Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Pierwszy dzień w pracy

Brokka nie miał najmniejszego zamiaru się dziś przemęczać. Statki z portu odpłynęły jakiś czas temu, a te, które pozostały maja już własna załogę. Kapitanowie obsłużeni. Garland też nie szuka nowych cieciów do straży miejskiej, a Vileria z cechu kupieckiego ma komplet tragarzy do obsługi karawan. Jednym słowem nie ma roboty w tym mieście, a co za tym idzie, pergaminów do wypełniania. A jak człowiek nie musi pisać osiem godzin w kółko tego samego, to jest szczęśliwy.
– Dzień dobry Ozben – przywitał strażnika skinieniem głowy. Potężny drab o twarzy najemnego zbira nie odpowiedział. Brokka czasem zastanawiał się czy facet w ogóle potrafi mówić. Skinął tylko głowa i skrzyżował ręce na kletce piersiowej, aż łuski jego zbroi zatrzeszczały.
– Nikogo dziś nie zatrudnię – pomyślał urzędnik przekręcając klucz w zamku drzwi, swojego gabinetu.

– Ktoś mnie dziś zatrudni – pomyślał Astalt uśmiechając się pod nosem. Widok dwóch funkcjonariuszy straży miejskiej pilnujących drzwi ratusza skutecznie zmył uśmiech z jego twarzy. Przyśpieszył kroku. Ukrył głowę w ramionach i posłał im ukradkowe spojrzenia. Niestety pech chciał, że obydwaj wyłapali. Astalt natychmiast się wyprostował i uśmiechnął szeroko.
– Dzień dobry – rzucił, pospiesznie przekraczając próg.
W środku odetchnął z ulgą. Ktoś mu kiedyś powiedział, że czuć od niego złodzieja na kilometr. Nie istotnymi były okoliczności, w których nie powiodło się dyskretne odpięcie sakiewki od pasa pewnej starszej, imponująco zbudowanej, jak na kobietę pani. Na szczęście nic się nie stało, ale kiedy Astalt liczył leżące dokoła niego szczątki drewnianego krzesła, rozbitego na jego głowie, słyszał nad sobą głos zbyt męski jak na kobietę i za mało męski jak na mężczyznę.
– Od takiego, to czuć złodzieja na kilometr! – I mimo iż źródła głosu nie widział, to mógł przysiąc, że to chrapliwe charczenie wydawała jego niedoszła ofiara.
Może nadgorliwa ostrożność wywołana stwierdzeniem w takich okolicznościach była przesadą, ale Astalt wolał dmuchać na zimne. Nie chciał płacić za kolejne krzesło.
Rozejrzał się uważnie. Wysoka kolumnada ciągnąca się przez całą długość korytarza robiła wrażenie. Żałował, że nie jest kamieniarzem. Może dałoby się zręcznie odłupać marmur z podłogi i korzystnie opylić u pasera? Pokiwał głową po chwili namysłu.
– Toż to głupie. – Wyobraził sobie miny strażników na widok pół elfa któremu na schodach ratusza opadają spodnie pod ciężarem wepchniętego w nie, marmurowego kamienia. Aż się wzdrygnął. Postanowił pozostawić głupie myśli za sobą i ruszył wzdłuż holu. Bacznie taksował wzrokiem każdy obraz wiszący na ścianie i każdy posąg stojący pod nią. Liczył w myśli worki monet, jakie mógłby za to dostać.
– Wozu bym do tego potrzebował – powiedział sam do siebie, odsłaniając zęby w szerokim uśmiechu. Bystry wzrok dwójki strażników grających chwile temu w karty uświadomił mu, że pracoholizm może go kiedyś zgubić. Szybkim krokiem podszedł do nich i uśmiechnął się tak wazeliniarsko, jak tylko potrafił.
– Przepraszam, szukam biura pośrednictwa pracy, czy dobrze trafiłem? – wycedził przez niemal zaciśnięte, białe zęby.
– Na górze. Największe drzwi w korytarzu – odpowiedział jeden ze zbrojnych. Tak jak Astalt się spodziewał. Odprowadzali go wzrokiem, dopóki nie zniknął na półpiętrze.
Kiedy drzwi gabinetu otworzyły się Brokka nawet nie uniósł głowy znad porannej gazety. Nie obchodził go raczej widok nieco przerażonego pół elfa w pośpiechu zamykającego drzwi, by jak najszybciej uciąć wzrok podejrzliwego strażnika.
-C oście za jeden? – sapytał urzędnik nim interesant zdążył jeszcze dojść do krzesła.
– Astalt – odrzekł zajmując miejsce po drugiej stronie stołu.
– Co umiecie? – ciągnął Brokka nie siląc się nawet na poszukanie odpowiedniego formularza. Wiedział, że zaraz wywali zawiedzionego łachmaniarza na zbity pysk. Mylił się. Jegomość wyciągnął z kieszeni kartę. Nieco tylko różniąca się od tych, których strażnicy i hazardziści używają do gier. Podsunął ją pod dłonie urzędnika. Najpierw usta Brokki delikatnie rozchyliły się, a powieki podniosły. Gazeta powędrowała na bok. Oczy jeszcze przez jakiś czas wpatrywały się w wizerunek błazna, oraz literę S wymalowane na karcie, po czym wypełniła je ciekawość i powędrowały w kierunku interesanta. Był nietypowy, jak na zawód, który rzekomo wykonywał. Miał na sobie prosty, czerwony kubrak z kilkoma kieszeniami, brązowe płócienne spodnie i sandały spoczywające na bosych stopach. Odwzajemnił spojrzenie, przechylił lekko głowę na bok i uśmiechnął się szeroko. Twarz miał jakby dziecięcą, delikatną. Brokka zaraz przypisał to domieszce elfiej krwi, która osobnik musiał w sobie nosić. Był za chudy jak na człowieka, ale i za wysoki jak na elfa.
– Ani chybi pół elf – pomyślał w zadumie.
Brokka nie był zwykłym urzędnikiem. Zajmował się tym, czym się zajmował, by mieć jak najlepsze pojęcie o tym, kto przybywa do miasta, czego szuka i gdzie może się zahaczyć. To pozwalało mu wykrywać ewentualnych szpiegów, czy awanturników mogących sprawić większe problemy miastu. Miał też swoich zaufanych ludzi. Garlanda i Vilerię, którzy dostarczali mu informacji. A potencjalne zagrożenie trzeba było zgłosić do rządzącym. Oni rozstrzygali co z tym zrobić. Często kończyło się na lochu, ale niektórzy osobnicy byli na tyle niewygodni i kłopotliwi, ze władze oddawały sprawę ponownie w ręce Brokki. A on jako, mistrz gildii Skrytobójców wysyłał kogo trzeba, gdzie trzeba.
– Przeszedłeś inicjację – powiedział ściszonym głosem.
– Na to wygląda – Astalt skinął głową.
– Kim była osoba, którą miałeś zabić?
– Elf o imieniu Eloradan.
– Jak go znalazłeś? – drążył Brokka pamiętając, jak sam kilka lat temu podarował owemu elfowi tą kartę niby to na przechowanie. Oczywiście długouch nie przypuszczał że został skazany na śmierć.
– Nie było to łatwe. Dowiedziałem się, że za czasów swojej świetności był wpływową osobą w mieście. Prowadził bibliotekę i był bardzo zamożny. Niestety jego praworządność sprawiła, że podpadł miejscowej gildii złodziei, czego skutkiem był mały pożar w jego książnicy.
Człowiek słuchał i uśmiechał się coraz szerzej, kiwając głową z uznaniem.
– I w jego willi – ciągnął spokojnie pól elf. – Razem z utraconą w ten sposób pozycją utracił tez przyjaciół i biedaczysko nie miał się gdzie podziać – Ironizował Astalt. – Przez jakiś czas mieszkał na ulicy. Udało mi się nawet dotrzeć do paru bezdomnych, którzy go znali. Niestety po dwu latach tułaczki przepadł jak kamień w wodę.
 -Zapewne nie było ci trudno dowiedzieć się tego. Głośna to była sprawa i żadnego wielkiego wyczynu nie dokonałeś. – Brokka wyciągnął się na krześle i skrzyżował ręce na piersi. Do tej pory wszystko się zgadzało. Przybysz miał kartę, więc faktycznie dotarł do Eloradana. Diabelnie ciekawiło go, co się działo dalej z tym elfem.
– Udało mi się dotrzeć do jego córki w Caerogrodzie, ale twierdziła, że od momentu jak ojciec stracił wszystko, nie ma z nim kontaktu.
– Uwierzyłeś jej?
– A dlaczego miałem nie uwierzyć? Bardzo miła, dystyngowana elfka. Z darem przekonywania. Każdy by jej uwierzył. Dlatego postanowiłem rozejrzeć się nieco po jej domu, jak zamknie oczy. I znalazłem listy od jej ukochanego. Miłosne bzdury młodego dumnego osobnika, który pisze, że ja kocha i tęskni za nią strasznie. Że jeszcze nie mogą być razem, ale jegomość rzekomo rośnie w siłę i niedługo po nią przyjedzie.
– Co to ma do rzeczy? – zainteresował się Brokka.
– A no to – tłumaczył cierpliwie Astat – że owe listy podpisane były literą E.
– To jeszcze niczego nie dowodzi.
– Nie. Ale fakt, że listy trzymane były w sejfie, a jegomość poszukiwany przez miejscową gildię złodziei jako jeden z największych wrogów już coś znaczyło. Niestety nie było żadnej wzmianki, gdzie ów tajemniczy E się znajduje.
– I jak sobie z tym poradziłeś? – dopytywał się Brokka.
Astalt splótł palce pod brodą i oparł łokcie o blat stołu. Posłał człowiekowi badawcze spojrzenie, niezwykle ciekawe jego reakcji na to, co zaraz usłyszy.
– Zaufałem instynktowi. – Brokka zareagował dokładnie tak, jak pół elf przewidział. Zmarszczył brwi, a jego spokojne, zasłuchane oblicze zrobiło się teraz bardziej srogie.
– Jak to?
– Zadałem sobie pytanie, gdzie bym się ukrył, jak bym był zbiegiem i gdzie w mierne spokojnie mógłbym przygotowywać zemstę na swoich wrogach.
Brokka roześmiał się głośno, aczkolwiek śmiech nie był pogardliwy. Był raczej wyrazem sympatii w którym krył się zawoalowany sygnał. Swoiste przepraszam, które miało wynagrodzić Astaltowi niedomyślność swojego rozmówcy.
– Wolne mokradła – oznajmił Brokka.
– Dokładnie. Tam też się udałem i tak jak się spodziewałem, tajemniczy banita-kochanek E z listów był w rzeczywistości elfem Eloradanem, który nie umiał sobie odmówić kontaktu z córką. Dla bezpieczeństwa pisał do niej tak by ten kto go szuka listy wziął za miłosne zaloty dumnego młodzika. Jak się okazało Eloradan nie był wcale głupcem. Miał już pokaźna armię najemników i spore bogactwo. Dorobił się na karawanach. Znalazłem nawet plany oblężenia miasta. Przypuszczam że przyszedłby po mistrza gildii złodziei.
Nastała chwila ciszy.
– Ale nie przyjdzie. – Astalt, niby to od niechcenia, koniuszkiem palca obrócił kartę kilka razy.
Brokka uśmiechnął się. Wstał i zaczął klaskać.
– Wykonałeś kawal dobrej roboty – oznajmił z dumą. – Gildia złodziei wyznaczyła sporą nagrodę za tego długoucha. Udaj się do nich.
– Jestem przyjęty?
Mistrz gildii Skrytobójców wyciągnął dłoń w kierunku nowego członka.
– Jestem niezmiernie rad, że ktoś taki będzie dla mnie pracował.
Astalt spojrzał na dłoń człowieka i uśmiechnął się. Uścisnął, kłując ją lekko włochatym rękawem kubraka.
– Nie masz pojęcia, jak trudno było się tu dostać – zaczął Astalt. – Na szczęście Janosz, człowiek odpowiedzialny za waszą rekrutację powiedział, że nawet jeśli wykonam zadanie, to muszę mieć aprobatę mistrza gildii, zęby się przyłączyć.
Brokka siadł powrotem na krześle. Oparł się o stół. Słabł z każdą chwilą.
– Takie panują u nas zwyczaje – wyjaśnił, po czym zakręciło mu się w głowie, a powieki zrobiły się tak ciężkie, że z trudem utrzymywał je otwarte.

– Jak słyszałeś zwiedziłem dużą część Falathanu, żeby poznać nazwisko mistrza gildii Skrytobójców, panie Brokka Mardigo.
– Pocałunek smoka… – wyszeptał Mardigo opadając z sił. – Jak? Dlaczego?
Astalt spojrzał na zewnętrzną stronę prawej dłoni. Delikatnie i powoli wyciągnął z niej malutką igłę. Dla Brokki było już jasne, że to nie kubrak ukłuł go najbardziej.
– Dlaczego? – Skrytobójca powtórzył pytanie przeszukując szafki stojące pod ścianą. Zdawał sobie sprawę, że Mardigo ma mocny organizm. Pocałunek smoka był tak mocną trucizną, że każda zwyczajna istota by już spała, ale wyglądało na to, że urzędnik jeszcze trochę pociągnie. Na szczęście nie był już w stanie krzyczeć. Astalt podszedł do stołu i otworzył szufladę. Gdzieś w stosach papierów znalazł klucz. Wyminął duszącego się Mardigo i zdjął obraz wiszący na szafie. Klucz idealnie pasował do zamka ukrytego za nim sejfu. Złodziej wyciągnął zeń mały, drewniany sztylet. Nic wartościowego. Bardziej pamiątka rodzinna. Powieki Brokki opadły. Ciemność przebiło jasne światło słońca oblewające leśną polanę. Dokoła drewnianej chatki biegała mała dziewczynka wymachując drewnianym mieczem na lewo i prawo. Kiedy się zmęczyła, postanowiła schować broń pod skórzaną kamizelkę, lecz oręż był za duży. Mardigo do dziś pamiętał jej płacz. Pamiętał też, jak wyszedł z drewutni, kucnął przy niej i podarował jej drewniany sztylet mówiąc:
– Proszę, tego będzie łatwiej ukryć. – Jasnowłosa uśmiechnęła się, pocałowała tatę w policzek i pobiegła dalej przed siebie.
Spowiła ją ciemność.
Teraz słabe światło świecy rozjaśniało jego starsze o kilkanaście lat oblicze. W tym samym biurze i w tym samym mieście. To był dzień, kiedy po raz pierwszy i ostatni nie zwrócił uwagi nią cichy zgrzyt za plecami. Nastoletnia Freya uwiesiła mu się na szyi przykładając drewniany sztylet do skroni.
– Podeszłaś mnie – przyznał Brokka. Dziewczynka położyła sztylet na stole.
– Zatrzymaj go – powiedziała, wyjmując zza pasa stalowe ostrze. Uśmiechnęła się szeroko. – Nie będzie mi już potrzebny. – Urzędnik bez problemu rozpoznał na rękojeści symbol gildii Skrytobójców z Azeloth. Był z niej taki dumny.

Astalt ukrył sztylet pod kubrakiem i skierował się w stronę drzwi.
– Dlaczego? – Raz jeszcze powtórzył pytanie. – Powiedzmy, że Freya Mardigo z Azeloth rekrutuje w podobny sposób do twojego.
Zanim Mardigo skonał na dobre Astalt był już daleko poza budynkiem.