Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Tomasz Mróz – M1 – 1986

Pamięci Stanisława Pająka poświęcam

Tomasz Mróz
M1 – 1986

1986

M. siedział w swoim mieszkaniu w październikowy wieczór roku 2000. Siedział i kontemplował. W pierwszej kolejności fakt, że ma już prawie trzydzieści lat, a w drugiej, że nic z tego faktu nie wynika dla kraju, województwa czy nawet marnego powiatu grodzkiego.
– Wiek stabilizacji i pracy organicznej – nucił na głupawą melodię gondolierską (znaną z kampanii Krzaklewskiego pod roboczym tytułem „Piękny Maryjan”). Nucenie to urozmaicał różnego rodzaju pukaniem będącym zarysem rytmu. Przed M. na podłodze stała szklaneczka z ginem.
– Nie lubię ginu – skrzywił się do siebie – ale muszę pić, bo nudno.

Zakręcił płynem, łyknął nieco wirującej cieczy i znowu się skrzywił. Dwóch gości w telewizji usiłowało dociec, czy baza wyborcza Olechowskiego może być zarysem zaczynu kiełkującej inicjatywy politycznej wpisującej się w statystyczne oczekiwania centroprawicowej grupy wyborców z przechyłem na przedsiębiorczość i z odcieniem doktryny liberalnej, nie bez wpływu uczuć prospołecznych.
– Nie lubię ginu, ale muszę… – powtórzył jakby zainspirowany dyskusją.
Popatrzył na swoje odbicie w wirującej tafli alkoholowej, wytrzeszczył oczy, zmarszczył brwi, wystawił język, obślinił się, zagulgotał, aż wreszcie orzekł:
– Ale morda!
– Hę? – zabulgotała ciągle wirująca powierzchnia.
– Co jest?! – przeraził się M. – Co ja piję?!
Ale że humor mu dopisywał, powiedział znowu, tym razem dobitniej:
– Ale ryj, ohyda, obrzydliwy i pryszczaty!
Ze szklaneczki wychyliła się twarz, w rzeczy samej, obrzydliwa i pryszczata.
– Słuchaj no, M. – twarz wyrzucała nerwowo słowa – masz tu jak u Pana Boga za piecem. Masz stabilizację i pracę organiczną, masz stały dochód i abonament telewizji kablowej, masz już prawie trzydziestkę i, kurcze na grillu, nie pamiętasz dojrzewania. Też byłeś niewymiarowy i pryszczaty.
– Ja nie, ale Ryży to, o ja cię, miał nawet swój fan-klub.
W tym momencie zorientował się, że ta rozmowa jest jak z innej galaktyki.
– Kto ty jesteś, kurde?! Czy w tych Polmosach ocipieli, żeby takie paskudztwo wsadzać w produkcję, co na to wszystko SANEPID?! – krzyczał, starając się utrzymać bezpieczny dystans do naczynia.
– Graba, Gin jestem, duch czyli. – Postać zakołysała się orientalnie nad szklanką. – Z tych Ginów – dodał i mrugnął okiem.
– Z których, chyba z von Polmosów, he, he, he! – M. rozluźnił się. – No, no, przepraszam. Z tym ryjem też nie chciałem, to było do siebie.
– No to gadaj, czego chcesz, bo już mi się pić chce – ponaglił Gin. – W okresie dojrzewania potrzebuję dużo ginu.
– Co, ja, ale o co chodzi, co chcę, nie rozumiem – nie rozumiał M.
– Donnerwetter – zaklął domniemany von Polmos. – Gin spełnia życzenie, zazwyczaj jest to coś, na co beze mnie nie miałbyś szans, z doświadczenia jeszcze wiem, że jest to zwykle życzenie durne i nieżyciowe, i przynoszące same kłopoty, ale tak jestem zaprogramowany, że mam je wykonać. Ściągawki nie dostarczam, więc musisz coś wymyślić sam, małpi móżdżku!
– Ja mam dwa fakultety! – uniósł się M. i zrobił nadętą minę.
– O, psiajucha, to przepraszam – zaczął ironizować Gin – czy pan magister pozwoli, że…
– Dobra, już okej, chwyciłem, chcę w przeszłość, jak w Tytusie – powiedział M.
Gin wzniósł oczy ku niebu.
– Następny Wells… Czy ja jestem biuro podróży?
– Przecież powiedziałeś, że mogę! – zirytował się M.
– Pewnie, że możesz, ale to jest… Zresztą sam zobaczysz. A do którego roku, jeśli łaska? Musimy trochę uściślić; nie lubię tej papierkowej roboty, ale mnie rozliczają.
– Kto?! – zdumiał się M.
– Korporacja Ginów i Borowiczek, w skrócie KGB. Skupiają wszystkie odłamy, dają licencję, regulują normy, jak często wolno się pojawiać, jak prowadzić rozmowy, no i cała procedura życzeniowa. Proszę, formularzyk, tu podpisać, identyfikator, karta serwisowa, adresy wszystkich producentów ginu w okolicy i ołówek firmowy z napisem „I’m Gin. Love me”. Za pięć minut jestem po określone na piśmie życzenie. Pa!
– Ale…! – krzyknął za znikającą chmurką M. – Ale ja… A, zresztą, co mi tam, wypełniamy.
Po rozwinięciu arkuszy opanowało go znajome z Wydziału Paszportowego i innych urzędów uczucie braku odpowiednich kwalifikacji do wypełnienia kwestionariusza. Z datą, miejscem urodzenia, imionami rodziców poradził sobie bez trudu. Inne rubryki szybko opuścił, przechodząc do punktu zasadniczego, czyli treści życzenia.
– Hm, średniowiecze lub barok to za duże ryzyko, jeszcze palili na stosie, albo się gniło w lochu w towarzystwie niesubordynowanych chłopów pańszczyźnianych. Może Romantyzm? Eee… lepiej nie, jeszcze będę musiał się kochać bez wzajemności w jakiejś Wokulskiej z wyższych sfer. A poza tym te surduty, te krynoliny, te bokobrody!
Przystawił dwie mocno przepracowane skarpety do policzków i krzyknął:
– Wpłynąłem na suchego…
Ze szklanki bulgotnęło:
– Za minutę sprawdzam!
– O, cholera! – przeraził się M. – Coś współczesnego może? Ale ja się tam wszędzie pogubię! Mogę przecież stać na Placu Defilad w ’56 i ryczeć „Wiesław, Wiesław”, ale co z tego, skoro przyjdzie ’68 i jeszcze będę musiał przez mój nos emigrować. Mogę obiecać Gierkowi, że pomogę, ale moje wykształcenie będzie tam wtedy całkiem bezużyteczne. Mogę w październiku ’73 ogłosić, że Polska wejdzie do MŚ w piłce nożnej, ale to mogłoby doprowadzić do zbyt wczesnych porodów czy poronień, a to już za duże ryzyko dla mnie!
– Okej, sprawdzam. – Gin wychynął, wyraźnie już zniecierpliwiony.
– No, dobra, już wiem, 1986, moje osiedle. Poznam na nowo coś, co już znam.
– Aleś wymyślił! Spodziewałem się po tobie szerszych horyzontów. A może chcesz zobaczyć raz jeszcze Panią Gabrysię z warzywnego w jej najlepszym okresie?
– Kolego, to będzie fascynująca eksploracja moich korzeni kulturowo-społecznych, dotknięcie tego, co mnie ukształtowało, bycie tam, gdzie się to tworzyło… A Panią Gabrysię chętnie zobaczę, to fakt.
– No to rach-ciach, stempelek, numer kolejny, pieczęć organizacyjna, miłej wycieczki. Pa!
– Ale Gin, zaraz, już lecę?! Gin, jak wrócić, kurde, jak wrócić, jak???!!!
– Piiijjj giiinnn, tyyylkooo giiin!!!

Bum. Trzask. Ryp i inne onomatopeje.
– Panie, coś pan. Ja tu stałem. Ja tu stałem, prawda, proszę pani?
– Ale, ja, tylko, gin.
– Gdzie rzucili? Lubuski czy importowany, a może tę bułgarską bryndzę?
Nim się ogłupiały M. zorientował, armia babć ubranych w identyczne bure płaszczyki, wprawnymi, wysoce zsynchronizowanymi ruchami tułowia, wypchnęła go ze sklepu. Znalazł się na znajomym placyku przed spożywczym.
– No tak, mam czego chciałem! Eksploracja korzeni, świadectwo początków, a tymczasem rzuciło mnie w zwykłe kolejkowe chamstwo.
M. usiadł na murku przed sklepem i zaczął myśleć, co dalej począć.
– Dobrze, że chociaż strój mam normalny, gdyby mnie przerzuciło w pidżamie albo w bermudkach, to babcie ze zdumienia chyba by mnie bez kolejki przepuściły.
Rzeczywiście, jeansy i zielona kurtka nie rzucały się w oczy, były, na co M. wpadł już w czasach liceum, wiecznie modne i nieekstrawaganckie. A przy tym wszystkim praktyczne.
– Tak jest – potwierdził M. patetyczne gderanie narratora i wstał, aby rozpocząć wycieczkę.
– Panie, która godzina? – spytał się jegomościa podobnie jak on kiwającego się przed sklepem.
– Za dwadzieścia pięć – odrzekł zagadnięty, po czym dorzucił – i trzydzieści sekund.
Do M. dopiero po chwili dotarło, że jest pięć po wpół do pierwszej. Zaczął się przechadzać po znajomych alejkach i nic mu się nie podobało.
– Co te drzewa takie małe, czego ci ludzie tacy szarzy? Przecież będzie lepiej!
I telewizory za pół pensji, nawet dla starych małżeństw, i wołowego z kością, ile dusza zapragnie. No tak, ale oni tego nie wiedzą.
– A może… – Tutaj M. popuścił wodze fantazji. Wyobraził sobie, jak stoi na dachu warzywniaka i ogłasza, że oto za cztery lata będzie lepiej i opisuje wszystko ze szczegółami rozentuzjazmowanej tłuszczy. – Eee, ze szczegółami może lepiej nie – zmitygował się M. No więc opisuje im ogólnikowo, co już niedługo czeka Polskę. – Taa… Po czym straż pożarna ściągnie mnie z dachu wprost w objęcia uśmiechniętych, barczystych sanitariuszy. Po co mi kłopoty?
Naraz M. zauważył idącą z tornistrem postać, która wydała mu się nieco znajoma.
– O, kurde, Miętol! – szepnął, po czym krzyknął: – Mięt… znaczy Szymon, Szymon!
I puścił się biegiem za obserwowanym; chłopak obrócił się, nerwowo zamrugał powiekami i rzucił się do ucieczki.
– Miętol – ryknął M. – to ja!
Postać zwinnie wskoczyła do jakże znajomej klatki schodowej, a za chwilę wszystkie szyby zatrzęsły się od rąbnięcia drzwiami. M. bezradnie popatrzył w okna Miętola – firanka lekko się poruszyła. Po dłuższej chwili wychyliła się twarz ojca Miętola.
– Jeszcze raz zaczepisz mi syna, to cię, bydlaku, rozszarpię!
M. wzruszył ramionami i odszedł.
– I co teraz? Po co mi ten ’86?
Po chwili jednak się uspokoił.
– Po co tu jestem? No, żeby zobaczyć siebie. W takim razie do szkoły!
Budynek szkoły nic się nie zmienił od lipca 2000, kiedy to ostatni raz go widział. To znaczy do lipca 2000, kiedy go ostatni raz zobaczy. To jest nie ostatni… a zresztą, cholery można dostać! Budynek szkoły wyglądał jak zawsze.
Gdy M. wszedł do środka, lekcja jeszcze trwała. Z lektury gazetki ściennej dowiedział się, że powinien mieć lekkie i przewiewne buty na zmianę oraz jak żył i działał Romuald Traugutt. No tak, tu był u siebie; powiedział „dzień dobry” swojej wychowawczyni, nawet zagadnął, jak się spisuje M. w szkole.
– Mógłby go pan zachęcić do większej aktywności na terenie klasy i w organizacjach szkolnych – rzuciła twórczo. – Poza tym w porządku.
M. zapewnił, że zrobi wszystko, aby LOP czy TPPR stały się jego drugim domem.
– A czy były już przypadki przypalania na kaloryferze uczniów klas młodszych?
– Nieee, raczej nie słyszałam – odparła zdziwiona nauczycielka. Odchodząc, rzuciła kilka niespokojnych spojrzeń za siebie. Zabrzmiał dzwonek.
– Polówa, zajmij nam!!! – usłyszał nieco znajomy głos, uściślając: ryk.
– Z drogi! – Osobnik w okularach i modnej bluzie na zatrzaski robił zręczny slalom pomiędzy wysypującymi się uczniami. Widać było, że trasę tę ma opanowaną do perfekcji, każdy krok był wyliczony, prędkość na wirażach odpowiednio dobrana. – Z drogi! – Osobnik rozpychał malców zalewających korytarz, za nim biegł… M. wryło w ziemię, za nim biegł M. lat trzynaście.
– Polówa, uważaj! – M. usłyszał sam siebie.
Ale było już za późno; znajoma postać świetliczanki chwyciła Polówę za ucho i potrząsając nim, wrzeszczała:
– Uważaj, baranie! Gdzie tak lecisz, do jasnej anielki?!
Chłopak z przerażeniem obserwował rosnącą przed stołówką kolejkę, wizja obiadu rozbiła się o kłótliwą postać świetliczanki. Wił się jak piskorz, próbując  uwolnić obolałą małżowinę.
– Tu są małe dzieci, tu się nie biega, tu się nie ryczy! – ryczała ta drobna kobieta.
– Tak, oczywiście, tak jest, to zrozumiałe – usiłował uciąć jej tyradę niefortunny biegacz.
M. miał ubaw po pachy. Zawsze na imprezach ta opowieść nieco inaczej wyglądała, a prawdę mówiąc, na każdej przedstawiała się inaczej w zależności od „promilarzu” gawędzącego.
– No tak, przerwa obiadowa, z kontaktu nici – zadumał się smętnie M.
Ale i tak pole obserwacyjne było ciekawe. Postacie siedzące przy stolikach pochłaniały posiłek, od czasu do czasu obrzucając się kawałkiem kotleta lub makaronikiem. Znany ze swych manier Siara z VIIA podkradł dwa kompoty z nauczycielskiego stolika, a do reszty napluł. Młodsze dzieci płaczliwie wzywały pomocy pani, wypychane z kolejki przez grupę żądnych jedzenia młodzieńców. Wśród nich był również M., co M. stwierdził z satysfakcją równą zadowoleniu ojca z syna boksera, który dotychczas wszystkich znokautował.
Podczas lekcji M. odsikał się do pisuaru umieszczonego na wysokości kolan i oglądnął wystawkę prac plastycznych pod tytułem „Pory roku w naszej szkole”. Wszystkie przedstawiały uśmiechnięte postacie na tle drzew przy boisku, które to drzewa raz były zielone, raz żółte, raz łyse. Największe wrażenie zrobiła na M. praca, chyba powieszona przez pomyłkę, na której pokazano lekcję. W czterech rogach ten sam widoczek: sroga nauczycielka i twarze uczniów wpatrzone w tablicę, i tylko jedna buzia odwrócona w stronę okna, za którym gałązka w zależności od pory roku zieleniła się, mokła, pokrywała ptactwem lub śniegiem.
M. zajrzał również przez szparę w drzwiach na salę gimnastyczną; miał nadzieję, że zobaczy w akcji wuefistę Pierdzioła, znanego ze swej marnej postury i manier kaprala. Pierdzioł zawsze się angażował w zajęcia, pomagając uczniom wykonywać zadane ćwiczenia. Pod warunkiem, że uczniowie ci byli żeńską częścią klasy siódmej lub ósmej. Niestety, Pierdzioł miał tym razem lekcję z chłopcami, więc z bezpiecznej odległości gwizdał na nich, dopingując do pełnej aktywności w zajęciach obwodu ćwiczebnego.
I znowu zabrzmiał dzwonek, więc M. udał się na poszukiwanie VIID.
Znalazł. Stali przy plastycznej. M. rozpoznał, oprócz siebie i Polówy, jeszcze Lolca i Woleja; właściwie to nikogo więcej nie potrzebował. Udając, że jest bardzo zainteresowany urokami jesieni widzianej ze szkoły, przybliżał się coraz bardziej. „O czym to oni, czyli my, rozmawiamy, co się wtedy zdarzyło?” – zastanawiał się, nadstawiając ucha.
– I wiecie, wtedy mówi penis do dupy: jak jesteś ptak, to śpiewaj. Na to ona się napięła iiiii…
Tutaj opowiadający wypuścił z ust powietrze, wydając charakterystyczny odgłos. Całe towarzystwo ryknęło śmiechem, lekko zataczając się jak w dziwnym tańcu. Nagle ktoś krzyknął:
– O, ja cię, ale mara!
Wszyscy odskoczyli, zatykając nosy i zanosząc się śmiechem. M. też chętnie by odskoczył, ale musiał poruszać się z godnością, żeby nie budzić podejrzeń, choć przychodziło mu to z trudem. Znowu, obserwując jakieś gabloty, zbliżył się do roześmianej grupki.
– Kto głośniej, panowie!
Rozpoczęły się zawody w wydobywaniu odgłosów za pomocą dmuchania w rękę. M. z zażenowaniem patrzył na swoje wybałuszone gały i czerwoną z wysiłku twarz, gdy usiłował pierdnąć głośniej niż reszta bandy.
– Ciekawe, czyj to stary tu stoi? Może twój M., jakiś taki podobny!
– Odchrzań się, zdebie, może twój!
– Sam jesteś zdeb, i soroń, a może to jakiś parówa!
Wszyscy zatrzęśli się ze śmiechu. M. czuł, że robi się czerwony, a fala ciepła obejmuje całe jego ciało, a najbardziej uszy. Odwrócił się do nich, ale oni, widząc, że chyba coś usłyszał, szybko ulotnili się do klasy. Zabrzmiał dzwonek.
– Hmm, myślicielem to ja nie byłem – stwierdził, wychodząc z gmachu szkoły. – Delikatnie mówiąc – dorzucił po chwili.
Przechodząc pod oknami swojej klasy, zobaczył dyrektora Kwitka prezentującego zasadę działania maski p/gaz. Za każdym razem, gdy odwracał się w kierunku tablicy, klasa ożywała, przelatywały przedmioty, uczniowie wymieniali miny, by za moment zastygnąć w pozach pełnych ekstazy, wywołanej według Kwitka ważkością problemów ochrony przeciw gazom bojowym. M. rzucił jeszcze spojrzenie na znajomy budynek i udał się alejką w górę osiedla. A dusza w nim łkała.
– Niezłe głupki, co, M.?
M. stanął jak wryty. Naprzeciwko na ławeczce siedział gość w ortalionowej kurteczce i szarych spodniach z zarysem kantu; tłuste włosy miał zaczesane do tyłu. Obok stała butelka 0,75l o znajomym kształcie.
– Co za czasy, nawet plastikowego kubeczka ci nie sprzedadzą, trzeba rąbać z centralki.
Wyraźnie zdegustowany jegomość pociągnął długim haustem z butelki, skrzywił się, odsapnął. Zachęcającym ruchem skierował szkło ku M. M. odmówił, kręcąc głową.
– Wiem, wiem, to nie gin, ale jeszcze ujdzie. Przynajmniej w środku nic nie pływa, no, może czasem mucha czy mysz. Ale nieszkodliwe, durnych życzeń też nie spełniają.
– Kim pan jest? – M. przełknął nerwowo ślinę. – Zna pan Gina, no, tego mojego?
– Znam, znam tego durnia, raz się na coś przydał. A ja jestem, kolego, twój Anioł Stróż.
Szary pijaczek zdematerializował się, by za ułamek sekundy pojawić się na trawniku. M. odwrócił się gwałtownie.
– I to nie taki stróż z miotłą czy ścierą, ale ze skrzydełkami!
Postać rzeczywiście uniosła się nieco do góry na nagle wyrosłych ortalionowych skrzydełkach. Zniknęła i pojawiła się dziesięć centymetrów przed M., krzycząc mu prosto w twarz.
– I to taki Anioł Stróż, który cię cholernie nie lubi i ma zamiar cię załatwić. Panimajesz?!
– Czy mógłby się pan tak nie przemieszczać, bo nie nadążam, i trochę się oddalić, bo naruszył pan moją strefę intymną.
– Eeeech, uduszę!!! – Stróż uniósł nagle spotężniałe łapy. – Ech, nie mogę.
Smętnie opadł na ławkę i łyknął po raz wtóry.
– Nienawidzę cię i załatwię, choć osobiście mi nie wolno, ale na przykład mogę nie zareagować na spadającą cegłówkę albo zagadać Świętego Krzysztofa i wlecisz pod najbliższą ciężarówkę. Ja dużo mogę!
– Ale za co? – szepnął przerażony M.
– Ha! Za co?! Październik ’73, miałem szansę na awans, na Superstróża, a dostałem pisemko: „przydzielamy towarzysza do M. z dniem jutrzejszym”, uziemiłeś mnie na dobrych kilkadziesiąt lat. Później to cię nawet polubiłem, spokojny jak mumia, ale wnet się zaczęło, już się dobierałem do jej odzieży spodniej, a tu alarm, za trzy minuty wpadnie pod syrenkę, i dawaj, leć, opóźniaj wszystko, anielicę diabli wzięli, dosłownie. Ileż to razy cię wyciągałem z opresji, a ty miałaś wciąż nowe durne pomysły, byle na złość, byle na przekór. Pamiętasz, jak myślałeś, że nie dojdziesz do domu po tej fasolce na stołówce? Osobiście ci te zwieracze trzymałem przez trzy kilometry, aż przepukliny dostałem. No, ale dobra, taki los, kiedyś mi podziękuje, myślałem, ale od czasu gdy zaśmiewałeś się z kawału, w którym mnie przemianowano na Anioła Strusia, zupełnie straciłem dla ciebie serce. Nienawidzę cię!
– Nie wiedziałem – bąknął M. – Przykro mi.
– Przykro będzie ci już niedługo – odparł zbuntowany opiekun. – A wiesz czemu?
– Bo mnie załatwisz – odparł rezolutnie M.
– Tak, i mogę to zrobić bezkarnie, tutaj szef patrzy na tego chłopca – stróż wskazał na przechodzącego nieopodal młodego M. z kompanami – który ma się rozwijać, żreć i uczyć. Tam w 2000 dba o twoją karierę i początki dorosłego życia. A ty, jak debil, wlazłeś pomiędzy epoki, więc oficjalnie cię nie ma i dlatego mogę wszystko.
– Aniele Stróżu mój – zaczął M. – ja naprawdę…
– Cisza! Zaraz się zacznie, ja znikam, a w podarunku zostawiam paczuszkę. – Zadudniło, już w niebiosach, za znikającym.
Oszołomiony M. trzymał prostopadłościenny pakunek i rozglądał się głupawo dookoła.
– Uszanowanie, dokumenty obywatela poproszę. – Dwie postacie odziane w niebieskie mundury wyrosły jak spod ziemi. M. nerwowo zaczął się klepać po kieszeniach. Milicjanci uśmiechnęli się do siebie.
– No! – ponaglił starszy.
M. wyciągnął dowód i pomyślał: „jak dobrze, że ma jeszcze orła bez korony”.
– Taa! Zamieszkały, wzrost, a czemu te daty takie zamazane? Pouczenia punkt pierwszy i trzeci nie czytaliście? Dowód osobisty należy…
– Obywatelu sierżancie, spójrzcie na tę niedogoloną gębę i zieloną kurtkę; czysty Michnik.
– Taa! A co wy tam, obywatelu, macie w tej paczce?
– Tooo – drżącym głosem zaczął M. – to dostałem od stróża, od Anioła Stróża – dokończył prawie ze łzami w oczach.
– Od Anioła Stróża powiadacie, hm!
Milicjanci rozerwali paczkę, oglądnęli jej zawartość.
– Panie, to znaczy, obywatelu, o takich rzeczach to nawet myśleć nie wolno, a co dopiero rozpowszechniać.
– Niektórym świniom ryje przyrosły do koryta, a innym… – zaczął czytać młodszy.
– Cicho! Ktoś może usłyszeć. Pozwolicie z nami! – Sierżant pchnął go przodem.
M. zdążył jeszcze zobaczyć siedzącą dwie ławeczki dalej znajomą postać, unoszącą butelkę w geście toastu.
M. usłyszał za blokiem odgłos zamykanych drzwi autobusu. „Jeszcze minutkę” – pomyślał. Odliczył w głowie do czterdziestu i zerwał się pędem.
– W imieniu Polskiej Rzeczpospolitej… – zaczął krzyczeć młodszy

– Goń go, palancie! – ryknął starszy.
M. wpadł przez boczne wejście do przychodni osiedlowej, na piętro, wiraż obok dentysty, slalom między kwietnikami przy zabiegowym, pędem obok szatni, wyskok na zewnątrz przy izolatce. Przystanek, czterdzieści metrów, trzydzieści, dwadzieścia, dziesięć, autobus wypluł szarą masę ludzi wracających z pracy, drzwi zatrzasnęły mu się przed nosem. Zobaczył tylko uśmiechnięte złośliwie twarze pasażerów, jakiś młodzian pokazał wyciągnięty ku górze palec. Dychawiczny „Ikarus” opluł go szarym dieslowskim oddechem.
– Taxi! – wrzasnął M., nieomal rzucając się pod koła przejeżdżającej Wołgi. Radziecka limuzyna zatrzymała się z piskiem.
– Miasto, Korfantego! – krzyknął M. – Znaczy Armii Czerwonej!
– To będzie dwieście, bo widzę, że pilne – orzekł kierowca, ruszając. M. widział milicjantów bezradnie miotających się dookoła przychodni. Dyszał jak lokomotywa, serce pracowało niczym wiertarka udarowa dużej mocy.
– Coś pan, panie! Z baby pana spędzili, czy jak? Szybę mi pan zaparujesz. Dawaj pan te dwieście!
– Wie pan, problem w tym, że mogę mieć, ale…
– Co pan! Na frajera trafił?! Bo milicję zawołam!
– Nie, nie! Widzi pan ten zegarek, szwajcarski, kwarcowy, bardzo dokładny, i odporny.
– Że szwajcarski, to nie napisane, a kwarcowy to, panie, mam ja. Osiem melodyjek i stoper, i cztery przyciski, a to to ani światełka nie ma. – Pogardliwie wydął wargi, oglądając coś, co według M. było warte kursu do Gdańska i z powrotem.
– Niech będzie, trudno, sikor to sikor – orzekł w końcu kierowca, zatrzymując się na chodniku. – Uszanowanie.
– Ale ten zegarek… – zaoponował M.
– Żegnam! – Taksówkarz wręcz go wypchnął. M. smętnym wzrokiem odprowadził czarną jak smoła limuzynę. I opadł bez sił na pobliską ławeczkę.
– I po co ci to było, po kiego grzyba chciałeś zobaczyć tego trzynastoletniego wyrostka? Chyba po to, żeby się dobić!
Te lamenty mogłyby potrwać jeszcze dobrych kilka minut, gdyby M. nie stwierdził w pewnym momencie odkrywczo:
– Głodnym, kurcze!
Zaczął się klepać po kieszeniach i rozglądać po okolicy. Rozglądanie się wokół było tym bardziej nieuzasadnione, że M., pomimo najszczerszych chęci, nigdy nie zaraził się ideą wegetarianizmu, a spożywanie trawy czy krzaczków uznać by można za skrajny przejaw tej kultury żywieniowej. Ręce, poruszające się po kieszeniach coraz chaotyczniej, podsycały tylko rozpaczliwą wizję głodu, gdy nagle:
– Aaa, a jednak!
Podniszczona moneta jednomarkowa zachowana z jakiegoś wyjazdu do Helmutów zabłyszczała w jesiennym słoneczku jak jutrzenka nadziei. M., podśpiewując pod nosem „Obracam w palcach złoty pieniądz”, wstał i ruszył, jak mu się zdawało, po lepsze jutro, a na pewno po coś do jedzenia.
„Pewnie będą tam, gdzie zawsze” – pomyślał M. dumny ze swojej wiedzy, gdzie w mieście mieści się Pewex i nieodłączni cinkciarze.
Podszedł do wąsatego jegomościa w kurtce z dumnym napisem „Parmalat”. Szepnął konspiracyjnie:
– Mam do sprzedania, waluta niemiecka.
Facet, nieprzyzwyczajony do tak ogólnikowych informacji, dał się jednak wciągnąć w negocjacje.
– Ile?
– Jedna.
Tamten popukał się w głowę i odchodząc, zrzędził:
– Znajdzie taki w krzakach monetę i myśli, że chwycił Pana Boga za nogi. Czy ja prowadzę sklepik numizmatyczny?
M., widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli, pobiegł za odchodzącym.
– Panie, jeść mi się chce, milicja mnie goni, gin piłem i mnie w czasie cofnęło, chciałem przeszłość eksplorować, ale stróż, no anioł, mnie nie lubi, taksówką mnie tu podwieźli.
– Z tego wszystkiego rozumiem tylko, że pan taksówką przyjechałeś, dawaj pan tę markę i spływaj, bo porządną klientelę odstraszasz.
Rzeczywiście dwóch stojących opodal typków, jakby żywcem przeniesionych z serialu „Tulipan”, nerwowo rozglądało się dookoła.
M., ściskając w dłoni zielony banknot ze Świerczewskim, uradowany ucałował wąsate lico wystające z kurtki „Parmalat”.
– Idź pan, panie, tfu, do diabła, pedzio czy jak!
M. wprowadził swoje zamierzenie w czyn, czyli po kilkudziesięciu minutach stania w ogonku zakupił jogurt pitny owocowy wyprodukowany przez Okręgową Spółdzielnię Mleczarską w Sosnowcu i dwie bułki. Pokrzepiwszy się, wędrował po szarych ulicach schyłkowego Jaruzelskiego.
– Trzeba wrócić, tylko jak?
W zamyśleniu zabłądził na dworzec kolejowy; szare tłumy szły do lub wracały z pracy. M. z zaciekawieniem godnym japońskiego turysty obserwował nieco już zapomniane szare prochowce, jesionki w jodełkę i pierwsze jesienią kożuchy. Nagle usłyszał jakieś skandowanie, odgłosy potężniały, rosły, nabierały cech konkretnej melodii ze słowami, ale M. nie dałby sobie niczego uciąć, że wykonywanej przez ludzi. Maszerowali kibice miejscowej drużyny, skandując melodie-rymowanki, które w formie krótkiego utworu literackiego opisywały wyższość miejscowych piłkarzy nad graczami z innych regionów Polski. Wyższość ta często była przedstawiana jednym słowem lub krótkim określeniem. Ludzie ustępowali im milcząco z drogi. Wtem z tłumu przechodniów do M. zbliżył się jakiś młodzian. Szybko zarzucił M. na szyję piękny biało-zielony szal i ryknął:
– Cewukaeees!
I przepadł w szarym tłumie, chichocząc, za przeproszeniem, anielsko.
Wielbiciele miejscowego futbolu zamilkli, rozglądając się dookoła.
– To ten!
Ledwo M. to usłyszał, zobaczył rwącą w jego kierunku grupę. Prawdopodobnie oględziny własnego oblicza w lustrze dostarczyłyby mu niezapomnianych wrażeń kolorystycznych, jakie towarzyszą przerażeniu. Ale on już pędził przez dworzec. Słyszał gdzieś w tle tętent goniących. U góry na peronie rozbrzmiał gwizdek, obwieszczając odjazd pociągu; dał susa, wpadł na peron, wykonał potężne odbicie, które kolana będą wspominać długie lata – i drzwi zatrzasnęły się za M., odcinając go od walecznych prześladowców. Znowu musiał kilka minut zmagać się z szalonym tętnem i świszczącym oddechem. Ale był uratowany.
– Bilety do kontroli – usłyszał nagle głos dudniący spod służbowo naciągniętego na czoło daszka.
– Eee, panie konduktorze – M. zgłupiał po raz kolejny tego dnia – eee, ja, ja jadę w góry, eee, do przyjaciół.
Wiedziony jakimś instynktem pokazał urzędnikowi kolei dwa palce ułożone w kształt litery V. Tamten zasalutował i szepnął konfidencjonalnie:
– Pozdrówcie Michnika od PKP.
M. zbaraniał po raz n+1 tego dnia. Po czym do plusów (i minusów) swojej zielonej kurtki doliczył jeszcze jeden: wyglądał jak opozycjonista.
Chwilowo pozbawiony kłopotów egzystencjalnych, M. rozkoszował się elektrycznym ciepełkiem grzejników kolejowych. Ciepełkiem tym zresztą rozkoszowali się wszyscy podróżni szarego piętrusa, mknącego przez ostępy południowej Polski. Na przystankach tłumek głów wystawał przez drzwi wejściowe, usiłując złapać jak najwięcej tlenu przed następnym etapem. M. nie widział potrzeby łykania dodatkowego tlenu, przecież wszystkie okna były otwarte. W promieniach zachodzącego słońca pięknie lśniły wilgotne październikowe lasy, na czubkach majaczących w oddali gór bielił się pierwszy śnieg.
M. lubił góry i górali, acz jego wyobrażenia dalekie były od idyllicznych scenek malowanych na szkle przez podhalańskich artystów. Człowiek gór kojarzył mu się raczej z odzianym zawsze tak samo, w sweter i gacie, osobnikiem z poważnymi brakami w uzębieniu, spędzającym swój czas wolny w miejscowej pijalni piwa, którą wczasowicze obchodzili szerokim łukiem. Takiż to właśnie typ siedział nieopodal, pociągając co jakiś czas z butelki 0,33l, zawierającej, jak głosiła żółto-niebieska etykieta, „Kruszon beskidzki”. Inni podróżni grali w karty lub tępo patrzyli w przestrzeń, być może licząc pory na skajowych siedzeniach. Ten nie, ten siedział swobodnie, patrzył bystro, i co najważniejsze, patrzył na M. A tego on nie lubił, więc się zjeżył i zaczął myśleć, jak uwolnić się od obserwatora. Nie musiał długo kombinować, bo pociąg wtoczył się na stację w Z. W znanej miejscowości narciarskiej, na granicy z ówczesną Czechosłowacją, parowóz zasapał i zatrzymał się na dobre. M. zlustrował peron, ale nie dostrzegł żadnych WOP-istów. Mógł wysiąść.
Wieczór się zbliżał. Pomimo faktu eksploracji innej rzeczywistości oraz chęci powrotu do źródeł, chłód dokuczał jak zwykle. M. odrzucał kolejno projekty noclegu  w schronisku PTTK, pod parowozem, w poczekalni, w stogu siana, na zapleczu urzędu pocztowego, by w końcu zdecydować się na pobliską chatkę studencką – tam go przyjmą bez pytań i, miał nadzieję, za darmo.
– Hej, student! Do chatki?
Ni stąd, ni zowąd pojawił się obserwacyjny prześladowca z pociągu.
– Hmmm. – M. starał się dać odpowiedź maksymalnie wieloznaczną.
– Znaczy, nie wiesz, co ze sobą robić. Zaprowadzę cię do chatki, bo jeszcze cię wilcy w lesie zjedzą, he, he, he! – Góral zarechotał i bezceremonialnie pchnął M.
„Czemu nie” – pomyślał M., idąc za samozwańczym przewodnikiem i myśląc o nocy czarnej jak atrament w leśnym ostępie.
– Z miasta jedziesz?
– Ehe.
– Do kolegów jakichś idziesz?
– Noo.
– Są w chatce?
– Mhm.
– Hm, mistrzem konwersacji to ty nie jesteś!
– Ehe.
Przewodnik podobał się M. coraz mniej, jego elokwencja i pewność siebie zaczynały nasuwać podejrzenia, że nie jest on zwykłym autochtonem, ale M. nie miał już wyboru; po prostu nie wiedział, gdzie się obecnie znajduje.
Nagle góral odwrócił się i powiedział:
– No, teraz powinno się udać, musi się udać!
– Ach, ty stróżu, że też nie zorientowałem się od razu!
I rzucił się na niego, bynajmniej nie po to, by go uściskać. Jednak stróż starym anielskim trickiem wzniósł się na skrzydłach i z tych wyżyn ozwał głosem jak dzwon, a raczej powtórzył:
– Teraz już musi się udać!
Do M. zbliżał się rój światełek, znad których dobiegały krzyki.
– Stój, bo strzelam!
– W imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, stój!
Nie czekając, aż znajdzie się na celowniku krzykliwych strażników, M. rzucił się do panicznej ucieczki przez pole. Cały czas stróż unosił się nad nim, łopocząc skrzydłami i utrzymując stałą odległość. Przy tym oświetlał go swym anielskim reflektorem punktowym zamontowanym jak u laryngologa na czole, do tego ryczał jak opętany:
– Tutaj, tutaj!
Zdesperowany M. mknął przez błotniste ugory, usiłując wyrwać się ze świetlistej kropki. Nagle usłyszał jakieś trzaski i poczuł, że jest poza zasięgiem „przyjaznego” sługi Bożego.
M. spojrzał za siebie. Stróż w ferworze kapusiostwa nie zauważył linii wysokiego napięcia łączącej dwa bratnie kraje w jeden elektryczny krwiobieg.
Cały czas pędząc przez ostępy, M. z coraz większej odległości oglądał dopalającego się stróża oraz grupkę żołnierzy straży granicznej stojących pod przewodami i krzyczących całkiem w tej sytuacji bez sensu: „Stój, bo strzelam!” lub „Poddaj się, nie masz szans!”.
M. w duchu błogosławił cały system energetyczny krajów wspólnoty socjalistycznej, w ferworze radości posunął się prawie do gloryfikacji polityki gospodarczej RWPG. Ale po pierwszej fali uniesienia odgadł, komu zawdzięcza swoje cudowne ocalenie, a kogo stróż bezceremonialnie nazywał szefem.
– A więc i tutaj o mnie nie zapomniałeś. – M. wzruszył się jak każdy na jego miejscu.
Tradycyjnie już tego dnia uspokoił tętno i oddech. Co dalej?
M. zaczął rozważać plusy i minusy swojej sytuacji. Do plusów zaliczył fakt, że jeszcze żyje i jest wolny, do minusów całą resztę. Tak maszerując, doszedł do przystanku autobusowego przy jakiejś bocznej drodze.
– Au-to-bu-so-wa do-pra-wa – wydukał M., starając się w ciemnościach coś przeczytać z rozkładu jazdy.
Poczuł mrowienie w plecach. Przekroczył granicę. Nielegalnie. Po pierwszych dziesięciu minutach paniki uspokoił się i zmusił do trzeźwego myślenia.
– Po prostu mam kolejny minus – mruknął do siebie, a że z matematyki nie był nogą, więc wiedział, że nieskończona ilość minusów powiększona o następny nie wzrasta.
– Czyli jest, jak było – podsumował niepewnie przez ściśnięte gardło, które jakby buntowało się przeciw tym słowom. Całe jego ciało, łącznie z sercem i mózgiem, nie było przekonane do idei niezmiennej ilości minusów.
– Ja chcę wrócić! – zawył M. na cały głos. W odpowiedzi usłyszał szczekanie psów, chyba wszystkich znajdujących się w promieniu pięciu kilometrów od zagubionej w nocy wiaty.
– Ja chcę wrócić, wrócić – ni to łkał, ni to bełkotał M., idąc asfaltową drogą.
Doszedł do wsi. Wyglądała jak po zarazie, cicha i ciemna. Jedynym miejscem, skąd biło światło i odgłosy życia, był budynek pośrodku sioła, na którym dumny napis głosił, że jest to „Narodni dom”.
– Czyli gospoda – mruknął M.
W tym momencie z wnętrza wytoczył się jegomość niewiele odstający aparycją od swoich kolegów zza północnej granicy. Zaczął coś mówić do M., ale szeroko rozpowszechniony pogląd, że Polak zrozumie Słowaka bez problemów, nie sprawdził się. Chłop po prostu bełkotał bez ładu i składu w obcym języku, więc nie było szans na nawiązanie choć cienkiej nici porozumienia; za chwilę usiadł na ławce i zasnął. M. machnął na niego ręką i już miał się oddalić, gdy zobaczył, że tubylcowi wystaje z kieszeni szyjka butelki. Przy stanie jegomościa można go było nie tylko okraść ze wszystkiego, co posiadał, ale również ciągnąć na lince za koniem, czy też zrzucić z piątego piętra, a nawet by się nie obudził. Innymi słowy M. stał się szczęśliwym posiadaczem butelki „Borowiczki”.
Z takim oto niespodziewanym prezentem M. odszedł kawałek od rozświetlonej pijalni, gdyż akurat jakieś większe towarzystwo skończyło konsumpcję i wyległo na placyk w poszukiwaniu dalszych rozrywek. M. postanowił się upić. Przysiadł na betonowej studni, odkręcił butelkę i pociągnął trochę płynu o smaku rozdeptanego igliwia.
– Uuuuch… – Ciecz wykrzywiała twarz niemiłosiernie, ale chęć otumanienia świadomości choć na kilka godzin była silniejsza od paskudnego smaku, którego nie dało się nijak zagłuszyć – z braku popitki lub zagrychy.
Po kilku haustach w głowie M. zaczęło lekko falować, a on sam stwierdził, że bycie nielegalnym emigrantem ma też swoje plusy. Spożycie choinkowego trunku miało również skutki, których M. na trzeźwo nie przewidział; stał się bardziej melodramatyczny i mazgajowaty.
– Ech, Borowiczko, Borowiczko, źle to mi było w ciepłym M-4 z ustabilizowanym światopoglądem i sytuacją prawną. Na zatracenie mię zawiedli, swołocze. – M. lamentował jak baba. – No, powiedz coś, Borowiczko, czy tam inny czeski czy czechosłowacki dupku, źle mi było?! No coś tak stanęła, nadęta flacho, na baczność, gość z zagranicy cię żłopie, verstehen?! – pieprzył od rzeczy M. – Ja chcę do domu – zachlipał nagle z taką mocą, że obserwujący go dotąd spokojnie kot czmychnął za murek.
– Prosim? – bulgotnęło ze szklanej szyjki.
– O ja cię, dobry deń, pane, ja sem s Polskou, ratujcie, gin mnie przeniósł, ale ci z borowiczek też mogą, nie – gadał M., widząc tak zwane światełko w tunelu.
– Prosim? – Z butelki wychynęła twarz okolona włosami przyciętymi krótko z przodu, długo z tyłu, koszulka na piersiach postaci posiadała dumny napis „Lentilky – to je chutne!”.
– Gin z Polskou, trzask-prask, przeniósł w przeszłość, pomocy, hilfe, help – kontynuował tyradę M.
Kształt zniknął z powrotem w butelce.
– Wyłaź, wyłaź, musisz mi pomóc, wyłaź! – ryczał M., płosząc nie tylko kota kibica, ale również budząc kolejny raz wszystkie okoliczne psy.
– W porządku, już okej – powiedział kształt, na powrót wychodząc z butelki – musiałem tylko włączyć translator. O co chodzi?
M. streścił mu swoją sytuację. Ten podrapał się w głowę.
– Kurde, następny gamoń wysłany przez giny. Czy oni tam niczego nie kontrolują? Jaki masz numer życzenia?
– Nie wiem, wszystkie formularze zostały w 2000.
– Dobra, dobra, sprawdzimy.
Borowiczek, bo tak go możemy chyba nazwać, wyciągnął terminal, wpisał cechy sprawy. Za chwilę M. dowiedział się, że figuruje jako „PALANT 86-PP-2000/003”.
– PP to inaczej „przeniesienie przyszłość”, a pierwszy człon to określenie charakterystyczne sprawy. Dobra, zawrócę cię do punktu wyjścia, ale pojedziesz normalnym.
– To znaczy? – M. wiedział już, że zanim podpisze jakiś papierek, musi wiedzieć wszystko o umowie.
– O, ludzie, przecież to podstawy! Nie miałeś szkolenia wstępnego czy jak? Rok na godzinę z twardym siedziskiem.
– Ale wrócę do punktu wyjścia, dokładnie?
– Taak, no może przesunięcie będzie… kilka, no najwyżej kilkanaście metrów i piętnaście do dwudziestu minut.
– Czyli wpadnę prosto pod samochód… No dobra, trudno. Jedziemy!
M. podpisał formularzyk i zaczęło go przenosić. Mógł oglądać przez okienko, co się w tym czasie działo. I mdlejącego Mazowieckiego, i siebie kującego do matury, i Bagsika z Gąsiorowskim jak wymyślają oscylator, i Stana Tymińskiego, ale niedokładnie, bo ten przebywał częściowo w czwartym wymiarze.

Bum. Znajome ściany, znajome drzwi, znajomy bałagan, co za ulga; znowu w domu. M. opadł bez sił na materac.
Po jakimś czasie doszedł do siebie, spojrzał na niedopitą butelkę i warknął zaczepnie:
– Co, niezły ubaw, palant 86 melduje się z powrotem!
Gęba (przypomnijmy niezbyt urodziwa) łypnęła znad butelki, ziewnęła, po czym powiedziała:
– Aaa, to ty… I jak było?
– Spieer… znaczy tak sobie. Tak jak mówiłeś, myślałem o czym innym.
– Co, nie udało się dostać autografów od grupy Bolter, he, he, he! Aleś mi wstydu narobił. Łazi jak baran po jakichś opłotkach, wraca jakimś kanałem od Pepików, kabluje na warunki przeniesienia, i jeszcze narzeka! Nie licz już na moje względy, ale z ciebie bałwan. Mam cię gdzieś!!!
– Ja ciebie też – wycedził zimno M., otworzył okno i z całą mocą cisnął butelkę na zewnątrz.
W pokoju zaległa cisza, chłód wkradający się przez otwarte okno przypominał o nadciągającym Mikołaju, Bożym Narodzeniu, końcu roku rozliczeniowego i skrobaniu szyb samochodowych o 7.30 rano. Pomimo tej ciszy M. oprócz bicia własnego serca czuł jeszcze czyjąś obecność. Nerwowo rozglądał się po kątach, falujące za oknem drzewa rzucały fantastyczne cienie na szyby. M. zawsze widział oczyma dziecka różnorakie potwory czające się za oknem, które rzuciłyby się na niego, gdyby tylko je zamknął. Chmury pędzące po niebie raz po raz połykały brzuchaty księżyc, aby zaraz go wypluć jeszcze jaśniejszym. Nawet zazwyczaj hałaśliwa młodzież ponuro zwisała z pobliskich ławeczek, spluwając rytmicznie na ziemię.
M. cofnął się pod ścianę, liście fikusa poruszały się jak od smagnięć wiatrem. Ktoś był w pokoju.
M. przylgnął plecami do ściany, nie bardzo wiedząc, co w takiej sytuacji czynić. Nagle go oświeciło.
– Eee, Anioł, nie gniewaj się, ja cię naprawdę doceniam, i tylko głupia ludzka natura utrudnia to współżycie.
Cisza. Fikus faluje liśćmi.
– Będę już dbał o siebie i ciebie, nie będziemy wrogami tylko przyjaciółmi. Sam wiesz, że inaczej nie można.
Cisza. Fikus faluje liśćmi.
M. wyciągnął niepewnie dłoń i tak trwał.
Po dłuższej chwili poczuł muśnięcie czegoś niebywale lekkiego i delikatnego. Fikus zafalował jeszcze raz i uspokoił się na dobre. M. był nareszcie sam. Wszystkie obawy odpłynęły jak „Dar Młodzieży” w swój dziewiczy rejs.

– Ty M., a może chodziło o „Dar Pomorza”?
– Może.

Wydawnictwo RW2010 Poznań 2012
Redakcja i korekta zespół RW2010
Redakcja techniczna zespół RW2010
Copyright © Tomasz Mróz 2012
Okładka Copyright © Tomasz Mróz 2012

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl
Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Utwór bezpłatny, z prawem do kopiowania i powielania, w niezmienionej formie i treści, bez zgody na czerpanie korzyści majątkowych z jego udostępniania.