Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Piotr Sarota – Chaos i porządek

Już od wejścia owionął go potężny podmuch muzyki. Riffy kłębiły się niczym płomienie, niczym żywioł, niepowstrzymana ściana energii, uzewnętrznionych uczuć, które zalegały dotąd w najgłębszych zakamarkach duszy. Ostre dźwięki tnące powietrze niczym nóż, zmieniające się raptownie w rozedrgane, chorobliwe pomruki, by za chwilę znów zabrzmieć potęgą równą pędzącej lawinie. Zamknął drzwi i wszedł do salonu.

Weronika miotała się po pokoju, z gitarą w dłoni. W świetle zachodzącego słońca jej skóra lśniła od potu; jej nagie piersi falowały w rytm wygrywanej melodii, a ciało płonęło w zapamiętaniu; ręce wodziły po instrumencie delikatnie, choć pewnie; palce precyzyjnie odnajdywały właściwe progi i struny. Nie musiała patrzeć na gitarę; przyciskając ją do piersi, z zamkniętymi oczami i słuchawkami na uszach, tańczyła swój „wilczy taniec”: drapieżnie, łakomie chwytając każdy dźwięk, puszczając się w pogoń i sycąc muzyką tak jak wilk syci się upolowanym królikiem.

Andrzej uwielbiał  ją oglądać w takich chwilach. Tych nielicznych, osobistych momentach, kiedy Weronika zrzuca z siebie maskę zdystansowanej, zimnej suki, traktującej każdego człowieka jak obcego, a zamienia się w dziki żywioł nieskrępowany konwenansami, regułami społecznego życia, robotycznym rytmem pracy i zawistnymi językami. Wziął do ręki aparat i zaczął robić zdjęcia. Wiedział, że dziewczyna tego nie lubi, ale nie mógł się powstrzymać; nawet na zdjęciu, tej żałosnej namiastce żywego obrazu, samotnej klatce uchwyconej na kliszy, jej twarz, włosy, piersi, ramiona – wszystko było idealnie piękne.

W końcu Weronika przestała grać i dostrzegła Andrzeja, stojącego z aparatem w dłoni; skrzywiła się lekko, rzuciła słuchawki i usiadła na łóżku, nie odkładając jednak gitary.

– Nie masz ciekawszych rzeczy do fotografowania? Nie lubię, gdy robisz mi zdjęcia…

– Mógłbym naszkicować twój portret.

– No tak, o czym ja w ogóle mówię… przecież rozmawiam z geniuszem. Złotym człowiekiem! Facetem, który potrafi wszystko: rysować, malować, fotografować i grać na każdym instrumencie. Czego nie dotknie, zamienia w złoto!

– Weronika…

– Daj mi spokój. Wiesz, jak ci zazdroszczę? Ty potrafisz wszystko. Twoje zdjęcia odnoszą sukcesy na wernisażach, twoje obrazy wiszą w galeriach, a w wierszach zaczytują się setki ludzi! I to wszystko ot tak, samo z siebie, bez żadnych namów, bez przymusu. A ja? Osiem lat uczyłam się gry na skrzypcach tylko po to, żeby matka mogła się pochwalić, jakie to ma zdolne dziecko…

– Przecież grasz na gitarze…

– Grasz? Co to za gra?! Natłok dźwięków, kakafonia, niepoukładana piramida dysonansów i kontrapunktów, zatopiona w zwykłym hałasie, bez ładu i składu. Ty nazywasz to grą?!

Andrzej nie powiedział nic. To prawda, że wszystko zazwyczaj przychodziło mu prosto, bez zbędnego wysiłku. Jednak, w przeciwieństwie do dziewczyny, wcale się z tego nie cieszył. Cóż to za przyjemność, potrafić zrobić coś dobrze już podczas pierwszej próby? Patrzył wielokrotnie, jak Weronika ćwiczy na gitarze; jak uczy się nowych chwytów, jak podejmuje kolejne starania mimo krwawiących palców; jak rzuca instrument w kąt, zdenerwowana i zirytowana swoimi niepowodzeniami; jak skacze ze szczęścia, gdy wreszcie uda jej się zagrać szczególnie wymagający fragment utworu, lub wyszedł jej interesujący riff. Gdy coś przychodzi zbyt łatwo, przestaje cieszyć; mały wysiłek sprawia, że człowiek gnuśnieje, umysł ma przytępiony i nie potrafi właściwie ocenić istoty rzeczy. Traci poczucie piękna.

Zawsze śmiała się, gdy to mówił. Twierdziła, że w głowie mu się poprzewracało. Uśmiechnął się. Zdjął marynarkę i krawat, podwinął rękawy koszuli i poluzował kołnierzyk. Potem sięgnął do dużego kufra i wyjął stamtąd futerał na skrzypce.

– Jeśli uważasz, że twoja gra jest tylko bałaganem dźwięków, zagraj ze mną. – Powiedział, strojąc instrument. – Pokażę ci to, czego sama nie chcesz dostrzec.

 

chaos-i-porzadekrys. Konrad Guliński

I zaczął grać. A wraz z każdym pociągnięciem smyczka mieszkanie napełniało się spokojem. Harmonia melodii, pełnych dostojeństwa i wewnętrznego ładu opatuliła ich, kojąc zmysły miękkimi dźwiekami. Ukazały się przed nimi przepastne, zielone równiny, wielkie miasta o wieżach z kości słoniowej i złotych kopułach, gwarne wsie i wschody słońca w lecie.

Dziewczyna przez dłuższą chwilę wpatrywała się w Andrzeja, nie chcąc grać. W końcu jednak chwyciła gryf i trąciła struny. I w jednej chwili po owych zielonych łąkach przetoczyła się pożoga, lawina dźwięków i żywioł ognia, skumulowany chaos wojennej zawieruchy; zagrzmiały działa i huknęły bomby. Powietrze przeszył krzyk konających i płacz dzieci; wieże waliły się w gruzy, a ciężkie cielska czołgów siały śmierć i zniszczenie Zapanowała diabelska noc, pełna trupiego tańca.

Skrzypce ponownie się odezwały, rozpościerając przed nimi widok na miasto. Budynki pięły się w górę niczym winorośl, harmonijnie wkomponowane w otaczający krajobraz. Ulice, wybrukowane kamieniami, lśniły od porannej rosy, a wózek mleczarza podskakiwał na kocich łbach. Dzieci biegały wąskimi uliczkami, kręcąc się wokół kwiaciarek, przylepiając nosy do szyby cukierni i grając w klasy. Kiedy jednak znów zabrzmiała gitara, miasto zmieniło się nie do poznania; budynki powykręcały się, strasząc wybitymi oknami, skruszonymi cegłami i stalowymi prętami balkonów; w strugach rzęsistego deszczu przemykali nocą mordercy, polujący na sprzedajne dziwki, podczas gdy w zaułkach policja biła do nieprzytomności młodego chłopaka. Starzy dewianci w swych czarnych limuzynach porywali samotne dzieci, a bezpańskie psy wałęsały się po ulicach.

I znów smyczek przejechał po strunach. Znaleźli się na równinie, porośniętej pachnącą trawą. Samotne drzewa szumiały od podmuchów ciepłego wiatru, a wraz z nim do uszu dolatywał odgłos wydawany przez świerszcze brzęczące w trawie. Weronika przeciwstawiła temu zimną pustkę kosmosu, pustkę totalną, z jej wyludnionymi mgławicami, eksplodującymi supernowymi i mechanicznymi satelitami, pozbawionymi wszelkich cech ludzkich.

I tak trwał  ich koncert, w zapamiętaniu, pasji i uporze. Gdy on harmonijnie budował  kolejne stopnie, wznosząc wieżę sięgającą nieba, trwałą  opokę, nieulękłą i masywną, ona uderzała w nią z siłą wichru i ognia. Niczym oszalała, zalewała ją płomieniami zapału i zasypywała gradem gniewu i wściekłości. Chaos skondensowany do kilku dźwięków.

Gdy skończyli, z twarzy Andrzeja ściekał pot, a pierś Weroniki podnosiła się i opadała ciężko, jak po ogromnym wysiłku. Przez chwilę wpatrywali się w siebie, w końcu jednak dziewczyna odłożyła gitarę i podeszła do mężczyzny.

– Teraz już wiesz, o co mi chodziło? – Powiedział, muskając dłońmi jej włosy. – Harmonia i zamieszanie, Chaos i Ład. Jedno zwalcza drugie, ale żyć bez niego nie potrafi. Ład bez niszczącego ognia rozrasta się niczym rak, stając się własną karykaturą; chaos bez odbudowy staje się daremny, bo nie jest w stanie trwać dłużej niż chwila. Nie ma takiej twierdzy, której nie można spalić; nie ma takich zniszczeń, których nie można odbudować. Wszystko opiera się na tej harmonii dysonansów…

– Za dużo czytasz tych filozofów. – Weronika wsunęła dłonie za koszulę Andrzeja i pogładziła jego pierś. – Zaczynasz gadać tak jak oni.

Nie odpowiedział nic, westchnął tylko, gdy paznokcie dziewczyny przesunęły się w dół, zdobiąc jego klatkę piersiową ośmioma krwistymi wstęgami.

– Czyli teraz to ja mam być twoim instrumentem, tak? – Zapytał, czując żar bijący od niej.

– Owszem. I uwierz mi, dopiero teraz przekonasz się, jak wygląda prawdziwy żywioł…

Piotr Sarota

że twoja gra jest tylko bałag