Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Potwór z Gortl

Na początek małe przypomnienie – opowiadanie miało być na pojedynek z Valuris na temat “z patelni w ogień”, ale jako że nie zdołała nic napisać, a sekundant miał problemy techniczne, sama opowieść zaginęła, została zapomniana, po miesiącach odnaleziona (choć nie w całości – do sceny w karczmie włącznie) i odnowiona. No dobra… Macie:


*    *    *

Idealnie wyrysowany czerwoną farbą wpisany w runiczne koło pentagram pokrywał sporą część kamiennej posadzki. Tak, lepiej myśleć, że to czerwona farba… Na jego wierzchołkach blade świece płonęły krwistoczerwonym płomieniem w sposób sprawiający, że człowiek zaczyna się zastanawiać, z czego je zrobiono, lecz nie jest pewien, czy chce poznać odpowiedź. W tej chwili stanowiły tu jedyne źródło światła.

Rozejrzyjmy się – niewielki okrągły salon o bardzo wysokich ścianach przy których niemal tłoczyły się zastawione księgami i niezwykłymi szklanymi naczyniami z jeszcze bardziej niezwykłą zawartością stare stoły i regały. Meble były ściśnięte kosztem wspaniałych, wielkich drzwi, niemal bramy pokrytej złotem i srebrem powykręcanymi w niezwykłe, spiralne wzory. W nielicznych wolnych miejscach ze ścian wystawały – w tej chwili zgaszone – pochodnie. Sklepienie kryło się w mroku…
-Azbrath Momonto Portari… – Dziwaczne słowa przerywają ciszę. Wypowiadała je drobna postać w postrzępionej czarnej szacie, czytając ze starej, oprawianej w skórę księgi. Młody mężczyzna – niewiele więcej, niż dwadzieścia lat, złociste loki opadające na kark, idealnie białe i równe zęby i czysta, zadbana twarz. Błękitne oczy pasowały do niej idealnie, ale ukryty w nich płomień obłąkanego szaleństwa już mniej…
-Ezereel Banganda Horfot… – Pentagram zaświecił krwistym blaskiem, podobnie jak oczy okultysty. Księga wyleciała mu z rąk nad środek sali i zaczęła się otaczać kłębami ciemnego dymu…

*    *    *

Varmal był wściekły. Ci zarozumiali staruchowie śmieli go wygnać! Jego!
To były tylko żarty… Skąd mógł wiedzieć, że to zaklęcie naprawdę zadziała? Powiedział tylko do kolegi nowicjusza:
-Abra-kadabra, czary-mary, jego stara to twój stary!

…Akurat, gdy obok przechodził Mistrz Gildii. Nieszczęsna kobieta żyjąca na tym świecie niemal sto lat widziała już w życiu wiele, ale gdy pewnego ranka obudziła się w ciele zupełnie nieznanego jej mężczyzny nie pozbierała się już mimo natychmiastowej interwencji syna i jego podwładnych, gdy tylko się o tym dowiedział.

No dobra, magowie nie śmieli wygnać Varmala. Początkowo Mistrz strasznie się wściekał, ale skończyło się tylko długą i nudną mową o odpowiedzialności związanej z potęgą, panowaniu nad własną mocą, ogromnym potencjałem drzemiącym w młodym czarodzieju, który trzeba jednak odpowiednio ukierunkować… Także o dojrzalszym poczuciu humoru.

Ale dumny młodzieniec poczuł się niezwykle przez nich obrażony, wizja bardziej rygorystycznych ćwiczeń także mu się nie spodobała i postanowił odejść. Nie mogli mu się sprzeciwić. Postanowił też się zemścić, ale o tym z kolei nie mogli wiedzieć…

*    *    *

-Kardimor! – Czarodziej przeszedł z mamrotania do rozkazujących krzyków. Recytował już zaklęcie w pamięci, a może to słowa w jakiś sposób pojawiały się w jego głowie… – Jajridin! – Kłąb dymu zaczął się powiększać, krążyły wokół niego języki ognia, pentagram płonął. – Zarmorax! – W ręku Varmala pojawił się ozdobny nóż. Podwinął rękaw i przyłożył do lewego przegubu. Zawahał się na moment i przeciął błękitne żyły, z których natychmiast polała się obficie szkarłatna krew. – Vut! – Krzyknął. Jego twarz zastygła w wyrazie nieziemskiej ekstazy. W chmurze ciemnego dymu dawały się dostrzec niewielkie błyski różnokolorowych świateł, poza nim krążyły smugi czystej energii magicznej. Nagle z maga wystrzeliła blada, półprzezroczysta dusza. Ciało zwaliło się bezwładnie na ziemię, a duch wleciał w dym…

*    *    *

Xrvingatissomakasatr był bardzo zadowolony ze swojego sprytu.
Był demonem i właśnie miał za sobą swoją „wielką szansę” – oficjalne przywołanie przez Demoniczne Bractwo. Ale został zabity i musiał wrócić do Piekła… Większość demonów na jego miejscu mogłaby się uważać za szczęściarzy, gdyby ponowne przywołanie trafiło się w ciągu najbliższych stu lat, a do tej pory błąkać się po swoim martwym świecie, przypominającym wypaloną pustynię pod krwawym niebem…
Ale ten konkretny przewidział, że tak się stanie. Dlatego podczas pobytu na Ziemi zrobił coś jeszcze…
Stworzył fałszywą „Księgę Demonologii”. Teraz zostawało tylko czekanie, aż znajdzie ją ktoś odpowiedni.
A chwila ta właśnie nadeszła… Wessała go ciemność.

*    *    *

Udało się – pomyślał Varmal – Jestem…
…Gdzie?
Czarodziej widział tylko ciemność… Nie, nie ciemność, po prostu wszystko było tutaj idealnie czarne.
Wszystko z wyjątkiem czerwonego demona. Wysoki na jakieś trzy metry, potężnie umięśniony, pokryty łuskami i rogowymi kolcami, o potężnych szponach i skórzastych skrzydłach. Miał także nieludzką, ale jednak twarz, nie pysk.
Uśmiechającej się pogardliwie.
No, pora nauczyć tego stwora szacunku…
– Raduj się, bestio z piekieł – zaczął młody mag – gdyż to twój szczęśliwy dzień! Dzień, w którym wejdziesz na ten pełen energii świat za marną cenę służenia mi dożywotnio i absolutnie…
-Nie, frajerze. – głos brzmiał nieludzko i przerażająco, był zniekształcony magią, ale pokazywał też, że jego właściciel jest w świetnym nastroju – Raduję się jeszcze bardziej, bo jakiś idiota wierzy we wszystko, co przeczyta. Za to twoim szczęśliwym dniem to nie jest…
– Co?! – Varmal zaczął się domyślać, o co chodzi, ale wciąż nie chciał w to uwierzyć.
Jednak po chwili wreszcie zrozumiał z całą pewnością – zaklęcie przywołało demona, ale nie zniewoliło go – a powinno, jak okłamała go księga. Na dodatek przekazało mu sporą część mocy maga.
W szkole miał u mistrza jak na patelni, ale uciekł prosto w ogień…
Wycofał się szybko do swojego ciała i natychmiast poczuł się słabo – podczas transu zdążył stracić sporo krwi. Wiedział, że w takim stanie nie pokona demona, rzucił się więc po eliksir regenerujący.
Tymczasem w szalejącej nad pentagramem burzy z księgi formowała się i powiększała sylwetka Xrvingatissomakasatra.
Zdołał dorwać fiolkę i nawet ją odkorkować. A potem dorwała go magia…

*    *    *

Ciemna noc… Noce zwykle takie są, jednak ta była jeszcze ciemniejsza – niebo zasnuły ciężkie chmury.
Wśród pól i wrzosowisk wyrastała wieża. W oddali widać też było światła niewielkiego miasta, albo może dużej wioski. Jednak w tej chwili to wieża najbardziej rzucała się w oczy…
Choć wysoka na zaledwie kilkanaście metrów, robiła wrażenie. Choć w nocy wszystko wydaje się ciemne, ta naprawdę zbudowana była z niemal czarnego kamienia. Dwa ozdobne szpikulce na szczycie nadawały jej smukły wygląd. Był też balkon przy samym sklepieniu i kilka małych okien, przez które sączyło się nieco ognistego blasku.
Nagle światło zaczęło stawać się jaśniejsze. Po kilku sekundach zabrzmiał także huk i krzyk, przeistaczający się w niemal nieludzki wrzask.
Zakończył się po kilkunastu rozciągających się w wieczność sekundach odgłosem, który można zapisać jako „PLASK!”.
Bardzo mokrym i niezwykle nieprzyjemnym.
Światło w oknach zgasło.
Po kolejnych kilkunastu sekundach z balkonu wyskoczyła skrzydlata postać i poleciała w noc.

*    *    *

Wśród rozległych równin Marchii Wschodniej leżała wioska Gortl – zlepek kilkudziesięciu chat.i gospodarstw. Ziemie dookoła były bardzo urodzajne, ludzie żyli skromnie, lecz dostatnio i byli w miarę szczęśliwi. Bieda, wszelkie zagrożenia i sprawy wielkiego świata omijały to miejsce.
Do czasu…
Wszystko zaczęło się, gdy przybył ten czarodziej i w trzy dni zbudował swoją wieżę. Prości ludzie się ucieszyli, bo władający magią dawali poczucie bezpieczeństwa, zwykle znali też kilka sztuczek, by…
Lecz ten mag był zdecydowanie aspołecznym typem, a nie minął nawet tydzień, kiedy zaczęło się robić jeszcze gorzej – cała ta sprawa ze światłami i krzykami… Tej samej nocy zniknęła jedna krowa.
Od tamtej pory nie widziano czarodzieja, za to pojawily się pogłoski o potworze mieszkającym w wieży. Nikt nigdy nie odważył się tego sprawdzić.
Ziemia przestała rodzić, a przecież do żniw powinny zostać jeszcze dwa miesiące. Zwierzęta były osłabione i zaczęły chorować, niewiele później zaczęło się to także z ludźmi. Co dwa-trzy dni demon zakradał się do wioski i porywał krowę, kozę, świnię lub owcę.
A po miesiącu porwał Annę, siedemnastoletnią córkę drwala.

*    *    *

Niski, tęgi mężczyzna o długich, brązowych włosach i zaniedbanej brodzie siedział nad czwartym piwem. W karczmie „Pod Cieknącym Wiadrem” było tego wieczoru wielu ponurych ludzi – niemal wszyscy mężczyźni z wioski, a nawet kilka kobiet i dzieci.
Diroh był wściekły. Jako wioskowemu szamanowi to jemu przypadał obowiązek wysłuchiwania próśb i skarg na obecną sytuację. Zioła nie chciały działać, poza tym coraz trudniej było je znaleźć, a obca moc tłumiła jego skromną magię. Wiedział, że zagnieździł się tu demon, wiedział też, że dopóki tu będzie, dopóty będzie kradł energię wszelkim istotom.
Ale wiedział też, że nic nie mogą mu zrobić. A strażnicy z pobliskiego miasta nie chcieli wierzyć w opowieści o potworze, zadufani w sobie magowie nie raczyli nawet sprawdzić, prawdopodobnie w obawie, że może to być prawdą.
A teraz demon zaczął zabijać ludzi.
Szaman wpatrywał się w resztki piwa, a w jego głowie rodziły się szalone pomysły.
Wreszcie podjął decyzję. Wstał i przemówił:
– Mam coś do powiedzenia. – Poczekał, aż wszystkie twarze zwrócą się w jego stronę. Fakt, ostatnio coś mu nie wychodziło, lecz wciąż cieszył się wielkim szacunkiem. Następnie wlazł na stół i kontynuował – Wszyscy widzicie, że ostatnio źle się dzieje. I wszyscy wiecie, dlaczego – zalągł się tu stwór straszliwy, żywiący się wszelkim życiem. A teraz zaczął nas mordować. I powiadam wam, nie będziemy tu tak sterczeć jak owce czekające na wilka!
– Tak, jasne… – powiedział ktoś – Za dużo wypiłeś. To diabeł! Wielki, przerażajhący i włada magią! Wybije nas wszystkich! To jak włażenie z deszczu pod rynnę…
-Raczej z patelni w ogień… – mruknął ktoś w kącie.
-Tak! – entuzjastycznie krzyknął szaman – Co mówiłeś?! Z patelni w ogień? Właśnie! Widzicie, jeśli nic nie będziemy robić, wyschniemy tu wszyscy jak te chomiki na patelni…
– Ale śmieszny pan! – zaśmiał się pięcioletni chłopiec – Chomik…
– Ciiiicho – uciszył go ojciec. Słuchał, wpatrując się z zachwytem.
– Tak… – Diroh sam nie wiedział, czemu użył akurat takiego porównania, ale szybko odzyskał pewność siebie – Właśnie, powoli wyschniemy i nic na to nie poradzimy.
Ale jeśli postawimy się, skoczymy w ogień, będziemy go mogli ugasić. Możemy zginąć szybciej, ale możemy też zwyciężyć!
Ludzie zastanawiali się chwilę patrząc na szamana. Jego plan miał pewne wady, ale w końcu alkohol zwyciężył. Kilku zaczęło klaskać, lecz ten dźwięk szybko zginął w burzy wiwatów, gwizdów i gniewnych okrzyków.
– Moja córeczka! Ten drań zabił moją córeczkę!
– Najlepsza dupa, jaką miałem! – Krzyknął ktoś. Na szczęście jego głos nie dał się rozpoznać ani namierzyć w tłumie.
– Bierzcie, co potrzebne – mówił dalej szaman – i zbierzcie się na placu! Skopiemy mu ten jego magiczny tyłek!
– Jak to? Teraz?
– No a kiedy?
Mimo słabych protestów niektórych jego członków, tłum wypadł z karczmy jak burza. Barman, potężny, łysy mężczyzna powoli sięgnął pod ladę, wydobył stamtąd gruby kij zakończony kawałkiem metalu i wyszedł, skrupulatnie zamykając za sobą drzwi. Ta mowa tak go porwała, że prawie zapomniał, kto nie zdążył zapłacić.
Prawie.

*    *    *

Xrvingatissomakasatr był naprawdę w świetnym humorze. To było takie proste… Prości wiejscy ludkowie są jak bydło… Tylko mniejsi, brudniejsi, bardziej cuchnący, bardziej potulni i obdarzeni większą ilością magii.
Jeśli dobrze pójdzie, to powoli wyrżnie kilka wiosek i wzmacniając się mocą zabitych, będzie posuwał się coraz dalej, aż wreszcie nikt nie zdoła go powstrzymać…
Człowiek – to brzmi dumnie. – zdążył pomyśleć z rozbawieniem i pogardą, nim jego uszu dobiegły okrzyki. Wyjrzał przez balkon.
O, proszę… Już chcą się zabawić? Kim ja jestem, by im odmawiać? Tylko przyszłym władcą ich świata…
Zszedł na dół i czekał przed drzwiami…
…Które nagle wleciały do środka, powalając go na posadzkę. Do środka zaczął się wdzierać gniewny tłum uzbrojony w kosy, widły, siekiery, noże, a także motyki i grabie. Demon wstał momentalnie i stworzył w wejściu ścianę ognia. Ku jego zaskoczeniu natychmiast znikła z dźwiękiem rozbitego szkła.
Dziwne… Powinni już uciekać.
Rzucili się na niego do wtóru chaotycznych wrzasków.
– NĘDZNI ŚMIERTELNICY… –  zdążył krzyknąć, odganiając się szponami, zanim go obłapili, dźgając, tnąc i uderzając wściekle. Gorączkowo starał się przenieść na piętro, lecz w tym momencie rozbito mu o głowę kolejną fiolkę. Płyn zaczął się wżerać, a Xrvingatissomakasatr zdążył dostrzec w ręku jakiegoś starego grubasa srebrny sztylet i odłamek drewna z…
Nie…
Demon nie zdążył nawet pomyśleć jakiegoś porządnego przekleństwa, zanim zniknął.

*   *   *

– CO?! – wrzasnął bojowym tonem drwal, po czym nieco oprzytomniał – Co…? Gdzie on jest? GDZIE SIĘ PODZIAŁ TEN…?!
Wszyscy machali bronią w powietrzu. Niektórzy się poprzewracali.
– Spokojnie. – Diroh rozglądał się nerwowo, lecz wiedział już z całą pewnością – To koniec.
Ohyda uciekła do Piekieł, tam, gdzie jej miejsce. Aczkolwiek sam był zaskoczony, że poszło tak łatwo…
– Już? – zapytał ktoś.
– Cóż… Tak.

*   *   *

I wszystko wróciło do normy. Najodważniejsi mieszkancy wioski pod nadzorem Diroha przetrząsnęli wieżę. Zakazane księgi i wywary sprzedali magom z miasta, co zapewniło im utrzymanie na zimę, a po niej ziemia znów zaczęła rodzić jak dawniej. Dostatek i spokój wróciły do Gortlu.
Nie znaleziono ciała Varmala. Nie znaleziono nawet pustej szaty.

*   *   *

Xrvingatissomakasatr był znów w punkcie wyjścia. Był w Piekle i patrząc ze złością na chichoczącego chochlika marzył, by go spopielić. Wiedział jednak, że musi oszczędzać energię.
Zwykli wieśniacy… Kto by pomyślał… Cóż, następnym razem będę lepiej przygotowany…
Uśmiechnął się lekko pod nosem.

Cóż, lepiej myśleć o tym jako o nosie…