Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Pani Pierwszego Brzasku

Dla A.

Kiedy w Góry powróci lato i nogi znowu poniosą Was na piękne podniebne szlaki, wędrując zawieszeni między światami, wsłuchajcie się w wiatr a usłyszycie moją historię. Opowiem Wam, kim jestem i kim byłem. Możecie uwierzyć lub nie. Ja bym nie uwierzył. Nie przed tym, co mnie spotkało.

 ***

Kim Jestem? Jestem Górskim Ptakiem. Płynę perfekcyjnie po nieboskłonie, który przypomina przestrzeń między otwartymi szczękami rekina tuż przed kłapnięciem. Ślizgając się po cząsteczkach powietrza, szukam cieplejszych podmuchów, które uniosą minie wyżej i wyżej. Pode mną szczerzą się skaliste turnie. Szczęki zatrzaskują się, a ja spadam w dół ku dolinie. Nie wydostanę się.

Jestem Górskim Kozłem. Pięknym i dumnym, o białej, lśniącej sierści. Skaczę z jednaj skały na drugą wprawnie balansując na oszronionych trawach. Jestem ruchem, energią, siłą i determinacją. Robię ostatni skok i… spadam w rozwierającą się pode mną przepaść, wprost w popękane usta szczeliny. Nie wydostanę się.

Jestem Górskim Wiatrem. Pędzę między skałami, wyszarpując powietrze z zakamarków i ciągnąc za sobą, rosnę w siłę. Targam czerwonymi, suchymi trawami i ciskam przed siebie jak setki małych ostrzy. Daję upust furii, mając nadzieję, że tym razem przebiję mury mojego więzienia. Gdy jestem już tuż, tuż, rozbijam się o niewidzialną barierę gubiąc gdzieś cały gniew.

I wtedy nadchodzi świt, a ja zapominam, czemu chciałem się wydostać. Widzę jak po wschodnich ścianach, delikatnie, lecz stanowczo pełznie pomarańczowa poświata, która niesie barwy, jakich nie stworzyłby sam van Gogh. Nagle, gdy pierwszy promień słońca spada w dół, łąki przytulone do zmarzniętych skał wybuchają tysiącami iskierek, jakby każda kropelka rosy rodziła swoje własne, małe słońce.

Wtedy ją sobie przypominam. Patrzę jak pojawia się dokładnie o świcie. Piękna…Tańczy w promieniach i tylko ja wiem, że to nie taniec radości. W ostatniej chwili dostrzegam jej szyderczy uśmiech, który znika wraz z nią, gdy słońce całkowicie wyłania się zza gór.

Kim jestem? Jestem Górskim Ptakiem, jestem Górskim Kozłem i Górskim Wiatrem. Gdy ktoś zbłądzi na zdradzieckich szlakach, pojawiam się na jego drodze i wyprowadzam ku życiu.

Taki los wybrałem. Mogłem tułać się bez celu jak inni. Niekiedy ich widzę: szare postaci snujące się w rozpaczy albo całkowitej obojętności. Oni też się stąd nie wydostaną.

Kim byłem? Kiedyś człowiekiem. Uprawiałem wspinaczkę górską i znałem Tatry jak własną kieszeń. Uwielbiałem samotne wyprawy. Wolność, piękno i wyzwanie – jedyny sposób, aby oderwać się od rzeczywistości.

Byłem z kobietą. Anna…Po dziś dzień nie mogę się na dziwić jak wielkiego szczęścia dane mi było doświadczyć przez ten czas, gdy była moja. Rzeczywistość dzieliłem na dwie części i tylko moja Ania potrafiła połączyć je w sensowną całość. Tylko dla niej chciałem wracać.

Mała była zawsze zazdrosna o Góry. I miała rację. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że czasem całkowicie zatracam się w swoich pasjach. Anna wiedziała jednak, że bez niej wszystko straciłoby sens. W moim świecie istniały tylko dwa elementy: Anna i Góry. Bezdyskusyjnie nierozerwalne jak dwie komory, które tworzą jedno bijące serce.

Aż nadszedł jeden straszny poranek i serce zamieniło się w kawał zimnego granitu.

***

Ile to już lat minęło? Sam nie wiem. Pamiętam tylko, że zaczęło się zwyczajnie. Miała to być krótka, samotna wyprawa w Tatry, której celem było przejście zachodniej ściany „Zadniego Granatu”.

Pierwszego dnia, po nocy spędzonej w schronisku, jeszcze przed wchodem słońca, wyszedłem na halę zrobić kilka zdjęć górom zanurzonym we mgłach i złotych barwach świtu. Oddaliłem się nieco od turystycznego szlaku i znalazłem samotną dolinkę, którą przecinał wąski, bystry strumyczek. Uwielbiałem takie chwile. Wystarczy zamknąć oczy, aby usłyszeć Nic. Żadnych samochodów, rozmów, telefonów. Jedyny moment, gdy można dosłownie wsłuchać się w Ciszę.

Z tego przyjemnego stanu wyrwał mnie znajomy dźwięk, który zmaterializował się jako ratowniczy helikopter, zmierzający w kierunku „Orlej Perci”. W drodze powrotnej do schroniska dowiedziałem się, że tej nocy miała miejsce bardzo trudna akcja w ścianach „Koziego Wierchu”. Słowacki taternik oberwał kamieniem i utknął na skalnej półce.

Wolałem o tym nie myśleć. Nie wolno – nie przed wspinaczką. Każdy z Nas zdaje sobie sprawę, co to za sport i musi być przygotowany na konsekwencje, jakie ze sobą niesie.

Później, gdy siedziałem przed schroniskiem i szykowałem się do wyjścia na szlak, od “Czarnego Stawu” nadeszło w milczeniu kilku ratowników. Na ich twarzach było widać piętno zmęczenia i coś jeszcze. Coś nieuchwytnego – cień jakiejś niewypowiedzianej groźby.

Grupka rozsiadła przy dużym, drewnianym stole, nieopodal mnie.

Po krótkiej chwili ze schroniska wyszedł starszy, szpakowaty mężczyzna i powitał przybyłych. Bez słowa wymienili uściski dłoni i wydawało się, że nawet sosny rosnące dokoła, pochylają się by usłyszeć słowa, które miały być wypowiedziane. Byłem już spakowany i gotowy do drogi, ale coś kazało mi zostać jeszcze chwilę.

Po dłuższym czasie, mężczyzna, który się dosiadł w końcu zapytał:

            – Spadł?

Jeden ze starszych ratowników, nie podnosząc wzroku znad układanego i segregowanego sprzętu, odpowiedział:

            – Tak. Kolejny. Zjechałem na półkę i miałem go na wyciągnięcie ręki. Ostro krwawił, ale był przytomny, przynajmniej na tyle żeby wbić hak i się przypiąć. Wystarczyło, żebym wyciągnął rękę… – Mężczyzna zamilkł na chwilę, a pozostali nie śmieli się odzywać. Po chwili kontynuował: – Wtedy wzeszło słońce i gość nagle oniemiał. Gapił się przed siebie z wyciągniętą ręką, z wyrazem twarzy jakby widział jakieś cuda, po czym wstał, odpiął karabinek i ruszył do przodu. Tam było jakieś trzysta metrów w dół. Nie zdążyłem nawet krzyknąć.

Zapadło milczenie.

Po dłuższej chwili, jeden z młodszych ratowników, odwrócony do kolegów plecami, zapatrzony gdzieś w dal, powiedział:

            – To Ona. Pani Pierwszego Brzasku.

W tym momencie wstałem, zabrałem swój plecak i poszedłem na szlak. Zabobony i bajki – oto moje oficjalne stanowisko w sprawie tego typu opowieści.

Po górach krążą różne legendy. Jedna z nich opowiada historię pięknej kobiety, która splamiła duszę grzechem samobójstwa, rzucając się ze szczytu Giewontu. Zrobiła to, ponieważ nie mogła znieść rozłąki ze swoim ukochanym, który zginął tragicznie w ścianach „Kazalnicy”. Miała złudną nadzieję, że dzięki temu znów będą razem.

Taternicy wspinający się na północnej ścianie „Śpiącego Rycerza” opowiadali, że skoczyła dokładnie o świcie a pierwszy promień oświetlił jej spadającą sylwetkę jakby chciał ją wchłonąć

Szukano ciała wśród skał i wapiennych labiryntów u podnóża Giewontu, lecz bez rezultatu.

Jedni mówili, że nietrudno przeoczyć zwłoki leżące w szczelinie wydrążonej przez wodę. Inni opowiadali, że ta nieszczęsna kobieta utknęła między światami. Choć dopuściła się grzechu śmiertelnego, została ułaskawiona od ogni piekielnych, gdyż jej czyn wypłynął z czystej miłości. W zamian już nigdy nie opuści hal i turni, które kiedyś przemierzała wraz z ukochanym. Ułaskawienie…

Pani nie chciała pogodzić się z takim losem. Od tej pory, jej zatruta wolą zemsty dusza pojawia się tam gdzie zdarzył się wypadek i kusi nieszczęśników, oferując wybawienie od górskiej śmierci. Dzieje się to zawsze o świcie, gdy światło jest równe ciemności. Ponoć tylko wtedy może przedostać się do naszego świata.

Kto zdążył zostać uratowany, mówił, że widział kobietę jasną jak samo słońce, która jest tak piękna, że od razu chce się za nią podążyć. Niektórzy wracają, by jej szukać. Słyszałem tą opowieść nieraz i ani raz nie dałem jej wiary.

***

W dniu mojej zaplanowanej wspinaczki było mglisto i deszczowo. Szlak prowadzący pod ścianę, przywitał mnie wilgotnym zimnem i całkowitym brakiem widoczności. Gdy byłem już wyżej, mgły na chwilę ustąpiły, a warstwa chmur zeszła tuż poniżej ściany, wzdłuż której szedłem. Przez moment widziałem swój cień na grubej, skłębionej powierzchni puchatego mleka. Według Ludzi Gór to zły omen. Bajki.

Po chwili znów utonąłem w bieli widząc tylko kilka metrów w przód, szukając na kamieniach zielonych znaków. Za chwilę miałem zejść z głównego szlaku i nieoznaczoną ścieżką dojść pod ścianę. Skręciłem w miejscu, które wydawało mi się tym właściwym i skierowałem w paszczę skalnych chłopków i zębów.

Po piętnastu minutach zgubiłem drogę. Mgła zgęstniała jeszcze bardziej, a ja krążyłem po omacku próbując wrócić do oznaczonego szlaku. Tułałem się tak przez około godzinę, ślizgając po mokrych, miejscami oblodzonych kamieniach i uginając pod ciężarem plecaka wypełnionego sprzętem.

Nagle, gdy kolejny raz mijałem ten sam skalny załom, wyszedłem wprost na wielkiego górskiego kozła. Zamarłem jak słup soli. Zwierzę patrzyło wprost na mnie, a ja nie mogłem oderwać od niego wzroku. W tym spotkaniu było coś dziwnego. Czułem jak jeżą mi się włoski na karku, choć byłem daleki od uczucia strachu. To powietrze wokół zaczęło się elektryzować. Widziałem iskierki przeskakujące między karabinkami wpiętymi w uprząż na moim pasie. Przestrzeń dokoła wypełniała gęsta, mleczna para, przez którą prześwitywały promienie słońca dając niesamowitą złotą poświatę.

Gdy zrobiłem krok w przód, zwierzę odwróciło się i znikło za zakrętem. Bez konkretnego powodu ruszyłem za nim, podążając jak we śnie za tym dziwnym przewodnikiem. Kozioł pojawiał się jeszcze klika razy zawsze, gdy nie wiedziałem, w którą stronę mam iść. Już nie patrzył na mnie. Po prostu stał na skalnej półce bądź załomie i odchodził, gdy się zbliżałem.

Po pół godzinie zobaczyłem równo ułożone kamienie, a na nich zielone znaki. Przez chwilę stałem jak wryty próbując sobie wyjaśnić, że to przypadek. Nie przypuszczałem, aby ostatnio dyrekcja Parku Narodowego zatrudniła jakiś nowych, „egzotycznych” przewodników.

Kozioł nie pojawił się więcej. Zbyt zmęczony, by zastanawiać się nad moją przygodą, ruszyłem dalej, notując w pamięci, by na drugi raz korzystać z mapy, a nie własnej intuicji. Jak widać, odnajdywanie drogi to moja domena, ale tylko gdy nie mam gruntu pod nogami, a trasa prowadzi pionowo w górę.

Po około czterdziestu minutach dalszej wędrówki mgły nieco opadły, więc szybko znalazłem właściwy skręt, a potem szlak pod swoją ścianę.

Później, gdy już przygotowany do wejścia, usiadłem by zapalić papierosa i uspokoić tłukące serce, zobaczyłem kozła po raz ostatni. Stał majestatycznie na wysokim, skalnym występie, owiany kłębiącymi się mgłami. Po chwili nadpłynęła chmura, a gdy odeszła – kozła już nie było. Przeszedł mnie dreszcz. Patrzyłem za nim przez chwilę, po czym potrząsnąłem z niesmakiem głową i wyrzucając ironiczne: “bajki”, zabrałem się za to, po co tam przybyłem.

Wspinaczka rozpoczęła się świetnie. Jak za każdym razem, czułem się wolny jak ptak, jak górski wiatr. Samotne wspinanie, choć bardziej uciążliwe i wymagające, ma w sobie dodatkowy element całkowitego odosobnienia. Choć trzeba się skupiać na asekuracji, planować każdy ruch dwa razy bardziej dokładnie, solowa wspinaczka to esencja wolności.

Im wyżej byłem tym bardziej oddalał się ode mnie świat. Świat pełen ruchu, zgiełku i niedoskonałości. Ten sam, w którym jedyny cel wszystkich ludzkich działań to pieniądz. Z każdym metrem, z każdym skurczem mięśni, czułem jak się oczyszczam, jakby zepsuta ropa wypływała przez wszystkie pory mojej skóry.

Około szesnastej zaczął padać mocny deszcz. Z powodu złej pogody, w górach było niewiele turystów, a zespoły wspinaczkowe pojawiały się na okolicznych ścianach sporadycznie.

O dwudziestej byłem już w tym masywie całkiem sam. Zaczynało zmierzchać, a ciemne chmury ciągnące od Zakopanego nie wróżyły nic dobrego. Byłem już zbyt daleko, więc nie pozostało mi nic innego niż przeć do przodu.

Burza dopadła mnie w środku nocy, gdzieś na ostatnich wyciągach. Pioruny waliły, jak oszalałe, a mocny, gorący wiatr targał moją małą postacią przyklejoną do mokrej, skalanej ściany.

Nie był to pierwszy raz, gdy utknąłem w górach. Ot taka, dodatkowa atrakcja. Nie chodzi o to, że się nie bałem. Strach to główna kotwica, dzięki której ludzie trzymają się brzegu zwanego Życiem. Najważniejsze to uważać na śliskie stopnie i modlić się żeby jakiś zbłąkany piorun nie wybrał twojej głowy na lotnisko. Poza tym trzeba działać jak przy słonecznej pogodzie.

Po godzinie burza zaczęła powoli odchodzić, a zarys kopulastego wierzchołka góry zaczął nieśmiało wyłaniać się ze skalnych spiętrzeń.

W pewnym momencie, gdy byłem w trakcie zakładania stanowiska, stało się coś niemożliwego. Zobaczyłem, że taśma asekuracyjna – moje jedyne zabezpieczenie w tamtej chwili, rozdziera się jakby ktoś ciął ją nożem. Kolejne sekundy zwolniły niczym okruszki spadające na dno słoja z miodem. Usłyszałem stłumiony krzyk i zanim zorientowałem się, że to mój własny, moje udo eksplodowało bólem, a ja ocknąłem się dobre trzy metry poniżej miejsca, w którym byłem przypięty. Zdążyłem tylko wbić hak, przywiązać się drugą taśmą i pomyśleć: “Mała mnie zbije”, po czym straciłem przytomność.

Obudził mnie chłód i duszności. Poruszyłem się lekko i to wystarczyło, aby w ostrym ataku bólu przez mój mózg przeleciało wspomnienie wypadku, którego przed chwilą doświadczyłem.

Odczekałem kilka chwil, aż ogień w nodze trochę zgaśnie i zaryzykowałem otwarcie oczu. Efekt nie był zachwycający. Otaczająca mnie ciemność niewiele różniła się od pustki, która czyha za zaciśniętymi powiekami. Zarejestrowałem jednak, że zwisam z nogami wyrzuconymi poza półkę, a taśma, która powstrzymuje mnie od ześlizgnięcia, owija mi się wokół szyi. Podciągnąłem się trochę, tak, aby usiąść i w końcu swobodnie odetchnąć. Następnie zacząłem sprawdzać swój stan. Prawa noga na pewno złamana. Nie wiedziałem tylko czy piszczel, czy kość udowa. Do tego w prawej ręce słabe czucie. Czyli coś z kręgosłupem. Będę żył – pocieszałem sam siebie, choć wiedziałem, że zanim po mnie przyjdą miną godziny, a moje ciało już zaczęło drętwieć.

Rozejrzałem się, ale nie potrafiłem określić jak długo byłem nieprzytomny i ile jeszcze zostało do świtu. Plecak z całym sprzętem i telefonem runął gdzieś w czarną otchłań pode mną. Otchłań, która teraz po mnie pełzła. Niedługo na szlakach pojawią się ludzie i ktoś mnie zauważy – myślałem.

Boże, ile bym wtedy dał, żeby być z Anną. W ciepłym Łóżku. Czuć jej ciało i zapach. Jak każdy twardziel, zacząłem się rozklejać i wygrażać, że jeśli to przeżyję to nigdy więcej nie pojadę w góry. Pamiętam, że mocno majaczyłem i kilka razy traciłem przytomność. 

Sam nie wiem, kiedy nastał świt. W jednej chwili przestrzeń przede mną znikła wypełniając się ciepłym światłem jakby ktoś zapalił lampę jarzeniową. Zobaczyłem Ją, jak nadchodzi. Piękna niczym najpiękniejsza biała róża.

Widmo wyciągnęło ku mnie rękę, a gdzieś we wnętrzu swojej głowy usłyszałem głos:

            – Chodź ze mną, pomogę Ci. Już nie musisz się bać. Wszystko będzie dobrze.

Przez chwilę poczułem się, jakbym wreszcie odnalazł to, czego tak długo szukałem. Tyle lat w górach. Zawsze niepokorny, własnym życiem budujący odpowiedź na pytanie, którego nawet nie umiałem sformułować. A rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki, właśnie pod postacią tej pięknej istoty.

Wtedy przypomniałem sobie opowieści. Wszystko, co widziałem wydawało mi się sennym majakiem albo przywidzeniem wywołanym szokiem i bólem. Przecież ty nie wierzysz w takie rzeczy – podpowiadała mi moja podświadomość. Mimo to, próbując ignorować fałszywe uczucie spokoju, które płynęło do mojego serca, powiedziałem cicho:

            – Odejdź, ja muszę do niej wrócić. Obiecałem, że wrócę.

Zaśmiała się i odwróciła a przestrzeń znów odpłynęła, aby powrócić jako rozległa, złota łąka. Gdy Pani spojrzała na mnie ponownie, zobaczyłem w niej Annę. Taką jak widziałem pierwszy raz i w której się zakochałem.

             – Chodź do mnie, jestem przy tobie. Wstań i chodź, już zawsze będziemy razem. – Usłyszałem.

Oszołomiony i zachwycony widokiem, dałem się zwieść jak ćma, która wie, że ogień ją strawi, a mimo to leci w sam jego środek. Niczym we śnie, ignorując ból, wstałem i ruszyłem robiąc pierwszy krok. Coś mnie zatrzymało nagłym szarpnięciem. Sięgnąłem do tyłu i jednym ruchem usunąłem więź.

Zrobiłem drugi krok…Ogień błysnął jaśniej, ćma spłonęła.

***

Ocknąłem się gdzieś wśród skał. Mój wzrok od razu padł na tobół leżący pod ścianą. Gdy podszedłem bliżej – zamarłem. Na skałach, w dziwacznej, powykręcanej pozycji leżało ciało. Moje ciało! Chciałem krzyknąć, ale nie wydałem z siebie żadnego dźwięku. Zacząłem pędzić przed siebie, spadać, wirować. Byle dalej od tego miejsca. Byle dalej od tej ściany.

 

***

Nie wiem jak długo tułałem się po górach. Nie wiem, kim lub, czym byłem, ale nie dopuszczałem do siebie myśli, że nie należę już do świata żywych.

Nie pamiętam ile razy próbowałem wydostać się z dolin, które znałem przecież jak własną kieszeń. Za każdym razem, gdy wchodziłem na ostatnią przełęcz kończącą pasmo górskie, okazywało się, że jestem z drugiej strony doliny, a miejsce, w którym stoję widnieje na horyzoncie. Zupełnie jakbym chodził po paraboli, której końce się stykają.

Gdy dotarło do mnie, że dołączyłem do grona nieszczęśników uwiedzionych przez Panią Pierwszego Brzasku, wstąpił we mnie straszny gniew i zapragnąłem zemsty. Po jakimś czasie zdałem sobie jednak sobie sprawę, że całe dorosłe życie kochałem Góry i nie chcę, aby ostatnim ludzkim uczuciem, jakie we mnie pozostanie był gniew. Zaszyłem się więc w najodleglejszych, trudno dostępnych zakątkach, aby nie widzieć tłumów odwiedzających góry i zapomnieć o żalu za utraconym światem i miłością.

Mijały miesiące i lata, a ja powoli zatracałem wspomnienia o tym, kim byłem i o świecie, w którym żyłem.

Czasem widywałem ludzi, a czasem takich jak ja. Jedni i drudzy nie zwracali na mnie uwagi. Niekiedy widywałem też Panią, a szarych cieni dookoła przybywało.

 

Pewnego dnia zawędrowałem pod moją ścianę. Sam nie wiem jak tam trafiłem. Wiatr niósł mnie bez celu, a mimo to znalazłem się właśnie tam.

U podnóża skały stała kobieta. U jej stóp – w miejscu, w którym kiedyś porzuciłem swoje ciało, leżała czerwona róża. Nagły przypływ wspomnień i uczuć tak odległych jak księżyc spłynął na mnie mieszaniną radości i żalu. Anna!

Była już starsza. Jej czoło znaczyły zmarszczki a pasemka siwizny prześwitywały między brązowymi lokami. Mimo to, jej piękno upajało jeszcze bardziej niczym aromat starszego wina. Na jej palcu zobaczyłem obrączkę. Ania nie była moją żoną. Wierzyłem w wolny, nieskrępowany związek, a ona nie naciskała. Obrączka oznaczała, że znalazła szczęście po raz drugi. Ucieszyło mnie to.

Po krótkiej chwili, która dla mnie wydawała się wiecznością, Anna odwróciła się i skierowała w stronę szlaku. Poczułem, że muszę się jakoś pożegnać. Tak wiele bym dał, żeby wyjaśnić, co się ze mną stało i przeprosić, że nie wróciłem…

Wtedy przypomniałem sobie dziwne zwierzę, które kiedyś wyprowadziło mnie z opresji. Teraz wiedziałem, że tkwiła w nim ludzka dusza, która nie chciała pozostać szarym widmem.

Poczułem jak czas staje w miejscu. Popatrzyłem w górę. Ogromne, strzeliste turnie, wydawały się pochylać nade mną zatroskane, spękane twarze. Skupiłem całą wolę i poczułem ich ogromną siłę. Niezmordowane czasem, niemal wieczne, nieskończenie mądre.

W tej jednej chwili wyobraziłem sobie, że jestem częścią tego granitowego świata. Tu nic się nie marnuje, nic nie umiera na darmo, a życiowa energia jest w ciągłym ruchu.

Z ocalałych resztek mojej duszy popłynęła nagle błagalna modlitwa:

– Stoję przed wami, Odwieczni Skalni Bracia, jak żebrak proszący o jałmużnę. Przyrzekam, że nie spocznę dopóki Pani Pierwszego Brzasku nie przestanie szargać Wasze dobre imię. Będę uczył ludzi szanować Wasz majestat i ostrzegać, gdy będziecie rozgniewani. Chcę tylko pożegnać świat, który kiedyś był mi równie bliski jak Wasz. Proszę o ten ostatni raz…

Po ostatnim słowie zaginione sekundy wskoczyły na swoje miejsce, a ja stałem się górskim kozłem. Ogromnym, o jasnej, niemal białej sierści. Zszedłem powoli w dół i stanąłem na szlaku. Anna odwróciła się gwałtownie i przez chwilę wydawała się być przerażona. Jednak w jednej, krótkiej chwili nasze spojrzenia się spotkały i ona wiedziała. Umysł nie wierzył w to, co widzi, ale serce sięgnęło poza ciało. Byłem pewny, że pojęła, kim jestem. Z jej twarzy zniknął wyraz przerażenia. Zrobiła kilka kroków do przodu, a gdy stanęła równolegle do mnie, nie odwracając twarzy w moją stronę, zamknęła oczy i wyciągnęła rękę kładąc ją na mojej szyi. Wpiła palce w sierść tak jak niegdyś w moje włosy i położyła drugą rękę na swoim sercu. Spod jej powiek wypłynęło kilka łez. Po chwili ruszyła i nie oglądając się za siebie zaczęła schodzić w dół.

 

***

Po tym niezwykłym pożegnaniu w górach rozszalał się halny. Wiał z siłą, jakiej nie pamiętały nawet najstarsze turnie. Łamał drzewa, odrywał spękane głazy i wydzierał trawę z korzeniami. Zawierucha trwała przez wiele dni i tygodni. Wydawała się być pełna gniewu i bólu.

A potem, tak jak gaśnie gniew, wiatr ucichł. Góry odetchnęły z ulgą, bo wiedziały, że Pani Pierwszego Brzasku odeszła. Przestraszyła się furii, która była w wietrze i przytłoczona bólem wszystkich tych, którym zabrała życie, porzuciła podniebne szlaki i zaszyła się w najgłębszych górskich jaskiniach. Od tego czasu tylko grotołazi mogli usłyszeć jej tęskny płacz za ukochanym, do którego chciała dołączyć.

 

Znów mijały miesiące i lata. Anna wracała w każdą rocznicę, by zostawić pod ścianą czerwoną różę. Nigdy więcej nie spotkała dziwnego zwierzęcia. Z roku na rok słyszała natomiast coraz więcej nowych legend.

Ludzie, którzy cudem wyratowali się z górskich labiryntów, opowiadali o pięknym, białym koźle, który pokazał im drogę powrotną na szlak. Ci, co zostali uwolnieni ze skalnych półek i złowrogich ścian, bajali o białym ptaszku, który towarzyszył im w oczekiwaniu na ratunek a sama jego obecność dodawała im otuchy i nadziei. Taternicy błądzący w szalejących zimowych zamieciach mówili, że w wietrze słyszeli szepty i głosy, które podpowiadały im gdzie mają iść. Gdy opadali z sił czuli się tak jakby ktoś wspierał ich silnym ramieniem. Ludzie lubią bajki…

 

***

Wsłuchajcie się w halny a opowiem Wam, kim jestem. Jestem Górskim Ptakiem, Górskim Kozłem i Górskim Wiatrem. Ilekroć znajdziecie się w górach sami, przerażeni, bezsilni – nie traćcie nadziei.

Pomogę wam.