Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Pamiętnik wędrownego grajka cz.1

Był piękny, upalny poranek, jeden z tych dni, kiedy to żmije leniwie opalały się na uschłej, jeszcze nie zebranej, ściętej trawie ,mając w odwłoku, czy co tam węże mają to, że niedługo zginą marnie. Hubert Osiecki, pełniący funkcję wójta we wsi Pyzno, leniwie opuścił swe domostwo w celu ważnego posiedzenia w wychodku, zwołanego z powodu wczorajszej libacji na rzecz urodzin Brata Antoniego. Rozsiadłszy się wygodnie, po chwili zapadł w drzemkę. Pyzno było dość duże, jak na wieś i słynęło z najlepszych

dożynek w tej części królestwa, co skutkowało ogromnym tłokiem w tym okresie. Zwabiony huczną zabawą i możliwością łatwego zarobku, do mieściny przybył Andrzej Jędrzejewski, wędrowny muzyk, uwielbiający wino, kobiety, śpiew i dobre mordobicie w dowolnej formie i kombinacji. Wyglądał on schludnie, jego długie jasne włosy były zawsze zaczesane do tyłu, a każdy metalowy element jego garderoby lśnił w blasku słońca. Był wysoki, dość krępy i młody, choć jego twarz z wiecznie szarmanckim uśmiechem i zawadiackim wzrokiem kryła w sobie wiele przeżyć i doświadczenia. Wójt obudził się ze snu, właściwie: został obudzony. Nie wiedział jeszcze, co go obudziło, ale wiedział, że został mu przerwany stosunek z Księżną Adrianną. Otworzył drzwi i rozglądając się po okolicy, nie dostrzegł nikogo. Podciągnął spodnie i już miał wracać do chaty, gdy usłyszał dźwięk Mandoliny i z wyraźnym zaciekawieniem udał się w stronę muzyki. Jako, że Hubert nigdy nie musiał nikomu udowadniać, że w jego głowie zachodzą procesy myślowe, nie zdziwił go fakt, że muzyka dochodzi z lasu, a nie z zabudowań. Chwilę zajęło mu dojście do dużego starego dębu z  górnych części którego dochodziły dźwięki strun, ale gałęzie były tam już zbyt gęste, aby mógł coś tam ujrzeć. Wtedy też nastała cisza. Wójt już miał zawołać za muzykiem, kiedy zobaczył błyszczący przedmiot spadający w dół. Była to ostatnia rzecz, jaką w życiu zobaczył.
— Świeże ryby, świeżutkie rybki sprzedaje!!! — krzyczał kupiec stojąc na targowisku które jeszcze nie tak dawno było ryneczkiem wsi. Teraz były tu różnorakie stoiska i stragany, ludzie krzyczeli, a muzycy grali. Nieopodal w karczmie siedział Andrzej, popijając piwo i odpoczywając od upału panującego na zewnątrz. Nie było to jego pierwsze piwo dzisiaj więc flirtował przy okazji z przypadkowo napotkaną niewiastą.
— Zagraj coś dla mnie, proszę – prosiła dziewka, która była wyraźnie zauroczona wędrowcem.
— Wybacz mi, o piękna pani, lecz nie grywam za darmo — odparł spokojnie Andrzej, łapiąc ją za rękę i patrząc w oczy.
Na te słowa dziewczyna powoli wstała i, puszczając jego rękę, rzekła:
— Moja zapłata będzie bezcenna, spotkajmy się tutaj wieczorem — i gdy już miała wychodzić z karczmy, drzwi otworzyły się z hukiem, odbiły się od jej twarzy, po czym zamknęły się z powrotem a z drugiej strony było słychać głuche uderzenie w nie, po czym otworzyły się ponownie, tym razem trochę wolniej, a do środka wbiegła gruba, niska, kobieta z chustą na głowie i ,zatrzymując się nad leżącą dziewczyną, krzyknęła;
— Łolla Boga. Choćta szybko ludziska, nieszczęście wielkie stało się pod lasem!!! Wójt nieżywy pod dębem leży!!!
Na te słowa cała karczma w jednej chwili opustoszała a w środku został jedynie Andrzej i nieprzytomna dziewka, leżąca na podłodze. Andrzej, wychodząc powoli, sprawdził tylko, czy żyje, po czym udał się za podekscytowanym tłumem. Na miejscu wszyscy ujrzeli ciało świętej pamięci Huberta Osieckiego, zasłużonego obywatela i wzorowego męża, ojca i kochanka. Wyglądał on jednak inaczej niż zwykle, nikt jednak nie mógł stwierdzić jednoznacznie dlaczego, jeden z chłopów zauważył, że chyba zmienił fryzurę, jednak nie było to. Tym, co przykuwało całą uwagę, tak naprawdę była wyrastająca z jego czoła rękojeść noża.