Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Ten, który niesie światło

Dzisiejszy dzień był wyjątkowo upalny. Z nieba lał się żar, który trudno było znieść. Pomimo silnego wiatru przesypującego piasek z miejsca na miejsce, odnosiło się wrażenie, że tylko w piekle może być goręcej.
Po mieście została zaledwie jedna ulica. Wyglądała jak rzeka płynąca wewnątrz wąwozu rozsypujących się budynków. Huk wystrzałów przerwał ciszę, którą natura wpisała w specyfikę pustyni. Z prawej strony ulicy pochowani partyzanci ostrzeliwali siły Stanów Zjednoczonych próbujące opanować ruiny miasta.
– Simmons weź czterech i ruszamy na drugą stronę, reszta ogień zaporowy! – Wrzasnął wysoki, czarnoskóry mężczyzna kryjący się za rogiem jednego z budynków. Żołnierze za jego plecami zareagowali natychmiast.
– Jankowski, Miles, Johnson i Niedźwiedź ruszamy z majorem! Reszta – słyszeli.
Simmons i rzeczona czwórka z dużym, dobrze zbudowanym Latynosem na czele, dobiegła do dowódcy. Na jego znak pozostali zaczęli ostrzeliwać budynki po drugiej stronie ulicy.
– Teraz! Biegiem! – Krzyczał major. Żołnierze wybiegli. Ostrzał wroga znacznie osłabł. Powinno pójść z górki. Nagle pod stopami Jankowskiego coś zazgrzytało. Wybuch miny przeciwczołgowej rozrzucił grupę uderzeniową po całej ulicy. Major biegł pierwszy, więc jako jedyny przeżył. Niestety eksplozja dosłownie ścięła go z nóg. Wnętrzności i kończyny pozostałych wystrzeliły razem z kurzem niczym woda z fontanny. Krew zbryzgała ściany budynków po obu stronach ulicy.
-Konstruktor tej miny raczej nie dostanie pokojowej nagrody Nobla. – wycedził mały chłopiec stojący na ulicy. Nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
Miał jakieś dwanaście, może trzynaście lat. Krótkie, złote włosy nawet przez moment nie pokryły się odrobiną kurzu. Tak samo zresztą jak nienagannie uprasowany, śnieżnobiały garnitur.
Z jednego z okien poleciał granat odłamkowy i trafił któregoś z pozostałych żołnierzy w głowę. Eksplodował prawie natychmiast i zmasakrował twarz nieszczęśnika.
Chłopczyk przewrócił się i kulał po ziemi trzymając się za brzuch.
– Nie martw się. – Powiedział z entuzjazmem w głosie, patrząc na konającego majora. – Mamy dla ciebie nowe nogi, koledze się już nie przydadzą. – Wskazał na jedne z rozszarpanych zwłok. – Zdradzę ci w zaufaniu, że i tak wolał siedzącą pracę. – Parsknął turlając się w piasku.
Kule przeszywały powietrze.
Ładunki wybuchowe wylatywały w powietrze zabierając do krainy umarłych kolejnych żołnierzy. Chłopiec chichotał. Krew zostawiała swoje ślady na rozpadających się domostwach i broczyła żółty piach pustyni. Chłopiec śmiał się. Ludzkie wnętrzności rozlatywały się po okolicy niczym kawałki szkła z potłuczonej szyby. Chłopiec po raz kolejny turlał się po ziemi, niemal płacząc ze śmiechu. Zatrzymał się dopiero, kiedy natrafił na przeszkodę. Podniósł wzrok i zdziwiony popatrzył na czarne, lśniące kozaki. Uśmiechnął się podstępnie i przeniósł wzrok nieco wyżej. Właścicielką butów była wysoka, blada kobieta o gładkiej cerze. Jej czarne, lśniące włosy opadały do samego pasa, wprost na długą suknię. Niemal idealnie wtapiały się w jej czerń. Zatroskany wzrok kobiety błądził po polu bitwy. Jej wąskie usta zaciskały się coraz bardziej.
– O, kogo ja widzę. – Chłopczyk uśmiechnął się serdecznie. – Przyszłaś się rozerwać?
Nie odpowiedziała.
– Ej no chyba się nie łamiesz co? Ci… – wskazał na część miasta opanowaną przez partyzantów. – …są tu dla ciebie. Bo cię kochają. Uważają, że mordowanie w imię wiary jest trendi. Zupełnie jak w średniowieczu. Pamiętasz? – Uśmiechał się szeroko, jak prezenter telewizyjny podczas gali rozdania Oskarów. – Ci natomiast – wskazał Amerykanów – też cię kochają i myślą, że… – przeciągnął jakby oczekiwał odpowiedzi – …są tu dla ciebie, że walczą, o to by wybawić świat od terroryzmu a nie dostarczyć prezydentowi nieco ropy do kominka. Chcą zniszczyć tych fanatyków – ponownie skierował dłoń w kierunku partyzantów – którzy uciskają niewiernych dla swojego boga. Czyli dla ciebie.
Usiadł na piasku i pokiwał głową udając zamyślenie.
– Gdyby wiedzieli, że ich bóg to ta sama osoba, co bóg tych drugich, to mogłoby być ciekawe… Ale to skomplikowane nie? – Podniósł głowę i ponownie uśmiechnął się do kobiety.
– Czemu tak mówisz? – Zapytała wreszcie smutnym głosem. – Oni walczą. Wiem, to potworne i okrutne…
– Jak upiec jajecznicę z dziesięciu jajek a potem oddać je właścicielom. – Przerwał jej chichocząc.
– Ale walczą w imię własnego wyboru. Sami go dokonali. Nie niewolę ich i nie wybieram za nich. Sami wyrządzają sobie krzywdę. Niedługo ich wszystkich rozliczę.
– Jesteś wszechmogąca. Jak tworzyłaś ten cholerny świat, wiedziałaś z góry co się stanie. Wiedziałaś, że będę się na ciebie wkurwiał i wiedziałaś, że oni będą się zabijać. Znałaś cały plan, co do jednego zaplutego istnienia. I nic nie zrobiłaś. Jak dla mnie w porządku. Lubię patrzeć na ludzką głupotę. Poprawia mi nastrój. Zupełnie jak filmy Tarantino. Bo nie zaprzeczysz że ich inteligencja przegrywa z intelektem psa kosmonauty próbującego pokonać przeciążenie w betoniarce. – Uśmiechnął się szeroko. – Pełnej betonu. – Dodał po chwili.
Kobieta milczała.
– Ci tutaj – pokazał na prawo – zabijają, bo wierzą że ich bóg tak chce. Powiedz im, że tego nie chcesz. Tylko zmień się w brodatego kolesia z ręcznikiem na głowie i kałachem w ręku, bo inaczej gotowi ci nie uwierzyć. A ci tutaj… – pokazał na lewo – …oni są jeszcze gorsi. Bardziej, lub mniej świadomie, ale robią to dla widzi mi się ciamajdowatego elegancika w drogim garniturku, któremu się olej w kuchence skończył. –Wyciągnął z kieszeni zdjęcie prezydenta USA. Uśmiechał się szeroko. Stał na tle flagi narodowej, unosząc prawą dłoń do góry. – Popatrz na niego. Uśmiecha się jakby chciał tym przekonać wyborców, że jak go wybiorą ponownie, to zapewni im tak samo lśniące zęby jak jego własne. I ta flaga z motywem rozgwieżdżonego nieba. Urocze. Jakby z góry zakładał, że jego krajanie trafią do ciebie, nie do mnie.
– Do czego zmierzasz? – Zapytała kobieta.
– Jak to do czego? Do tego jak bardzo ludzie są głupi i chciwi. Te gnojki śmieją wmawiać innym, że zabijają dla ich dobra, a tak naprawdę… Prowadź wodzu tam gdzie szmal, jak masz ropę jesteś pan! –Zaśpiewał tak samo czysto jak autor tych słów.
– Zależy ci na nich. – Uśmiechnęła się. – Gdyby ci nie zależało nie mówiłbyś mi tego wszystkiego.
– Pewnie, że mi zależy. – Prychnął chłopiec wzruszając ramionami. – W końcu nigdy nie przestałem być aniołem, nie? Wiesz co? Pokażę ci coś.

Cichy, jesienny wietrzyk muskał delikatnie grobowe płyty. Zupełnie jakby starał się odgonić żółte liście, aby nic nie psuło harmonii panującego tu wiecznego snu. Malutkie ogniki zniczy błyskały spomiędzy starych krzyży. Ku pamięci zmarłym? Nie. Ludzie przychodzą tu jedynie po to, żeby zapalić lampkę, żeby posprzątać. Nie daj Boże sąsiedzi powiedzą, że nie dbamy o groby swoich bliskich. Gdyby nie współlokatorzy, większość grobów znajdowałaby się w opłakanym stanie.
Pod wielką, płaczącą wierzbą stał kamienny posąg Chrystusa. To w niego Dominik wpatrywał się wzrokiem pełnym żalu, nim klęknął przy grobie.
Miała dopiero czterdzieści lat. Pamiętał doskonale jej uśmiech kojący każdy ból. Jej kolorowe ciuchy, na punkcie których miała bzika. Jej delikatne dłonie na jego plecach, ciche szepty pod kołdrą. Spokój i bezpieczeństwo w ramionach. I co? Jak w większości. Pasy. Potrącił ją pijany kierowca. Była w siódmym miesiącu. Lekarze walczyli o nią przez trzydzieści godzin, a Dominik trzydzieści godzin bez przerwy błagał Boga żeby jej nie zabierał. Do tej pory rozmawiali co noc. Uczył Andżelikę, swoja córkę coraz to nowych modlitw, ale nigdy nie kazał jej się modlić. Razem z żoną starali się nauczyć ją, że do Boga się nie mówi, bo rodzice każą, tylko dla tego, że się tego potrzebuje. I co? I dwadzieścia lat miłości skończyło się w trzydzieści godzin. Facet który ją przejechał miał ponad osiem promili alkoholu we krwi. Pomimo, iż dawka śmiertelna to cztery, on zabił się dopiero o drzewo.
Dominik z całego serca przepraszał teraz Anię. Ze łzami w oczach błagał o wybaczenie. Za to, że nigdy więcej się nie spotkają, za to, że pozwolił odejść ostatniej osobie, która jeszcze z nim została. Andżelika przedawkowała narkotyki. Za to, że musiał położyć tutaj też córkę. Nie mógł powstrzymać łez. Czasami myślał, że Ania miała łatwiej. Męczyła się tylko przez trzydzieści godzin a on cierpi do dziś. Z całych sił starał się pozbierać po tym wszystkim. Odstawił alkohol i wziął się porządnie za siebie. Nie chciał już o nic prosić Boga. Przecież miał wybór. Zastanawiał się, czy Bóg był mściwy. Czy karał za dokonywanie niewłaściwych w Jego ocenie wyborów. Zaczął się zastanawiać, kiedy szef wywalił go z pracy. Potem wszystko samo się potoczyło. Nie miał za co spłacić długów. Zlicytowano mu dom. Jedyne co zostało to stary mercedes.
Wiedział, że nie usłyszy żadnych słów ani od Boga ani od żony. Mimo to musiał tu przyjść. Przeżegnał się i poszedł w stronę bramy. Za nią wsiadł w auto i ruszył przed siebie.
Pędził coraz szybciej. Miał nadzieję, że zakończy podróż na przydrożnym drzewie. Nic bardziej mylnego. Syrena policyjnego radiowozu zmąciła pustkę w jego głowie i pobudziła do myślenia. Śmierć nie zając. Nie ucieknie.
Wolno wysiadł z samochodu. Niski policjant podszedł do niego szybkim krokiem i niemal odepchnął kładąc rękę na ramieniu.
– Nie wie pan, że podczas zatrzymania ma pan obowiązek pozostać w aucie?!
– Ale ja chciałem… – Dominik starał się wytłumaczyć.
– Proszę wrócić do auta!
– A może by pan zmienił ton panie władzo? – Już nie raz spotkał się z nadużywaniem kompetencji przez policje. Z wyższością, z jaką podchodzili do szarych obywateli. Bo byli stróżami prawa… Nie cierpiał takiej postawy. Złość w nim narastała. Miał dość wszystkiego. Dość.
– Wrócisz pan do auta, czy trzeba ci pomóc?! – Krzyczał sfrustrowany funkcjonariusz.
Dominik nie wytrzymał. Szybkim ruchem chwycił głowę policjanta i uderzył nią o szybę. Zaczął tłuc nią o dach swojego pojazdu. Dominik był dobrze zbudowanym, wysokim mężczyzną o modelowej budowie ciała. Jego ofiara nie miała szans się obronić. Czaszka funkcjonariusza roztrzaskała się o dach, pozostawiając na nim głębokie wgięcie. Prochowiec Dominika zbroczył się krwią.
Drugi z policjantów słysząc huk oderwał wzrok od bloczka z mandatami. Dostrzegł, że jego partner osuwa się na ziemię, zostawiając na samochodzie krwawy ślad. Nie myśląc wiele chwycił za broń i wyskoczył z radiowozu.
– Łapy na kark! –Wrzasnął.
Dopiero teraz dotarło do Dominika, co właśnie zrobił. Był zszokowany. Zastanawiał się, co go napadło, że tak urządził tego biedaka. Przecież nie chciał nikogo skrzywdzić. Chciał tylko by okazano mu odrobinę szacunku.
– Na ziemię, powiedziałem, bo cię rozwalę! – Wrzeszczał drugi z funkcjonariuszy. Dominik wykonał polecenie bez wahania.
– Na ziemię, już!
Ciemnowłosy policjant przy kości chwycił mikrofon CB radia i zawiadomił o wszystkim w centrali, a następnie zbliżył się ostrożnie do leżącego przestępcy.
– Ja nie chciałem… -Tłumaczył się Dominik łamanym głosem. – Sprowokował mnie…
– Zamknij się i leż!
Policjant przystawił mu lufę do głowy i sięgnął po kajdanki.
Mężczyzna zamknął oczy. Nagle, jakby z nikąd rozległ się dziecięcy głos. Rozbrzmiewał tylko w głowie Dominika, ale jego echo było tak głośne, że mężczyzna nie mógł nie zareagować.
– Teraz! – Nakazał, a więzień momentalnie odwinął się strącając lufę dłonią, po czym kopnął funkcjonariusza obiema nogami. Pistolet upadł. Policjant runął na asfalt niedaleko partnera. Kiedy dotarło do niego, co się dzieję, natychmiast sięgnął po służbowego glock’a kolegi i wstał na równe nogi. Dominik odruchowo chwycił za broń, ale nie chciał jej użyć. Popatrzył na gliniarza i wyciągnął rękę przed siebie.
-Nie…
Glock wypalił, a pocisk utkwił w ramieniu mężczyzny. Fala bólu przeszyła jego ciało. Siła wystrzału sprawiła, że cofnął się dwa kroki, a los chciał, że pociągnął za spust. Nawet nie celował. Gdyby był kimś innym, zapewne zostałby teraz obezwładniony. Policjant poczekałby, aż przyjedzie karetka i opatrzy rannego. Poleżałby w szpitalu i został skazany za zabójstwo. Ale Dominik nie był zwykłym człowiekiem. Ostatnio z woli Boga, czy szatana – w sumie było mu wszystko jedno – był największym pechowcem świata. Kula, którą wystrzelił, zupełnym przypadkiem utkwiła w klatce piersiowej policjanta i powaliła go na ziemię.
Dominik upuścił broń i złapał się za ramię. Tak bardzo bolało… Wydawało mu się, że ktoś powoli odcina mu rękę tępą piłką do drewna. To sprawiło, że stała się niemal bezużyteczna. Spojrzał na swoją zakrwawioną dłoń i zdjął prochowiec. Oderwał rękaw od koszuli i zawiązał go tuz przed raną. Popatrzył na ciało funkcjonariusza z rozbitą głową. Nie ruszał się. Stracił dużo krwi. Miał rozbity nos i zakrwawione czoło. Chyba nie żył. Dominik zdziwił się. Nie poczuł wyrzutów sumienia. Ani krzty żalu. Wolnym, nieco chwiejnym krokiem podszedł, żeby zobaczyć co z drugim. Ten leżał konając powoli. Dusił się a z ust płynęła mu krew. Pozostało mu jedynie kilka minut. Zabójca popatrzył na swoje zakrwawione ręce i uśmiechnął się.

Wieczór był naprawdę piękny. Księżyc wchodził właśnie w ostatnią fazę pełni. Na niebie nie było nawet jednej chmurki. Ciepły wiatr hulał swawolnie między budynkami uśpionego miasta. Kilka samochodów od czasu do czasu pojawiło się na ulicach, latarnie płonęły już od dobrych kilku godzin. Dwójka młodych ludzi szła wolniutko chodnikiem, delektując się widokiem księżyca. Wysoki, jasnowłosy chłopak bawił się telefonem, a śliczna dziewczyna odziana w spódniczkę i dżinsowy żakiet nie mogła oderwać oczu od luny.
– Czyż nie jest piękny? – Spytała uśmiechając się.
– Co takiego? – Zapytał chłopak po chwili milczenia.
– Księżyc…
– A… tak. Robi wrażenie.
– Co ty taki rozkojarzony dziś jesteś? – Dziwiła się.
– A ty nietrzeźwa. – Uśmiechnął się szeroko.
– Znalazł się ten co nie pił. – Puściła mu oko.
– Mniej wypiłem, dlatego to ja ciebie odprowadzam a nie ty mnie.
Milczeli przez moment uśmiechając się tylko.
– Trochę boję się tego liceum. – Zaczęła wreszcie.
– Czemu?
– Wiesz nowe miejsce, nowi ludzie. Fakt, że minęło już trochę czasu odkąd tam chodzę, ale jakoś nieswojo się czuję.
Chłopak popatrzył na nią uważnie. Miała teraz smutną twarz, ale jej patrzyły błogo i radośnie.
– Co to za błysk w oczach? – Zapytał uśmiechając się podstępnie.
Zarumieniła się.
– Bo wiesz… Poznałam kogoś.
– Łochocho, siostra mi dorasta.
– No co?
– Nic. Opowiadaj jaki jest.
Zamyśliła się a na jej twarz wrócił szczery uśmiech.
– Jest… – zamyśliła się. – Kochany jest. – Odpowiedziała po chwil.
– Nie ma co, wyczerpałaś temat.
– Nie no, jest delikatny, zabawny, czuły i umie słuchać.
Chłopak uśmiechnął się.
– Ale to tylko przyjaciel. – Powiedział, po czym złapał ją za rękę i skręcili z głównej drogi.
– Dokąd idziemy? – Zaniepokoiła się dziewczyna.
– Spokojnie. Znam skrót. Zaoszczędzimy nieco czasu.
Pokiwała głową. Był jej najlepszym przyjacielem. Wiedziała, że nic jej przy nim nie grozi. Uliczka była dość wąska i ciemna. Prowadziła chyba wzdłuż jakiegoś osiedla. Wychodziło na nią kilka okien. W żadnym z nich nie było światła. Nie sięgały tu też latarnie, w tym tkwi urok miejskich skrótów.
 Z jednego z okien słychać było wolną melodię, w rytm której dwa męskie głosy oznajmiały śpiącemu światu „cóż za samotny dzień” mamy.
– Zaraz zaraz, skąd wiesz, że to tylko przyjaciel? – Wróciła do rozmowy.
– Z opisu. – Odrzekł patrząc przed siebie.
– Nie rozumiem?
– Powiedziałaś, że jest zabawny, czuły, delikatny i umie słuchać. Ja też taki jestem, a jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Dziewczyna zachichotała.
– Głupek z ciebie.
Kojące fale przyjemnego ciepła zalały jej serduszko. Uwielbiała tą bliskość i swobodę, na jaką mogła sobie pozwolić przy Andrzeju. Kiedy był przy niej czuła się potrzebna. A potrzebowała tego uczucia, jak kwiat wody. Uśmiechnęła się szeroko i przytuliła do ramienia chłopaka.
– Jak to dobrze mieć prawdziwego braciszka…
Jej przyjaciel aż się wzdrygnął. Przystanął. Ona razem z nim. Milczeli przez moment. Nie podnosił głowy.
– Co się stało? – Dziewczyna zaczynała się bać.
– Lepiej wracajmy. – Powiedział próbując się odwrócić. Przerwał mu niski głos z ciemności.
– Spóźniłeś się i już chcesz uciekać?
Dziewczyna popatrzyła w ciemność. Z trudem dostrzegła przed sobą cztery postacie wyłaniające się z ciemności.
– Andrzej, co się dzieje? – Zapytała wystraszona patrząc na przyjaciela. Ten nie podnosił głowy. Dostrzegła jednak, że po jego policzkach płyną łzy.
– Przepraszam… – Wyszeptał.
Nagle poczuła ucisk na ramieniu. Ktoś gwałtownie szarpnął ją za rękę i ścisnął ramionami.
Zaczęła krzyczeć. Trójka dobrze zbudowanych mężczyzn zaczęła ciągnąć broniącą się dziewczynę w głąb uliczki, czwarty zaś podszedł do Andrzeja.
– Dobrze się spisałeś. Masz spokój. Chłopaki powiedzieli, że jak się spiszesz, to dostaniesz trzy działki w cenie jednej. – Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej trzy woreczki z białym proszkiem. Wsunął je do kieszeni kurtki chłopaka. Ten chciał już odejść, lecz jego znajomy złapał go za ramię.
– Gdzie idziesz? Od dawna mieliśmy ochotę na te laskę i chcemy zapamiętać te chwile. –Wyjął z kieszeni aparat cyfrowy. – Pobawisz się w fotografa.
– Pierdol się! – Wrzasnął Andrzej zaciskając zęby. Potężny cios prosto w szczękę powalił go na ziemię.
– Właśnie zamierzałem to zrobić. – Wyjaśnił spokojnie napastnik. – A teraz wstawaj i choć pstrykać fotki, bo twoją siostrą też się zajmiemy.
Z trudem dźwignął się z ziemi. Sumienie już od dłuższego czasu nie dawało mu spokoju. Ale widział jak je uciszyć. Już niedługo zapomni. Weźmie działkę i odpłynie. Będzie mu tylko przyjemnie.
Barczysty mężczyzna niemal zaciągnął go w ciemność.
Gdzieś u zbiegu zaułka i jednej z głównych ulic stały dwa kontenery na śmieci. Pomiędzy nimi leżało kilka foliowych worków z odpadkami. Na nich prawie naga Kaśka wyrywała się i broniła jak mogła przed trzema silnymi napastnikami. Płakała i krzyczała. Nie miała wystarczająco dużo sił by się uwolnić. Nikt jej nie słyszał. Nikt nie chciał słyszeć.
– Stań sobie tu… – czwarty z napastników niemal ustawił Andrzeja obok kontenera – …i fotografuj, panie reporter. – Powiedział, po czym rozsunął rozporek.

Cichutki dźwięk kroków został skutecznie zagłuszony przez krzyki dobiegające z uliczki. U jej wlotu, od strony głównej ulicy, stanęło dziecko w garniturze i kobieta w czarnej sukni.
– Spójrz. – Chłopiec wskazał palcem na czterech mężczyzn gwałcących dziewczynę w głębi uliczki. – Jak uważasz, o czym ona teraz myśli? – Zapytał wbijając śmiertelnie poważny wzrok w czarnowłosą. Odpowiedziała mu cisza. Kobieta patrzyła tylko na to, co się działo a po jej policzkach płynęły łzy.
– Och proszę… przestań. Nie powiesz chyba, że sprawiam ci ból? – Chłopczyk pokiwał głową. – To nie moje słowa bolą tylko jej, prawda?
W czarnowłosej rozległ się cichutki szloch.
– Boże mój, czemu mnie opuściłeś…?
Kobieta popatrzyła na dziecko łagodnym wzrokiem.
– Dlaczego to robisz? – Wyszeptała.
Chłopczyk uśmiechnął się.
– Robię to dla ciebie, mój panie – drwił. – Jesteś przecież wszystkowiedzący, czy wszystko wiedząca, jak tam wolisz…
Kobieta otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale dziecko nie dało jej dojść do słowa.
– Zakładając się ze mną wtedy, doskonale wiedziałaś, że to się tak skończy , więc cholera nie stój tak tylko zrób coś!! Nie zrobiłaś nic wtedy, zrób to teraz!!
Kobieta westchnęła ciężko i pokiwała głową.
– Doskonale wiesz, że nie mogę.
– Nie możesz. – Prychnął chłopiec. – Równowaga tak? Każdy jest kowalem własnego losu? Ludzie muszą sobie radzić sami, bo inaczej musielibyśmy wszystko za nich robić, czy jakie tam jeszcze brednie chcesz, tak?
Kobieta milczała. Nigdy nie odpowiadała, nie dawała się prowokować, a chłopiec, mimo iż potężny, prawe wszechmogący, nie potrafił ani przeczytać, ani odgadnąć jej prawdziwych myśli.
– Może ty coś zrób? – Zasugerowała kobieta.
Dziecko uśmiechnęło się.
-Wiesz doskonale, że nie mam takiej mocy, żeby interweniować tu bezpośrednio. Wiesz, że mogę tylko szeptać im do ucha. I wiesz też doskonale, że już coś zrobiłem. – Pokazał palcem w dół ulicy.

– Nie, błagam… – Szeptała Kasia łamiącym się głosem. Brakowało jej już sił na walkę. I na słowa, kiedy drugi z napastników zaczynał ją krzywdzić. – Andrzej, błagam zrób coś…
Andrzej robił. Płakał i fotografował. Na tyle pozwalał mu strach i egoizm. Bał się, że jeśli coś zrobi, to stanie mu się krzywda, że odszukają jego siostrę i wreszcie, że zabiorą mu narkotyki. Starał się ignorować swoją przyjaciółkę. Wiedział, że niedługo będzie już w innym świecie. Gdyby choć mógł przypuszczać, jak bliska prawdy była ta myśl. Nagle kątem oka dostrzegł, że u wlotu uliczki ktoś stoi. Opuścił aparat i zaczął się przyglądać. Pozostali też kogoś dostrzegli i przerwali na chwilę. Niewiele widzieli, oślepiało ich światło latarni stojących na głównej ulicy. Postać była wysoka, dobrze zbudowana i trzymała coś w dłoni.
– Gościu, spierdalaj stąd, chyba, że ci się oddychanie znudziło! – Krzyknął jeden z napastników.
– Znudziło. – Odrzekł przybysz obojętnym tonem. Wyciągnął przed siebie prawą rękę. Huk wystrzału rozniósł się po całej ulicy. Krótkotrwały błysk rozjaśnił alejkę. Mężczyzna stojący przy kontenerze osunął się na ziemię. Gwałciciele stali jak wryci. Strach paraliżował ich całkowicie. Kiedy postać ruszyła w głąb uliczki, wszyscy mężczyźni rzucili się do ucieczki. Huk i kolejny błysk, za nim następne. Cztery ciała spoczęły na betonie brocząc go krwią. Postać podeszła do leżącej dziewczyny. Rozległ się ledwo słyszalny dźwięk syren.
Kasia dostrzegła mężczyznę w prochowcu. Dominik odłożył broń i zdjął płaszcz. Pomógł pobitej dziewczynie wstać, następnie okrył ją płaszczem. Syreny były już bardzo wyraźne. Mężczyzna padł na kolana, ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać. Wyglądało na to, że nastąpił koniec jego drogi. Nie miał siły iść dalej i dalej zabijać. Wiedział, że to był jego ostatni upadek. Nastolatka kucnęła i mocno go przytuliła. U wylotu uliczki pojawiły się radiowozy policyjne.

– Zniszczyłeś życie temu człowiekowi po to, by ci dranie dostali za swoje? – Zapytała kobieta.
– A co się dziwisz? Żeby coś zyskać trzeba oddać coś o podobnej wartości. Czy to nie na takich prawach działa ten świat? Ja tylko trzymam się zasad. Tak jak ty.
Czarnowłosa popatrzyła na skutego w kajdanki Dominika, którego dwójka funkcjonariuszy policji prowadziła do radiowozu. Popatrzyła na Kasię opatrywaną właśnie w karetce. Bolało. Bardzo bolało. Zamknęła oczy i odwróciła się. Zaczęła iść w dół ulicy.
Dziecko uśmiechało się.
– Oni będą cię kochać tak samo mocno! – Krzyczał za nią. – Już ja sprawię, że zacznie ci zależeć, albo cię znienawidzą… – Wyszeptał pod nosem.