Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Stróż. Anioł?

Słychać było odgłos pędzącej karetki. Kobieta odłożyła telefon, gdy już wiedziała, że pomoc nadciąga. Ukryła twarz w dłoniach, nie chcąc patrzeć na wypadek. Jej mąż od jakiegoś czasu próbował otworzyć drzwi tamtego samochodu, ale na próżno.

Cały czas przed oczami wyświetlała się ta chwila, jak jakiś potworny koszmar. Srebrny samochód wyprzedza ich z ogromną prędkością i chcąc uniknąć zderzenia czołowego z nadjeżdżającym autem skręca gwałtownie w lewo. Wbija się w drzewo z przerażającym hukiem. Mąż hamuje, każe jej dzwonić na pogotowie, a sam wyskakuje z pojazdu i spieszy na pomoc kierowcy.

Kolejny samochód zatrzymał się, aby pomóc. Dojechała karetka. Straż pożarna. Trzeba było rozcinać samochód, aby wydostać z niego poszkodowanego. Ludzie biegali dookoła, robiło się tłoczno.

Nikt nie zwracał uwagi na elegancko ubranego, młodego mężczyznę, który ze smutnym spokojem przyglądał się całej scenie zza ciemnych okularów. Nikt nie zwrócił uwagi nawet wtedy, gdy obok zmaterializował się inny mężczyzna w garniturze.

– Twój? – zapytał.

– Tak. Wypadek. Wbił się w drzewo.

– Śmierć na miejscu, co? Ech… Zawaliłeś… Znowu…

– Jakie „znowu”? – oburzył się – Gadasz, jakbym ciągle ich tracił.

– „Znowu” dotyczyło dzisiejszego dnia. Miałem w planach jedną śmierć i jedno poczęcie, nagle doszedł mi ten wypadek, a podopieczny Derka chce popełnić samobójstwo. Jak słowo daję, jak będę miał trzy zgony to przynajmniej jeden z was wyleci…

– Mo… Gdyby tak… dać jakąś szansę? Na pewno został ci w zanadrzu jakiś cud.

– Nie – odparł krótko. – Nic nie dostaniesz.

– Proszę cię, ten chłopak miał dopiero 16 lat! Miał marzenia! Ja go znam, wiem że spełniłby te marzenia, bo ma talent, naprawdę byłby dobry…

– Jakie znowu marzenia? Każdy z nich ma marzenia, a mnie to nic nie obchodzi. Co tak młody chłopak robił za kierownicą?

– On chciał być kierowcą rajdowym – powiedział zmieszany – To samochód jego ojca.

– Och, jaka szkoda… – zakpił Mo – Że to drzewo stanęło na jego drodze do kariery. Idź wytłumacz twojej straconej duszyczce, że zawaliłeś sprawę. Wy młodzi zawsze przeceniacie swoich podopiecznych i tak to się kończy. Muszę skoczyć do Derka, jego ciało się wykrwawia.

– Czekaj! Jeden cud! On ma bardzo silną wolę życia.

– Szkoda, że tej woli brakuje innym. Z tak zmasakrowanym ciałem cud byłby zbyt widoczny. Zaraz do ciebie wrócę, Ten.

Zniknął równie szybko, jak się pojawił. Ten podszedł do leżącego już na noszach chłopaka. Jasny płomyczek jaśniał nad jego głową, wcale nie chcąc odchodzić.

Zbliżył się do zakrwawionego ciała. Dotknął je, badając. Nic nie dało się zrobić, jego moc była w tym wypadku za słaba.

– Co się dzieje? Co się dzieje? – usłyszał.

– Karol… Nazywam się Ten i jestem twoim aniołem stróżem. Miałeś wypadek i niestety…

– Jestem z powrotem. – Mo pojawił się obok – Tamten jeszcze nie odszedł, nie do końca. Dusza wyleciała, ale ciało nadal próbuje walczyć.  No cóż… długo nie pociągnie bez baterii.

– Zaraz do ciebie wrócę, trzymaj się tego świata jak najdłużej potrafisz – powiedział Ten – Dam ci parę wskazówek.

Odeszli na bok.

– Dzisiaj mam trzy zgony. Derk wylatuje, to nie jego pierwsza wpadka, nie radzi sobie z ludźmi. Druga śmierć to śmierć ze starości. Obiecałem Hayowi, który się zajmuje tą kobietą, że dostanie nową duszę, ale chciałbym tobie również dać szansę. Zawaliłeś, ale to dlatego, że za bardzo angażujesz się w życie ludzi. Nie wiem jeszcze co zrobię. Póki co masz dziewięć miesięcy odpoczynku, radzę wykorzystać je na obserwowanie aniołów, którzy dłużej pilnują ludzi. Muszę skoczyć do Haya… Co za dzień…

Ten odwrócił się błyskawicznie, ale jego podopiecznego nie było. Zabrała go karetka. Zniknął i zmaterializował się w ambulansie, mając nadzieję że Karol nadal się trzyma. Nie mylił się, żółte światło nadal tkwiło nad głową chłopaka.

Trzech aniołów pojawiło się obok w karetce.

– Wypadek – powiedział jeden – Bardzo mi przykro.

– Mnie również. Serce ma zdrowe? – zapytał drugi.

– Hej! Ja chcę serce!

– Mnie potrzebna wątroba…

– Cicho! – rozkazał Ten – Idźcie wszyscy  do Mo, on jest moim szefem. Z nim rozmawiajcie.

– Mo? Będzie miał dla nas czas?

– Oczywiście – odpowiedział szybko – Ma spokojny dzień… Pozawracajcie mu głowę, on to uwielbia.

Wszyscy trzej zniknęli, zostawiając go samego. Ten nie czekał długo, musiał wykonać plan w bardzo krótkim czasie. Starał się teraz nie myśleć o konsekwencjach.  Wyciągnął ręce w stronę światełka i zniknął, przenosząc się do ciemnego pokoju.

Derk siedział na pralce, patrząc na nieprzytomnego człowieka leżącego w wannie. Krew spływała mu po palcach, kapiąc na podłogę.

– O, cześć. Co tutaj robisz? – zapytał, widząc jak Ten materializuje się w łazience.

– Wiesz, że jak go stracisz to wylecisz? Mo mi powiedział.

– Co? – zaniepokoił się Derk – Ale ja już go nie mam! Jego ciało ledwo zipie, a samo sobie nie poradzi!

– Nie chcesz stracić roboty, co?

– Jasne, że nie chcę… Zawsze chciałem być stróżem, tylko jakoś mi nie wychodzi… Co ty tam trzymasz? Co ty robisz?

Ten otworzył dłonie nad głową mężczyzny.

– Właź Karol. Spróbuj, to twoja ostatnia szansa!

– Czy ty komuś ukradłeś duszę?! – krzyknął Derk, zeskakując z pralki – Oszalałeś? Dzięki za pomoc, ale…

– To mój. Zginął w wypadku, ale on chce żyć.

– Wiesz, że to głupie? Wiesz, że to niemożliwe… Wiesz… o kurczę!

Postać w wannie zajaśniała przez chwilę, kiedy dusza Karola wślizgnęła się do nowego ciała. Patrzyli na to z trwogą i zafascynowaniem. Później ciało przestało jaśnieć tak intensywnie, a krew nadal skapywała na podłogę.

– Czemu on się nie budzi? – zapytał Ten – Budź się! Halo! Pobudka, Karol! – krzyknął.

– Stracił za dużo krwi, potrzebuje lekarza. Jego matka powinna zaraz wrócić do domu. Co mam z tym zrobić?

– Nic dziwnego, że ciągle ich tracisz, jak tylko przy nich stoisz i zastanawiasz się co zrobić. Zaraz wrócę, jak nazywa się opiekunka jego matki?

– Falla… A kobieta to Elżbieta Gawczuk.

Zniknął. Nie musiał poświęcić wiele czasu na poszukiwania, im bliżej znajdował się inny anioł, tym łatwiej było go rozpoznać. Falla stała na klatce schodowej, przyglądając się jak Elżbieta wyciąga listy ze skrzynki.

– Jej syn umiera w łazience u góry! Pospiesz ją do domu! – krzyknął Ten.

– Słucham? Kim ty w ogóle jesteś?

– Kimś, nieważne, szybko, SZYBKO! Dawaj złe przeczucie, czy coś…

Na szczęście Falla nie zadawała więcej pytań. Spojrzała na swoją podopieczną, która rzuciła listy na podłogę i nie czekając na windę zaczęła biec po schodach. Ten wrócił z powrotem do łazienki. Przerażony zniknął znowu.

W łazience obok Derka stał Mo. Ten uciekł w pierwsze lepsze miejsce.

– Wrócił.

– Wrócił? – upewnił się Mo, po czym uśmiechnął się – Wspaniale!

Elżbieta wbiegła do domu i chwytając za telefon weszła do łazienki. Zadzwoniła po pogotowie.

– To mam tylko jeden nadprogramowy zgon. Nie jest źle. Lecę szukać Tena. To przez niego mam ten jeden nadprogramowy zgon.

– Och, naprawdę?

Mo uśmiechnął się, zniknął i zmaterializował w cukierni.

– Ciasta? Przecież my nie jemy – powiedział.

– Ale czujemy zapach – odparł Ten. Dlaczego wybrał cukiernię? Sam nie wiedział.

– Przenieśmy się gdzieś, gdzie będziemy sami.

– Nieee, wolę sobie tutaj posiedzieć, popatrzeć na tych miłych ludzi.

Jakaś zakochana para siedziała przy stoliku. Ich aniołowie przyglądali się jak jedzą i rozmawiają, a teraz do przyglądających się dołączył również Ten i Mo.

– Wspaniała para, nie uważasz? Chcę ich dziecko, gdyby mieli dziecko.

– Tak bardzo chcesz zmienić szefa?

– Zaczynam tylko luźną pogawędkę…

– A ja zapraszam cię na nie-luźną pogawędkę. Na osobności, nie potrzebuję żeby inni aniołowie słuchali, jakie masz problemy.

– Mam problemy?

– Masz.

Zniknął. Ten westchnął tylko i podążył za nim. Znaleźli się w lesie. Anioł czekał z niecierpliwością, aż Mo zacznie. Czy będzie to pogadanka o wkładaniu duszy do niewłaściwego ciała, czy może tylko o tym wypadku?

– Nie myśl, że nie wiem, co zrobiłeś – zaczął Mo – Wiem, że zrobiłeś to specjalnie. Sądziłeś, że mnie to rozzłości?

– No cóż, wypadki się zdarzają, mój błąd, chłopak był za młody… – wyrzucił z siebie Ten.

– Otóż rozzłościło! – ciągnął swój monolog Mo – I obaj wiemy, że ta rozmowa nie dotyczy śmierci człowieka. W pewien sposób dotyczy, owszem… Myślałeś, że ci się upiecze?

– Ja… przepraszam… ja wytłumaczę…

– Tak? Trzeba było wcześniej myśleć o konsekwencjach! Tymczasem ty pomyślałeś: co tu zrobić staremu Mo? Co takiego może zająć go jeszcze bardziej? Czym go wkurzyć?

– Coś ty, tu nie chodziło o ciebie, tylko…

-… i wymyśliłeś: wyślę wszystkich starających się o organy do szefa! Niech mu poprzeszkadzają walką o serce! Zupełnie jakbyś sam tego nie potrafił załatwić. Wiem, że mogłeś, albo chociaż powiedzieć, żeby przyszli troszeczkę później, jeśli jesteś takim ciamajdą…

Mo paplał dalej, ale Ten nie słuchał jego słów, dla świętego spokoju kiwając głową. Najważniejsze, że nie chodziło o to, czego najbardziej się obawiał. Jego, Derka i Karola tajemnica była bezpieczna.

Nagle spostrzegł, że Mo wymaga od niego jakiejś odpowiedzi.

– Naprawdę przepraszam, ja… Byłem zdenerwowany tą śmiercią…

– Dobra, znaj moje dobre serce. Mam tylko jedno pytanie: dlaczego cukiernia?

– Dlaczego? Ee… nie wiem, jakoś tak… ee…

– Może wspomnienie z przeszłości? Może to dlatego, że umarłeś w cukierni i dlatego tam wracasz? Opowiedz mi o tym, oprócz pilnowania was piszę również pracę o wspomnieniach aniołów z czasów, gdy byli ludźmi…

– Umarłem w cukierni? Co mi się stało? Ja… ja nic nie pamiętam, nie wiedziałem, że ktoś w ogóle ma dane na ten temat…

– Hmm… ciekawe… – powiedział – Muszę lecieć dalej, dziecko mi się poczyna.

– Ej no, poczekaj! Chcę znać odpowiedzi!

– Żegnam.

Mo zniknął. Ten znów zaczął za nim gonić. Znaleźli się w ciemnej sypialni. Jedyne światło jakie się paliło, to niewielki płomyk świecący koło dwojga aniołów, którzy grali w karty, rozmawiając przy tym jak najlepsi przyjaciele.

– Mo! Jak zginąłem? Zasłodziłem się na śmierć, czy co…

– Nie – usłyszał tuż obok siebie. – Żartowałem z tą cukiernią. Chciałem cię podenerwować, tak jak ty podenerwowałeś mnie. Wiedziałem, że będziesz ciekaw swojego życia na ziemi.

– Niby dlaczego?!

– Tylko aniołowie silnie związani z ziemią chcą być stróżami. Tym razem załatwiam ci łatwą pracę, nie zepsuj kolejnego człowieka.

Siedzący na podłodze aniołowie patrzyli na nich wyczekująco.

– Ten, poznaj aniołów stróżów rodziców twojego przyszłego podopiecznego. I samych rodziców, którzy teraz są dość zajęci.

Ten skinął głową aniołom. Ci wstali i podeszli do Mo, dziękując mu. Najwidoczniej anielica była jego pracownią, chociaż oboje rozmawiali z nim na poziomie koleżeńskim. Ten zaczął im zazdrościć. Nie mógł narzekać na Mo, sam nie czuł nigdy żadnej presji, nawet teraz, gdy stracił człowieka. Owszem, nie był zadowolony, ale zawsze mogło być gorzej. Niejedno słyszał od kolegów po fachu. Stróżowie Nadrzędni potrafili dopiec.

– Coś mnie ominęło? – zapytał kolejny anioł, materializując się koło Mo.

– Cześć Hay – przywitał się Ten.

– Czy wy tu organizujecie przyjęcie? – zapytała anielica – Może jeszcze paru was tu przyleci?! To naprawdę nieduża sypialnia…

– Przyleciałem tylko sprawdzić, czy mój nowy człowiek już się począł. A ten tutaj co tu robi? – zapytał, wskazując głową na Tena.

– Też stracił dziś człowieka, więc możliwe że dostanie tego nowego.

– Zgłaszam sprzeciw! Tego nie było w planach! Obiecałeś mi nowego podopiecznego…

– Cicho bądź, Hay! – przerwał mu Mo – Czy to już?

Anioł skinął głową. Mo przybliżył się do leżącej na łóżku kobiety. Wydawało się, że pochłonęła go ciemność.

– Nigdy nie byłem przy poczęciu. Myślałem, że nie trzeba do tego aż Stróża Nadrzędnego.

– Bo nie trzeba. Tylko w wyjątkowych sytuacjach – wyjaśniła anielica – Moja kobieta jest bezpłodna. Mo obiecał nam cud. Będą bardzo szczęśliwi, są małżeństwem od siedmiu lat.

– I po cudzie – powiedział Mo wracając do ich czwórki.

– Powiedziałeś, że nie masz cudu, kiedy mój Karol umierał! – krzyknął Ten.

– Powiedziałem, że nie dostaniesz cudu, nie powiedziałem, ze go nie mam. Limit cudów mi się kończył, a obiecałem już to dziecko.

– Mnie obiecałeś opiekę nad nim! – krzyknął Hay – Może też wywiążesz się z obietnicy?!

Mo westchnął ciężko. Spojrzał na wszystkich. Wyglądał na zmęczonego, co było dziwne, bo aniołowie się nie męczą. Najwidoczniej miał już tego wszystkiego dość, ponieważ bez słowa zniknął, a za nim Hay, który jednak po chwili wrócił z powrotem.

– Nie da się go znaleźć!

Ten wzruszył ramionami, nieszczególnie go to obchodziło. Wiedział, że jeśli ktoś nadrzędny chce, żeby dano mu święty spokój, to znajdzie odpowiednie miejsce. Miał wstęp do takich miejsc.

– Spadam. Ty… jak ty się nazywasz właściwie?

– Ten.

– Ten? Ten jak tamten?

– Słucham?

– Mniejsza z tym… Chcę tylko, żebyś wiedział, że napilnowałem się tej babki całe dziewięćdziesiąt sześć lat. Dłuuuugo musiałem siedzieć przy jej łóżku. Zapracowałem sobie na nowego człowieka, jasne?

– Dobra, dob… – zaczął Ten, ale Haya już przy nim nie było.

Pożegnał się z pozostałymi aniołami, którzy wrócili do gry w karty i przeniósł się do szpitala. Przy łóżku stał Derk.

– Nie obudził się jeszcze? – spytał.

– Obudził się, ale usnął znowu. Jest całkiem wyczerpany. Powiedziałem mu, żeby z nikim nie rozmawiał, dopóki nie ustabilizujemy pewnych spraw.

– Powiedziałeś mu? Jak mu powiedziałeś, przecież on…

– No właśnie, jest problem. Ona nas widzi. Widział mnie, anielicę swojej matki, szpital jest pełen aniołów.

W milczeniu stali przy łóżku dłuższą chwilę.

– Będziemy się smażyć w piekle… – szepnął Derk.

– Spokojnie, przecież wiemy, że to tylko głupie powiedzenie. Spójrz, już świta. Nareszcie chwila przerwy po tym dniu.

*

Kiedy świta wszyscy aniołowie opuszczają swoich podopiecznych, w końcu większość z nich i tak śpi. Wychodzą i patrzą na słońce, jakby odhaczając kolejny dzień.

– Jak myślisz, dlaczego tacy jesteśmy?

– Jacy?

– No wiesz… Niby jesteśmy aniołami, a czujemy różne rzeczy. Zazdrość. Dążenie do władzy, chęć bycia lepszym, pomocy innym. Takie różne. To, że chcemy poznać odpowiedzi?

Derk wydął wargi, przekazując, że nie ma zielonego pojęcia.

– Myślisz, że nie jesteśmy tak naprawdę aniołami?

– Co masz na myśli?

– Tak się zastanawiam… jesteśmy zawieszeni między niebem i ziemią… I żyjemy cudzym życiem. Pilnujemy ich, żeby nie robili głupot… Ale nie zawsze nam wychodzi, nie zawsze jesteśmy dobrzy. Nie zawsze potrafimy rozróżnić co będzie dla człowieka dobre, a co złe. Podejmujemy głupie decyzje…

– Fakt. Tylko, że my z zasady jesteśmy ich stróżami. To raczej stanowisko dla Tego Dobrego, no nie? Nie mamy ciał, tylko wyobrażenia ciał… więc czym jesteśmy jak nie aniołami?

Spojrzał na tych wszystkich elegancko ubranych aniołów. Może nie aniołów? W każdym razie istot, które od dawna nie żyją, które pożegnały się z ciałami, ale nadal potrzebowały ich namiastki. Istotami wychodzącymi zobaczyć każdy wschód słońca.

– To chyba jest czyściec. My. To zawieszenie. Chyba jesteśmy Tymi Dobrymi, ale nie wystarczająco dobrymi.

Derk spojrzał na niego zaciekawiony.

– Tych „aniołów” to chyba sami sobie dopowiedzieliśmy.

– No to czym jesteśmy?

– Stróżami? Może po prostu stróżami?

 

 

cdn…?