Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Przypadek Iwana Piotrowicza

Ostatnie, co zobaczył Iwan, nim zmarł, to dwa, rosnące w błyskawicznym tempie reflektory Subaru Forestera, osiągającego prędkość niedozwoloną w terenie zabudowanym.
Szczerze mówiąc, nie zdążył nawet poczuć uderzenia.
Zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, znalazł się w tunelu, na którego końcu majaczyło białe światło. Nastąpił pewien deficyt w obecności zmarłych wcześniej członków rodziny, ale Iwan był generalnie usatysfakcjonowany. Ruszył przed siebie.
Ku jego zdziwieniu, światło nagle przybrało kształt prostokąta, a potem okazało się, że dochodzi zza drewnianej futryny. Iwan zajrzał do środka.
– Jakiego wyznania? – zapytała natychmiast surowo wyglądająca urzędniczka, siedząca za potężnym, hebanowym biurkiem po lewej stronie pomieszczenia. Iwan otworzył usta.
– Wyznania…?
– Chrześcijanin, muzułmanin, ateista? – Urzędniczka zmarszczyła brwi. – Człowieku, tu się pracuje!
– Chrześcijanin…
– Drugie drzwi na lewo – przerwała mu kobieta. – Pan się pospieszy! Następny?

Iwan odwrócił się. Za jego plecami pojawił się nieco zdezorientowany człowiek w burnusie.
– Przepraszam, miały być dziewice… – Zaczął, po czym jego wzrok padł na surową urzędniczkę i mężczyzna pobladł. – Ja tego… eee…
Iwan pospiesznie ruszył do drugich drzwi na lewo, schodząc kobiecie z linii rażenia. Zadarł głowę, próbując odcyfrować napis nad wysoką framugą. “Limbo”. Pchnął drzwi.
Na chwilę oślepił go blask i ogłuszył panujący w pomieszczeniu hałas. Ktoś chwycił go za rękę i wciągnął do środka, w wirujące tumany kurzu. Iwan zamrugał. Przez kakofonię dźwięków przedarł się głos kogoś, kto trzymał go za ramię i nie pozwalał mu upaść.
– Witaj w Limbo, brachu! – Wrzasnął mu prosto do ucha chudy, czerwony jak ochra młodzieniec. W uśmiechu wyszczerzył stożkowate zęby. Iwan z niejakim przerażeniem dostrzegł rogi, wynurzające się z kręconych, czarnych włosów i wesoło poruszający się ogon. – Coś tak zbladł, diabła zobaczyłeś?
Iwan otworzył usta, by coś powiedzieć, ale jego towarzysz klepnął go porozumiewawczo po plecach.
– Wyluzuj, wszyscy tak reagują! Chodź, oprowadzę cię.

Oślepiające światło jakoś osłabło i Iwan znalazł się w czymś, co przypominało ogromną i poważnie zrujnowaną gotycką katedrę. W słupach światła, wpadającego do wnętrza przez dziury w sklepieniu, wirował kurz, wzniecany przez setki stóp. Wokół tłoczyły się czerwone, półnagie postaci diabłów, odziane na biało, uskrzydlone anioły i spora ilość lekko przezroczystych ludzi, ubranych w szare koszule i spodnie. Spora grupa skupiała się wokół naprędce ustawionego ringu, na którym postawny anioł boksował właśnie srodze posiniaczonego diabła. Widownia hałaśliwie dopingowała obydwu.
– C-co oni…? – zaczął Iwan niepewnie. Jego towarzysz rzucił okiem na ring.
– A, widzę, że skrzydlaty wygrywa. Dusza idzie do nieba – powiedział, uśmiechając się szeroko. Iwan wybałuszył na niego oczy. – No, czemu się dziwisz? Wrestling to chyba nasz najszybszy sposób na rozstrzyganie, gdzie kogo posłać. Patrz tam.
Diabeł palcem wskazał kamienny stolik nieco w głębi sali. Pochylone nad nim sylwetki otaczał wianuszek widzów. Siedzący po lewej diabeł wyciągnął dłoń nad blat, co natychmiast wywołało żywiołowy okrzyk skrzydlatego.
– Oszukuje! Poruszył!
Zgromadzony wokół krąg zaszemrał, przez chwilę trwała w nim ożywiona dyskusja. W końcu jeden z uczestników powiedział:
– Zatwierdzam. Poruszył.
Diabeł pokazał mu język. Siedząca pod stołem dusza młodej dziewczyny załkała bezradnie.
– Grają w bierki – uprzedził pytanie towarzysz Iwana. – Już drugie stulecie. Mała nie ma szczęścia.
– Ale… o co oni tak w ogóle grają? – Iwan prawie jęknął. Właściwie zaczynał się już domyślać.
– O jej duszę, brachu! Kto wygra, to ją zabiera.
– Ale jak to? A co z jej dobrymi uczynkami, grzechami i w ogóle? Przecież miał być sąd!
– Oj no, wyluzuj. Usiądź sobie. – Diabeł wskazał mu palcem drewniane krzesło. W pobliżu drużyna anioły versus diabły grała w koszykówkę. Kilka dusz kibicowało zawzięcie. – Słuchaj, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zaraz pójdziemy do sędziego…
– Więc jednak jest sędzia! – Iwan chciał się zerwać z krzesła, ale jego towarzysz przytrzymał go za ramię.
– Ano jest. Przydzieli nas do jakiegoś pojedynku i będzie cacy. I nie bój nic, ja zawsze wygrywam.
Diabeł wyszczerzył się znowu. Nagle nad jego głową przeleciał jakiś anioł i wyrżnął w ścianę nieopodal. Bezwładnie zsunął się na kamienną posadzkę.
– Wygrałem! – Wrzasnął z drugiego końca sali jego przeciwnik. Anioł pozbierał się do kupy, nastawiając ruchem barku wywichnięte skrzydło.
– Ty bubku! Ukarzę cię w imieniu księżyca! – Wydarł się nagle i runął w kierunku oponenta, wymachując szaleńczo różdżką, zwieńczoną gustownym, brokatowym serduszkiem. Iwan wytrzeszczył oczy.
– No, to są zawody w stylu anime – wyjaśnił beztrosko jego przewodnik. – Chodź, brachu. Do sędziego.
– Ale ja zawsze byłem dobry – wymamrotał Iwan słabo. – Może nie modliłem się za często, ale nigdy nikogo nie zabiłem, ani nic… żeby od razu piekło?
– Nie bój nic – uspokoił go diabeł. – Zobaczysz, że ci się spodoba. Widzisz, ten cały interes z dobrymi uczynkami i sądem boskim to lipa. Żebyś ty wiedział, jakie były wpadki, jak jeszcze działała biurokracja! Widzisz, ani anioły, ani diabły nie znają się na papierkowej robocie. Te całe ważenie grzechów… to był dopiero przekręt! Teraz jest przynajmniej sprawiedliwie.
Iwan otworzył usta, żeby wyrazić swoją opinię na temat sprawiedliwości, ale nie zdążył. Diabeł wypchnął go przed niskiego staruszka, który siedział na stosie ksiąg i czyścił okulary końcem brody.
– Nowy, święty Pietrze! – wrzasnął jakiś anioł, prosto do ucha małego człowieczka. Święty Piotr uniósł na Iwana słabowidzące oczka.
– Eee?
– Przydzielić trzeba, święty Pietrze!
– Aaa! – Staruszek wsunął okulary na nos i wyciągnął ze stosu jedną z książek. Ku zdumieniu Iwana, stos się nie rozleciał. – Nazwisko?
– Iwan Piotrowicz, proszę pana…
– Pojedynek, święty Pietrze! – wrzasnął anioł dobitnie.
– Aaa! Co tam było ostatnio?
– Szachy, święty Pietrze!
– O, i jak?
– Aniołowi pomagał Kasparow, święty Pietrze!
– Miodzio. Ty, młody, do rymowanki.
– Co? – Iwan urwał, pociągnięty za ramię przez diabła, który mamrotał coś niecenzuralnego pod nosem.
– Chodź, brachu, to drugi koniec sali.
Próby wyszarpnięcia się z żelaznego uścisku czerwonych dłoni spełzły na niczym. Diabeł zawlókł miotającego się Iwana do stojących w kółku kilku dusz. Nieco nad nimi, od czasu do czasu machając skrzydłami, unosił się pulchny anioł.
– Mamy komplet? – zapytał wysokim głosem. Towarzysz Iwana skinął głową.
– Szczęśliwa siódemka. Jeden idzie ze mną.
– No i pięknie! Zaczynamy, kochani…
– Ale zaraz, przecież… – stojąca po sąsiedzku dusza szturchnęła Iwana pod żebra.
– Cicho bądź, to szybciej skończą – syknął mu do ucha starszy mężczyzna. Wyglądał na siedemdziesiątkę i miał okazałe bokobrody. – Mam nadzieję, że padnie na mnie, siedzę tu od wojny secesyjnej! Może ty mi w końcu powiesz, kto wygrał? Zabili mnie jeszcze przed zakończeniem…
– Zaczynam! – ogłosił anioł i uniósł rękę. – Zaczynam od pięknej pani… – Wskazał palcem czarnowłosą kobietę i zaczął wyliczać:
– Entliczek, pentliczek, ja tu strzegę duszyczek!

Tu bierki, tam wrestling i turniej kantyczek.
Uważaj, duszyczko, w kosza grają ładnie,
Na kogo wypadnie, ten do piekła wpadnie!

Palec anioła zatrzymał się w powietrzu przed nosem Iwana. Diabeł zachichotał.
– Mówiłem, że zawsze wygrywam? Dawaj, brachu.
– Ale ja nie… – Iwan przerwał, po raz pierwszy tego szalonego dnia z własnej woli. Nagle zakręciło mu się w głowie. Obraz przed jego oczami zafalował, oddalając się od niego w błyskawicznym tempie. Zdążył jeszcze dosłyszeć wysoki głos pulchnego anioła, wrzeszczącego: “On oszukuje! Pobite gary!”, po czym wszystko nagle umilkło. Otoczyła go ciemność.
A potem znowu oślepiło go światło. Iwan jęknął.
– O, proszę, pacjent żyje. – W polu jego widzenia pojawiła się pociągła, niedogolona twarz mężczyzny, który przyglądał mu się z zainteresowaniem.
– Kto…
– Jestem pańskim lekarzem. Leczymy pana na tocznia.
– Ja chyba miałem wypadek…
– Pan skończył szkołę medyczną, czy ja? To niech pan bzdur nie gada.
– Ja umarłem – stwierdził nagle Iwan z pełnym przekonaniem. – Umarłem i miałem trafić do piekła!
– Hm, nowy objaw. Pan ma halucynacje. Może to jednak nie jest toczeń.
– Słucham?
Lekarz stuknął końcem laski o jego łóżka.
– Witamy z powrotem, panie Piotrowicz.