Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Psy Gończe

Wielka kamienna świątynia wyglądała przerażająco. Odgłos butów stukających o posadzkę odbijał się od ścian i już po kilku krokach Mo miał wrażenie, jakby towarzyszyła mu armia idących obok niego duchów. Powitał młodego kapłana zniżając ku niemu głowę, a ten poprowadził go do miejsca, w którym miało się odbyć błogosławieństwo.

Kiedy zatrzymali się przed posągiem bogini Tayle nastąpiła przytłaczająca cisza. Mo nie był do końca pewien, co powinien robić. Dziś miał stać się z chłopca mężczyzną, towarzyszyć ojcu w pracy jako dorosły, dostać część jego ziemi, którą matka uczyła kochać. Do tej pory jako dziecko nie miał wiele.

Teraz miał dostać przyszłość.

– Nadchodzi Ress, Złota Córka Tayle – powiedział starszy kapłan, a wszyscy obecni w świątyni padli na kolana i dotknęli czołami podłogi.

 

Mo posłusznie powtórzył ich gesty i nieśmiało podniósł głowę. Po raz pierwszy miał zobaczyć Ress, jasnowidzącą dziewczynkę pochodzącą od samej bogini, jak mówili mu starsi. Przyjrzał jej się z bliska – miało około ośmiu lat, a ubrana była w suknię jakby uszytą dla bogatej, starszej kobiety, włosy spięte w ciasny kok i pomalowane oczy. Chłopak mimowolnie pomyślał, że tak mała dziewczynka wygląda śmiesznie udając dorosłą kobietę.

Zawstydzony spuścił wzrok w dół, bojąc się, że jasnowidząca usłyszy jego myśli. Dziewczynka uśmiechnęła się do zgromadzonych, widząc szacunek, z jakim ją witają. Wszyscy ludzie, których Mo znał mieli ciemne oczy i włosy. Tylko córki Tayle miały włosy koloru pszenicy i oczy jak niebo. Rodzina, w których rodziła się taka dziewczynka była uznawana za uświęconą przez samą boginię a dziecko oddawano do świątyni, gdzie uczyło się odczytywania widzianych przez siebie wizji.

Czterech kapłanów postawiło lektykę Ress na ziemi. Chłopak, którego Mo widział kilkakrotnie w sąsiedniej wiosce, podszedł do niej bliżej.

– Widzę twoją przyszłość – powiedziała Ress.

Miała zwykły, dziecięcy głos. Mo spodziewał się czegoś innego. Według niego przyszłość nie powinna być wygłaszana przez sepleniące jeszcze dziecko.

Nim nadeszła jego kolej usłyszał o przyszłości kilku chłopców. Większość była przewidywalna nawet dla niego. Ci z wiosek zwykle dziedziczyli pola swoich ojców, a Mo podejrzewał że chłopcy, których Ress widziała służących bogini, zostawali kapłanami głównie z powodu tej przepowiedni.

Mo szczerze pragnął, aby i jemu przepowiedziała służbę w świątyni. Rodzice byliby dumni z syna – kapłana. Była to dla niego lepsza przyszłość, niż ciężka praca na skrawku ziemi.

– Canes Veriaticu. Niebezpieczne gwiazdy ci sprzyjają – powiedziała.

Nie zrozumiał jej słów, ale nie miałby odwagi dopytać się o szczegóły. Cierpliwie czekał na rozwinięcie.

– Nie opiekują się tobą zwykłe znaki zodiaku. Jesteś jednym z Psów Gończych. Widzę, jak walczysz…

Ress zamknęła oczy i zmarszczyła czoło. Przez chwilę na jej twarzy pojawiło się zdumienie, które po chwili ustąpiło przerażeniu. Spojrzała na otaczających ją kapłanów i krzyknęła głośno, przestając już zwracać się osobiście do Mo.

– On jest zły! Widzę, że on jest tym złym!

Nagle w świątyni stało się jeszcze ciszej, niż wcześniej, choć Mo nie pomyślałby, że to możliwe. Czuł na sobie palący wzrok tłumu. Na policzki wypłynął mu wielki rumieniec i Mo zapragnął uciec do domu.

Co powie rodzinie?

– On jest zły… – powtórzyła dziewczynka, patrząc prosto na Mo.

Spojrzał głęboko w niebieskie oczy, tak różne od wszystkich mu znanych. Nie potrafił pojąć, jak można zobaczyć nimi przyszłość, ale pokornie przybył do świątyni by wysłuchać przepowiedni.

Jego własne obserwacje mówiły mu, że zło i dobro to pojęcia względne. Nie rozumiał jak to możliwe, że tak małe dziecko potrafi powiedzieć, że ktoś będzie zły. Jak mogła wyglądać taka wizja? Duszy człowieka nie można zobaczyć, poznać cudzych intencji. Jedyne co mogła zobaczyć Ress, to jego czyny.

Co tak strasznego uczyni w przyszłości, żeby nazwać go złym?

– Dlaczego? – zapytał drżącym głosem – Co ja takiego zrobię?

Skoro wszyscy tak bardzo ufają tej wystrojonej dziewczynce, musi być mądrzejsza od niego. Ludzie nie słuchaliby dziecka, gdyby nie było ono wyjątkowe. Mo chciał wierzyć, że Ress da mu odpowiedź, którą zrozumie.

– Zobaczyłam, że przegrywasz – powiedziała – Każdy wie, że tylko źli przegrywają.

Zgromadzeni pokiwali z aprobatą głowami. „Każdy wie” – dla Mo nie była to odpowiednia argumentacja. Źli zawsze przegrywali w bajkach opowiadanych dzieciom, aby te wierzyły że gdy będą grzeczne, spotka je nagroda.

Mo przybył tu, by stać się mężczyzną. Dorosłym człowiekiem. Dorośli wiedzą, że różnie bywa z wygranymi.

– Każdy wie, że córka Tayle nie może się mylić.

Mo nie był o tym przekonany.

– On jest zły.

*

– On jest zły – mówił ojciec – Ten twój dzieciak jest zły.

Chłopiec siedział wtedy schowany pod łóżkiem, mając nadzieję że srogi ojciec nie znajdzie go tutaj, dopóki nie minie jego złość.

– On nie jest zły, to tylko dziecko. Również twoje – przypomniała matka.

Mo wiedział, że kobieta stara się uspokoić męża. Zawsze używała swojego łagodnego, cichego głosu, którego dzieci tak uwielbiały słuchać gdy im śpiewała, a ojciec słysząc go przestawał podnosić głos.

– Ludzie we wsi śmieją się, że to cygan. Ja pamiętam, że oni przejeżdżali wtedy tędy – powiedział ojciec głosem wywołującym atmosferę groźby.

Matka założyła ręce na biodra, wyglądała na rozzłoszczoną.

– Przestań słuchać tych głupców we wsi! Mówiłam ci już…

– On jest taki ciemny.

– Wszyscy tu są ciemni!

– On jest bardziej.

– Ludzie są głupi – skwitowała kobieta, biorąc się szybko za przyrządzanie obiadu – on jest twój, nie słuchaj głupców.

– Może i ja jestem głupcem? – krzyknął mężczyzna.

– Może i jesteś! – odparła jego żona, po czym szybko dodała, napotkawszy wzrok męża – Przepraszam… Wcale tak nie myślę. Tamto… to są po prostu kłamstwa. Jest dokładnie tak ciemny jak ty.

– Więc zacznij go lepiej myć – rozkazał mężczyzna i wyszedł.

Matka chwilę jeszcze krzątała się po kuchni, otarła oczy i wyjrzała za okno, po czym kucnęła przy łóżku.

– Tata już poszedł, Mo.

Chłopiec wygramolił się spod łóżka i przytulił do matki. Ojciec wielokrotnie powtarzał mu, że tylko dziewczynki mogą płakać, ale przy niej nie musiał się wstydzić, ani bać.

– Nie chciałem tego zepsuć – powiedział przez łzy.

– Wiem, ale więcej nie baw się narzędziami taty. On ciężko pracuje, żeby kiedyś zostawić ci tę ziemię, rozumiesz?

Mo kiwnął głową. Ani przez myśl mu nie przeszło, żeby jeszcze kiedyś brać te rzeczy do zabawy, za bardzo bał się ojca.

– Co to znaczy, że jestem cyganem? – spytał cicho.

Kobieta milczała chwilę, gładząc włosy małego Mo.

– To znaczy, że dorośli często się mylą.

Taka odpowiedź wystarczała chłopcu. Pokiwał głową i puścił matkę, która wysłała go pilnować rodzeństwa.

– Nie chciałem tego zepsuć – powtórzył – Zrobiłem to przypadkowo.

– Małe dzieci również się mylą, Mo. Z tym, że one mają do tego prawo.

*

– Małe dzieci się mylą, mamo.

Starszy już Mo spojrzał na szyjącą kobietę. Zdawała się być skupiona na tym zajęciu, ale on miał wrażenie, że matka stara się uniknąć komentarza.

– Wszyscy kapłani słuchają Ress. A wszyscy ludzie słuchają kapłanów – powiedziała wymijająco.

Mo nie wiedział, czy nawet jego matka podążała za tłumem? Dlaczego nic nie mówiła? Czyżby i ona sądziła, że Mo będzie zły?

– Nie jestem zły. Przecież ty wiesz. Dlaczego płaczesz? Mamo, przestań, mamo!

– Boję się…

Mo złapał ją za ręce. Więc im uwierzyła, chociaż jej tam nie było. Pomimo tego, że go urodziła, wychowała, znała najlepiej. A on nie mógł gniewać się o to na nią.

– Ja… ja nie jestem zły. Naprawdę, nie jestem! Nie bój się mnie.

– Ja się boję o ciebie. Czy ludzie cię przez to nie skrzywdzą…

Oboje poderwali się na nogi, gdy do kuchni wbiegł zdyszany ojciec. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego.

– Co ci powiedziała Ress? – rzucił w stronę Mo.

– Powiedziała że zostanę w wiosce na roli – skłamał szybko.

– Mów prawdę!

– Wyjadę do miasta i będę kupcem.

Ojciec spojrzał na niego rozzłoszczony, ale Mo nie był małym chłopcem, który chowa się pod łóżkiem przed gniewem ojca. Nawet gdyby chciał, już by się tam nie zmieścił. Obserwował jak pięści ojca nieustannie zaciskają się. Fala zgromadzonych pretensji zalała Mo, ale nigdy nie pokazywał swoich emocji.

– Nie mam czasu na te głupoty. Ludzie wszystko mi powiedzieli – krzyknął ojciec zbliżając się do nich. Mo poczuł, jak matka chwyta go za ramię i ściska mocno.

– I co teraz? – zapytał zaczepnie Mo, krzyżując ręce na piersi.

– Co teraz?! Teraz chłopi ze wsi zbierają się, żeby tu przyjść! Nie chcą złego u siebie! Przynosisz nieszczęście!

Mo drgnął, gdy ojciec przewrócił stół dzielący drogę pomiędzy nimi. Nigdy nie zwracał uwagi na to, jak dobrze umięśniony jest mężczyzna. Wiedział o jego sile, ale już dawno o tym nie myślał, starał się nie drażnić ojca i zyskać sobie w miarę normalne życie.

Ojciec kucnął przy przewróconym stole i odsunął jedną deskę, a w dziurze pojawiły się pieniądze. Wziął je i wyciągną rękę w stronę zdumionego Mo.

– Bierz i uciekaj! – rozkazał.

Chłopak kiwnął głową, pocałował matkę w czoło i wybiegł, nawet nie dziękując.

– Oddam ci kiedyś – obiecał ojcu, ale ten już wypchnął go za drzwi.

Wymknął się z domu i pobiegł w stronę lasu. W ciemności zobaczył blask pochodni i był przekonany, że do jego rodziców zaraz zapukają ludzie z wioski. Oby odeszli gdy zobaczą, że go nie ma.

Świeciły nad nim Canes Veriaticu.

*

Na niebie migotały Psy Gończe.

– Dlaczego gwiazdy się palą? – spytał chłopiec ojca.

– Świecą. Nie wpatruj się tak w te gwiazdy, bo cię urzekną – odparł mężczyzna, po czym dodał do żony – On zadaje za dużo pytań.

– Jest mądrym chłopcem.

– Żeby mi tylko z tego nie wynikły jakieś czary!

*

– Interesują cię czary, młodzieńcze?

Mo zerwał się z ziemi i spojrzał na uśmiechniętego, około czterdziestoletniego  mężczyznę.

– Interesuje mnie praca, panie – odpowiedział.

Pieniądze dane mu od ojca szybko się skończyły, a od prób kradzieży nabawił się tylko kilku siniaków i guza na głowie.

Nieznajomy zmarszczył czoło i w charakterystyczny sposób pomachał dłonią przed nosem.

– Na Jowisza, najpierw weź porządną kąpiel. Nie wezmę na ucznia takiego brudasa – powiedział, po czym ruszył dalej przed siebie.

– Na ucznia? Nie chcę się uczyć, tylko pracować. Potrzebuję pieniędzy – przypomniał Mo, ale ruszył za mężczyzną.

W końcu zatrzymali się przed jedną z bram, którą człowiek otworzył przed chłopakiem zapraszając go do środka. Przeszli przed podwórko, z którego wchodziło się do licznych domostw. Ludzie patrzyli na niego, gdy ich mijał, ale szybko zajmowali się swoją pracą.

Mieszkanie Loreta znajdowało się w piwnicach. Sufit był mapą nocnego nieba, przedstawiał gwiazdy, które zawsze fascynowały Mo. W obecnej sytuacji miał jednak ważniejsze sprawy na głowie.

– Co będzie z tą zapłatą?

Loret westchnął.

– Nie domagaj się tak pieniędzy. Powinieneś cieszyć się, że nie każę płacić ci za nauki. Wyglądasz na takiego, który zadowoli się jedzeniem i miejscem do spania. Tam jest misa z wodą, nie znęcaj się już nad moim węchem.

Woda była lodowata, ale Mo szorował prędko ciało, czując zapach czekającej na niego zupy. Najpierw chciał zjeść, później zadać kilka pytań. Ten człowiek znał się na gwiazdach.

– Córka Tayle powiedziała, że jestem jednym z Psów Gończych – powiedział, obawiając się trochę, czy nie zostanie uznany za „złego” i wypędzony z powrotem na ulicę – Co to znaczy?

– Tak też sądziłem, że jest w tobie coś niezwykłego. Pewnie dlatego uciekłeś z domu? – Mo potwierdził kiwnięciem głowy – Tak, ludzie boją się niezwykłości. Na świecie jest zawsze dwóch Gończych. Miałem zaszczyt spotkać jednego z nich, chłopiec o złotych włosach. Naprawdę dobry człowiek, wielokrotnie mi pomógł.

– Czyli… Jeden z Gończych jest dobry, a ten drugi… zły?

Loret zaśmiał się.

– To zbyt proste rozwiązanie. Nie zwykłem dzielić ludzi na dobrych i złych. Drugi Gończy, Dreg, budzi szacunek głównie dzięki nietypowej urodzie. Blondyn. Ale to jest również jego zgubą, lubi wykorzystywać naiwnych ludzi.

– Syn Tayle?

– Właśnie tak myślą ludzie – westchnął Loret – Nie wiem czy Tayle tak często rodzi swoje dzieci, mógłbym wątpić w ogóle w jej istnienie.  Goniec… niesamowite, że na ciebie trafiłem, to dla mnie prawdziwy zaszczyt, nauczać takiego kogoś.

Mo po raz pierwszy w życiu poczuł dumę, rozpierające szczęście człowieka, który z brudnego uciekiniera-bezdomnego staje się kimś niezwykłym.

– Tylko co taki Pies Gończy robi? – zastanowił się głośno.

– Goni. Szuka sprawiedliwości.

– Czyli… mam strzec sprawiedliwości? To brzmi jak zajęcie dla dobrego człowieka, prawda?

– Sądzę że sprawiedliwość, podobnie jak dobro i zło, jest kwestią bardzo względną. Nie potrafię ci powiedzieć kim zostaniesz w przyszłości. Z pewnością wiem, że jedni okrzykną cię wybawcą, a inni okrutnikiem. Ach! Jeszcze nie zapytałem: jak się zwiesz, młodzieńcze?

*

– Jak się zwiesz, panie? – zapytał Mo.

We wspomnieniach odszukał pierwsze spotkanie z Loretem i usiłował przypomnieć sobie, jak nazwał tego człowieka. Imię chyba zaczynało się na D…

Człowiek odwrócił się ukazując pogodny uśmiech na twarzy. Miał jasne włosy i oczy, z urody przypominał nieco Ress. Mo musiał przyznać, że był zachwycający; wyglądał jak bożek.

– Jestem Dreg – odpowiedział wyciągając w stronę Mo rękę, którą mężczyzna uścisnął – Wiem o co chcesz zapytać. Tak, syn Tayle – powiedział ze śmiechem, wskazując na swoje włosy.

– A ja słyszałem, że jesteś Psem Gończym – rzekł Mo.

Uśmiech spełzł z ust Drega. Chwilę poruszał ustami, zastanawiając się co odpowiedzieć. Skąd jakiś obcy mu człowiek zna jego tajemnicę?

– Wiem o co chcesz zapytać – powiedział Mo, idealnie naśladując luźny ton blondyna – Wiem, bo jestem drugim Gończym.

Mo był pewien, że pewnego dnia się spotkają. Cieszył się, że Drega łatwo można było rozpoznać.

– Słyszałem że tutejszy wójt wprowadza wysokie podatki, które wydaje na nieustanne zabawy. Chcę się przyjrzeć sprawie – wyznał od razu Mo, po czym otrzymał oczekiwaną odpowiedź.

– Już się jej przyjrzałem- powiedział Dreg – Rozmawiałem z wójtem i wszystko załatwiłem – dodał, poklepując się po kieszeni, w której zadźwięczały monety.

– Co to ma znaczyć?! Za co on ci zapłacił?

– Nie mam czasu na dyskusje, zaraz mam przemówić do ludu, że bogini potrzebuje ich wsparcia. Nie próbuj się ze mną kłócić, już od lat biegam po świecie szukając ludzi, którzy potrzebują mojej pomocy.

– Co ze sprawiedliwością?

– Sprawiedliwość?! Przestań… Nazwiesz sprawiedliwością to, że poświęcam się innym bo los uczynił mnie tym, kim jestem? W zamian nic nie dostaję. To jest tylko mała, gówniana sprawa, a ja muszę za coś jeść i spać, żeby zajmować się poważnymi rzeczami. Nie widzę ani jednej zmarszczki na twoim czole, myślę że nic nie wiesz o świecie. I jeszcze nie znudziło ci się twoje przeznaczenie.

Zaczął zbliżać się w kierunku wyjścia, gdy Mo krzyknął za nim:

– Nie jesteś synem bogini. Loret mi powiedział, za co jest ci wdzięczny. Oddałeś mu pukiel swoich włosów do badań. Ten kolor włosów i oczu to… jakby choroba. Twoje ciało produkuje za mało barwnika. I przez to czujesz się lepszy?

Dreg chciał wyjść i pozostawić to bez komentarza, ale zawahał się i postanowił odpowiedzieć kąśliwą uwagą.

– Twoja matka musiała się obżerać tym barwnikiem, gdy była z tobą w ciąży. Dlatego jesteś ciemny? I co? Czy czujesz się przez to gorszy? – zapytał, ale nie czekał na odpowiedź, wyszedł na zewnątrz, na rynek. Zbierał się tam tłum ludzi, którzy odwracali głowy widząc idącego Drega.

Zniewaga zagotowała krew Mo. Ogarnęła go złość i niczego bardziej nie pragnął, jak uświadomić tych biedaków o zmowie przeciwko nim. Ruszył za Dregiem. Wyciągnął miecz. Przerwał mężczyźnie, kiedy ten przemawiał.

– Nie słuchajcie go! Jest kłamcą i oszustem. Nie ufajcie mu tylko dlatego, że ma jasne włosy. Pójdźcie za mną do wójta, aby zyskać sprawiedliwość.

Kilka osób wyglądało na niepewnych, inne zdawały się być ciekawe. Dla Mo najważniejsze było, że przestali słuchać Drega.

– Chcecie iść za dzieckiem cygana? Pewnie kradnie złoto i zwodzi dziewczęta śpiewnym głosem.

– Kłamca! – krzyknął Mo, doskakując do Drega, lecz ten już wyciągnął broń i szybko odbił pierwsze uderzenie – Kłamca… – powtórzył przez zęby.

– Jesteśmy jak bracia. Z tego samego gwiazdozbioru. Nie walcz ze mną, może po prostu tego nie rozumiesz.

– Rozumiem dobrze. Nie jesteśmy jak bracia.

Walka przeciągała się, a Mo był już wyczerpany atakami, które Dreg ciągle odbijał.

– Daję ci ostatnią szansę, aby odejść. Nie walcz dla głupiej sprawy.

Mo zaatakował po raz ostatni, lecz Dreg był już zirytowany walką. Był starszy, silniejszy, stoczył wiele więcej potyczek niż Mo i kilkoma ruchami pozbawił chłopaka broni. Wbił miecz w jego brzuch i przekręcił.

– Niesprawiedliwość… wygrała… – wyszeptał Mo.

– Nie uczyłeś się pilnie. Dobro wygrało, zawsze dobro wygrywa. Inaczej życie nie miałoby sensu.

Wyciągnął miecz. Mo umierał szybko. Sądził, że gwiazdozbiór pod którym urodzili się on i Dreg  będzie zobowiązywał ich do szukania sprawiedliwości. Nie wiedział, że sprawiedliwości szuka się po to, aby ją wykorzystywać. Przegrał ze swoim gwiazdozbiorem.