Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Senn

Juan minął właśnie fontannę Salto del Agua, zły na cały świat, bo dziewczyna go rzuciła, a z chemii rozszerzonej dostał jedynkę za głupi błąd. Juan był naprawdę zły. Pomyślał sobie o Winnetou, jego ukochanym bohaterze, o tym jak znosił ból i cierpienie. Troszkę mu się poprawiło. Żeby dodatkowo polepszyć sobie humor naciągnął na uszy swoje nowiutkie Sennheisery PMX100, z których był niezmiernie zadowolony i przycisnął przycisk opatrzony napisem „play” na odtwarzaczu mp3. Chwilę trwało, zanim to stare padło się uruchomiło, ale w końcu ryknęło basem ze wstępu do „Torture Me”. Juan Ariadna da Sousa Ramirez rzucił z litością okiem na pojedyncze peso leżące na dnie fontanny i poszedł przed siebie, patrząc tępo w przestrzeń. Jedyne, co go pocieszało, to fakt, że za godzinę miał naukę języka Komanczów. I wcale mu nie przeszkadzała znikoma ilość osób nim władająca. Za to jutro czekało go brnięcie w trudny dialekt Apaczów. Czasem zastanawiał się, czemu się tego uczy i po co. Nigdy nie wpadł na pomysł lepszy, niż na to, że po prostu „bo tak”.

*

– Później mówiono, że posłaniec Wielkiego Ducha miał coś, co dawało dźwięki. Uznano to za bóstwo i czczono regularnie. Jednak nie wiadomo, co się stało potem z posłańcem, ani z domniemanym bóstwem – wykładowca języka Komanczów umiał skutecznie zatruwać życie historią Indian, ale nie było innej rady rady niż go słuchać. Znaczy się była i Juan po dłuższym czasie chrzanienia o przybyszach z innego wymiaru z niej skorzystał. Najzwyczajniej w świecie zasnął. A był w tym naprawdę dobry i zdarzało mu się spać nawet gdy jego nauczyciel wyszedł.
Obudziło go skrzeczenie wydobywające się z ust rzucającego się w konwulsjach wykładowcy. Słowa były niechybnie w języku Komanczów, ale Ramirez nie był w stanie ich zrozumieć. Chwilę potem poczuł szarpnięcie, jakby ktoś próbował wyrwać mu obie ręce i nogi. Świat zaczął wirować mu przed oczami.

*

– Wielki Duchu! Ześlij nam znak! Posłańca z bóstwem! – Szaman miotał się po tipi rozsypując wkoło świetlisty pył. Na chwilę stanął przed ogniskiem wywinął oczy białkami i ryknął przeraźliwie. Chwilę potem zgromadzeni wewnątrz usłyszeli łomot spadającego ciała. .
– Udało się! – wrzasnął z radością syn wodza. Ojciec skarcił go krótkim spojrzeniem. Wśród Komanczów nie okazywało się uczuć publicznie, a już zwłaszcza będąc synem wodza, nie daj Wielki Duchu, wodzem. Wojownicy zgromadzeni w namiocie wraz z szamanem wyszli powoli na zewnątrz. Każdy dzierżył w dłoni włócznię, na wypadek, gdyby to nie był żaden boski posłaniec, a jakiś spadający z konia biały.
Posłaniec Wielkiego Ducha nie był wcale biały. Co prawda do złudzenia przypominał potomków Komanczów i Apaczów, ale miał dużo gorszą budowę ciała, był ubrany jak biały, a na szyi dyndał mu dziwny przedmiot. Szaman, jako że go wywołał z zaświatów, podszedł i klęknął przed nim. Posłaniec zerwał się na równe nogi, przetarł oczy, potarł bark i spojrzał na Indian. Spojrzał na klęczącego przed nim szamana i na otaczających go wojowników. Wsadził rękę do kieszeni, by sprawdzić, czy ma cokolwiek ze sobą. Niestety nie znalazł tam niczego innego niż pięć baterii. „Cholera” pomyślał. „Jeśli to są Komancze, to prawdopodobnie wezmą mnie za posłańca Wielkiego Ducha, ale jak to są Apacze… A co tam. Zaryzykuję”
– Witam was, szlachetni wojownicy –  zaczął mentorskim tonem. – Jam jest Juan Ariadna da Sousa Ramirez i przybywam z przyszłości, zawezwany tu przez Wielkiego Ducha. A jako dowód tego mam ze sobą nowego bożka – to mówiąc wskazał na mp-trójkę, włączając ją przy okazji. Wyświetlacz zaczął się mienić kilkoma kolorami, aż wreszcie zatrzymał się na błękitnym. Juan, cały już spocony, podłączył słuchawki, wystawił głośniki w kierunku wojowników, zgłośnił muzykę i włączył. Gitara Slovaka zawyła w głośniczkach wmontowanych w Sennheisery. Indianie jak jeden mąż padli na kolana.
– Bóg! – krzyknął szaman, po czym uderzył czołem o ziemię. Reszta wojowników poszła za jego przykładem.
– Tak! Bóg – podchwycił pomysł Juan, choć krzycząc wcześniej „bożek” nie był przekonany wartości swych słów. Ostatecznie miał sporo szczęścia, bo język Komanczów, który znał, był nieco innym dialektem i „bóg” brzmiał zdecydowanie inaczej. Juan szybko zakodował sobie słówko, by używać go w każdej sytuacji, jak on to mówił, podbramkowej. Wykonał gest nakazujący powstać z kolan.
– Macie tu jakiś wolne tipi? – spytał Ramirez. Widział, że nie rozumieją do końca jego słów, więc wskazał na jeden z namiotów, jakby to określił przeciętny „białas” współczesny Juanowi, i przyłożył dłonie do głowy. Szaman momentalnie domyślił się, o co chodzi, pokłonił się, złapał za rękę i pociągnął na skraj obozu.
– Tu możesz zamieszkać – szaman wskazał ręką na wysokie tipi przed nimi. Wyglądało co prawda jak siedem nieszczęść, ale Juan kulturalnie, przynajmniej w swojej opinii, podziękował i wszedł do środka. Niestety – zewnętrzny wygląd tipi w porównaniu z wnętrzem tegoż był niczym woda dla ryby.
Smród zgniłego mięsa był nie do wytrzymania, ale najgorsze były nie do końca poobgryzane kości porozrzucane po całym namiocie. „Trudno. Jakoś tu przeżyję” pomyślał posiadacz nowego bóstwa, po czym położył się na glebę i zasnął.

*

– Jutro wyjeżdżamy na bitwę. Niech bóg do nas przemówi! – wrzasnął szaman. Spojrzał na Juana, który przez ostatnie kilka dni pobytu, zaaklimatyzował się i wiedział, czego oczekują od niego Indianie. Uruchamiania mp-trójki. W plemieniu Komanczów znanej jako boga, drugiego obok Wielkiego Ducha. Przycisnął „play”, a ze słuchawek poleciało „Get On Top”. Wojownicy chwilę dosłownie pobujali się chwilkę przy muzyce, wrzasnęli i wsiedli na koń. Popędzili je, uprzednio poprawiwszy łuki, kołczany i tomahawki. Te ostatnie były najbardziej zabójczą bronią, głównie ze względu na szatańską celność indiańskich łowców umiał bezbłędnie celować takowym. Juan patrzył na odjeżdżających w dal Komanczów. Zastanawiał się z kim i o co się biją. Wiedział, że mogą już być tu biali, a jeśli jego nauczyciel mówił prawdę to trafił na okres wojen z Apaczami. Rozejrzał się wkoło. Prócz starych squaw i szamana nikogo nie było w pobliżu. „Aha. Pewnie laski pilnują dzieciaków, żeby nie rozrabiały”. Ramireza nurtowało z kim naprawdę walczą i w jakich czasach się znalazł. A przede wszystkim – co stało się z nim, który żył w tamtych, przyszłych czasach. „I czemu to wszystko takie beznadziejne?” zadawał sobie w głowie pytania, na które nie znał odpowiedzi. Wciągnął powietrze pełną piersią. Nie zdążył jeszcze tego zrobić od przybycia. „Tylko żeby nie okazało się, że nastąpi efekt hiperwentylacji” Juan wyczytał o tym w książce „Świadomy oddech” Leonarda Orra. Niestety. Efekt hiperwentylacji nastąpił, a Ramirez znowu uderzył o ziemię jak worek kartofli.

*

– Gdzie ja jestem? – spytał zachrypnięty mężczyzna. Rozejrzał się wokół i zmartwiał. Przed oczyma miał bowiem twarz szamana wyglądającą jeszcze bardziej upiornie, niż zwykle. Jego oczy były przekrwione. „Jak u narkomanów, albo innych ćpunów” pomyślał Juan. Nie wiedział dokładnie, czy tak się ćpanie objawia, ale tak mówili w szkole.
Oprócz oczu szaman wyglądał tak źle, jak zwykle. Na garbie jego orlego nosa kwitła wielka brodawka, na którą czarownik co i rusz zezował, a usta, jak zwykle, miał suche i otoczone pasmem liszajów. Gdy zauważył, że jego boski posłaniec się ocknął, podskoczył jak oparzony i zaczął tańczyć ze szczęścia. Ramirez co prawda nie rozumiał tego zwyczaju, ale szaman, którego przed chwilą tak się zląkł, wyglądał teraz przekomicznie. Juan niepewnie stanął na nogach i wyprostował się. „Nie oddychać za mocno” – to była jego pierwsza myśl. Jednak, gdy go zamroczyło wykonał kilka głębokich wdechów i usiadł na wielkiej, zwalonej kłodzie. Szaman zatrzymał się w pół ruchu i z oszałamiającą w jego wieku prędkością, podbiegł do boskiego posłańca z bożkiem na szyi. Juan zdecydowanym gestem powstrzymał go przed wykonywaniem sztucznego oddychania i z trudem znów wstał. Postawił parę kroków, zupełnie, jakby się uczył chodzić i doszedł do najbliższego drzewa. Rozejrzał się wkoło. Squaw patrzyły na niego z niemałym zainteresowaniem, jednak żadna z nich nie zdobyła się na wymianę spojrzeń. Juan Ariadna da Sousa Ramirez po raz pierwszy w życiu czuł się samotny.

*

– Z kim walczycie? – młody Meksykanin któregoś dnia podczas kolacji nie wytrzymał i zadał szamanowi dręczące go od dawna pytanie. Szaman zasępił się i westchnął.
– Z Apaczami. To nie jest łatwa wojna, tym bardziej, że Siuksowie ostatnio ponieśli wielkie straty, przez co zostaliśmy sami w tej wojnie, nie mającej przyszłości. Niestety jesteśmy skazani na rychłą porażkę.
„Nieprawda” pomyślał Juan. „Wcale nie taką wielką i rychłą, jak się spodziewasz.”
– Bądź dobrej myśli. I niech Wielki Duch ma cię w swej opiece – mruknął Juan, po czym wstał i odszedł. Zastanawiał się, jak uciec z wioski, by dotrzeć do Apaczów. „To musiały być czasy, w których żył Winnetou. On nie mógł być fikcyjną postacią!” Już wyobrażał sobie, jak zostaje kolejnym Old Shatterhandem, a młodziutkie squaw składają mu hołdy. Rozejrzał się wkoło, w poszukiwaniu koni. Liczył na jakiegoś porządnego wierzchowca, ostatecznie znajdował się wśród jednych z najlepszych indiańskich jeźdźców. Był. Biały mustang z czarną strzałką na nosie. Obok niego leżała uprząż, zrabowana zapewne wraz z innym koniem, bo Komancze nie używali tego rodzaju sprzętu. Juan szybko przygotował sobie konia, najwyraźniej oswojonego z uprzężą, bo nawet się nie wierzgnął, gdy Ramirez zarzucił mu na grzbiet siodło. „No tak. Tylko teraz w którą stronę?” pomyślał meksykanin. Znów się rozejrzał. Zauważył, że ostatnimi czasy robił to bardzo często.
Obok niego pojawił się szaman, wierzchem na karej klaczy. Juanowi nie podobało się towarzystwo. Spiął konia i ruszył, powoli się rozpędzając wzdłuż śladów które najwyraźniej zostawili po sobie wojownicy, gdy jechali na bitwę. „To na pewno musi być w tę stronę” pomyślał, po czym pojechał za śladami. Szaman po chwili wysforował naprzód i zajechał drogę. Koń Ramireza stanął jak wryty. Ale młody Meksykanin wiedział, co w takiej sytuacji można zrobić. Można się pozbyć szamana.
– Zejdź mi z drogi – powiedział siląc się na poważny ton. Nie spodziewał się efektu. Miał rację.
– Nie możesz jechać. Ty jesteś posłaniec Wielkiego Ducha. Jak ty pojedziesz, to kto zostanie wspierać wioskę w walce z tymi kundlami? Zawracaj, bo…
Szaman nie powiedział, czemu Juan powinien zawrócić. Tomahawk ciśnięty przez Meksykanina, choć nie wbił się w czaszkę, jak to Ramirez miał w planach, pozbawił starego Indianina przytomności. Posłaniec niewiele myśląc ruszył dalej, zmuszając konia do galopu.
Samotna podróż już po pięciu minutach dłużyła mu się niemiłosiernie, więc pod wpływem nagłego pomysłu, włączył mp-trójkę, uprzednio wstrzymawszy konia i wymieniwszy baterię. Ustawił na płytę „One Hot Minute”, od drugiego utworu – pierwszego nie trawił i popędził konia. Już chwilę potem widział dwa słupy dymu – jeden gęsty, gdzie kłęby ciężko wznosiły się ku niebu, a drugi wąski, jakby ktoś  palił ognisko. Wybrał ten cienki. „One Hot Minute” przeleciała. Juan włączył ponownie to samo, znów od „Aeroplane”. Patrzył w dal, a zza rzadkich, preriowych drzew wyglądał inny świat – wioska Apaczów. Juan pędził na łeb, na szyję. Liczył, że Apacze zostawili kogoś, z kim mógłby porozmawiać. Z radości zaczął śpiewać:
„My friends are so depressed
I feel the question
Of your loneliness”
Śpiew przerwała strzała, bezlitośnie wbijająca się w gardło Meksykanina. Wokal został zastąpiony charkotem. Jeździec zwalił się z konia na gorący piach. Juan Ariadna da Sousa Ramirez już tego nie czuł. Druga strzała trafiła w serce, jeszcze zanim zaczął spadać.