Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Szpony

Londyn w połowie XIX wieku nie był miłym miejscem, zwłaszcza w trakcie nocnych spacerów. Osoba, która podejmowała taką wędrówkę była przestępcą albo była umysłowo chora. Takie stwierdzenie zazwyczaj nie mijało się z prawdą. Zazwyczaj, ponieważ pan spacerujący około północy po Regent’s Park nie wyglądał na przedstawiciela żadnej z tych „profesji”. Oczywiście pozory mogą mylić.
Nawet tak harmonijnie zbudowana osoba o sylwetce zapożyczonej z antycznych rzeźb, twarzy nobliwej, otoczonej modnymi bokobrodami może być złoczyńcą. Kolejną możliwością było, to iż jest to stróż prawa. Ten jegomość zdecydowanie nie przypominał policjanta i to z dwóch powodów: po pierwsze ubrany był z niewyszukaną elegancją. Miał na sobie strój typowego gentelmana: piaskowy płaszcz palmerson, dobrane do koloru sztuczkowe spodnie, trzewiki z białymi getrami oraz melonik. W dłoni obleczonej
w delikatną rękawiczkę trzymał okutą srebrem hebanową laskę. Drugi argument przemawiający za tym, że nie był policjantem był następujący: spacerował sam i szedł bardzo pewnie. Natomiast ci, tak zwani stróżowie prawa, o godzinie duchów chodzili stadami, bardziej pilnując swego życia niż przestrzegania przepisów.
Ta pewność kroku, spokój malujący się na twarzy oraz oczy, przede wszystkim oczy skupione, stalowe, przeszywające człowieka niejako na wylot gwarantowały mu bezpieczeństwo. Wszystkie kierujące się zdrowym instynktem istotki z półświatka omijały taką osobę szerokim łukiem. Miały świadomość, że taki jegomość to chodzące kłopoty. Niestety, tylko dla nich, zdarzały się i tu jednostki nie posiadające tej miłej cechy jaką jest instynkt samozachowawczy. Ale musimy stwierdzić, że samobójcy są
wśród nas a sposoby by dokonać tego czynu są rozliczne.
Jedna z grup rabusiów postanowiła przetestować swe szczęście napadając na naszego bohatera. Przygotowania do tego aktu głupoty były w ich mniemaniu genialne. Polegały one na wypiciu na odwagę kilku butelek sikacza zwanego niesłusznie winem. Ta operacja do reszty zaćmiła umysł i ostatki instynktu złoczyńców. Następnie zbójcy ukryli się za krzakami, pniami drzew i ławkami. Czekali. Po półgodzinie nadeszła ich „ofiara”. Lecz od tego momentu scenariusz jaki sobie wyśnili uległ zawaleniu. Pierwszą przesłanką, że należy zrezygnować i natychmiast uciekać były słowa płynące z ust nieznajomego.
– Naprawdę nie radzę. Widać was jak na dłoni a ponadto czuć jakimiś szczynami.
Ten głos rozsądku nie pomógł im wybrać właściwej ścieżki życia i śmierci. Przymuszeni jakąś przemożną siłą, fatum czy przeznaczeniem rzucili się na swoją ofiarę.
Gdyby tę scenę oglądał postronny obserwator, zobaczyłby tylko szaro-czarny wir gdzie niegdzie poprzetykany czerwonymi plamami. My natomiast, mając prawie boską moc spowalniania akcji, opiszmy tę walkę z pietyzmem i rozmachem godnym ślepego Homera czy anonimowego mnicha tworzącego dla Karolingów Pieśń o Rolandzie.
Biegnący w stronę naszego bohatera przestępcy spotkali niewidzialną zasłonę ciosów. Pierwszy opryszek uległ pięknemu uderzeniu znanemu z ringów bokserskich jako podbródkowy. Miłośnicy tej dyscypliny wiedzą, że jest on rzadko spotykany ale niesamowicie skuteczny. Druga dłoń, ściskająca laskę, dawała pokaz szermierki godny mistrzów. Bandyci padali, przewracali się po udanych fintach, sztychach i cięciach. Złoczyńcy, choć bici, nie tracili życia. Padali obolali lub nieprzytomni. Wszystko to zostało zakłócone w jednej sekundzie. Jeden z obalonych sięgnął za pazuchę i wyciągnął swoistą rękawicę zaopatrzoną w szpony. Wyglądały one jak te, którymi przedstawiciele różnych zbrodniczych kultów w Afryce uśmiercali niczego nie podejrzewające ofiary. Bandzior rozpaczliwym ciosem zadrasnął nogę swego przeciwnika. Cios wyzwolił coś tak przerażającego, że nikt nie mógł sobie wyobrazić. Zraniony wydał potworny ryk – pomieszane wściekłość z bólem. Nagle pojawił się szary tuman jakby mgły choć reszta parku była wolna od oparów. Gdy się rozwiał na miejscu człowieka stał lew, który mógłby uchodzić za króla afrykańskiej sawanny. Kot sprawnie ogłuszył większość przeciwników. Po chwili na placu boju został tylko lew trzymający w swych kłach nadgarstek mężczyzny uzbrojonego w szpony. To co wydarzyło się potem wydaje się niemożliwe przede wszystkim dlatego, że paszcza była zaciśnięta, ponadto zwierzęta ponoć nie mówią, ale oprych i tak usłyszał.
– Skąd to masz, śmieciu?
– No. Ja, ja to zabrałem takiemu jednemu, no on leżał na grobowcu, no ja mu dałem raz przez łeb łopatą ale miał tylko to.
– Zdejmuj to tylko powoli i połóż przede mną na alejce.
– No dobra zaraz, już, no cholera, nie da się.
Scena, gdybyście ją oglądali, była, pomimo swej grozy, nad wyraz komiczna. Ogromny lew leżący jak mały kociak u stóp człowieka, trzymający w paszczy delikatnie, wręcz z uczuciem jego rękę. Sam zaś „naczelny” zmagał się z oporną materią nieożywioną, która wrastała powoli w jego ciało.
– No nie da się, panie Lew.
– Nie martw się, pomogę ci.
W tym momencie ogromne zwierzę zacisnęło swe szczęki na nadgarstku odcinając go z chrzęstem. Na żwir alejki upadła spleciona mieszanina metalu i ludzkich szczątków. Nastąpił błyskawiczny proces gnilny i z konstrukcji wypadły zetlałe kości i skrawki skóry.
Nagle zza krzaka wyskoczyła czarna pantera która na widok lwa wydała odgłos typowy tylko dla godów. Odpowiedź lwa zatrzymała ją w pół skoku. Pantera zwinęła się i opadła
prawie dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyskoczyła. Nagle pojawiła się ta sama szara mgła i przed sobą stali mężczyzna i kobieta. Ażeby opisać nowo przybyłą potrzeba talentu Leonarda by z bezdusznych plam namalować tę osobę. Jej wygląd był tak frapujący, że wymykał się z typowych kanonów. Pierwsze rzucały się w oczy orientalne rysy jej twarzy. Mieliśmy przed sobą córę indyjskich Ariów z typowym „trzecim okiem” wymalowanym na czole. Jej strój był niemym hołdem dla królowej Wiktorii: czarny z delikatnymi białymi
akcentami.
– Co jest grane? Wydajesz wrzaski jakby cię ścigała armia wampirów. Przybiegam a teraz nie
pozwalasz się zbliżyć.
– Spokojnie kotku. Jestem ranny. Człowiek zadał cios. Ta broń, obawiałem się, że jakiś krwiopijca mnie dopadł, przez niego. Odgryzłem mu dłoń ale on i tak już był martwy….
 – Bruno, co to jest?
Oczy kobiety rozszerzyły się nienaturalnie. Patrzyła na leżący przedmiot z oczywistym przerażeniem. U stóp mężczyzny leżały szpony. Widziała je wyraźnie. Były czarniejsze od otaczającego je półmroku.
Bruno wydobył schowaną w lasce szpadę. Tłumiąc odrazę nadział szpony na koniec ostrza.
Pilnie uważał by nie zrzucić ich na ziemię jeszcze bardziej by nikogo nimi nie dotknąć.
– To chyba obsydian, ale skażony czymś bardzo złym. Nie ma czasu na gadanie. Pomóż mi Pat, prowadź na wyspę.

Kulał i widać było, że każdy krok sprawia mu ból. Chciał wykonać jeszcze ten jeden ruch. Może już ostatni. Westchnął i zachwiał się na nogach, prawie nie wypuszczając trzymanej w ręku szpady. Równowagę pozwoliła mu zachować pochwa pełniąca rolę laski. Patrycja w jednej chwili znalazła się przy nim i podparła go ramieniem.
– Idziemy na skróty
Skróty w tym wypadku stanowiła wydeptana przez zakochanych ścieżka. Tam za szpalerem drzew w rozłożystych krzakach cisu i jałowca spotykały się pary. Patrycja wiedziała, że kilka yardów dalej stoi łódka przymocowana łańcuchem do drzewa. Kłódka zawieszona na łańcuchu nie stanowiła dla niej żadnej przeszkody. Jej zręczne palce nie raz otwierały ją i zamykały. W tych szczęśliwych, beztroskich czasach przed atakiem wampirów wygrała zakład z Brunonem otwierając ją w 15 sekund. Teraz miała świadomość, że musi być spokojna by pobić ten rekord. Droga tak krótka dłużyła się im niemiłosiernie. Dochodzili już do łodzi gdy nadleciał ogromny nietoperz zmieniając się podczas lądowania w bladego, upiornie chudego mężczyznę o długich i ostrych kłach.
– Macie zabawkę Billego. Oddajcie i spływajcie mi z oczu.
– Niedoczekanie truposzu. Została zdobyta w uczciwej walce kosztem rany.
– Ach więc ta łopatka w czaszce to wy? Myślałem, że tylko uczciwa walka.
– Może taka jak na Down Street, gdzie zagryzłam i zakołkowałam kilku waszych?
Patrycja prowokowała z rozmysłem. Wiedziała, że prędkość i siła są po jej stronie. Pieklący się wampir był zdegenerowany do tego stopnia, że pożerał surowe mięso. Nie potrafił nawet do końca przekształcić się w człowieka.
Patrycja wolno, odmierzając każdy ruch, położyła Brunona na dnie łodzi, przyklękła
i otworzyła zamek patrząc w czerwone oczy wampira.
– Posłuchaj. Pchnę teraz, łódź i będę z nim walczyć. Powinnam wygrać. Nawet jeśli nie, to wskoczę w strefę czaru wyspy.
Ten plan, może mało błyskotliwy, ale mający szanse powodzenia, pokrzyżowała wynurzająca się z cienia osoba. Jej czerwono świecące oczy były swoistą wizytówką. Kolejny wampir.
Jego wygląd, bo był to mężczyzna, też nie pozwalał na żadne wątpliwości. Na brzegu stawu stał sam Carlom Luis da Sylva – mistrz wampirzego miasta.
Widząc go Bruno natychmiast podjął decyzję.
– Zamieniamy się rolami. Ja walczę, ty uciekasz. Pewnie zanim zginę srogo go poranię. Jeśli znajdziesz jakieś ciała pamiętaj by je zakołkować.
Ostatnie pożegnanie przerwał śmiech. Suchy, urywany chichot potrafiący zmrozić wszystkie serca.
– Nie będzie walki. W każdym razie nie dziś. Odpływajcie.
Gdzieś z boku rozległ się skowyt.
– Ależ mistrzu…
Załamany wampirzy sługa patrzył na oddalającą się łódź. Z jego gardła wydobył się przeciągły jęk wibrujący na granicy słyszalności. Pazury wysuwały się jak u kota, a kły gotowe by zagłębić się w szyję deformowały twarz upodabniając ją do głowy monstrualnego nietoperza.
Carlom patrzył na to z niesmakiem.
– Uspokój się. Zaraz przestaniesz czuć głód.
W jego umyśle kształtował się obraz dwóch zdobyczy, jedna stała tuż obok niego. Zagryzanie innych wampirów było dla mistrza miasta jakąś perwersyjną zabawą. Krew, organy oraz smak powtórnej śmierci dawały mu najgłębsze z upiornych przeżyć w 300 letnim trwaniu. Druga zdobycz będzie równie słodka. Ten napuszony kotek… Może nawet ich oboje? Te szpony prędzej czy później doprowadzą do takiego cierpienia, że sam przypełznie po pocałunek.
Obawiał się jedynie wyspy. Kryła się tam ogromna tajemnica chroniona
potężnymi czarami. Nawet wilgoć z jeziorka stanowiła pewną niedogodność – pieczenie skóry. Wyspa stanowiła dla wszystkich zwierzołaków centrum kultu. Najwyższym kapłanem kultu był stary, bardziej wiekowy nawet od Carloma, Kruk. Jego losy oraz dzieje ołtarza tam
spoczywającego nikły w pomroce dziejów. Wtajemniczeni wiedzieli, że ten artefakt był wykorzystywany w starożytnym Egipcie, celtyckiej Irlandii i Szkocji. Lecz opisywanie losów kamiennego stołu i jego opiekuna mogłoby zająć wiele tomów pracy naukowej oraz zanudzić na śmierć czytelnika. W każdym razie gdy łódź dobiła do brzegu starzec w czarnej szacie już czekał..
– Szybko. Pomóż mi, Patrycjo. Przenieśmy go na ołtarz
– Szpony.
– Całą łódź i wszystko co w niej się znajduje. Prędko, chodźmy.
Bruno został delikatnie uniesiony wraz z łodzią i wniesiony pomiędzy kolumny otaczające olbrzymi wyszlifowany w kształt walca bazalt. Płaskodenna krypa doskonale nadawała się by stanowić łoże wyniesione na sam szczyt ołtarza. Kapłan podniósł ręce i zaczął szeptać słowa w jakimś niezrozumiałym dialekcie, języku, który umarł wraz ze Starym Państwem Egipskim. Monotonne modlitwy musiały mieć ogromną moc, ponieważ nad ołtarzowym stołem pojawiły się trzy eteryczne postacie.
Patrycja patrzyła na nie z mieszanką strachu, uwielbienia i radości. Z jej ust wypłynęły trzy imiona. Te, które nadali im Egipcjanie.
– Sechmet, Tenut i Szu.
Bóstwa uśmiechnęły się, o ile koty potrafią się uśmiechać. Zaczęły śpiewać w języku, którego na ziemi nie rozumiał nikt, może za wyjątkiem Kruka.
Ręce bogów wyciągnęły się w stronę ołtarza. Spłynęło z nich nieziemskie światło, które odbiło się od niego i popłynęło w czerń nocy. Minęło wkrótce brzeg stawu i dotarło do Carloma kończącego swą ucztę.
U jego stóp leżał zasuszony ludzki trup. On sam z wyraźną lubością pałaszował mózg. To spowodowało, że nie zauważył zmian zachodzących w otoczeniu. Dopiero przerażający ból wywołany przez setki gałązek wbijających się w jego ciało uświadomił mu, że musi uciekać…
Tymczasem budził się świt. Stary kapłan przekształcił się w kruka i poleciał rozprostować skrzydła. Patrycja rozmawiała z Brunonem, który pamiętał interwencje niebian jak przez mgłę. Obydwoje patrzyli na leżące na ołtarzu pazury. Po chwili kontemplację przerwał powracający kruk.
– Wy tu gruchacie i nie wiecie, ale wampiry muszą wybrać nowego mistrza. Carlom jest teraz gustowną rzeźbą wykonaną z jałowca, cisu i innych roślin. Tak na marginesie, te pazurki to twoja osobista broń. Nie pytaj bo nie wiem jak zostały przekształcone. Ponadto pomóżcie posprzątać. Mamy na brzegu jednego nadgryzionego wampira oraz trupa bez nadgarstka.
Patrycja uśmiechnęła się.
– Witaj, prozo życia.