Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Święty spokój (short)

 
  Nawet w wiosenne dni, takie jak ten, cmentarz nie gościł przyjemnego ciepła słońca, zieleni na drzewach, czy choćby śpiewu ptaków. Przeciwnie, przedstawiał sobą jedyny wyjątek w promieniu wielu mil – był szary i nadal ustrojony w jesienny klimat, jakby oddzielony od tego wszystkiego, co wiosenne i radosne, jakąś niewidzialną barierą. Klimat zasępienia, szarugi, deszczowego chłodu i wilgoci. W innych okolicznościach trudno byłoby to zrozumieć i każdy wnet spostrzegłby to dziwne zjawisko, ocierające się o mistycyzm życia i śmierci i ich wspólnych przeciwieństw. Tym niemniej dla Radka fakt właściwie nie istniał, nie mogło być w nim zatem nic nadzwyczajnego i podejrzanego, przyprawiającego o ciarki, poniekąd. Dla niego cały świat przyjął takie barwy zasmucenia i wisielczej, czy raczej po prostu grobowej nuty. Było tak, ponieważ świat odtąd, świat Radka, zamykał się właśnie w wąskich ramach tego niewielkiego cmentarza na zachód od wsi, w której żył. Gorzka strata, której padł ofiarą i w której był samotny jak palec, przyprowadziła go tu ponad tydzień temu i nie pozwoliła już odejść. Był jak więzień. Stał samotnie przed kamiennym nagrobkiem, tępo wpatrując się w uwidoczniony nań napis i zdjęcie zmarłej osoby. Powiedzieć, że bliskiej mu osoby, to tak, jakby nie wspomnieć, że i martwej. To był ktoś zdecydowanie ponad to określenie, i łzy Radka, nie przestające płynąć ciurkiem odkąd się tu znalazł, były tego dobitnym aż dowodem.
  Czekał na nią. Czekał już przeszło tydzień, modląc się, by kolejny dzień lub noc przyniosły wreszcie pożądany skutek; by przywiodły ją tu, by cokolwiek ją tu przywiodło – jego myśli, błagania rzucane w milczącą przestrzeń, uczucia, płynące wciąż tylko ku niej – tu gdzie czeka, i mogli na powrót, choćby na parę chwil, na przebłysk chwili, znów być razem.
  Pary lub większe grupy starych w większości ludzi przechadzały się po cmentarzu jak po parku. Rozmawiali szeptem, na ich twarzach malowała się niespecjalnie nabożna powaga, a nierzadko też się uśmiechali, a nawet pozwalali sobie na cichy chichot. Życie toczyło się dalej, wszystko było takie, jak zawsze, tylko może nie na swoim starym miejscu. Normalna kolej rzeczy, z którą jedni mogą się godzić, drudzy – nie koniecznie. Każdego z nas czeka śmierć. Nie każdy z nas jednak się domyśla, że śmierć sama w sobie nie jest niczym strasznym. To, co następuje po niej… Dopiero to pokazuje, czym jest piekło według zmarłych.
  Czy jeśli istnieje piekło i wymiar niekończących się tortur, to czy także istnieje niebo, gdzie można sięgnąć błogostanu i utrzymać go przy sobie na wieczność? Radek, odkąd się tu znalazł, miał cały szereg powodów, by się nad tym zastanawiać, i związane to było właśnie z Nią, z Agatą, żoną, która go opuściła. Trudno mu było jednak wysnuć inną odpowiedź, niż ta, że niebo i Bóg to mit; że nie ma słońca po śmierci i nie ma niebiańskich obłoków nawet wokół tych, których szaty aż do śmierci pozostały białe. Jest tylko wieczny cień i wiercąca duszę – bo już nie serce – gorycz. Duchy umarłych czeka jeden, ten sam los, o jakim myślał teraz Radek. Wygnanie. Nie umiał tego inaczej streścić, a wręcz uważał, że to idealne określenie.
  Czekał.
 
  Nie pamiętał, kiedy zasnął, ale gdy tylko ocknął się na wciąż pokrytej liśćmi kamiennej płycie grobu, przy którym czuwał już tyle dni pod rząd, od razu zmusił się do wstania. Oczy miał spuchnięte od łez i zmęczenia, czarny płaszcz, który przywdział na najważniejszy pogrzeb w jego życiu, nie miał w sobie już nic z elegancji i horrendalnej ceny. Wyglądał jak żebrak, w dodatku nie szczędzący sobie używek.
Postawił kołnierz. Wiatr jak zwykle dął bez opamiętania, i choć nie był to wiatr silny, niósł ze sobą grobowe wręcz zimno. Radek postawił się do pozycji siedzącej i rozejrzał wkoło. Noc była o tyle czarna i nieprzenikniona, że niedaleko, na jednej z usytuowanych najbliżej niego mogile, paliły się dwa duże znicze. Oprócz nich na cmentarzu dało się dostrzec jeszcze zaledwie kilka takich małych, bo odległych punktów jasności, przykro uświadamiających Radka, jak ludzie nie dbają o swoich zmarłych. Po drugiej stronie gasła i zapalała się zepsuta latarnia tuż przy wrotach cmentarza, oddalonych od Radka długością kilku innych grobów.
  Spuścił głowę. Wiatr dmuchnął jeszcze mocniej, więc schował ją głębiej między ramionami i otulił się szczelniej płaszczem. Po niedługiej chwili już zgrzytał zębami, a żeby nie zmarznąć w stopy, tupał nogami, początkowo mocno i głośno, szybko jednak wolał się uciszyć, przypominając sobie, gdzie się przecież znajduje. Odwrócił się i popatrzył na nagrobną płytę. Kamień, przykrywający kopiec, był jednym z najtańszych do wyboru. Nie został też specjalnie fachowo obrobiony, brakło w nim też jakiejkolwiek estetyki w samym układzie i kompozycji – bo nie było mowy o żadnej kompozycji, to była po prostu samotna, prostokątna płyta szarego kamienia z pochyłościami w miejsce kantów, bez żadnych udziwnień czy upiększeń. Nic to – komu by zależało na czymś bardziej przyciągającym oko? Bolał go za to inny fakt, uderzający wprost w ranne serce. Grób był zasypany brudem i liśćmi, które nagromadził wiatr; nie było na nim poza tym ani kwiatów, wieńca, świecy, czy czegokolwiek, będącego świadectwem pamięci i tęsknoty. Ubolewania…
  Rozległ się szloch. Żałosny, męski szloch dorosłego człowieka, który nie miał już nic z dawnego życia, tylko łzy. Radek płakał i wył cicho z rozpaczy, kładąc się powoli z powrotem na swym kamiennym posłaniu i podtulając nogi do embrionalnej pozycji. Dlaczego? Dlaczego mnie opuściłaś? – tłukło mu się w sercu. Wiatr z powodzeniem zagłuszał jego lament, a noc nie pozwalała odgadnąć, czy to duchy smucą się zza grobu, czy to ludzki dramat rozgrywa się w tym miejscu nie dla ludzi.
  Mimo to strach bynajmniej nie obleciał zbliżającej się do Radka postaci. Szła powoli, niepewnie, niemal się skradając. Niosła ze sobą światło świecy, igrające na wietrzyku, który zelżał niesamowicie. Radek zauważył tą zmianę, rychło potem też zaobserwował zbliżającą się ku niemu jasność. Zerwał się z miejsca i stanął na równe nogi. Wielkie oczy, jakie zrobił, nie pomogły w rozróżnieniu kształtów postaci, która niosła świecę – a okazała się to świeca-znicz, jakby pożyczona od jednego z nic nie mających przeciwko temu zmarłych. Zarówno Radek jak i przybysz milczeli przez długie sekundy, wiatr zatrzymywał się międzyczasie na dobre i cały cmentarz przepełniała cisza, jakby wszystko wkoło z zapartym tchem oczekiwało reszty wydarzeń. Jedynie latarnia, na której tle znalazł się Radek, wciąż gasła i zapalała się niewyraźnie, gasła i zapalała się.
  – Agata?
  Słowa Radka podziałały na przybyłą istotę jak ogień na rękę. Postać wzdrygnęła się, upuściła znicz i puściła się do ucieczki przez cmentarz, byle z dala od Radka.
  – NIE! Zaczekaj, to ja! – Radek bez namysłu pognał za nią. Nie miał pewności, czy to Agata, skąd mógł ją mieć? Ale wiedział, że jeśli tego nie sprawdzi, grozi mu coś gorszego niż wieczne rozpaczanie. Czekał już tak długo!…
  Biegli w ciemności, zdani jedynie na instynkt i pamięciowy obraz chodników cmentarza. Liczne drzewa cmentarne stawały się widoczne dopiero na minimum dwa metry przed nimi, co dopiero groby, kompletnie niknące w cieniu nocy, niebezpiecznie nisko w dodatku. Nie trudno było zatem o wypadek, ale jak dotąd oboje, Radek i nieznajomy, biegli idealnie po kamiennych ścieżkach cmentarza.
  – Agataaa!
  Radek oddychał ciężko i głośno, łzy płynęły mu po policzkach. To mogła być jego jedyna szansa. Ich jedyna szansa.
  – Agata, czekałem na ciebie! Czekałem! Wiedziałem, że przyjdziesz. Proszę cię, Agataaa!
  Wreszcie stało się. Zatrzymał się nagle. Zorientował się bowiem mgliście, że chyba goni własny cień – to jest: nikogo. Zatrzymał się, by się o tym przekonać, i okazało się, że miał rację. Wytężył słuch i nie doszedł go żaden dźwięk. Spodziewał się tupotu biegnących stóp, tymczasem nie usłyszał niczego, co by mu podpowiedziało, że nie jest tutaj sam. Był sam, cholera jasna! Sam odkąd zaszło słońce. Nikt nie wybierał się na cmentarz w środku nocy, a już tym bardziej nikt nie ganiał po nim jak szalony, goniąc, czy uciekając przed kimś – to nie ma znaczenia. Normalni ludzie tak nie robią.
  – Agata… odezwij się.
  On czekał na Nią. Czekał, bo wiedział, bo czuł, bo potrzebował… potrzebował być znowu z Nią.
  Opuściła go…
  Padł na kolana, nie zważając na ból przy zderzeniu z kamiennymi wycinkami ścieżki. Już miał poddać się kolejnej chęci wybuchnięcia płaczem, ale zamiast tego wyparł z siebie smutek i zebrał cały gniew, jaki mógł w sobie znaleźć, i wrzasnął w wniebogłosy.
  O, Boże… – pomyślał, rozglądając się wkoło. Odpowiedział mu bowiem cały chór identycznych wrzasków, eksplodujących po czterech stronach obrzeży cmentarza. To nie było zwykłe echo i Radek to wyczuł. Ludzka natura dała o sobie znać i przeszył go dreszcz grozy. Boże, co ja robię… Boże… ratuj.
  Wstał i podszedł do najbliższego grobu, gdzie paliła się znicz. Wziął ją do rąk i począł szukać miejsca, które było jego. Światło było mu nawet nie potrzebne, jak sam szybko stwierdził, bo instynktownie wiedział, jak się kierować i znalazłby wartościowy mu grób nawet na ślepo. Nim jednak dotarł na zakręt ścieżki, który poprowadziłby go już prosto pod jego miejsce, zatrzymał się i znieruchomiał. Nie wierzył własnym oczom.
  Ruszył się wreszcie, powoli, niepewnie, niemal skradając się ku osobie, którą dostrzegł przy grobie. Latarnia za bramą, którą Radek miał przed sobą, gasła i zapalała się na powrót – podobnie męski kształt w długim do kostek kapturze, wpatrujący się w nagrobną płytę, na której siedział, pojawiał się na tle światła latarni, a potem znikał. Radek zbliżył się na odległość, w której obcy, odwrócony plecami, nie mógł wyczuć jego obecności. Ujrzał, jak kładzie się na kamiennej płycie, podnosząc cichy, żałosny szloch, kuląc się jak niemowlę w łonie matki.
  Niee… – przeszło przez myśl Radka i szok, jaki w nim rósł od chwili ujrzenia kogoś na miejscu, gdzie sam przed chwilą leżał, sięgnął szczytu. Nieee!
  Ostanie kroki postąpił na wpół wbrew swej woli. Nieznajomy w płaszczu zerwał się z płyty nagrobnej i wytrzeszczył oczy na Radka. Po przeciągającej się chwili oczekiwania otworzył usta, a Radek doskonale wiedział, co powie.
  – Agata?
 
  Cmentarz stał w półmroku nadchodzącego świtu. Radek, siedząc na grobowym kamieniu, jak skazaniec spuszczał kapitulacyjnie głowę i ramiona. Tępy wzrok wbił w ziemię i od wielu godzin już nie mrugnął nawet powieką. W końcu wzeszło słońce i do czasu spędzonego na czuwaniu przy jednym, bliższym niż bliskim mu grobie mógł dodać kolejną dobę. Kolejną dobę bezowocnego czekania. Czekania na Nią.
Słońce wspięło się powoli na najwyższy punkt na niebie, który mogło osiągnąć, a potem zaczęło powoli opadać ku zachodowi. Pojedynczy ludzie i spacerujące w parach lub większych grupach dusze zmarłych przewinęły się przed siedzącym bez ruchu Radkiem, a potem poszły w swoją stronę.
  Wreszcie przyszła jeszcze jedna osoba. Kobieta. Młoda, o bladej twarzy i nieco podkrążonych oczach. Ładna, choć już przyprawiona o przedwczesne zmarszczki. Uparła się, że przyjdzie sama o własnych siłach, choć nikt tego nie rozumiał. Żadne poświęcenie nie pomoże już Radkowi – tłumaczyli jej. Ona wiedziała jednak swoje. Była zmuszona za to namówić się przyjaciołom, by ją podwieźli, bo, bądź co bądź, była zaledwie trochę ponad tydzień po porodzie. Arek i Jola nie weszli jednak na terytorium cmentarza – kazała im zostać w samochodzie. Przyniosła mężowi wieniec i znicze, które złożyła na kamiennej płycie, uprzednio zmiatając ją z liści. Przyniosła ze sobą coś jeszcze – zdjęcie. Przedstawiało ono twarz noworodka, którego Agata była szczęśliwą, bądź co bądź, matką. Nie została do końca sama. Prawdziwych przyjaciół rzeczywiście poznaje się w biedzie. I choć przelała miriad łez z powodu tragicznej śmierci Radka, teraz była uśmiechnięta, by ujrzał ją taką z miejsca, gdzie teraz odpoczywa na wieki, i wiedział, że żyje poniekąd dla niego. Oraz dla ich wspólnego dziecka.
  Łożyła zdjęcie w środek wieńca, który przyniosła, i po jakimś czasie odeszła. Arek i Jola widzieli, jak ociera twarz z pojedynczej łzy, której nie potrafiła zatrzymać. Przekroczywszy bramę, zamiast wsiąść od razu do auta, zwróciła się w stronę zepsutej latarni, która gasła i zapalała się na zmianę, gasła i zapalała. Kopnęła w nią z taką siłą, że rozległ się głośny, metaliczny dźwięk z samego szczytu latarni. Aż dziw, że nie pękła wadliwa żarówka.
  – Co to miało być? – zapytał Arek, gdy tylko Agata usiadła na tylnym siedzeniu samochodu. Jolka szturchnęła go boleśnie łokciem. – Pytam tylko, czy dobrze się czujesz – dokończył z troską.
  – Była zepsuta. Chciałam ją naprawić.
  – A po co ci to było, jeśli wolno spytać?
  – Dla świętego spokoju.