Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Obława

 

Ledwie jeden krok dzielił go od krawędzi, jeden mały kroczek. Bał się go zrobić, choć jakiś głos w czaszce szeptał: zrób to, no dalej, zrób to, do przodu.
Po raz kolejny spojrzał w dół, w niezgłębioną otchłań, której dno było poza zasięgiem jego wzroku. Zakręciło mu się w głowie, od tyłu, w plecy powiał silny, zimny wiatr. Zachwiał się, zamachał rękoma jak jakaś ptasia karykatura. Maleńki kamyk wyskoczył spod podeszwy buta i poszybował w dół, gdzieś w nieznane. Zniknął w obcej ciemności. On też zaraz tak poleci, jeden mały krok, i runie głową w dół, by tam za krawędzią roztrzaskać się na skałach, których nawet teraz nie mógł dostrzec. A może to nie będą skały? Może tam w dole jest gorąca kipiel lawy, która gotuje się, wrze, czeka by pochłonąć. A może spadnie aż do samego piekła, gdzie już czyhają na niego diabelscy kaci i sędziowie, by rozliczyć dusze z grzechów żywota.
Przecież tych grzechów nie miał tak wiele, był wszak świętym, wybrańcem, ostatnim z świętych ludzi na umierającej ziemi. Poza tym jednym największym grzechem – śmiertelnym…
Wiatr znów się zerwał rozwiewając włosy i szarpiąc podartą szatę. Zimny, wręcz lodowaty powiew, sprawiający swą siłą i chłodem ból, wzbudzający dreszcze targające ciałem.
W ciemności za sobą usłyszał głosy i zadrżał jeszcze bardziej. Ze strachu. Zimny pot pokrył plecy. Włosy na głowie zdawały się stawać dęba. Już tu są! Odnaleźli go! Szybciej niż się spodziewał. Bał się odwrócić. Bał się spojrzeć znów na nich. Słyszał tylko ich coraz wyraźniejsze głosy i coraz bliższe kroki. Byli tam, tuż za nim. Wyłaniali się z mgły jak upiory, jak zjawy. Byli jego przeznaczeniem, tak długo od nich uciekał, choć wiedział, że w końcu go dopadną, jak wyrzuty sumienia, które gryzły go od tamtej strasznej chwili, o której chciał zapomnieć, choć wiedział, że utkwiła w jego pamięci na zawsze.
Byli tuż za nim, zbliżali się, czuł już ich lodowate oddechy, zimniejsze jeszcze niż północny wiatr. Przed nim była krawędź, a za krawędzią? Kres trosk i strachu czy raczej początek cierpień? Wielka niewiadoma…
– Mam cię – usłyszał tuż przy uchu straszny szept i coś zimnego i mokrego jak sopel lodu dotknęło jego ramienia.
Wrzasnął i odwrócił się. Spojrzał w puste, czarne oczodoły tego czegoś co stało za nim. Inni nadchodzili, wyłaniali się z gęstego oparu mgły.
– Wybaczam wam, więc i wy mi wybaczcie – wyszeptał drżącym głosem, a potem wrzasnął znów i skoczył…

*****

Pierwszą rzeczą, którą zobaczył były krzyże. Setki, a może tysiące krzyży. Niektóre małe, zbite niezdarnie z desek, inne nieco większe, metalowe, zdobione wymyślnymi zakrętasami, jeszcze inne były betonowe, ogromne jak wieżowce, szczytami zdawały się sięgać krwistoczerwonego nieba. Jeszcze inne, całkiem małe wisiały zawieszone nieruchomo w powietrzu, nie opierając się na niczym, świeciły zielonkawym światłem. I wszystkie krzyże krwawiły.
Niektóre ledwie skroplone czerwoną cieczą, z innych, tych największych, spływały prawdziwe kaskady, z rykiem spadały w dół tworząc szkarłatną kipiel, pieniły się i wsiąkały w grunt. A całe podłoże było pokryte ciepłym, wilgotnym popiołem. Stąpał po nim nagimi stopami. Spojrzał po sobie – cały był nagi, zniknęła gdzieś jego porwana szata.
Szedł po popielnej równinie, przez las krzyży, wsłuchany w szum spływającej krwi. I bał się.
Nawet tu, w otchłani, w którą runął, choć przecież nie pamiętał lotu w dół, spadania, nie opuszczał go strach, to duszące krtań uczucie, sprawiające, że ciało kuliło się, drżało, oczekiwało ciosu. A potem dotarł do wzgórza usypanego z tysięcy ludzkich i zwierzęcych czaszek. Krzyże stały tu tak ciasno, tak blisko siebie, że jedyną możliwą drogą było wdrapanie się na to groteskowe wzniesienie.
Zaczął się więc wspinać. Z mozołem, na czworakach. Wyszczerzone, poszarzałe czerepy usuwały się spod nóg, z turkotem przypominającym śmiech szaleńca spadały w dół, wzbudzając miejscami małe lawiny.
Nie wiedział jak długo się wdrapywał. Krwawe niebo nad nim nie zmieniało się, wisiało nieruchomo, jak podglądany od dołu, zatrzymany w kadrze, ocean ognia. Na szczycie na wielkiej czaszce należącej do jakiegoś pradawnego, rogatego giganta siedział człowiek. Nagi, odwrócony plecami, zgarbiony, nieruchomy.
Stał na krawędzi wzgórza, bojąc się podejść, odezwać, głośniej odetchnąć.
– Nie bój się człowieku – usłyszał głos siedzącego, głos spokojny, dźwięczny, miły dla ucha. – Nie obawiaj się, dotarłeś do kresu, już nic nie ma znaczenia.
– Do kresu czego? – odważył się zadać pytanie.
– Kresu wszystkiego. Jak był początek, tak i stał się koniec. – Obcy wstał, wyprostował się. Przez dziury w jego dłoniach można było dostrzec to co jest dalej, za wzgórzem – dalszą połać równiny krzyży. Mężczyzna który wstał odwrócił się. Miałby piękną, dostojną i szlachetną twarz, gdyby nie jeden szczegół – brak oczu.
Przybysz jęknął przestraszony i padł na kolana. Skulił się i pochylił głowę.
– Nie klękaj przede mną człowieku – powiedział bezoki. – Jestem wprawdzie twoim bogiem, ale to już nie ma żadnego znaczenia. Świat umarł, a ja konam razem z nim. Nie ma też już znaczenia ta zła rzecz, którą zrobiłeś. Wszystko obróci sie w popiół, a potem i popiół zniknie. Łzy zamienią się w krew, a krew wyschnie. Życie zaniknie wraz z tobą, ostatnim człowiekiem, a kiedy ty znikniesz, zniknę i ja. To kres wszystkiego, koniec końców.
Ten, który nazwał siebie bogiem, rozłożył szeroko ramiona i uniósł głowę do góry, ku krwawemu niebu. Rana w jego boku otworzyła się, lecz zamiast krwi, wysypał się z niej popiół…

*****

Policjanci, strażacy i zwykli gapie stali nad krawędzią przepaści patrząc w dół.
– Kurwa, już go prawie miałem, ale mi się wyśliznął – mruknął jeden z gliniarzy.
– Dobrze się stało – odpowiedział drugi – w sądzie by stwierdzili, że był niepoczytalny i zamiast na stryczek trafiłby do szpitala, pieprzony morderca…
– Ukrzyżował wszystkich, całą swoją rodzinę, żonę, córeczkę i synka, nawet psa – mówiła jedna kobieta do drugiej. – Torturował ich, obcinał członki, wyłupywał oczy, a na koniec wszystkich polał benzyną i podpalił.
– Bój się pani Boga! Co też się dzieje na tym świecie!