Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Osz! Bogowie?


Długi, czarny tunel – tylko tyle widziałem, a może raczej NIE widziałem. Właściwie nie wiem nawet czy to był tunel, po prostu było czarno i tyle! Nie widziałem nawet własnych rąk i to nie było przyjemne. Pustka i cisza zalegały dookoła.

Jak ja się tu znalazłem? Hmm… Dobre pytanie… Chyba boli mnie głowa, coś czuję, że nie trzeba było tyle pić wczoraj. Wczoraj? A może to jeszcze dzisiaj? W ogóle to która godzina? I gdzie do cholery jestem? Aaauuuu, moja głowa…

I wtedy zobaczyłem! Małe, okrągłe, całkowicie białe światło. Jak to było? Iść czy nie iść? Co na moim miejscu zrobił by Chuck Norris? Ehh… W końcu postanowiłem jednak iść. Zrobiłem niepewnie kilka kroków, kto wie czy nie byłem na skraju jakiejś przepaści? Z każdym krokiem nabierałem jednak pewności siebie. Światło szybko się zbliżało. Znacznie ZA szybko biorąc pod uwagę moje tempo marszu. Potem rozdzieliło się na dwa światła, które zbliżały się coraz szybciej. Coś mi się tu nie podoba, to wygląda zupełnie jak… Przeciągły gwizd wyrwał mnie z zamyślenia.

O kur***! Pociąg!

Odwróciłem się i pobiegłem chyba szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Co ja robiłem w takim miejscu?! Czy to jakiś żart moich kumpli? Ale nawet oni nie wystawiliby mnie na pewną śmierć… Ale pod stopami nie czułem torów ani nawet szyn, więc jak to ustrojstwo się poruszało?! Nie miałem zbyt wiele czasu na zastanowienie, bo maszyna zbliżała się coraz bardziej. Już byłem w zasięgu dwóch wielkich reflektorów, kiedy przewróciłem się prosto na twarz. Zdążyłem tylko nakryć głowę ramionami i czekałem na najgorsze. Właściwie nie wiedziałem co by mi dało zakrycie głowy przy sile tej wielkiej maszyny, ale nie zajmowałem się takimi myślami. Czekałem na uderzenie, ból i trzask łamanych kości. Czekałem. Czekałem. I czekałem… Ale zderzenie nie następowało. Co jest? Podniosłem głowę… I wtedy przywaliło mi z pełnym rozmachem.

To bolało… Jak to cholernie bolało, jakby mi ktoś kręgosłup rozłupywał młotem pneumatycznym. Ale za dobry znak przyjąłem to, że nadal cokolwiek czuję. No i pociąg nie przejechał mi po plecach, tylko z niewiadomych przyczyn zostałem zgarnięty jak śnieg przez pług w zimie. Wylądowałem na lokomotywie i nie było to takie śmieszne jak brzmi, pociąg był rozpędzony do tego stopnia, że nie mogłem się nawet ruszyć!

Co tu się działo? Czy ja nadal jestem pijany?! A może to sen? To by wiele wyjaśniało… Ale skąd mi się uroiły pociągi, nigdy przecież nie lubiłem pociągów. Po kilku minutach takiej szaleńczej jazdy zobaczyłem naprzeciwko kolejne małe światełko. O Chryste Panie! Ile jeszcze?! Chyba niewiele bo jak dwa pociągi się zderzą to już żadna siła mnie z tego nie wyciągnie.

Zamknąłem oczy, ale kiedy otworzyłem je po kilku chwilach doszło do mnie, że to drugie światło nie jest kolejnym pociągiem, a wylotem tunelu. Zbliżaliśmy się do niego bardzo szybko. I nagle oślepłem, zalało mnie jasne światło i nie byłem już w tunelu, chociaż nadal byłem unieruchomiony na lokomotywie – czułem, że dookoła rozciąga się otwarta przestrzeń. Powoli odzyskiwałem wzrok. Pociąg pędził przez rozległe łąki zalane słonecznym światłem. To było bardzo nierealne. Pociąg wydawał się sunąć w powietrzu – nadal nie dostrzegałem torów, trawa dookoła była soczyście zielona – a przecież był grudzień! Poza tym obok biegały sarny i dzikie konie, a w trawie dostrzegłem króliki, które zupełnie nie bały się hałaśliwej maszyny. Wysoko na niebie widziałem szybujące ptaki.

Nagle, jak pociąg jechał – tak nagle stanął w miejscu, bez zwalniania czy hamowania, po prostu stanął. A ja – zgodnie z prawami fizyki, które tłukli mi do głowy nauczyciele przez całe lata mojej edukacji – oderwałem się od lokomotywy i zatoczyłem wielki łuk w powietrzu, by wylądować sto metrów dalej twarzą w ziemi. Przy okazji przepłoszyłem rodzinę królików, które rozbiegły się we wszystkich kierunkach, a jednego chyba zgniotłem.

Żyję? Przeżyłem upadek? Aaauuuu… To nie jest miłe uczucie. Powoli gramoliłem się z trawy. Wszystkie kości były chyba na swoim miejscach, ale jakim cudem? Nie powinienem się już podnieść z ziemi, a jednak stanąłem na nogach. Spojrzałem na pociąg. Wysiadło z niego kilku dziwnie ubranych ludzi, po czym maszyna ruszyła i dosłownie w kilka sekund zniknęła za horyzontem.

Rozejrzałem się dookoła i aż straciłem dech. Stałem przed najdziwniejszym miastem jakie zdarzyło mi się oglądać. Było ogromne i stanowiło zlepek chyba wszystkich stylów architektonicznych. Były tam wieżowce, drewniane domki z pochyłymi dachami, duże domy z czerwonej cegły, szałasy, lepianki, tipi, niewielkie piramidy, kilka małych zamków, pałac, a nawet coś co wyglądało jak… Pueblo? Co tu się odbywało? Co to za miejsce? Jacy ludzie mogą żyć w takim miejscu? A może to tylko jakieś zwidy spowodowane uderzeniem w głowę?

Rozmyślania przerwała mi nagle Wróżka.

Ej! Co jest?! Mała, może dziesięciocentymetrowa istotka z dużymi bladoniebieskimi skrzydełkami unosiła się przed moją twarzą. Była raczej całkiem ładna, ale za mała żeby to precyzyjnie określić.

– A ty do kogo? – zawołała cieniutkim głosikiem.

Nie dość, że toto wyszło prosto z jakiejś bajki to jeszcze gada, czy świat oszalał? Mała wyglądała na zniecierpliwioną.

– Pytałam co tu robisz, frajerze! – krzyknęła znów. – Kim jesteś?

Poprawka: nie dość, że wylazła z bajki i gada, to jeszcze pyskuje.

– Hmm… Nazywam się Peter Zie… – ale nie dane mi było dokończyć, bo Wróżka nagle dostała spazmów.

– Jesteś… czło… człowiekiem – wykrztusiła w końcu.

– No tak. A kim niby miałbym być?

Wróżka była święcie oburzona moją niewiedzą.

– Kim miałbyś być?! – wrzasnęła tak piskliwie, że prawie mi bębenki w uszach popękały. – Nic nie rozumiesz tępaku? To nie jest miejsce dla ludzi! Zmyliłeś drogę! Zamiast trafić do nieba dla ludzi, trafiłeś do nieba bogów! O, jakim głupim trzeba być, żeby dokonać czegoś takiego?! – nagle odwróciła się ode mnie i odleciała wrzeszcząc. – Jahwe! Jahwe, pozwól tutaj! Mamy nieproszonego gościa!

Stałem osłupiały wysłuchując tego wszystkiego. Czy ona właśnie powiedziała, że jestem martwy? Hmm… Podsumujmy dzisiejszy dzień: byłem w ciemnym tunelu, zderzyłem się z pociągiem, potem przefrunąłem sto metrów w powietrzu i wyrżnąłem w ziemię, a na koniec zwyzywała mnie dziesięciocentymetrowa Wróżka. Tak, bardzo możliwe, że nie żyję. Cholera… Jestem za młody żeby umierać! Mam dopiero 24 lata, nie mogę umrzeć! Nie chcę!

Od strony miasta zbliżał się do mnie jakiś starzec. Wyglądał… Wyjątkowo staro. Miał zmarszczki, długą białą brodę, ubrany był w białą szatę i podpierał się kijaszkiem.

– To się nazywa kostur, człowieku – zagrzmiał na mnie już z daleka jakby czytał w moich myślach. Zbliżył się i obejrzał mnie dokładnie. – No dobra, więc co tu robisz?

– Eeeee…

– Ech, ludzie… Tępe toto ponad miarę. Co jest? Boga żeś nigdy nie widział? Ty w kogo wierzysz? Na Indiańca to mi nie wyglądasz, ani na hindusa. Murzyn też z ciebie lichy i muzułmaninem też nie jesteś. Mam nadzieję, że u mnie takich tępych nie ma, więc pozostaje tylko jedno… Jesteś katolikiem?

– Czy ona powiedziała, że jestem martwy? – to pytanie męczyło mnie od czasu odejścia Wróżki.

Twarz starca wykrzywił paskudny grymas.

– O, trawo zielona… TAK!!! – wrzasnął. – A jak ja dorwę tego młokosa co cię tu sprowadził to nie wiem co mu zrobię… Jezu! – jego głos potoczył się jak grom po całej okolicy. – Jezus, cholero, do mnie natychmiast!

Przez chwilę nic się nie działo i już miałem się odezwać na ten temat, ale wtedy nadbiegł młody chłopak. Wyglądał na najwyżej osiemnaście lat. Był ubrany dość niechlujnie: poplamiona koszulka, podarte jeansy, bluza przewiązana w pasie i trampki, które dopełniały “niezwykłej” całości. Splątane włosy sięgały mu do ramion, a z twarzy biła (z trudem maskowana) dzika uciecha.

– Co tym razem, Jahwe? – zapytał tonem niewiniątka stając przed starcem.

– To twój? – zapytał tamten krótko.

– Mój.

– Więc co on tu robi, ty piekielny żartownisiu?! Musiałem zostawić Manitou sam na sam z karpiem, którego miał zabić. Znając tego mięczaka, wypuści tą cholerną rybę na wolność, tak jak pięć poprzednich! Święta idą, a on ryby zabić nie potrafi!

Chłopak zwany Jezusem lekko wzruszył ramionami.

– Irytujesz się byle czym. Odprowadzę Petera do Bramy i nie będzie problemu. A ty nie musisz wiecznie siedzieć tu jako dziadek, zawsze możesz się trochę… Odmłodzić. Nikt nie każe ci…

– Sam sobie każę! Ktoś musi trzymać w ryzach tą waszą chołotę! Gdyby nie ja to byłby tu jeden wielki burdel!

Starzec odwrócił się i majestatycznie odszedł w stronę miasta.

Stałem całkowicie skołowany nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Bolała mnie głowa, byłem martwy, a obok mnie właśnie rozegrała się najdziwniejsza kłótnia jaką w życiu widziałem.

– Jahwe zawsze był drażliwy – rzucił Jezus wesoło. – Ale nie przejmuj się nim, Pete. Mogę ci mówić Pete? Jestem Jezus, a dokładniej Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty w jednej osobie. – wyciągnął do mnie rękę, a ja po chwili wahania uścisnąłem ją.

– Co tu się dzieje? – zapytałem tylko.

– Zjechałeś z drogi, gościu! Ale były jazdy w centrali! Awantura prawie jak wtedy, co sobie poszalałem “U Belzebuba” i mnie potem złapali z jakąś gorącą demonką. Wtedy też taki sajgon był. Chodź, zaprowadzę cię do Bramy, bo inaczej wapniaki mnie z roboty wywalą, znowu.

Ruszył w kierunku zabudowań, a ja chcąc nie chcąc poszedłem za nim. Moja wiara była jaka była, przyznaję, że święty nie byłem, ale nigdy bym nie przypuszczał, że wierzę w TAKIEGO kogoś. Czy Bóg nie powinien wyglądać jak stary wujaszek siedzący na chmurce?! A tutaj przychodzi taki chłopak i mówi, że jest Bogiem. Tego było dla mnie ciut za dużo.

W pobliżu kręciło się kilka Wróżek. Kiedy ruszyliśmy, podleciały do nas, zaczęły zadawać Jezusowi mnóstwo pytań naraz, a jedna przysiadła mi na głowie. Strzepnąłem ją.

 – Spadaj! Cholerna wróżka…

To podziałało na małe istotki jak płachta na byka.

– Czy on powiedział “cholerna wróżka”?! Do ataku!

W mgnieniu oka ustawiły się w szyku bojowym i zaatakowały mnie niczym myśliwce F-16. Gryzły mnie i szarpały dobre kilka minut, dopóki Jezusowi nie przeszedł napad wesołości i nie odciągnął ich ode mnie.

– Moje słodkie, on wcale nie chciał, ziomek jest nietutejszy – tłumaczył im aż dały spokój.

One jednak obraziły się i nie towarzyszyły nam w dalszej drodze.

– Jezu? Czy ty nie powinieneś być starszy? – zapytałem gdy weszliśmy między pierwsze zabudowania.

Bóg wzruszył ramionami.

– Stereotypy – odparł. – Nie kieruj się mylnym, ludzkim wyobrażeniem bogów, Pete. To wcale nie jest tak. My też mamy prawo do normalności. Czy dlatego, że jestem bogiem mam być cudowny, łaskawy i stary przez całą wieczność? O niedoczekanie, wołami mnie do takiej roboty nie zaciągniecie. Poza tym to, co macie na ziemi, to żałosne próby zobrazowania nas. Widzisz tego tam? – wskazał ręką a ja zobaczyłem skośnookiego typa siedzącego ze skrzyżowanymi nogami, tyle że jakieś dwa metry nad ziemią. – To indyjski bóg Siwa. Kojarzysz go?

– Czy on nie powinien mieć sześciu rąk? – zapytałem.

– Właśnie! – Jezus aż klasnął w ręce. – Znów kierujesz się ludzkim wyobrażeniem Siwy. On ma dwie ręce! Nigdy nie miał więcej bo miałby sajgon w centrali. Po prostu kiedy ukazał się swoim wyznawcom, dopiero uczył się lewitacji, więc musiał bardzo szybko machać rękami. Wyglądało to jakby miał ich sześc. Ale rycie było, mówię ci, mało się ze śmiechu nie posikałem jak to zobaczyłem, nawet go nagraliśmy i wrzuciliśmy na “boskiego youtuba”. Ludzie to frajerzy, uwierzą we wszystko co im pokażesz, za bardzo ufają swoim oczom. A tamci – wskazał dwóch mężczyzn ubranych w białe, sięgające kolan spódniczki, trzymających się za ręce i prowadzących na smyczach kilka małych, paskudnych, różowych psów. – To Re i Amon, homoseksualiści. Na ziemi uznano ich za jednego boga, kiedy tutaj zaczęli ze sobą chodzić. Jestem tolerancyjny wobec innych orientacji, ale wolę trzymać się z daleka. Poza tym te ich cholerne sfinksy gryzą mnie po łydkach, hahaha, wyżej nie mogą dosięgnąć zarazy, hahaha.

Teraz rzeczywiście zauważyłem, że różowe futrzaki przypominają ogromne, kamienne, egipskie sfinksy. Re i Amon pomachali do nas uśmiechając się promiennie. Jezus odmachał niemrawo i ruszyliśmy szybciej przed siebie. Jeszcze mi tu brakowało napalonych bogów-gejów. Świat oszalał, a raczej ZAświat.

Szedłem z Jezusem… o Boże idę obok Boga… tzn. nie “o Boże” jako “o Boże” tylko… a zresztą nieważne. Więc szedłem z Jezusem przez to dziwne miasto, a on opowiadał mi o architekturze i mieszkańcach. Tu wioska bóstw indiańskich z Manitou na czele, tam siedziby bogów z Olimpu, którym znudziła się góra, kawałek dalej pałac Allaha z gospodarzem całkowicie zalanym, leżącym na ławce przed wejściem, chociaż było dopiero południe. I tak dalej i tak dalej.

W  pewnym momencie podbiegły, albo raczej przytoczyły się do nas trzy puchate kulki wielkości sporych psów, ale bardziej przypominające owłosione jaszczurki, i zaczęły się łasić.

– Cześć mały – powiedziałem do jednego drapiąc go za uchem. – Kim ty jesteś, malutki?

Stworzenie popatrzyło na mnie maślanymi oczkami przekrzywiając głowę.

– Jeśli jeszcze raz powiesz na mnie “malutki” to osobiście odgryzę ci to co wolałbyś zachować – odpowiedziało, po czym uśmiechnęło się uroczo. – Ale możesz mnie dalej drapać za uchem, o tam… właśnie tam… ooo tak… ooo… – zaczęło uderzać tylną łapką po ziemi zupełnie jak pies.

Jezus odciągnął mnie od tych dziwnych stworzeń i wyjaśnił, że to były wielkie, chińskie smoki. Chyba się typkowi poprzestawiało, TO miałyby być smoki?

– Czy one nie są za małe? – zapytałem. – I czemu trzy? Przecież nawet dzieci wiedzą, że były cztery smoki.

Jezus westchnął.

– Powoli zaczynam mieć dość tych twoich ciągłych pytań, ziom, czy ty w ogóle myślisz od czasu do czasu? Smoki były cztery i były większe, ale jak jeden zdechł ze starości to reszta postanowiła już zawsze być dziećmi. I tyle. Cholerne brukowce pół wieku nazywały je “przytulaskami” i “maskotkami” dopóki pewien redaktor nie zginął w “niewyjaśnionych” okolicznościach. I poprzedzając twoje pytanie: tak, Hera pracuje jako prostytutka, stoi tu całymi dniami i szpeci krajobraz. Zeus w tym czasie zajmuje się domem jak jakaś idiotyczna super-niania i chyba nic nie wie o zajęciu Hery.

Jezus doskonale wyczuł moje pytanie, które chciałem zadać gdy tylko zobaczyłem Herę (nie wiem jakim cudem ją rozpoznałem) w kusej sukience na rogu budynku.

Potem, według tego co mówił Bóg, dotarliśmy do centrum. Przed najwyższą budowlą w mieście odbywał się jakiś strajk, czy protest, któremu przewodniczył łysy facet z megafonem. Dookoła niego różni bogowie wymachiwali absurdalnymi transparentami “PALENIE ZABIJA”.

– Mamy tego dość! – krzyczał ten z megafonem. – Nie będziemy tego dłużej tolerować! Precz z nikotyną! Precz z marihuaną! Bogowie mówią stanowcze: NIE!

Patrzyłem na to szeroko otwartymi oczami. Bogowie robią kampanie antynikotynowe?

– To tylko Jah – wyjaśnił mi Jezus przekrzykując tłum. – Marycha całkiem przeżarła mu mózg. Wcześniej udawał biedronkę, ale jak się okazało, że nie umie latać to zaczął protestować. Stoją tu już trzeci tydzień i na nic im się to nie zdało, frajerzy. O, patrz, Światowid idzie. To będzie dobre. Oni zawsze robią jazdy jak małe dzieci.

Rzeczywiście, z budynku wyszedł mężczyzna w szarym garniturze, z cygarem i komórką przez którą rozmawiał.

– Poczekaj chwilkę, żabciu, te głupki nadal tu są… Jah! Skończ już te wygłupy, albo przenieś się z tym cyrkiem w inne miejsce! Tutaj niektórzy pracują!

Jah spojrzał na Światowida z pogardą i wrzasnął jeszcze głośniej:

– Potępieni niech będą palacze i niszczyciele środowiska! A ty, Światowidzie, bądź potępiony razem z nimi!

– Potępieni niech będą głupcy i niedojdy takie jak ty, Jah! – odparł Światowid.

– Jeśli nadal będziesz tyle palił, dostaniesz raka i umrzesz – pouczył Jah Światowida.

– Jestem bogiem tępaku! Bogowie nie chorują i nie umierają! A ty wynoś mi się stąd albo naślę na ciebie centralę!

– Wiedzą co robię – Jah aż podskoczył z radości. – I mam ich pisemną zgodę, więc możesz mi naskoczyć!

– Możecie mnie wszyscy pocałować w dupę! Centrala, ty i ta twoja PISEMNA ZGODA też!

– Wiesz Światowidzie, myślę, że to przez takich niemiłych typów jak ty odeszły anioły.

– Cooo?! Jak śmiesz?! Anioły zawsze były niezrównoważone, to nie moja wina, że zaczęły strajkować i rzuciły robotę!

Dopiero kiedy o tym wspomnieli, doszło do mnie, że rzeczywiście nie widziałem jeszcze ani jednego anioła, czasem gdzieś mignęła Wróżka, ale aniołów nie było. Zapytałem o to Jezusa.

– Poodchodziły z roboty wszystkie jak jeden – usłyszałem w odpowiedzi. – Zaczęły wymyślać… A to warunki pracy im się nie podobają, bo nie mają urlopów, bo harują 24 na dobę, bo nie mają CHOROBOWEGO… Ale kretyńskie dziady zapomniały, że TU SIĘ NIE CHORUJE!

Przerwał na chwilę, żeby złapać oddech.

– Jak porezygnowały to wyglądało tu jak po huraganie. Nie miał kto ulic zamiatać, gotować, parzyć kawy… Każdy sam musiał z papierami biegać. Wszyscy byli zdenerwowani jak trzeźwy Allah, że o nim samym już nie wspomnę. Mówię ci, istny koszmar. Potem zatrudniliśmy Wróżki i teraz te idiotki odwalają czarna robotę.

Kłótnia bogów w tle wciąż przybierała na sile kiedy odchodziliśmy.

– Jah może i jest tępy – mówił mój Bóg, ni to do siebie, ni to do mnie. – Ale bywa użyteczny. Za to Światowid to istny dupek, widzi w życiu tylko siebie i swoje pięć kochanek, w dodatku ma manię na punkcie nowoczesnej techniki, jego dom wygląda jak skład złomu… Chodź, to już Brama.

Tak! Tak! Tak! Nareszcie koniec! Wypuśćcie mnie stąd i nie każcie nigdy wracać! Chcę stąd iść! Już!

Jezus pociągnął mnie w boczną uliczkę i otworzył czarną pokrywę kanału.

– Proszę bardzo. Musisz tylko tam skoczyć.

No chyba sobie ze mnie jaja robisz! Nie wlezę tam za żadne skarby!

– Nie wygląda jak niebiańska brama – zauważyłem.

– Stereotypy – rzucił. – I radziłbym ci się pośpieszyć, bo już biegnie tu grupa japońskich Shinigami. Wiesz co to?

– Nie.

– To bogowie śmierci łapiący błąkające się dusze. Miło było cię poznać. Papa.

Nie zamierzałem skakać. Naprawdę. Ale wtedy zza rogu wypadło stado napaleńców krzyczących “Dusza! Świeża dusza!”. A wyglądali jak demony, paskudne demony, śmierdzące, oślizgłe, brudne, z kłami i pazurami. Więc skoczyłem. Bolała mnie głowa.

 

Długi, czarny tunel – tylko tyle widziałem, a może raczej NIE widziałem. A potem zaczęło się przejaśniać i zobaczyłem przed sobą wielką, złotą bramę z napisem “NIEBO”. Debilizmem i tandetą biło na kilometr, ale postanowiłem wejść.

– Stereotypy – mruknąłem mijając bramę.