Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Piotr Sarota – Fortunne zrządzenie losu

Los i Fortuna to przebiegłe bestie, możecie mi wierzyć. Teoretycznie z bogami, bożkami i duchami wszelakimi zawsze jest problem, bo nie wiadomo, gdzie takiego pierona szukać, a jak się już znajdzie, to woli się taki zajmować chędożeniem, niźli pomaganiem człowiekowi. Dobrze zresztą, jak się ograniczy do tego; a bo to raz słychać było, jak ten czy inny bóg spopielił lub w kamień zamienił nieszczęśnika, bo w drzemce mu przeszkadzał? Jednak mimo to Los i Fortuna najgorszymi są siłami, które na człowieka uwziąć się mogą. Żyje sobie człek spokojnie, wcina potrawkę z królika, czasem sąsiadowi świnię podłoży, czasem białogłowę wyobraca – nic szczególnego. A tu naraz Los przeciw niemu się sprzysięgnie, wszelkie plagi na łeb mu zwali: zawistnych sąsiadów, poborcę, miejscowego Komendanta Straży czy brzuchatą kochankę. I człek taki marnieje w oczach. O ile go wcześniej oczywiście nie utłuką. A Fortuna? Zmienna przechera! Raz masz wór złota większy niż twój brzuch, a za chwilę topią cię w jakiejś kałuży, boś błysnął bogactwem przy kupnie jabłka. I nie dość, że pieniądze tracisz, to i szyję dajesz. Uwierzcie mi, wiem co mówię. Nazywam się Aldricht Heryah Kalessin i jestem licencjonowanym kupcem miasta Glauberg, w hrabstwie Urlok, cesarstwa Kramarskiego. W chwili obecnej prowadzę parowego łazika, tuż obok mnie siedzi ponętnych kształtów zabójczyni poszukiwana w piętnastu hrabstwach, z tyłu leży nieprzytomny mój wspólnik, ładownię zapełnioną mam kilkunastoma skrzynkami nielegalnego jadeitu, broni i czarnego jedwabiu, a przede mną rośnie w oczach wieża posterunku Straży, pilnującej przeprawy do jednego z państw satelickich cesarstwa. Zapytacie, jak się w to wpakowałem? Otóż – nad wyraz banalnie…

 ***

Jestem prostym kupcem. Mam swoje zasady i swój honor, choć niekoniecznie w takim kształcie, jak niektórzy by chcieli. Nie kantuję ponad potrzebę i zazwyczaj jestem uczciwy wobec swoich kontrahentów (chyba że ktoś jest kompletnym durniem i aż się prosi żeby mu szwindel pod nosem zrobić), a i podatki staram się płacić w terminie. Nie mam wielkich potrzeb – ot, od czasu do czasu zjeść konkretnie, napić się wina, spędzić miło czas w objęciach dziewcząt i dobrze pospać. W drogę nikomu nie wchodzę, rzeczom pozwalam dziać się tak, jak chcą; naszego cesarza szanuję i w granicach rozsądku prawa przestrzegam. Jedyne, co może mi napytać biedy, to moja chciwość. A właściwie to szczególne uczucie towarzyszące transakcji. Złote guldeny, srebrne talary, miedziane yen-wony, złamane złociaki, brzęczące marki, ciężkie sestercje, srebrniki, złoto, platyna, rubiny, diamenty… wszystko jest dobre, by nabyć nowe towary, przemierzyć pół cesarstwa i sprzedać je z potrójnym przebiciem. Potem znów kupić mnóstwo towarów, wyprawić się za morze, przywieźć stamtąd masę skarbów i znów je spieniężyć. Tak… można powiedzieć, że jestem chciwy handlu. Im wyższe kwoty, tym lepiej. Im droższy towar, tym weselej. Im bardziej niebezpieczna transakcja, tym większe zadowolenie z zysków. To nastawienie przysporzyło mi miana „Wiecznego Kupca”, który choćby miał góry złota, zaraz wyda wszystko i ruszy dalej. Trochę mniej chętnie wspominam, że otrzymałem także inne miano: piramidalnego idioty, ale szczerze mówiąc, mało o to dbam. Jeśli ktoś chce sprzedawać tylko po to, żeby sobie podłogę złotymi monetami wyłożyć, proszę bardzo. Ja tego robić nie zamierzam.Inna sprawa, że będąc w mieście Gessel, na wschód od granicy z księstwem Hebronu, Fortuna usadowiła mnie po lewej stronie swego koła i nakryła głowę czarnym całunem. Innymi słowy: byłem niemal bankrutem. Niemal, bo na szczęście ostał mi się mój pojazd – parowy łazik zwany przeze mnie Bazyliszkiem z racji swej brzydoty – i kilkanaście skrzyń pełnych wonnych olejków. Było tam jeszcze niedawno także kilkanaście skrzynek doskonałego bursztynu wartego bez mała trzy wioski, ale niestety! Kupiecki traf: wpadłem na bandę maruderów. Cud, że głowę uratowałem… Ale co się strachu nażarłem, to moje. Postanowiłem tedy wyruszyć do Tymu, stolicy Hebronu, gdzie jak słyszałem, łatwo można było sprzedać wonne olejki i przy okazji dostać mechaniczne golemy, które niektórzy zwali dziwnie „robotami wielozadaniowymi”. Zresztą, zwał jak zwał – ważne, że w cesarstwie traktowano je ostatnio jako modną ciekawostkę i sprowadzenie kilku takich mogło przynieść spory dochód lub chociaż umożliwić wyjście na prostą. I kto wie, czy tak by nie było, gdybym nie spotkał swego starego „przyjaciela” – Galera Brookesa, zwanego także „Szczerbatym”.

Galer był typem człowieka, którego warto znać, ale z którym zdecydowanie nie warto się przyjaźnić, a ufać mu powinno się mniej niż obcemu w oberży. W moim przypadku problem leżał w tym, że to on uważał mnie za przyjaciela, a ja jego – niekoniecznie. Powód był prosty – Brookes zrobiłby dla pieniędzy wszystko. Ba, własną matkę sprzedałby za worek piasku. I to na środku pustyni. Miał tendencję do prowadzenia interesów skrajnie niebezpiecznych – z jednej strony mogłyby zapewnić bajeczne zyski i pozycje równą królom, z drugiej – większość jego współpracowników traciło życie w mniej lub bardziej bolesny sposób. Na dodatek był zwykłym oszustem, sprzedającym szklane paciorki jako perły i barwione kamienie jako rubiny. Potem inkasowanie pieniędzy i ucieczka, z obowiązkowym pozostawieniem wspólnika z tyłu… Z tego też powodu nie byłem zachwycony jego wizytą. Tym bardziej, że jakimś cudem dowiedział się o moim bankructwie i wyprawie do Tymu. I swoim zwyczajem zaproponował spółkę.

– Nie będziesz narzekał Aldricht! – mówił do mnie, sepleniąc i plując na lewo i prawo. – Mam prawie dwadzieścia skrzyń wspaniałego bursztynu ogromnej wartości, a ty – jak obiło mi się o uszy – nie jesteś teraz w najlepszej sytuacji finansowej…

Miał rację, nie byłem. Oczywiście mogłem się uprzeć i nie brać go ze sobą; zgromadzone zapasy olejków pozwoliłyby mi wyjść na prostą bez pomocy tego gada. Z drugiej strony… dwadzieścia skrzyń bursztynu, każda warta średnio dziesięć tysięcy guldenów; ileż golemów można by za to kupić!

No i niestety zgodziłem się.

Na początku wszystko przebiegało w miarę sprawnie, nie licząc kilku burd w gospodach, gdzie musiałem pięściami odganiać się od pijanych wieśniaków, próby wysadzenia w powietrze mojego Bazyliszka, ucieczki przed służbami porządkowymi w pewnym pomniejszym mieście i faktu, że okazany przez Galera bursztyn dziwnie przypominał mi mój własny transport…

Ale prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść.

Mniej więcej w połowie drogi spotkaliśmy dziewoję, każąca nazywać się Fioną, proszącą o podwiezienie jak najbliżej granicy z Hebronem. Przypatrywałem jej się przez chwilę: osóbka drobna, o jasnej cerze, krótkich czarnych włosach i ładnej buzi, z miło ukształtowanym przez Matkę Naturę ciałkiem. Co prawda ubiór jej, dość skromny i raczej odkrywający, niż zakrywający nie napawał zaufaniem, ale – pomimo protestów Szczerbatego – postanowiłem zabrać ją ze sobą, tym bardziej, że i Galer po pewnym czasie przestał na to narzekać. Bardzo mi się to nie spodobało, bo niedługo potem zaczął się jej bacznie przyglądać; jak je, jak śpi, gdy maszeruje lub – o zgrozo – gdy się kąpie. Wyjątkowo mnie to irytowało, tym bardziej że Fiona wydawała się osobą wyjątkowo miłą i uczynną, o bardzo zręcznych palcach i zaskakującej sile, a także niezwykle inteligentną. Rzekłby kto: ideał kobiety! Przeszło mi przez myśl, że Szczerbaty chce ją wykorzystać, ale pewnej nocy wszystko wyjaśniło się w sposób najmniej oczekiwany…

Obudził mnie huk. Słuch mam wyczulony, a sen lekki, więc wyskoczyłem jak z pieca, tylko po to, żeby zobaczyć, jak Brookes bije się – bije! – z naszą pasażerką. W pewnym momencie trzasnął jej na odlew pałką w łeb, ale co dziwne, Fiona wcale nie straciła przytomności, a tylko lekko zamroczona zatoczyła się do tyłu. Wystarczyło to jednak, by Galer wyciągnął zza pasa rewolwer i stał się panem sytuacji. Lekko otumaniony patrzyłem, jak krępuje dziewczynę.

– Mamy szczęście Aldricht! – zaskrzeczał. – To jest Jedwabna Lisica, znana zabójczyni poszukiwana w kilkunastu hrabstwach! Za jej głowę dają siedemdziesiąt tysięcy talarów! Będziemy mieli wspaniały dodatek do bursztynu! Dalej, przynieś wino, musimy to oblać!

Nie rozumiejąc zbytnio, o co chodzi, poszedłem do Bazyliszka po napój i oczy mi wtedy w słup stanęły! Najwidoczniej w czasie rejzy z łazika wypadła skrzynia i to ona wyrwała mnie ze snu. Rzecz jednak w tym, że jej zawartość wysypała się na zewnątrz. I nie były to bursztyny. Znaczy się były. Przynajmniej z wierzchu. Bo głębiej znajdowało się mnóstwo jadeitu. Jadeitu! Czyściutkiego, zieloniutkiego i drogiego jak wszyscy diabli. Sprawdziłem inne skrzynie i omal głowa mi nie odpadła z zadziwienia: to, co miało być bursztynem, okazało się czarnym jedwabiem i sześciostrzałowymi rewolwerami! Dwadzieścia skrzyń wartych kilkanaście wiosek wraz z mieszkańcami… Przez chwilę wpatrywałem się jak urzeczony w te cuda, wyobrażając sobie, na co mógłbym sobie pozwolić, sprzedając to wszystko. Zaraz potem przyszła jednak refleksja: przecież ja nie mam koncesji na handel tymi dobrami! Galer zapewne też nie… Przygryzłem wargę. Za handel bez zezwolenia można było dostać nielichą grzywnę lub trafić do lochu. Jednak za to, co miałem w ładowni mojego Bazyliszka, poszedłbym od razu na szafot, obowiązkowo z bolesnymi zabawami z katem. A Geler? Zapewne wykpiłby się, pokazując list gończy za moją osobą. Cóż, stara kupiecka tradycja, trzymać przy sobie haki na swojego wspólnika, bo nigdy nie wiadomo, kiedy jeden czy drugi handlarz nie będzie musiał za ukradziony kufel piwa własną głową zapłacić…

Szczerbatego znalazłem, jak zabawiał się z Fioną: zakneblował jej usta i ściągnął koszulę, próbując teraz pozbawić ją bielizny, śmiejąc się z prób kopnięcia go. A rechotał przy tym, jakby miał zaraz pęknąć. Chwycił bukłak z winem, które przyniosłem i kilkoma haustami opróżnił go niemal do połowy.

– Za zwycięstwo nad sławną zabójczynią i nasz przyszły, wielki zysk! – krzyknął i zatoczył się.- Cholera, mocne to wino… zaczyna kręcić mi się w głowie…

– To akurat nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że dosypałem tam kriwryszu pospolitego. – odrzekłem. – Będziesz miał nieliche koszmary przez co najmniej dwa tygodnie.

Spojrzał na mnie zdziwiony i próbował się rzucić, ale byłem na to przygotowany: grubym balem trzasnąłem mu w łysy łeb. Chyba nawet trochę za mocno… W każdym razie upadł na ziemię brocząc krwią, ja natomiast podszedłem do Jedwabnej Lisicy, zdjąłem jej knebel i usiadłem naprzeciw, starając się patrzeć w oczy, miast w mały, choć ładny biust..

fortuna500rys. Konrad “Raist” Guliński

– Wybacz, że nie zdejmę ci więzów, ale nie mogę ryzykować, że mnie zaciukasz. – powiedziałem, drapiąc się po brodzie. – Sytuacja wygląda dość niewesoło i są trzy drogi, aby z niej wyjść. Pierwsza: zostawiam tu Galera a ciebie oddaję strażnikom, dzięki czemu otrzymam w nagrodę bezbolesną śmierć za to, co mam w łaziku. Druga: zostawiam was tu, żeby was wilki zjadły a sam daję się pojmać strażnikom i umieram w męczarniach na oczach gawiedzi. W końcu trzecia: obiecasz mi, że nie będziesz próbowała mnie wykiwać, a w zamian za to może uda nam się przejść cało przez granicę i jeszcze dodatkowo nieźle zarobić. Co ty na to?

***

Łazik zatrzymał się i westchnął ciężko. Przed nami stała placówka Straży granicznej. Spojrzałem na Fionę: opatulona w jedwabna opończę, z kapturem nasuniętym na głowę, miała bardzo wystraszony wyraz twarzy. Bardzo dobrze, to rokowało szanse na sukces. Wygramoliłem się z kabiny i stanąłem przed Kapitanem. Młody był, a mina nie pozostawiała wątpliwości, że ten rodzaj służby uważał za uwłaczający jego możliwościom. To się dobrze składało, tacy zazwyczaj nie byli zbyt skrupulatni.

– Stać – powiedział ostro. – Okazać dokumenty, licencję handlową. Co wieziesz? Trzeba sprawdzić ładownię.

Zrobiłem stroskaną minę i odciągnąłem go na stronę, przypatrując się ukradkiem Fionie. Jak grać, to z werwą.

– Bóg mi was zesłał, Kapitanie! Sam już nie wiem, co bym począł, gdybym w końcu nie trafił na kogoś oddanego swoim obowiązkom…

– Co? O co chodzi?

– Niech Kapitan wybaczy… Jestem skromnym kupcem, który chciał się dorobić. Nie mam wielkich potrzeb: zjeść, napić się i kilka miłych chwil z kobietą spędzić. Uczciwy jestem, nikomu nie chcę wadzić. Zakochałem się w tamtej dziewczynie: skromna, miła, w domu dobra gospodyni. Chciałem wreszcie zarobić porządniejszy grosz, żeby się ustatkować nieco, dom założyć…

– Do rzeczy, do rzeczy!

– Bo widzi kapitan, brat jej – tęga przechera, źle mu z oczu patrzyło! Zęby mu kiedyś wybili, jak ludzi kantował! On mnie namówił, żeby do spółki wejść! Mamy bursztyn – mówił – dobrze go sprzedamy! Tak mi mówił! Jam się zgodził, bo ten łazik, to wszystko co mam, a kobiecie dać należy dobry dom! Więc się zgodziłem zawieźć to do Tymu! Bóg mi świadkiem, że teraz wiem, jakim błąd popełnił!

– O co chodzi do cholery?!

– Bo ja odkryłem Kapitanie, że w tych skrzyniach, co tam bursztyn miał być, to wcale bursztynu nie było, a tylko rewolwery!

– Rewolwery?!

– Ano właśnie tak! Rewolwery, w dodatku na całe sześć pocisków! Ja się przeraziłem nie na żarty! W końcu jestem uczciwy człowiek, uczciwy staram się być i w zgodzie z prawami cesarskimi żywot prowadzić! A tu coś takiego! Na dodatek odkryłem jeszcze, że ten brat żony mej, to podobno gdzieś kogoś zabił i córkę burmistrza zgwałcił i go listem gończym szukali!

– No i coście kupcze zrobili?

– Ano w łeb mu dałem! Bo widzisz Kapitanie, jak w końcu ślub żem wziął z tą siostrą jego, to mi w czasie nocy poślubnej chciał gardło poderżnąć! Na szczęście ja się nie dałem, bo sen lekki mam i sobie z nim poradziłem, ale teraz leży u mnie w łaziku i ledwo dycha. A ta żona moja, to się martwi o niego, bo go kocha mocno jak to brata i nic o jego grzechach nie wie. I ja jej powiedziałem, że jak tylko kogo znajdziemy, to jej chorego brata – bo jej powiedziałem, że chory – damy do znachora czy lekarza, bo to wstyd powiedzieć, że brata jej rodzonego do więzienia oddam…

Przez moment zastanawiałem się, czy młody Kapitan nie weźmie przypadkiem i mnie nie oćwiczy na miejscu, za taki słowotok. Plan, jaki wymyśliłem, był ryzykowny, nie ulegało wątpliwości. Na dodatek historia moja niespecjalnie kupy się trzymała, zważywszy, że zawsze mogłem owego “brata” w jakiejś zapadłej dziurze zostawić a ładunek po drodze wywalić do jeziora. Koniec końców jednak opłacało się podjąć ryzyko: Kapitan dokonał jakiś skomplikowanych kalkulacji i w try miga skrzyknął strażniczą brać, która wszystkim się zajęła – Galera dyskretnie zamknęła w celi, skrzynie z rewolwerami zabezpieczyła, pozostawiając nietknięte wonne olejki (i dzięki bogom – gdyby zauważyli jadeit ukryty w środku, miałbym przechlapane) i dała mi – o ironio! – koncesje na prowadzenie nieograniczonego handlu w strefie przygranicznej, życząc jeszcze na obchodne miłej, zaległej nocy poślubnej…

Gdy posterunek zniknął za horyzontem, wreszcie odetchnąłem z ulgą. Zatrzymałem Bazyliszka przy strumieniu i wygodnie rozciągnąłem się na fotelu. Miałem towar wart fortunę, cenną koncesję i osobistą satysfakcję, że udało mi się wykiwać zarówno Straż, jak i starego “przyjaciela”.

– I co teraz? – zapytała Fiona, odsłaniając wreszcie twarz. Byłem z niej dumny: grała jak z nut! Gdyby nie ona, kto wie – może dyndałbym teraz na suchej gałęzi?

– Nie wiem. Masz jakiś pomysł?

– Owszem, mam. – Uśmiechnęła się i wsunęła dłoń do moich spodni. – Moglibyśmy dokończyć naszą “noc poślubną”, którą tak brutalnie nam zepsuto.

Spojrzałem na nią lekko osłupiały, ale… jakoś specjalnie nie oponowałem. W końcu, skoro Fortuna postanowiła się zmienić i mi sprzyjać, czemu miałem rezygnować z jej darów?