Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Powrót z dalekiej podróży

Był październikowy ranek, kiedy wciśnięta w płaszcz, szłam przeklinając pogodowe warunki. Mimo, że minęła już szósta, wciąż było ciemno jak w nocy. Zaorane pola i zeschłe łąki zalewała gęsta jak mleko mgła. Świat spał a przede mną było dziesięć cholernych kilometrów by dojść do domu. Szłam zatem, z plecakiem przylegającym do ciała, tak by dodatkowo je ogrzewał, mając nadzieję na czekającą mnie w domu gorącą kąpiel, jaśminową herbatę i rozpalony w piecu ogień.
Po siódmym kilometrze serce zatrzymało mnie w drodze. Lekarz kazał się oszczędzać, wzmogło się kołatanie serca. Zdradzona przez własny organizm rozsiadłam się na zaszronionej trawie pobocza, mając w zamiarze odpocząć przez kilka chwil i dojrzeć wśród łąk ślad dymu z komina mojego domu.

Siedziałam na wzgórzu, rozjaśniało się niebo, mgła zeszła w dolinę, którą zamykało osieckie wzgórze – miejsce mojego zamieszkania. Po kilku minutach mój oddech się wyrównał, serce przestało bić szaleńczo, byłam gotowa iść dalej. Plecak ciążył coraz bardziej, odczepiłam więc od niego śpiwór i karimatę, która zaczęła majtać się u jego spodu. Niosąc je w ręku weszłam w mglistą zupę, coraz mniej pewna czy aby jednak nie zadzwonić do ojca i nie poprosić o podwiezienie. „Niech śpi Staruszek!” pomyślałam i zostawiłam ten pomysł w spokoju.
Znacie to uczucie gdy robi się coś długo, jest to praca monotonna i jest się już zmęczonym..? Mózg się wyłącza. Nogi same prowadziły mnie do domu. Wszelka myśl opuściła moją głowę, został tylko cel drogi. Wątpię by dodatkowy opis październikowych mgieł był komukolwiek potrzebny, jednak czuję się w powinności dodać, ze stojąc wśród nich nie widzi się dalej, niż na wyciągniecie ręki. Nic więc dziwnego, że tę dziewczynkę zobaczyłam dopiero wtedy, gdy o mało na nią nie wpadłam. Poczułam przed sobą barierę jej ciała, zobaczyłam kręcone blond włosy i już chciałam przeprosić za to wejście na nią z impetem, lecz ona znikła. Rozpłynęła się wśród mgieł.
Nie dłużej niż minutę stałam w miejscu poszukując jej wzrokiem. Nie zdziwicie się chyba jeśli powiem, ze jako twardo stąpająca po ziemi przyszła studentka geodezji, zwaliłam zaistniałą sytuację na karb złudzeń i porannej półświadomości. Nie powiem jednak aby to zdarzenie nie postawiło mnie na nogi. Z oczyma dookoła głowy weszłam na wzgórze i dojrzałam zieloną tabliczkę z nazwą miejscowości. Jestem w domu! – krzyczało moje stęsknione serce.
Szybkim krokiem weszłam do mojej wioski. Złośliwa dziś wobec mnie mgła uchodziła zakamarkami wśród płotów i progów mieszkań. Zza domu sołtysa wschodziło słońce. I w tym właśnie momencie zobaczyłam ją po raz wtóry. Siedziała na dachu, w białej sukience z koronki. Promienie słońca wplatały się w jej włosy. Była tam, w każdym tego słowa znaczeniu, siedziała tam, promienna, uśmiechnięta, z nóżkami w białych trzewiczkach opartymi o dachówki. Patrzyła wprost na mnie, widziałam to z odległości jakichś dziesięciu dzielących mnie od niej metrów. Zdawała się chcieć coś powiedzieć ale tak… jakby tego zrobić nie mogła, jak gdyby coś ją blokowało. Poczułam ciepło rozpływające się w moim ciele, dziecięcą radość, jakby pączek kwiatu utknął wśród moich trzewi i wydostał się w tej właśnie chwili, rozkwitając, śląc miłą sercu woń do każdego zakamarka ciała.
Uśmiech nie zniknął z twarzy dziewczynki gdy puściła się gontu i ześliznęła się po dachu lekko jak po dziecięcej zjeżdżalni. Nie poczułam strachu ani chęci złapania jej, ratowania, szukania jej ciała wśród zeschłych kwiatów ogrodu. Złote loczki spłynęły delikatnie po rynnie, mała podniosła rączki w górę i w moich uszach rozległ się jej śmiech, wdzięczny, radosny, niewinny. Sukienka podniosła się jak parasol hamując pęd powietrza i dziewczynka znikła. Znikła. Znikła. Tej informacji mój rozum nie mógł przyswoić, zanotował tylko tę, że nic się jej nie stało, że nie spadła, że została gdzieś w powietrzu, że jest, że cała, że zdrowa, że wciąż słyszę jej śmiech.
Nie. Teraz śmiałam się ja. Radośnie, niewinnie, jak kiedyś, gdy chodziłam po dachach w białych trzewikach i koronkowej sukience.
„Wróciłam do domu!” – krzyczało me serce.
Poruszyłam się dopiero w chwili gdy słońce wyszło zza sołtysowego domu i, oślepiając, zalało moją twarz. Wróciłam do Domu z dalekiej podróży.