Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

This Noisy Silence

Don’t disturb this noisy silence
Talking softly in my dreams

(Chronique, This Noisy Silence)

– Mistrzu, kiedy w końcu staniemy?
– …
– Mistrzu, pytałem się, kiedy zarządzisz odpoczynek?
– …
– Mistrzu!
– Tak, chłopcze? – Starzec obrócił się do młodzieńca. – Nie usłyszałem, co mówiłeś? – spytał uprzejmie, zerkając nań spod okularów.

“Naprawdę nie słyszał?” – pomyślał udręczony uczeń. – “Czy tylko mnie gnębi?” Spojrzał bacznie na twarz mistrza – stareńkiego maga, z włosami białymi jak mleko, wysokiego i szczupłego, mimo sędziwego wieku ani trochę nie zgarbionego. Tamten czekał cierpliwe na odpowiedź. Bez uśmiechu na ustach, ale wyraźnie rozbawiony, oczy patrzyły wesoło spod okularów, długie i wąskie palce przebierały zwinnie po złotej gałce laski.
“Śmieje się. On zawsze słyszy. Gnębi.” skonstatował młody. “Jak zwykle.”
– Nic, mistrzu. Zastanawiałem się, jakie korzyści odniesie nauka magii z naszej wyprawy – skłamał bez entuzjazmu, poprawiając ciężki plecak.
– Nie mam pojęcia, chłopcze – odrzekł prawie wesoło czarodziej, po czym bez śladu zmęczenia ruszył dalej, przestępując spróchniałą kłodę.
– Rusz dupę, Soner, nie będziemy na ciebie czekać – rzucił wściekle drugi student, nie mniej wyczerpany długą wędrówką.
– Skąd on bierze tyle sił, Belgin? – Nazwany Sonerem spojrzał na plecy maga, niknące gdzieś w gąszczu przed nimi. Przyśpieszył, wspierając się na własnym, żelaznym kiju. Zaczęło padać, krople deszczu zmoczyły rude włosy chłopaka.
– Magia – rzucił krótko, jego towarzysz, wyższy i na dłuższych nogach z łatwością wyprzedził kolegę na leśnej ścieżce.
– Jaka niby? Nie ma takiej, która wraca siły. Zresztą, sam powtarzał… – urwał Soner, sapiąc. Obaj z ledwością nadążali, staruszek nadawał naprawdę ostre tempo.
Mistrz magii Asil Aslan słynął z raczej dziwnych przekonań i niedorzecznych czynów, nawet jak na czarnoksiężnika. Jego domeną stały się równie tajemnicze, co całkowicie nieprzydatne badania. Nie interesowało go splatanie potężnych, niszczących zaklęć, tworzenie kamieni filozoficznych, przepowiadanie przyszłości, warzenie leczących eliksirów, przywoływanie demonów, rzucanie uroków na ludzi i zwierzęta czy rozkazywanie umarłym… Nic, co dawało innym magom władzę, szacunek i bogactwo. Mieszkający z dala od stolicy i nie mieszający się do polityki, wybrał na swą siedzibę nie okazałą wieżę w środku miasta, ani nawet mroczny zamek na prowincji, ale stary, drewniany młyn wodny nad górskim strumieniem; kazał studentom z kolegium odremontować go i wykonać meble. Jednakże rzadko można było go znaleźć w tej skromnej siedzibie. Prędzej na szlaku, pośród zaśnieżonych szczytów, górskich dolin i podchmurnych lasów, na mglistych bagnach i bezludnych stepach, ale zawsze jak najdalej od żywych istot. Szczególnie ludzi. A już najszczególniej magów.
Zagadnięty, czemu unika jak ognia innych czarowników, mówił, iż przeszkadzają mu w
poszukiwaniach. Zapytany, czego tam szuka, odpowiadał: “Harmonii”. Indagowany, czym miałaby być owa harmonia, stwierdzał, że nie wie. Naciskany dalej, zazwyczaj zamyślał się, zapominał, o czym rozmawiano, lub po prostu bezczelnie wychodził, twierdząc, że “badania nie mogą czekać” albo “musi przygotować się do dalekiej podróży”. I gadaj tu z takim. Szybko ochrzczono go “Trzepniętym Dziadkiem”, i to zarówno wśród młodszych członków magicznych szkół, jak i wiekowych, doświadczonych czarnoksiężników. Nic dziwnego, że nikt nie chciał się u niego uczyć.
Ale niektórzy nie mieli wyboru – dla studentów, których prośby odrzucili wszyscy inni mistrzowie, nauczycielem z odpowiednia rangą pozostawał jedynie Aslan. Mentor przyjmował każdego, każdemu też wystawiał pozytywną notę na koniec terminu – a mimo to niezwykle rzadko miał w tym samym czasie więcej niż jednego, dwóch uczniów.
Przez ostatnie dwa tygodnie zrobili wiele wiorst, przez zapomniane, zarośnięte ścieżku i zabłocone bezdroża, niebezpieczne ostępy, śmierdzące bagna i zimne wrzosowiska, słowem – totalne zadupie.
Brudne ubrania, przemoknięte buty i śmiertelne zmęczenie skutecznie zniechęcały adeptów do dalszej wędrówki, ale stary nie zważał na ich narzekania, pokonując kolejne mile, niestrudzenie niczym krasnobrodzki biegacz.
– Kumple spod “Pijanego Alchemika” na pewno już zapomnieli o moim istnieniu. I Sevda też… – mruknął Soner, nagle wściekły na białobrodego czarodzieja. Już miał znowu zadać swoje beznadziejne pytanie, gdy staruszek nagle zatrzymał się na jakiejś polanie, nie lepszej od dziesiątka innych, przez które przychodzili, po czym oznajmił triumfalnie:
– To tu! – Obrócił wzrok ku zdumionym studentom. – Na co czekacie? Stawiać namioty. –
Wyższy z młodzieńców tylko wzruszył ramionami, po czym jął rozpakowywać plecak. Drugi potoczył wzrokiem po łączce – zapaćkanej błotem połaci burej trawy, zalegającej między dwoma ścianami ciemnych, bezlistnych drzew. Zadrżał – rzadki lasek nie osłaniał polany, lodowaty wiatr od stepu przewiewał cienkie, przemoknięte szaty. Deszcz przestał padać, ale chmurzyło się nadal, szare światło i krakanie wron dopełniało obrazu.
– Kurna, Czarny, ale wygwizdów – podsumował krótko Soner.
– Chyba żeś, Rudy, jeszcze wygwizdowa nie widział – warknął Belgin, wyciskając z wody czarny warkocz i wąsy.
– Jeszcze tylko gromady stepowych zbójów brakuje do kompletu. – Wyższy z uczniów z rezygnacją wywalił na trawę śledzie, płachtę, sznurki i odciągi, bez słowa zaczął się rozbijać. Nauczyciel nie zwracał na nich uwagi, z widocznym podnieceniem skakał wokół jakiegoś głazu, zalegającego opodal w trawie.
– Boże, co za pajac – skomentował zachowanie maga wąsacz. – Oczywiście jego namiot to też nasza działka?
– On szuka Harmonii, i nie pozwoli, by jakieś pierdoły odciągały go od owego szlachetnego celu – wyrecytował z pamięci Soner. – Zresztą, taka jest racja istnienia wszelkich uczniów i terminatorów, by wyręczali swego mistrza w prozaicznych czynnościach.
Podczas gdy adepci drżąc z zimna i grzebiąc na kolanach w błocie ustawiali i okopywali obóz, Aslan bezczelnie zasnął na kamieniu. Belginowi nawet nie chciało się kpić ze starego. Machnął tylko pogardliwie ręką i wczołgał się do swojego namiotu. Zaczęło znowu mżyć.
Soner zbliżył się do starego, chcąc go zbudzić – Asil leżał na pokaźnym odłamie kwarcytu, z zamkniętymi oczyma i skupionym wyrazem twarzy – dopiero teraz uczeń spostrzegł swą pomyłkę. Mistrz nie spał. Odprawiał czary.
Soner kucnął wśród mokrej trawy; nie ruszał się, nie chcąc przeszkadzać. Twarz czarnoksiężnika wyrażała najwyższą koncentrację, z powodu mżawki nie widać było, czy się poci. Rękoma kurczowo obejmował niekształtna bryłę, szepcząc pod nosem zaklęcia w nieznanym adeptowi języku. Świat ucichł, nawet szum deszczu dochodził jakby zza ściany. I wtedy młodzieniec usłyszał Muzykę.
Nie da się opisać, czym jest Muzyka, tak jak nie sposób zrobić tego z Pięknem czy Miłością. Na pewno nie ma nic wspólnego z grą na ludzkich instrumentach, jest raczej ulotnym wrażeniem, uczuciem… Dla Sonera była głosem Ciszy; elfowie, bo to oni ją odkryli i nazwali, twierdzą, iż to z niej powstał świat. Można ją było rozpoznać tylko w całkowitej ciszy, jak najdalej od ludzi, jak najdalej od żywych istot, na takim jak te pustkowiu. Najwyraźniejsze jej odbicie pozostało w wodzie, deszczu, falach, sztormach, pływach morza; bardziej doświadczeni słyszeli ją w wietrze, ogniu, chmurach, świetle… Dla Asila Aslana śpiewały nawet skały. Każda inaczej.
Soner nie rozumiał Muzyki deszczu. Krótkie, urywane tony, miliony, miliardy dźwięków ciszy – nie kropel, a przerw między nimi – jakby chciały coś mu powiedzieć, przekazać jakąś niesłychaną prawdę, tajemnicę czegoś, co się stało w ciemnych obłokach nad nimi, tu albo tysiąc mil dalej… O powietrznych duchach, walkach, wirach i błyskawicach, piekielnym mrozie i huraganowym wietrze – ale uczeń nie mógł ich pojąć. Zbyt wiele naraz chciało ich rozmawiać, za dużo słów, za szybko, w niepojętej mowie – hałas ciszy ogłuszał, oszałamiał, bolała odeń głowa. Student najchętniej uderzyłby metalowym kijem o kamień, byle przerwać milczący wrzask – ale nie ośmielił się przeszkadzać mistrzowi. Czuł się coraz bardziej sennie…
Soner zbudził się nagle, w ciemności. Potrząsał nim ktoś niewidoczny, chłopak odruchowo sięgnął po żelazną lagę. Dopiero po chwili pojął, że to Aslan. Nauczyciel oświetlił polanę bladym płomieniem różdżki, jego oczy pałały jak w gorączce.
– Znalazłem. To tu – bełkotał stary niezrozumiale, tuż przy twarzy młodzieńca, opluwając go drobnymi kropelkami śliny. – Ten eratyk… on jest z innego czasu i innego miejsca, tam, gdy świat był młodszy. On… on pamięta.
Student patrzył zdumiony na staruszka, z całych sił próbując udawać, ze rozumie.
– Tylko tutaj… Z daleka od życia, z daleka od głosu… Muszę słuchać… Zrób mi jeść. Chociaż ostatnie zadanie zawierało jakieś konkretne polecenie. Adept ruszył ku swoim pakunkom, by wydobyć stamtąd potrzebne utensylia. Zanim jednak zdążył rozpalić ogień, spostrzegł, że mag znów przywarł do głazu.
– Cholera – student zaklął pod nosem. Gdy mistrz Słuchał, nie wolno było rozniecać płomieni, ich głos całkowicie go mylił. – A gotuj sobie sam, staruchu. – Nie zdążył rozstawić swojego namiotu, więc wczołgał się ze śpiworem do Belgina, zostawiając Asila samego.
Niczego później tak w życiu nie żałował.
                                                   ***
Rano mistrz nadal słuchał, leżąc na kamieniu. Nie oderwał go nawet zapach jajecznicy na boczku, mimo zakazu smażonej przez Belgina na ognisku.
– Więcej dla nas. – Czarnowłosy wzruszył ramionami. – Mówiłeś, że co on tam robi?
– Słucha – odrzekł Soner.
– To wiem. On zawsze Słucha, przez duże “S”. Tylko czego?
– Mówił coś o Harmonii.
– Znaczy bredził, jak zwykle – podsumował wyższy student, wydrapując resztki z blaszanej miski. – Pies mu mordę lizał, jeszcze tylko miesiąc do końca terminu. Kazał coś zrobić? – spytał, ocierając wąsy z jajecznicy.
– Nie.
– Świetnie, mamy wolne. Chodźmy na piwo do jakiejś knajpy – rzucił z sarkazmem Belgin. – Znasz tu jakąś?
– Najbliżej będzie chyba “Alchemik”. Jakieś dwieście wiorst na wschód – odparł ponuro niższy adept.
– Czyli spędzamy czas po studencku. Wersja alternatywna.
– To znaczy jak, Czarny? – spytał Soner, ale czarnowłosy zdążył już wczołgać się do namiotu i zawinąć w śpiwór. Po chwili dobiegło stamtąd głośne chrapanie.
– Ten facet będzie dobrym magiem. Ma wszystkie potrzebne umiejętności. – mruknął pod nosem rudy uczeń. Obrócił się ku mistrzowi – ten nie zmienił pozycji nawet odrobinę.
Spojrzał w niebo. Lodowaty wicher naganiał coraz cięższych i ciemniejszych chmur, zapowiadało się na ulewę.
Z westchnieniem zabrał się do ustawiania pozostałych dwóch namiotów.
                                                   ***
– Kurna, on jeszcze leży? – Po raz kolejny chłopak zbudził się w mroku, zwinięty przy palenisku. Ognisko ledwie się tliło. – Co mu jest? – powtórzył ten sam głos, rozpoznał Belgina. Czarnowłosy oświetlił polanę.
– Nigdy jeszcze tak długo nie Słuchał. – W srebrnej poświacie Soner ujrzał sylwetkę starego czarodzieja, spoczywającą na skale w dokładnie tym samym, co dobę temu, położeniu. Studenta zmroziło straszne przypuszczenie: “A jeśli…”
– No nie, jak ten pierdziel wykitował, to się tępą brzytwą potnę! – Wyższy z adeptów doskoczył do maga, zbliżył różdżkę do jego twarzy. – Kto mi da zaliczenie?! Hej, mistrzu Aslan! – potrząsnął starym. – Żyje pan?!
Kompletny brak reakcji, w słabym świetle oblicze staruszka wyglądało jak woskowa maska. Soner przyłożył dwa palce do szyi starego – wyczuł puls.
– Żyje, ale jest nieprzytomny – oznajmił.
– Do stu tysięcy czortów śpiewających ludowe piosenki i jednego grającego na bałałajce! – wściekł się czarnowłosy. – Obudź go!
– Jak? Nie jestem uzdrowicielem.
Mag nie reagował na nic. Polewanie wodą, uderzanie po twarzy, iskry, wrzask do ucha – bez rezultatu. Zdawał się spać, snem głębokim prawie jak śmierć, bez najmniejszego gestu – tylko usta lekko się poruszały, jakby szeptał bezgłośnie zaklęcia.
– Ojapierniczę. – Załamał ręce Belgin. – Jak go postawić na nogi?
– Lepiej poczekać, aż sam się obudzi.
Czekali. Zawinęli starego w koc i położyli w namiocie. Rozniecili ponownie ognisko.
– To przez ten cholerny kamulec, on jest jakiś przeklęty! – desperował wąsacz. – Trzeba stąd wypierniczać, Rudy, tak szybko się jak się da!
Soner spojrzał na ciemną sylwetkę głazu, majaczącą w mroku na skraju polany.
– Bzdura, Czarny – stwierdził spokojnie. – Gdyby na tym miejscu ciążyła klątwa, Aslan ominął by je szerokim łukiem. Wiele można mu zarzucić, ale nie to, że jest szalony.
– Klątwa go oszukała! Zwabiła tu podstępnie i…
– Belgin. Kretynie. Czy naprawdę sądzisz, że nie zauważylibyśmy klątwy na tyle silnej, by
zniszczyć mistrza magii? Przecież coś takiego wrzeszczało by na wiele mil dookoła, to było by jak jezioro lawy, jak wejście do lodowatej wody, jak smród masowego grobu. Każdy by to wyczuł, zwłaszcza tak blisko.
– Skąd, wiesz, kurna? Skąd wiesz, że ciebie też nie oszukuje? – pytał gorączkowo student.
– Tuż obok przeklętego miejsca, nawet ty byś to Słyszał. Nie ma takiej magii, Belgin. Nie ma tak potężnych iluzji. To jakby próbować zagłuszyć pijaną krasnoludzką orkiestrę dętą.
Chyba go przekonał, ale nie uspokoił. Czarnowłosy nadal zerkał niespokojnie na blok kamienia.
– To co się z nim stało?!
– A czy ja ci wyglądam na wróżkę?
– Znasz jedną.
– Spadaj.
                                                  ***
Stary nie obudził się ani tego, ani następnego ranka. Trzeba było go karmić, jadł mechanicznie. Zamarł w całkowitym stuporze. Z biegiem czasu przestał nawet ruszać ustami, w ogóle dawać jakiegokolwiek znaku życia. Tylko płytki, miarowy oddech świadczył, że jeszcze żyje.
Mistrz magii ostatniego wtajemniczenia, członek Najwyższej Rady i szanowany mentor, Serkan Asil mag Aslan, stał się bezradny niczym niemowlę. I jego uczniowie nie potrafili nic na to poradzić. Siedzieli na skrzyżowanych nogach przed namiotem czarodzieja, patrząc ponuro w ognisko. Obaj śmierdzieli potem i przemokniętymi ubraniami. Skarpetki Belgina suszyły się nad paleniskiem, student zagrzebał bose stopy w ciepłym popiele.
– Rudy? – zagaił.
– Czego? – odparł Soner, nie odwracając wzroku od płomieni.
– Trzeba coś zrobić. On się sam nie obudzi.
– Wal. Moje pomysły się skończyły.
– Pozostali mistrzowie na pewno mogli by mu pomóc. Przysłać uzdrowiciela. Albo chociaż wóz, żeby go zabrać do miasta.
Rudowłosy milczał.
– Jak myślisz? To chyba najsensowniejsze wyjście? – nagabywał Belgin.
– Oni nie wiedzą, że tu jesteśmy. I nie mamy jak im tego przekazać.
– Ktoś z nas może tam pójść. Wtedy jeden zostałby z dziadkiem, doglądał go, a drugi sprowadziłby pomoc.
Soner zwrócił się ku niemu i wyrzekł tylko jedno słowo.
– Kto?
– Mam dłuższe nogi. A ty i tak się nim zajmujesz.
– Ile czasu?
– Dwa tygodnie do Sofularu, trzy – cztery dni z powrotem, wierzchem i z innym magami. Kurna, dlaczego staruch nigdy nie pozwala wziąć koni? Dlaczego zawsze musimy wędrować na takie zadupie?!
Jeśli spodziewał się odpowiedzi, zawiódł się srodze.
– Jutro z rana wyruszam – rzekł sam do siebie. – Nie ma sensu zwlekać.
Zapadł zmierzch. Spodziewana ulewa jakoś nie chciała nadejść, czarne chmury kłębiły się na niebie, nie dopuszczając do ziemi blasku księżyca. Ciemność jak smoła ogarnęła obozowisko, lodowaty wiatr od pustkowi ziębił skulonego przy ogniu Belgina, ten okrył się starym, płóciennym płaszczem maga. Podróżne odzienie czarownika najwyraźniej podziurawiły polne myszy, potargały psy i obszczały koty; śmierdziało nie do wytrzymania, lepiło się i brudziło koszulę. Student podwinął nogi pod brodę i wsadził dłonie w poły płaszcza – bez skutku. Nudził się śmiertelnie – jego towarzysz poszedł spać
do swojego namiotu. Czarnowłosy jednak nie mógł zmrużyć oka. Bał się jutrzejszej wyprawy. Dwa tygodnie pieszo przez górskie lasy, bagna i śniegi, narażony na atak dzikich zwierząt i jeszcze gorszych ludzi – nie przejmował się tym zbytnio, idąc w kompanii z czarnoksiężnikiem i drugim kamratem; Aslan znał na pamięć wszystkie szlaki i ścieżki, zawsze umiał ominąć niebezpieczne rejony; nigdy nie zdarzyło im się wejść w drogę elfom, wilkom ani bandytom. Ale samotna wędrówka? Belgin nie pamiętał trasy. Jak znajdzie bezpieczny nocleg? Co będzie, gdy zabłądzi? Z drugiej strony, siedzenie tutaj przez pół miesiąca i podcieranie tyłka nieprzytomnemu staruchowi było by jeszcze gorsze.
– Kurwa mać – podsumował swój stan ducha.
Gapił się bezmyślnie w ogień, próbując zapomnieć o chłodzie i mroku; nic nie słyszał, poza
jednostajny szumem traw poruszanych wiatrem. Niewidoczne chmury przewalały się po nieboskłonie, gnane przez wiatr daleko na wschód, ku zamieszkałym ziemiom. Wyschła rzeka wiła się w wąwozie nieopodal, wicher toczył nią kłęby kurzu i piachu. Obumarłe drzewa milczały tysiącem spadłych liści. Bezszelestne drapieżniki na miękkich, kocich łapach skradały się przez równinę, polując na króle i świstaki. Nagła cisza w miejscu uderzeń serca oznaczała śmierć. Niesłyszalne ptaki szybowały pod niebem, orientując się w mroku sobie tylko znanymi sposobami, miliony owadów bezgłośnie przebiegały po ziemi. Płomień ogniska pożerał suche gałązki jak strzechy domów, iskry strzelały w górę niczym strzały i gasły, ścigane przez wiatr i pył. Słychać huk ognia, wrzask palonego żywcem świeżego drewna, szyderczy śmiech wichru uradowanego z dokonanego zniszczenia. Polana gniotą się i łamią w płomieniach jak ludzkie kości. Szczapy ostre
niczym pale, niczym oszczepy, przebijające w locie uciekających, dławiący strach, krzyki bólu niszczą ciszę nocy. Serce, serce wali jak oszalałe, ból, cisza. Śmierć. Na koń! Gdzie teraz? Na wschód. Tam złoto, tam łup i niewolnicy. Na koń! Tu zostały jeno zgliszcza. Na wschód! Wiatr wieje od tamtej strony, niosąc nawet już nie głosy, a milczenie, nie gorąco i pożar, a cień i chłód. Już nie domy, tylko popioły, zimne trupy miast ludzi.
Belgin rozejrzał się z niedowierzaniem po polanie, wizje zniknęły, nierealne jak sen. Widział już tylko obóz, noc i dogasające ognisko. Soner chrapał w swoim namiocie. Czyżby on sam zasnął?
Łomot końskich kopyt, brzęk stali. Za daleko by słyszeć, za daleko by widzieć. Tylko bezgłos, gdy kopyta nie uderzają w ziemię, trwoga wśród lasów i pustkowi, zwierzęta kryją się w norach i uciekają na wzgórza. Cisza coraz słabsza, coraz mniej donośna – jeszcze trochę, a usłyszy głosy, tętent i świst strzał, wtedy będzie już za późno.
– Prosto na nas – szepnął czarnowłosy student. Zrozumiał. – Ile mamy czasu? Jak szybko wieje wiatr? – obejrzał się ku majaczącej w mroku sylwetce głazu.
Dwa, trzy dni.
– Sporo. Ale oni mają konie – rzekł chłopak. – Kurwa mać.
O ziemię rozbiły się pierwsze krople deszczu. Zaczęła się burza.
                                                   ***
Soner uwierzył do razu, nie pytał nawet skąd Belgin w środku nocy dowiedział się o bandzie konnych zbójów pędzących ku nim przez pustkowia. Siedzieli u niego, na zewnętrze ulewa rozszalała się na dobre.
– Musimy stąd spierniczać, Rudy! Inaczej mamy przegwizdane – zakończył swoją relację wyższy z uczniów.
– Co z nim? – spytał krótko niższy.
– O czym ty chrzanisz?
– Co z mistrzem?
Belgin spojrzał przez szparę na zmoknięty, płócienny namiot, w którym spoczywał Asil. Ognisko już zgasło, zalane przez deszcz, błyskawice co chwila rozświetlały polanę.
– On i tak jest już martwy – wzruszył ramionami czarnowłosy.
– On żyje. Oddycha. – Gdzieś blisko z cała mocą uderzył grom, łamiąc z hukiem uschłe drzewo. Obaj studenci wzdrygnęli się odruchowo, nasłuchiwali.
– Nie pójdzie sam. Na pustkowiu to to samo, co być trupem.
– Możemy go nieść – powiedział cicho rudowłosy.
– Żartujesz. – Belgin popatrzył nań zdumiony. – Chcesz zabić nas i jego?
– Mówiłeś, że idą na wschód. Nie szukają nas. Wystarczy zejść im z drogi. Zdążymy.
– Kretynie, powaliło cię?! Myślisz, że stepowi rozbójnicy posuwają się sznureczkiem, gęsiego po prostej do celu?! Nie wiem, ilu ich jest, ale na pewno będą przetrząsać każdy zagajnik, parów i dolinkę w okolicy, choćby po to, by zapolować! W dwa dni możemy być już daleko na wzgórzach, ale za nic nie zdążymy tam z takim balastem! – powiedział podniesionym głosem.
– To jest człowiek, nie balast. – Soner nie patrzył na niego, wyglądał z namiotu gdzieś ku
rozdzieranemu błyskawicami niebu.
– On i tak już się nie obudzi. Jest martwy.
– Nie wiesz tego.
– Nikt mu już nie pomoże, nawet jeśli go jakoś dotaszczymy do Sofularu.
– Nie wiesz tego.
– Posłuchaj mnie, ośle. Będziemy się rozczulać nad wymóżdżonym, niedołężnym dziadem, który i tak by umarł, teraz czy za kilka miesięcy, jakie są prognozy i minimalne szanse że wróci mu świadomość, dywagować moralność i najdelikatniejszą etykę, rozczulać się nad jego losem; a tymczasem przyjedzie tu stado facetów z wielkimi mieczami, którzy nie zawracają sobie głowy takimi pierdołami, i zrobią tak z nas, jak z niego krwawe szaszłyki. Dotarło?! – Belgin niemal wrzasnął koledze do ucha.
– Nie wolno zostawiać ludzi na śmierć – odrzekł krótko rudowłosy.
– Czy ty w ogóle mnie słuchasz?! – wściekł się tamten.
– Słucham. Nie wolno zostawiać ludzi na śmierć.
– Dlaczego, kretynie?!
– Bo to człowiek. Nie wolno zostawiać ludzi na śmierć – Soner powtórzył po raz trzeci.
– W porządku, rozumiem cię. Szkoda ci staruszka – Belgin zmienił ton, uspokoił się. Przemawiał teraz spokojnie, tonem mentora. – To naturalnie przykre, ale cóż można więcej uczynić? Jeśli weźmiemy go ze sobą, jeźdźcy bez problemu wpadną na nasz trop i dogonią, będziemy za wolni. Jeżeli będziemy kierować się mikro-moralnością, oczywiście nie można nikomu odmówić życia, ale jeżeli komuś się nie odmówi – wszyscy zginą! Zginiemy, Soner!
– Chcesz go zabić, Czarny?
– Przyjacielu. – Czarnowłosy złapał go za ramię, obrócił ku sobie. – Asil, gdyby mógł mówić, sam by ci polecił go zostawić. Nie skazał by nas na śmierć.
– Nie masz o tym pojęcia. Nie jesteś nim – zripostował tamten.
– I dasz się zarąbać bandziorom, bo nie masz pojęcia, czy mistrz by tego chciał?! Jesteś
nienormalny?!
– A ty, Belgin – Soner spojrzał wysokiemu w oczy. – Nie pomożesz mu? To twój mistrz, nauczyciel. Uczył cię, chronił i ufał przez lata. To nic dla ciebie nie znaczy?
– Teraz to nie jest żaden mistrz, tylko śmierdzący worek mięsa owinięty szmatami! Kula u nogi, która nas zabije, jeśli będziemy ją za sobą ciągnąć! – wykrzyczał czarnowłosy.
– Zdążymy.
– Nie zdążymy!
– Mamy duże szanse.
– Mamy żałośnie niskie szanse. Nie zamierzam umierać dla kogoś, kto i tak jest już trupem.
– Żyje tak samo, jak ty. Nikt nie każe ci umierać. Musisz tylko wykazać odrobinę odwagi, Belgin. Zaryzykować. Stać cię na to? – spytał Soner, wpatrując się uważnie w towarzysza.
– Nie będę narażał się na śmierć dla tego próchna! Nie możesz mi tego kazać!- krzyknął
rozpaczliwie czarnowłosy.
– Ja się pytam, Czarny. Daję ci wybór. Szansę.
– Na co, debilu patetyczny? Na żałosny zgon w środku zadupia?! Nie ma mowy, ja mam przed sobą całe życie! I zupełnie inaczej planowałem swój koniec. Nie na stepie, nie od miecza, nie tachając na plecach obszczanego starucha!
– Myślisz że na puchu, wśród czystych i pachnących ludzi, to coś innego? Śmierć zawsze jest taka sama – rzekł Soner.
– Co ty, kurwa, wiesz o śmierci?! Gówno – wycedził przez zęby Belgin.
– Ty nie więcej.
– I nie chcę. Nie chcę nic o niej wiedzieć. To nie moja rzecz.
Przez chwilę milczeli. Pierwszy ozwał się Belgin.
– Przyjacielu, nie biorę go. Muszę iść. Nie mam czasu. Oni jadą.
– Jeśli wezmę go sam, będę za wolny. Na pewno mnie dogonią. Potrzebuję twojej pomocy.
– Idź ze mną. On i tak zginie.
– Muszę spróbować.
– Twój wybór, Soner.
– Twój, Belgin. Tylko twój.
– Do zobaczenia, Rudy.
– Żegnaj, Czarny.
                                                    ***
Ból mięśni, pot zalewający czoło, nieznośny, niewygodny ciężar przewieszony przez ramię. Soner posuwał się naprzód dnem skalistego wąwozu, niosąc nieprzytomnego maga. Z każdym krokiem wzbijał tumany duszącego kurzu. Słońce stało w zenicie, ściany jaru ani trochę nie osłaniały przed południową spiekotą. Aslan, choć chudy i stary, swoje jednak ważył. Na dodatek chyba oddał mocz, bo szmaty, w które go owinięto, cuchnęły koszmarnie, nic nie dawało zatykanie nosa. Czarodziej ślinił się i mamrotał bezgłośnie, ale nie dawał żadnego świadomego znaku.
Słyszał ich już od wczesnego popołudnia, nadjechali grupą od pustkowi, krzycząc i poganiając konie. Przez chwilę miał nadzieję, że nie znajdą małej polanki z głazem pośrodku, że nawet jeśli, to nie odkryją, że jeszcze wczoraj ktoś tu obozował, nie rozgarną zasypanego ogniska, nie odkopią spod chrustu zwiniętych namiotów. Na próżno.
Rozesłali zwiadowców, by przetrząsnąć okoliczne lasy i parowy, miał nadzieję, że żaden z nich nie znajdzie przypadkiem Belgina.
Trzech. Objechali martwy las, zawrócili za wzgórzami, wjechali w wąwóz. Odcięli mu drogę. Nie musiał przykładać uszu do ziemi, wychwytać ulotnych zapachów, rzucać żadnych zaklęć. Po prostu to wiedział.
Delikatnie ułożył nieprzytomnego starca na ziemi pod skałami. Asil Aslan zdawał się spać, śnić o ważnych, niepojętych, niezrozumiałych dla zwykłych ludzi sprawach, których nie wolno porzucać dla ziemskich zmartwień i marności. Przy których życie, własne czy cudze nie miało żadnego znaczenia. Przy których śmierć, własna czy cudza, była li tylko nic nie wartym przerywnikiem.
Stanął pośrodku wąwozu, dzierżąc w dłoni laskę. Nie znał żadnych zaklęć bojowych. A nawet gdyby, sam na całą bandę nie miał żadnych szans.
Z początku ciche, ledwie słyszane stąpanie, z obu stron, potem coraz głośniej, tętent kopyt, rżenie koni, dalekie pokrzykiwania, błysk stali… Tak długo się ich obawiał, a dopiero teraz widział i słyszał.
Dopiero teraz…
U wylotu jaru konne sylwetki, trzech z jednej, trzech z drugiej. Zobaczyli. Otoczyli. Tamten naciągnął cięciwę łuku, ofiara nie słyszy świstu strzały, nie widzi samego pocisku. Soner zamknął oczy. Serce, serce wali jak oszalałe, ból, cisza.
Śmierć.
                                                KONIEC