierp księżyca krótko po nowiu. I choć owe włócznie nie wyglądały na praktyczne bronie, a zdawały się nie nadawać nawet na choćby oparcie dla starca – zważywszy na swą znikomą grubość i lichą postać głowni – sytuacja przedstawiła je Levelowi jako groźne w dłoniach nieznajomych.

Dziewczyna przez dłuższy czas nie potrafiła zareagować inaczej, jak tylko coraz mocnej marszczyć brwi i bezwiednie przechylać głowę.

Mnisi nastawili ku nim włócznie. Level nie myślał dłużej dyskutować. Przyciągnął niewiastę do siebie i po raz drugi dziś wyminął ją stanowczo. Klingę złapał oburącz. Świeża krew spłynęła strużką po wszystkich palcach… Wiedział, co robić.

Ruszając na mnichów, wytrącał ich bronie na boki. Zaledwie w moment skróciwszy dystans, dostając się do jednego z agresorów na długość miecza a otoczony piątką giętkich, wytrzymałych pik, spórbował skosić go w pół.

Krótki świst, łopot mnisiej odzieży… a zaraz potem grad uderzeń włóczni jako plątanina czarnych promieni.

Level z niedowierzaniem pojął, co właściwie się stało. Cel jego pierwszego ataku, uginając jedynie kolana, odchylił się przed ostrzem do tyłu tak mocno i nierzeczywiście, że jego plecy wyrównały poziom z ziemią, na dodatek zostawiając wtenczas swą broń w powietrzu. Kiedy cięcie Levela przesunęło się zatem dokładnie między wygiętą sylwetką mnicha a jego lewitującą przez ten ułamek sekundy piką, mnich wyprostował się, odzyskując włócznię, a Level, zaraz po pośpiesznym odbiciu ciosów pozostałych napastników, przeszedł natychmiast do własnych.

Mnich naprzeciw niego w dalszym ciągu wykazywał się nadludzką giętkością ciała i nie lada refleksem, kilkakrotnie umykając z toru zabójczych ciosów ostrza bez rękojeści, które to raz rąbało silnie i zadawało sztychy, to raz stawiało zasłony przed wrogimi uderzeniami rozstępujących się na wszystkie strony mnichów.

Na skraju cmentarza u boku przepaści zamęt walki rozgorzał niczym pożoga. Siwowłosy mężczyzna zmagający się z piątką zakapturzonych postaci przypominał szarpiącego się owada w gmatwaninie nici najczarniejszej z pajęczyn. Daleko mu jednak było do usidłanej ofiary. Wyprowadzając niezliczone serie morderczych cięć na wciąż tego samego z adwersarzy, przez całą wieczność paru sekund spotykał się wyłącznie z niepowodzeniem…

…Lecz kiedy tylko doszło do bloku drzewca mnisiej dzidy, Level skrócił ją o połowę, jednocześnie czyniąc wypad do zamaszystego pchnięcia.

Reszta zakonników rozproszyła się zgodnie, z trzech stron otaczając pojedynczego wroga, podczas gdy ten, uprzedzony przez upatrzonego oponenta, został złojony przepołowionym drzewcem w nos – silniej, niż można było przypuszczać. Zatoczył się do tyłu i dzięki temu nie pozwolił zamknąć kręgu, który powoli tworzyła wokół niego piątka.

Nie tracąc czasu, ponownie ruszył biegiem do ataku, zachodząc mnichów tym razem jak najszerszym łukiem od prawej. Trzymając nisko ostrze, zahaczał nim o pobliskie klingi wbitych w grunt mieczy, budząc jazgot i iskry.

Metaliczny stukot przyspieszył…

Zakonnicy kąsali pikami rozpędzonego przeciwnika, który zręcznie się przed nimi oganiał, sadząc między „krzyżami” wyciągniętym truchtem. Przy ostatnim kroku wyskoczył najwyżej jak umiał i wyglądało na to, że odbił się zaraz od rękojeści jednego z cmentarnych mieczy – klinga wcisnęła się głębiej w ziemię i zakołysała mocniej niż pozostałe. Strzelając w niebo na wysokość paru rosłych mężów, a pokonując w locie cały dystans między nim a najbliższym z mnichów, siwowłosy wzniósł brzeszczot do pionowego ciosu. Zakonnik, na którego się zamierzył, wykonał pchnięcie dzidą – mimo to nawet, że ta była za długa i grot już dawno znajdował się za celem. Spadając z uderzeniem na postać mnicha, mężczyzna spudłował dosłownie o włos, gdy ten sprawnie uskoczył w tył. Będąc zaś jeszcze w powietrzu, siwowłosy zamknął uścisk na drzewcu jego piki, toteż teraz, lądując, urąbał go w połowie. Zakonnik złapał oburącz za to, co mu pozostało i rozpoczął wściekły atak. Jeden, drugi, trzeci cios… Po czwartym mnich trzymał już zaledwie kawałeczek nic nie znaczącego patyka. Nie wypuszczając go jednak z rąk, odchylał się do tyłu i na boki, wycofując się panicznie, z talentem i uporem zawodowego szczęściarza umykając od cięć i prostych przeciwnika. Level myślał tylko o tym, by za wszelką cenę dopaść wroga, póki pozostawał bezbronny, więc nie rezygnował, ale przeszkadzały mu w tym ataki reszty – oddalonej i niemal niewidocznej, a jednak z powodzeniem szyjącej powietrze grotami długaśnych pik w miejscach, gdzie przed chwilą znajdował się Level.

Mnich w tarapatach ominął slalomem kolejne cmentarne miecze, tańcząc swój nadzwyczajny taniec uników, po czym naparł na jedną z rękojeści, która akurat znalazła się tuż przed nim i dosłownie uczynił z niej katapultę – dodając swemu raptownemu skokowi w tył siłę sprężystej stali. Odfrunął niczym latawiec, szeroko rozpościerając ręce, a podtulając nogi.

Level jednym kolistym ruchem miecza odbił naraz wszystkie cztery groty latające mu nad głową, dając natychmiast potem trzy błyskawiczne susy do przodu, z czwartym zaś wyprowadzając kopnięcie w brzuch lądującego, wkładając w nie całą siłę…

…Mnich nawet nie drgnął, gdy jego habit wklęsł się do środka, a stopa mężczyzny nie znalazła tam dla siebie żadnego oporu, a tylko odebrała mu równowagę. Wyprowadzone równocześnie z kopnięciem cięcie tylko pogorszyło sprawę.

Nieprzyjaciel odepchnął Levela, by zaraz potem, po groteskowo wielkim zamachu ręką, trzasnąć go w podbródek swą żałosną pozostałością po włóczni. Cios okazał się porażający – oderwał mężczyznę z ziemi i posłał na parę sekund lotu w tył. Upadając, Level aż zatoczył się raz przez głowę i spory kawał przejechał plecami po żwirze, przecierając sobie skórę na plecach. Przez chwilę nie podnosił się z ziemi, mocno zamroczony i tak zaskoczony, że omal nie spanikował. Czuł wszystkie zęby i dzwoniło mu w uszach.

Spoglądając w kierunku jedynie pozornie bezbronnego mnicha, widział szpaler mieczy mrugający odblaskami (tudzież kroplami jego krwi) o które zahaczał podczas lądowania. Resztę zasłaniał wzbity kurz.

Niepodzielna piątka jęła podchodzić swym posągowym, posuwistym krokiem do Levela, wyłaniając się z chmury pyłu niby duchy z mgły. Jeden podszedł szybciej i niecierpliwiej, skracając w marszu chwyt połamanej dzidy, by tym silniej dźgnąć leżącego. Level z łatwością odturlał się od ciosu, po czym chwycił za długie drzewce włóczni i użył go jako poręczy pomocnej przy powstaniu, słusznie przewidując, że zakonnik jej nie puści – a przynajmniej nie zdąży się na to poważyć. Od razu się zamachnął i skrócił ją tuż przy palcach mnicha, który w ostatniej chwili zdążył je wycofać, zanim zostałby ich pozbawiony.

Wciąż trzymając włócznię wroga tak, iż za plecami mając jej ostrze, Level majtnął nią w taki sposób, że udało mu się zaczepić sierpowatą głownię o kaptur jej właściciela, przy czym przedłużył owy ruch o prawie cały obrót wokół własnej osi.

Habit mnicha bezwładnie poleciał za ostrzem dzidy i upadł na ziemię…

Level nie mógł uwierzyć, ale wróg zwyczajnie zniknął, pozostawiając jedynie swoje odzienie.

Pozostała czwórka natarła majestatycznie na samotnego wojownika. Level z nader niespodziewaną szybkością zmieniał mieczem tory ich dźgnięć, cofając się przy tym pod leżące szaty mnisie. Gdy prawie nań nie nastąpił, wypełniły się i oto stanęły w ludzkiej postawie. Silne jak imadło objęcie unieruchomiło nagle siwowłosego, odcinając mu jednocześnie dopływ powietrza. Level dosłownie w ostatniej chwili odbił się od ziemi obiema nogami, czyniąc salto w tył, ograniczone mnisim chwytem, gdy trójka pik w jednym rytmie wyprowadziła śmiertelne pchnięcia. Ledwie wylądował za niewypuszczającym go z uścisku mnichem, a ten zaraz powielił jego wyczyn i sam również przesadził go saltem, wkładając weń równocześnie podwójną siłę – na zaplanowany rzut.

Mnich wylądował na nogach, pochylił się i cisnął Levelem przez prawy bok.

Levelowi udało się jeszcze odruchowo pochwycić się szat napastnika, co sprawiło, że, w bezwładnym, wirującym locie, dosłownie pociągnął go za sobą, gdyż wróg ponownie okazał się jedynie powietrzem wypełniającym habit i prysł.

Zwalając się na ziemię i jeszcze przez jakiś czas koziołkując w obłokach żwirowego pyłu, gdyż rzut obdarzony został potężną siłą, Level wciąż kurczowo trzymał własność mnicha – połamanym orężem zaś karkołomnie osłaniał się przed rzędami cmentarnych mieczy. Kiedy ostatecznie habit wylądował mu bez ciężaru na piersi, strącił go z siebie, podniósł się niezgrabnie na kolano i, bez krzty wahania, przebił go na wylot – jednym dźgnięciem, za to tak energicznym, jakby próbował zaszlachtować boluna, nie zaś pusty kawał materiału.

Rozległ się nadludzki, świdrujący krzyk, odbijający się od stalowych kłosów wkoło, i z kaptura mnisiego habitu trysnął gejzer suchego piasku, przed którym Level zdecydowanie za późno przesłonił dłonią oczy.

Pozostała czwórka zakonników momentalnie się zatrzymała, a nawet cofnęła o krok.

 

Level wstał, odwracając się powoli w stronę agresorów. Po zaledwie paru sekundach wyrównał oddech. Krzyże wciąż huśtały się silnie po mnisim wrzasku, a Level i niewiasta w bieli nadal słyszeli wibrujący pisk w uszach.

Mnisi zastygli w miejscu. Dwoje z nich przelotnie wymieniło ze sobą spojrzenia.

Po czym wszyscy (włączając w to mnicha z kawałkiem drewna w ręku) upuścili równocześnie broń.

Zaraz potem jednakże każdy chwycił za najbliższy z powbijanych w ziemię mieczy, których było wkoło dziesiątki tysięcy.

Niewiasta zrobiła krok do przodu i wymamrotała zza pleców zakonników:

¾ O, Boże…

Mnisi wystrzelili do ataku – a dopiero teraz nabrali prawdziwej szybkości.

¾ Level!

Czwórka zakapturzonych nakładała tyle cięć naraz, tak szybkich i tak mocnych, że Level dokonywał wręcz niemożliwego za każdym razem, gdy udało mu się je wszystkie odeprzeć. Nie przypuszczał z kolei, że potrafi być aż tak szybki.

Nastąpiło istne gradobicie stali – głębokie pchnięcia i szybkie, kąśliwe sztychy, przeplatane śmiertelnie zwodniczymi fintami zakonników, a wreszcie ich potężne rąbnięcia nieprzerwanie opadające w każde miejsce i z każdej strony na niezliczone bloki pojedynczego mężczyzny, sypiąc setki rozszalałych iskier i wyciskając z Levela dziesiątki kropel potu, złożyły się na powstanie przeciągłej, wielosekundowej parady.

Nadszedł wreszcie moment, w którym zwiększył się dystans między rywalami i starcie przystanęło na ułamek sekundy – zaledwie na ułamek. Od razu przeto cała czwórka mnichów równocześnie, ruchem ciężkiego kilofa, wzniosła miecze nad głowy do pionowego cięcia.

Levelowi pozostawało tylko zablokować wszystkie ostrza i upaść pod wpływem ich rozpędzonego ciężaru oraz wyczerpania, upuszczając również swój brzeszczot – który, o dziwo, pozostawał nie bardziej wyszczerbiony niż wcześniej… podobnie zresztą do dłoni jego właściciela, która zachowała się w całości, za to z głębszą raną.

Mnisi zbliżyli się do wycieńczonego i obolałego męża, poranionego na nogach i ramionach przez cmentarne miecze. Wyciągając ostrza w kierunku jego szyi, przemówili jednym głosem w języku niezupełnie zrozumiałym dla Levela. A głos ich chóru brzmiał jak niesiony narowistym wiatrem, będąc tak niewyraźnym i odległym, jakby był jedynie echem czyjegoś głosu.

Nieszczęśliwa kobieta poczęła szlochać i biec ciężko w stronę oszalałych jej zdaniem mnichów, wykrzykując w płaczu imię leżącego mężczyzny…

Pozbawiony tchu Level, patrząc półprzytomnie w płazy pięciu wyciągniętych ku niemu kling, z niedowierzaniem zaobserwował, iż odbite weń oblicza wrogów zawierały pewien szczegół, którego normalnie niepodobna było dostrzec, a który był nawet bardziej przerażający, niż zawisła nad nim obecnie perspektywa śmierci. Według stalowych luster bowiem każdy mnich posiadał jego twarz… twarz Levela. Spod pięciu kapturów odbitych w klingach patrzyły na niego jego błękitne oczy i przemawiały doń należące do niego usta u boku gładkiego policzka z prawej oraz pomarszczonego oparzeniami z lewej strony.

I wtedy stało się. Nim zgraja mnichów skończyła litanię i zamierzyła się do śmiertelnych pchnięć, Level poczuł ledwie odczuwalny i wprost odurzający ból w żołądku. Nie spostrzegł nawet, jak znajdująca się niewysoko nad przyrodzeniem blizna rozwiera się momentalnie i wyziewa czerwienią.

A potem dyszącym mrokiem.

Nieludzki, czarny byt wystrzelił w górę z otwartej rany niby skalana grzechami dusza Levela, błyskawicznie rzucając się na mnichów, porywając całą czwórkę.

…Kobieta zatrzymała się w biegu i potknęła, lądując na lewym udzie. Jej i tak duże oczy zrobiły się jeszcze większe. Zasłoniła usta dłońmi.

Bestia mroku dosłownie rozszarpała habit pierwszego zakonnika, który nagle okazał się być pusty. Pozostała trójka zaatakowała stwora, kiedy ten stał do nich tyłem. Żadne z cięć, choć w zaledwie parę sekund padło ich dziesiątki i choć zdawało się, iż z całą pewnością każde dosięgło celu, nie zrobiło mu jednak najmniejszej krzywdy – jego czarne cielsko było równie namacalne, co cienie w jaskini. Demon odwrócił się do wrogów i ryknął z wściekłością. Zaatakował jak wystrzelony z balisty; chwycił pazurami szatę jednego z nich, a kiedy w moment stracił jej właściciela, zaczął targać nią na boki, jakby starając się go zeń wytrzepać. Ostatecznie odrzucił mnisie odzienie na bok – tak, że poszybowało tuż pod nogi niewiasty.

Stojąc wówczas jeszcze całkiem niedaleko nieskończonej przepaści, do której prowadziły ślady krwi Levela, od razu poczuła lęk, że habit wkrótce wypełni się na powrót i zakonnik ją zaatakuje…

Level począł dźwigać się ociężale. Przychodziło mu to jednak z ogromnym trudem. Czuł się niewymownie odrętwiały i dla niego, na te kilkanaście sekund, czas się dosłownie zatrzymał.

…Podczas gdy demon szarżował na kolejnego zakonnika, kobieta w białej sukni bez zastanowienia kopnęła pusty habit najmocniej jak umiała – tak, że wpadł on do wiejącej obok przepaści. Podeszła do jej krawędzi i ujrzała, jak w spadającym locie zakonny ubiór wypełnia się ciałem, zaczynając majtać obłędnie rękawami. Odgłos targanego materiału oraz jego echo utonęło w głębinie razem z mnichem. Niestety, poleciał za nimi również pantofel niewiasty.

Demon Cienia skoczył ku jednemu z zakonników i nagle, zmniejszając swe rozmiary w locie, zanurkował do wnętrza jego kaptura, niczym wessany dym. Mnich zniknął w jednej chwili, pozostawiając naturalnie swój przyodziewek, a demon, przywracając sobie swe naturalne kształty, rozdarł habit od środka i, w szale gniewu, zapłonął ciemnością.

Ostatni mnich dobrowolnie skapitulował – mechanicznym ruchem wbił miecz z powrotem w ziemię i rozpuścił organizm w powietrzu, zostawiając po sobie jeno puste okrycie.

 

Level postawił się wreszcie krzywo na nogach i przyjrzał rozwścieczonej bestii, której ciało pokryte było żywym cieniem. Obdzieliła go demonicznym spojrzeniem. Wydawała się o połowę mniejsza, o wręcz „przyciętych” przez światło słoneczne konturach. Ruszyła w jego stronę, a kiedy była wystarczająco blisko, skoczyła nurem w kierunku jego krwawiącej rany na brzuchu. Niemniej jednak Level nie zamierzał pozwolić się usidlić – odskakując na bok, rozpaczliwie zadał cięcie, niemal zupełnie na oślep.

To nie był przemyślany ruch. Był to beznadziejny, głupi sprzeciw.

Bardzo głupi.

Niewiasta w białej sukni wstrzymała oddech. Level przez długie chwile trwał w pozycji po ciosie, całym sobą odczuwając za plecami obecność żyjącego cienia… i nie znajdując odwagi, by na niego teraz spojrzeć.

Wreszcie jednak przemógł się i skierował wzrok na swego prześladowcę rodem z piekła.

Twarz demona mroku została przyozdobiona w czerwoną ranę. Potwór wyglądał na sparaliżowanego zaskoczeniem, w owej chwili nawet jeszcze słabiej „parując”, czy też „płonąc” czernią, z której był zbudowany. Przeniósł wzrok na wpatrzonego weń Levela i chyba dopiero wtedy – jakby rozczytał to z jego wyrazu twarzy – pojął, co takiego się właśnie wydarzyło i jak wygląda. Rozwarł paszczę tak mocno, że złączyła się z otwarta raną i zapłonęła jak ona, podobnie jak i całe jego cieniste oblicze. Wydał przy tym przerażający ryk, który nie był rykiem gniewu, a bólu – tak samo jego ślepia, zwykle skośnie pociągnięte ku górze kreski czerwieni, teraz opadły i wyrażały tym razem właśnie ból, prawdziwe cierpienie i rozpacz, bez śladu wcześniejszej furii. Błyskawicznym ruchem czarnomglistej ręki zdzielił winnego temu mężczyznę, posyłając go na parę sążni do tyłu. Zanim Level zdążył się podnieść, demon zjawił się przy nim, zamknął uścisk na kołnierzu jego płaszcza i cisnął nim prosto pod nogi niewiasty, która zapłakała natychmiast i padła przy człowieku w trosce na kolana. Chciała coś powiedzieć, ale zdołała jedynie zakwilić jeszcze głośniej, oblewając go łzami. Wszak siwowłosy mąż runął na jej oczach na żwir jak martwy wór kości…

…Lecz oto zaraz zaczynał podnosić się na miękkich ramiona i przywracać sobie siły. Skoro tylko udało mu się wesprzeć na rękach i ocucić się, potrząsając głową, stwór z mroku ruszył ku niemu stanowczo, ale nieśpiesznie zarazem, doradzając swoim mocnym jak skały głosem:

¾ DZIKIE MIĘSO! UKORZYSZ SIĘ PRZEDE MNĄ, ŚMIERTELNY PYLE, A ZACHOWASZ RESZTKI KRWI. TSUD’YAR POTTRATS!

Padając z siłą na lewy bok, młodzieniec skręcił się w bólach, gdy jakaś niewidoczna siła jęła ciągnąć go po żwirze w stronę zbliżającego się demona. A choć skulone nogi szły pierwsze, to coś musiało ciągnąć człowieka za wnętrzności, gdyż łapał się za brzuch i wył wniebogłosy.

Raptem Level odczuł przerwę w bólach. Podniósł wzrok.

Zobaczył, jak kobieta staje między nim a upiorem, i jak w ułamek chwili później dochodzi do nieuniknionego.

Potwór wyciągnął jedną ze swych widmowych łapsk i zacisnął paluchy na szyi dziewczyny, podsuwając ją sobie tuż przed koszmarne czerwone oczy. Jego spojrzenie wystarczyło, by pozbawić ją przytomności. Bezwładne, odrzucone precz ciało niewiasty niby szmaciana marionetka poszybowało później daleko za plecy demona i trzasnęło z cichym gruchotem o żwir – jedynie przypadkiem nie zahaczając o żaden z mieczy.

Level znowu zaczął się podnosić i z wolna krzyczeć z niepohamowanej złości… Jednak ani się obejrzał, demon błyskawicznie, można rzec: ukradkiem, zanurzył się w jego wnętrzu, powalając go z powrotem na plecy, wyzutego z sił.

* * *

Dość rychło zdołał zmusić się do kolejnej próby powstania; jednak gdy tylko się do tego zamierzył, unosząc się na łokciach, a potem starając się poruszyć nogami, niewymowny ciężar unieruchomił go w tej pozie z zaciśniętym grymasem wielkiego wytężenia woli na twarzy, ciągnąc go w dół na czas kilku sekund prawdziwie wyczerpującej walki. W rezultacie Level legł z powrotem na plecy, zmęczony, łapiąc dech. Przekręcił głowę, patrząc na odległą, nie poruszającą się sylwetkę niewiasty w białej sukni, i podjął się kolejnego wysiłku. Podkuliwszy nogi, przekręcił się na bok i dźwignął na czworaka. Nadal z trudem poruszając całym ciałem, jakaś nieokreślona do końca siła… obca, acz zogniskowana w jego wnętrzu… dosłownie wypchnęła go w górę, ustawiając w chwiejnym nieco pionie.

Poczłapał z pomocą do dziewczyny, podpierając się w drodze o rękojeści mieczy. Wyglądała już na umarłą. Jej nieskazitelnie białą suknię splamiła krew z jej rozciętej brwi i rany na czole; jej podrapane ramiona pobladły. Ponura sceneria z tysiącem krzyża wkoło dopełniała całości.

Padł przy niej na kolana, w pierwszym odruchu starając się ją ocucić. Dziewczyna nie dawała znaku życia, Level nie widział, żeby oddychała. Połowa jej twarzy spływała krwią, mężczyzna zatem podarł kawał sukni dziewczyny, by tamować rany. Po chwili użył też gałgana, którym jeszcze na pustyni owinął połamany brzeszczot. Był grubszy i lepiej się do tego nadawał.

Zaczynając, działał w pośpiechu, ale jeszcze spokojnie – bardzo szybko jednak zaczęło się to zmieniać. Rana na głowie dziewczyny bez przerwy wydawała z siebie potoki życiodajnej cieczy, a coraz silniej drżące palce Levela nie potrafiły podołać próbom ich zatrzymania. Z biegiem czasu nie dające efektu działania Levela doprowadziły go do stanu najczystszej paniki. Jego rosnące przerażenie i załamanie zarazem, a przede wszystkim dygoczące jak osika dłonie obracały starania wniwecz, potrafiąc jak dotąd jedynie potrząsać omdlałą głową poszkodowanej. Wypełzające z jej rozcięcia na czole strumienie zaś… niczym demoniczny twór, przeklęte, nieczyste wcielenie, chcące ją zalać i utopić… nagle poczerniały, zrobiły się wydęte i otyłe jak wielkie pijawki, ubierając twarz niewiasty w krzyczącą masakrę – głośną i wyuzdaną w swej podłej grozie. Krew zalewała także ręce Levela, kleiła się do nich i Level wkrótce zauważył, że zaczęła pełznąć strumieniami pod górę po jego przedramionach, by opanować resztę ciała! Załamanie siwowłosego dawno już sięgnęło szczytu, teraz za to dopadał go obłęd przerażenia. Ręce opadły mu ciężko, tłukąc pięściami żwir, aż powstały w nim płytkie doły…

…Z warg zaś wyrwał się opętańczy krzyk, kiedy rzucił się piersią na Jej zgaszone ciało, łkając jak dziecko.

Odchylił się, chcąc spojrzeć na swój brzuch. Przeniknąć go wzrokiem i ujrzeć sprawce całej tej tragedii. Zakrwawione po barki ręce umorusały cały kaftan, kiedy zadzierały go do góry, by dogrzebać się do rany. Zdawało mu się, że słyszy czyjś śmiech, ale nie rozejrzał się za nikim – śmiech, demoniczny, bezlitośnie zadowolony z ludzkiego dramatu, dobywał się z miejsca, w które patrzył.

Level zdziwił się, że rana okazała się zupełnie zabliźniona. Nie było w niej nic nadzwyczajnego – przynajmniej nie na tyle, by domyślać się, co za sobą kryje. Level jednak wiedział, co mieszka tam, w jego wnętrznościach. Potwór. Demon. Istota, która śmieje się właśnie triumfalnie, bo uśmierciła tę niewinną kobietę za to tylko, że próbowała ratować Levela. Właśnie za to. Właśnie dlatego.

Dlatego… zginęła.

 

Level wyglądał, jakby uszło z niego powietrze. Tylko oczy miał szeroko otwarte, wpatrzone gdzieś w ziemię, obok ciała niewiasty w białej sukni. Opierał się plecami o swój połamany oręż, który wbił w żwir na podobieństwo innych mieczy.

Śmiechu demona już nie było.

Nie miał pewności, ile czasu minęło – minut czy godzin – gdy wtem posłyszał za sobą czyjeś kroki. Ujrzał leciwego człowieka z włosami jak jego własne, za to o wiele bardziej zniszczonymi i rozrzedzonymi, okutanego w szare warstwy kilku podróżnych okryć. Długi kij służył mu jako podpora, wystukująca na żwirze coraz szybszy rytm.

Kiedy Level odruchowo sięgnął ręką po broń, spostrzegł, że krew na niej znikła. Przenosząc wzrok na leżącą kobietę, pojął z kolei, że wszystko było jakimś upiornym urojeniem. Głowa dziewczyny krwawiła z dwóch rozcięć, lecz daleko było im do wyglądu, który zapamiętał Level – skąpanego w całości w ciemnej czerwieni i śmiertelnie poważnego. Dziewczyna dalej nie dawała znaków przytomności, ale Level widział teraz wyraźne ruchy piersi.

Nawet oczy Levela okazały się suche. Szmatka zaś, służąca mu za rękojeść – owinięta wokół jego połamanego ostrza, jakby w ogóle jej nie zdejmował.

TSUD OT TSUD, SEHSA OT SEHSAAaa – usłyszał gdzieś przy uchu głos demona, którego milknące echo porwał cichy wiatr.

Nieznajomy człowiek, który podszedł do Levela, bez cienia wahania przyklęknął przy rannej.

¾ Być może nie jest jeszcze za późno ¾ rzucił krótko, rozpoczynając oględziny stanu dziewczyny. Jego ręce pracowały szybko. Przyłożywszy dłoń do czoła nieprzytomnej, kciukiem podniósł jej bezwładną powiekę, zaglądając w oko dosłownie na przebłysk, jakby i tak wiedział, co tam zobaczy. Zrzucił z pleców pewien podłużny, sztywny pokrowiec ze skóry i zdjął zamykające go wieko. W jedną chwilę z wnętrza sajdaka wypłynęła zielonkawa, zgęstniała woda, a wraz z nią para ruchliwych obiektów – małych stworzonek wodnych, pełzających niespokojnie, opętańczo zamiatających ni to ogonami, ni to płetwami, i kłapiących uzębionymi niemal jak u piranii szczękami. Obcy starzec złapał jedno z nich i zbliżył je do rannej niewiasty, najwyraźniej zamierzając dopuścić zwierzątko do capnięcia ją w szyję.

Dopiero wówczas Level zareagował. Błyskawicznie pochwycił nadgarstek starca, drugą dłoń zaciskając już na szczycie połamanego, tkwiącego w ziemi ostrza. Nim jednak otworzył usta do jakiejkolwiek uwagi, starzec uprzedził go słowami:

¾ Ona umrze, jeśli nie otrzyma pomocy, ratunku! ¾ Zimne, ale przejęte oczy wyrażały troskliwą determinację. Były poza tym dobre, łagodne. Szczere. Ale też „dziwne”, jak ocenił Level. Widział w nich coś… nienormalnego? W głosie natomiast dźwięczało silne przekonanie.

Siwowłosy młodzieniec nie był pewny, czy może ufać przybyszowi. Czy może komukolwiek ufać.

Bardzo jednak potrzebował sojusznika…

Jeszcze przez kilka sekund zaciskał wrogo usta, przekonując spojrzeniem, że zabije, jeśli kobiecie stanie się krzywda.

Starzec uwolnił rękę z powoli słabnącego uścisku i, unikając gwałtownych ruchów, dokończył to, co zaczął. Pozwolił obślizgłemu stworzeniu na ukąszenie szyjnej tętnicy nieprzytomnej piękności. Level widział, jak niewidoczne wcześniej, ukryte pod skórą korytarze arterii zabarwiają się zielonkawym, a potem żółtym i wreszcie czerwonym nasyceniem, z biegiem sekund niknącym na powrót pod barwą zbielałej cery kobiety.

Odsunął się trochę na bok, powierzając życie niewiasty w ręce obcego. Pochylił się do przodu i złożył twarz w dłoniach. Pamięć o tym, co niedawno widział – a co nie miało tak naprawdę miejsca w rzeczywistości – nadal nim wstrząsała. Kiedy ten cienisty stwór uderzył niewiastę, poczuł większy ból, niż wówczas, gdy to on był bity. Tocoś tkwiło teraz w nim. W jego brzuchu. Kiedy o tym myślał, nabierał wrażenia, iż wierci się w jego jelitach, nadyma i pulsuje dzikim zadowoleniem.

Nieznajomy mężczyzna o sądnym już wieku, rzucając na bok obumierającą istotkę wodną, nim spakował w swój drewniany pojemnik pozostałą, wymacał kręgi na szyi i plecach niewiasty. Potem zbadał żebra. Zachowywał zimną krew, ale jednocześnie wyglądał na bardzo poruszonego, wiarygodnego tym samym, toteż Level zaczynał się do niego przekonywać.

¾ Uszkodzenia na ciele są stosunkowo niewielkie, nieznaczne. Życie jednak ciurka z niej z każdym oddechem. Mogłem jedynie zmniejszyć nasilenie tego upływu, ale całkowitego wyleczenia… sam nie zdołam jej udzielić, dać jej.

Level popatrzył z bólem na nieruchomą niewiastę, a potem utkwił w nieznajomym błagalne, bezradne spojrzenie.

Jak mogę pomóc? – nim sformułował to pytanie na głos, starzec pokręcił głową.

¾ Jej prawdziwych ran, urazów, nie można dostrzec zwykłymi oczyma, przyjacielu. Obawiam się, że jej przemiana może kiełkować z bardziej tajemnej, nieosiągalnej dla moich umiejętności strony, wymiaru. Nie ma czasu do trwonienia, marnowania. Potrzeba tu Oczyszczenia, którego nie zapewnią żadne ręce ani leki. Słowo da jej ocalenie.

Nieznajomy wyjął z zarzuconej na plecach sakwy dwa zielone, podłużne liście. Jeden z nich włożył do ust kobiety – podnosząc jej głowę i wsuwając pod język; drugi liznął z jednej strony, po czym „przykleił” do ust poszkodowanej. Level widział, jak w parę sekund listek zabarwia się na czerwono. Ranami na głowie pustelnik zajął się od razu potem, stosując opatrunek zaciskany zaimprowizowaną opaską. Zaczął podnosić dziewczynę, więc Level pomógł mu, przejmując ją na własne ręce. Otoczył go słodkokwaśny zapach rabarbaru.

¾ Za mną ¾ powiedział samotnik, ruszając w stronę niedalekich skał, zza których zaraz potem wyprowadził dwa brązowe konie. Zaczął przerzucać część juków z prowiantem z grzbietu jednego konia na drugiego. Niedaleko za jego plecami znalazły się naówczas dwa, wysokie na co najmniej dwanaście łokci białe pionowe kolumny, które przykuły na moment całą uwagę Levela. Były równych rozmiarów; obie z nieokreślonego, pięknie lśniącego budulca. Niezdecydowany wiatr wciąż grał w uszach młodzieńca przygnębiające zwrotki, a świat pozostawał mdły i odpychający, wszelako na te kilka chwil podziwiania ówże pary zdecydowanie niezwykłych, monumentalnych słupów, jego myśli zatrzymały się na nich w zupełności…

¾ Trzeba natychmiast oddać ją w odpowiednie ręce, opiekę ¾ przebił się do Levela konsekwentny głos starca. ¾ Jestem stary i chory, a ty, mimo iż twoje włosy pomalował czas i strach, zgaduję, wyglądasz na młodego i w szczycie sił, w kwiecie wieku.

Kazał Levelowi posadzić kobietę na konia i potem samemu nań wsiąść, a następnie poinstruował:

¾ Trzy dni drogi stąd na wschód znajduje się najbliższe miasto, Młody Kroy, wielki gród. Jedź tam i pytaj o Nowubisa, uzdrowiciela z Apporue, lub Mosefuna, kapłana, królewskiego radcę i słynnego myśliciela. Pomogą ci. Znają tajemne sztuki ratowania dusz, które zawrócą tę niewiastę z drogi śmierci, z drogi końca. Nie marnuj czasu w osadzie Ozaret, którą miniesz, młody człowieku. Jej czas jest ograniczony, ucieka. Wyjedziesz natychmiast albo wcale. Aha! ¾  Wydobył z sakwy dwie szklane manierki i podał je Levelowi. ¾ Co jakiś czas delikatnie polewaj liść na jej ustach miksturą z tej zielonej, zielonkawej ¾ polecił, wykonując delikatny ruch ręką, masując poziomo powietrze. ¾ Gdy będziesz już w mieście… lecz dopiero gdy będziesz w mieście, nie wcześniej, nie przedtem!… usuń liść i napój ją zawartością białej manierki, piersiówki. Pamiętaj, nie zapomnij!

Nieco skołowany tak szybkim przebiegiem sytuacji, a ponadto przejęty nowym problemem – ciągłymi nawrotami wątpliwości, czy może ufać nieznajomemu – Level skinął głową i przyjął mikstury bez słowa. Oczy obcego… w których Level wciąż, jeszcze wyraźniej, dostrzegał to coś „dziwnego”… z naciskiem obserwowały go spod rozczochranych brwi.

¾ W Młodym Mieście udasz się do pałacu króla Larchanda Mocarnego i poprosisz o spotkanie, audiencję. Otrzymasz ją, zostaniesz wysłuchany. Przekażesz wiadomość mojego pióra ¾ powiedział staruszek, podając Levelowi mały zwój z najprawdziwszego papieru. ¾ To bardzo ważne i król musi otrzymać ją jak najszybciej, rozumiesz, pojmujesz? Zależy od tego życie milionów ludzi, siwy kolego. Może nawet życie samej Ziemi, takiej, jaką znamy od zawsze, zawsze… ¾ Starcowi zabrakło chyba bliskoznacznych słów, które miał w niekontrolowanym (a i zapewne nieświadomym) przyzwyczajeniu nadużywać, bo aż się zakłopotał. Ten dziwaczny nawyk w jego mowie bynajmniej nie umknął uwadze Levela, toteż powiedziało mu to, na samym wstępie, bardzo wiele o nieznajomym. Określił też ten podejrzany wyraz, zakorzeniony w jego spojrzeniu.

To były świadectwa obłąkania. Niewielkiego być może i niegroźnego. Ale jednak.

Nie wzięło to wszelako góry nad faktem, że obcy człowiek pomagał Levelowi. I robił to najlepiej jak umiał, szczerze i z najlepszą wolą, a nawet nie bez wymaganego do tego obycia. Bynajmniej też nie wydało się przez to Levelowi, że był on pokrzywdzony na mądrości – chociażby tej wiekowej – tudzież Level wiedział, że było wręcz przeciwnie.

¾ …od początku nas wszystkich ¾ dokończył starzec. ¾ Pamiętaj więc! A teraz ruszaj.

Level zerknął na trzymany w dłoni, zwinięty kawałek papieru, przez moment myśląc dosłownie o wszystkim, tylko nie o nim.

Powrócił do rzeczywistości i wygłosił z wdzięcznością:

¾ Dzięki ci, dobry człowieku. ¾ Level po raz drugi usłyszał swój głos i wydał mu się on nagle bardzo obcy. ¾ Prawdziwe dzięki. ¾ Kiedy wymawiał te słowa, jego twarz wyrażała swego rodzaju zakłopotanie; trochę jak gdy rozmawia się z kamieniem, który nagle okazał się być zdolny do dyskusji, choć nadal się w to nie wierzy i wstydzi się wyjść na wariata nawet przed samym sobą; jak przy spotkaniu z właścicielem oazy na pustyni, która z pewnością jest tylko fatamorganą. ¾ Kim jesteś?

¾ Niegdyś wołali mnie Molarius. Teraz… nie ma już komu wołać. Pędź ile starczy kasztance tchu i wyprzedzaj dni, młody przyjacielu! To prawdziwy wyścig. O jej życie. A może nawet duszę. Zatrzymuj się tylko wtedy, gdy będzie to konieczne, niezbędne. Juki wypełnione są skromnym wiktem, żywnością.

Level zamknął od jakiegoś czasu otwarte nieświadomie usta i skinął pośpiesznie głową.

 

¾ Boża Gwiazda niech czuwa nad tobą, nad wami! ¾ wołał pustelnik, kiedy koń z mężczyzną i poranioną kobietą, gnając na wschód, przekraczał linię łączącą dwie białe kolumny, odzwierciedlające Daar i Raad.

Odprowadzając ich wzrokiem, Molariusowi nie dawały spokoju pewne myśli.

Czarny Demon. Ten człowiek wiezie w sobie jakiegoś Czarnego Demona.

I na dodatek jego miecz       

Molarius okręcił się gwałtownie na pięcie, nerwowo zamiatając wzrokiem ziemię.

¾ O, mać… Maaać! Mać, mać, mać! Niech to Haar przeklnie! ¾ cisnął laską o ziemię, kiedy uświadomił sobie, że nawet jeśli połamane ostrze nie odjechało wraz z nimi, wieki zajmie mu szukanie go wśród cmentarnych mieczy.

 

 

cdn