Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Tomik bajek Czarownicy – O pięknie i cnocie

Magaria! Dziecię moje ostatnie, pódź no tu ku mnie. Za co cię też Los nie Los pokarał tako gładym licem, nie mam pojęcia… Wiadomo, że każde stworzenie pełzające po ziemi, jakie tylko spotkasz, będzie ci zazdrosne. A inne czarownice – ha! – te to najgorzej. Cypris zazdrosna, Euris – a jakże. A ja… Ech.
Najśliczniejsza moja, słuchaj no. Abyś ty mi na pewno przed kałużą jaką nie uwięzła, jak ten, co jużeśmy o niem mówiły nie raz, matka ci jeszcze historyję rzeknie. Słuchaj dobrze, miarkuj pilno.

Niegdyś człek sam każdy fach mu potrzebny po trochu znał i sam sobie praktykował. A uczyli wszystko ojcowie, matki, jak to sobie garczek gliniany ulepić, czy figurynkę bożka ustrugać, abo chodaczka połatać. Odkąd ludu się nagromadziło bardziej po miastach, tak to się dzieje, że co zaś, to na warsztaty się jakie rzemiosło przenosi, a w domach się go pomału zapomina. Bo i po co robić, kiedy kto inny może za ciebie. A te paniska sobie rączków brudzić nie lubią, oj, nie.
Tako, w mieście jednym, krawiec żył sobie. Wiadomości o nim, jak sama się przekonasz, musiały zostać wyssane z palca jakowegoś niewydarzonego chałturnika, ale za lekcyję służyć mogą wcale nieźle. Krawczyna wspomniany miał mieć znamienity talent w dłoniach. Każda rzecz spod jego igły biła, mówiono, w oczy taką pięknością, że wszyscy pragnęli, aby coś im uszył – ale szydlak miał tylko dwie ręce.
Ponoć niejeden prosił go o nauki, lecz nikt się nie znalazł zdolen mu dorównać. Ucznie odchodzili zgnębieni, niejeden w gniewie. Mimo to, żaden człowiek nie podniósł nigdy ręki na krawca, bo każdy, spojrzawszy na jego cudowny strój, od razu zapominał gniewu.
Ten to właśnie krawiec bez trudu mogąc wieść życie bogate, z pracą, którą kochał i z wypoczynkiem, o jakiej tylko porze sobie zażyczył, i w mocy będąc, by tworzyć istne cuda, i każdego sobie zjednując czystym talentem… pragnął czegoś więcej.
Jakkolwiek chciałby tego, wiedział, iż nie zdoła nigdy spełnić wszystkich zgłaszanych doń próśb. Postawił sobie więc cel jednako szczytny, lecz ździebko łatwiejszy: mnożenie rozsianego we świat piękna, ale na miarę możliwości i roztropnie dobierając sposoby działania.
Zasiadł więc nad jeziorem opodal swego domostwa, by przemyśliwać w spokoju. Pogłowił się trochę, a że młody był, w zwierciadle wody twarz swą oglądając, tak myślał: „Co dobre, to i piękne. Co piękne, to i dobre. Niechże piękno zalśni jeszcze mocniej, a brzydota i zło gasną w zapomnieniu! Gruby pan? Pewnikiem chłopów ciemięży. Baba z krzywym nosem? Miał też mąż powód, by kobicie nos aż łamać! Pannisko rude? Kara boża za zdradliwość…” Według tego też odmawiał pytany o stroje przez ludzi, którzy mu się nie podobali, bardzo ze siebie kontent, pewny, że dobrze czyni.
Sława krawca niosła się była szeroko, jak tylko można było naonczas myślą sięgnąć. To i prędko wszędy się rozniosło, komu chętnie pracę swoją wykonuje, a kogo życzeń słuchać nawet nie chce. Tedy zjeżdżały się same najkraśniejsze panny i kobity do niego, a i mężowie przystojni. Zapłatę brał tyle ino, co by zjeść za to dobrze, haksamitu, sukna, igieł dość nakupić i zimą dom z pracownią opalić. Kto majętny czego chciał od krawca, zawsze szczodrze dzieło złotem nagradzał. Który uboższy, to mu abo cielaka, abo owieczkę na postronku sprowadzał. Nawet i tacy bywali, co mu, obrazuj to sobie, za sprawunkami w odwdzięce latali, nic nie mając do zapłaty. Wszystkim równo cudne kontusiki, delie, gorsety, koszuliny majstrował. Oczy cieszył ich widokiem w tych przednich kostiumach, a serce dobrze spełnioną powinnością.
Pytasz się mie, czy on sam żył. Ano, można zgadnąć łatwo. Wszystkie przybyłe dziewczęta jawiły mu się miłymi. A cóż dopiero, kiedy wystrojone w przezeń szyte szaty chasały rozanielone całe. Wnet wybrał sobie jedną spośród nich i żył z nią ogromnie szczęśliwie… acz ledwie dni parę. Oto, pewnego rana zbudził się, a jej ni ma! Szafa próżna, pustką zieje, stroje najpowabniejsze zabrane, po żenie ni śladu. Zmarniał straszno ze zgryzoty, że tak jemu się przydarzyło. Ale, że dom jego dzień w dzień przybran był w wianuszek piękności oczekujących swej koleji do krawca, ten wpadł niebawem w ramiona innej – jeszcze urodziwszej niż poprzednia. Pocieszyła, utiliła, ucałowała, aż o miłości niedawnej zapomniał. I nauki z nij wyciągnąć też zapomniał. Długo nie potrwało, a to samiuśko się zdarzyło, co poprzednio.
Zasię jednak młodzik mądrzejszy ciut się zrobił. Jął rozważać, czy to nie aby sam sobie nieszczęścia nie zgotował, a oto, co wymyślił: „Tak żem mniemał, że dość złowić szczere spojrzenie, twarz niewinną, anielą, by być pewnym czystej duszy kryjącej się za tym widokiem. Dzisiaj widzę, iż złe umie udawać dobro i piękno! Trzeba zaradzić…”
Wkrótce zgotował sobie specjalny rekwizyt, a była to niezwykła skrzynia. Kazał tłoczyć na nij litery głoszące: „Największe dzieło”, a potem wnieść mu ją do przedsionka pracowni. Że ciężka była okrutnie, trzech pachołków do tej roboty zaprzągnięto. Zapytywali, jeden przez drugiego, niezmiernie ciekawi: „Mistrzu, cóż to szykujesz?”, „Co za majstersztyk tu się objawi?” Ale on nic nie zdradził, tylko uśmiechem odpowiedział na to, zapłacił im uczciwie i odesłał ich. Widzisz więc, że od początku sekretna skrzynia żywą wścibskość rozjątrzała w ludziach. Chcesz mieć tajemnicę, to nie daj po sobie poznać, że w ogóle coś skrywasz, pamiętaj. Tu, po prawdzie, nie o tajemnicę szło. Skrzynia chowała mechanizm, który miał niespodzianie tryskać inkaustem na zaglądającego do wnętrza, ot i majstersztyk. A po co to, to się przekonasz zaraz.
Krawiec bez żadnych wyjaśnień surowo polecił, by wchodzić do niego nie inaczej, jak po jednym. Kto tego nie przestrzegał, miał być wygnan za drzwi i nie puszczon do środka nigdy więcej.
I tak, pierwszym, kto prosił o usługę tamtego dnia, był zamożny hrabia. Ale wyszedł od krawca czerwony na twarzy i nie w pięknym żupanie, a zgarbiony, chowając wstydliwie łapy w mufkę. Pytany przez oczekujących na swą kolej, jakie cuda widział u krawca, zmilczał i odszedł czym prędzej, pociągnąwszy z sobą swą żenę, która miała wejść kolejna. Swoją drogą, po tak ładnym niewiasty traktowaniu już widać, że padalec był z niego…
Stało się to dlatego, że kiedy krawiec zostawił go na trochę w przedsionku, z przyrzeczeniem powrotu ze składu za chwilę, ten, porzucając szacunek do gospodarza i jego mienia, koniecznie chciał się dowiedzieć, co to za „Największe dzieło”. Ledwo uchylił wieko od skrzyni – buch! – całe łapska czarne. Krawiec, podejrzawszy to przez dziurę we drzwiach, wrócił do przedsionka i wygarnął hrabiemu: „Waćpanie, pan taki dostojny, a po nie swoje sięga? Oto kara! Żupana nie będzie.” Nie trzeba było hrabiego wypraszać.
Wiele – zdawałoby się – zacnych osobistości, wychodziło starając się zataić, że dopuściły się czynu plamiącego nie tylko dłonie, a i honor. Krawca smucił ten stan rzeczy, toteż z początku poweselał, kiedy nazajutrz ani raz tak się nie stało. Myślał sobie: „Już pewien byłem, że ni jeden, co uczciwym się zdając na pierwszy rzut oka, nie jest takim w istocie. Dziś odżywa we mnie wiara.” Prędko jednak wyszło szydło z worka: o zawartości skrzyni mówili między sobą wszyscy zebrani pod warsztatem.
Widać po tym, ktoś bezwstydny innym bezwstydnikom dopomagając, wyjawił, co ich czeka w warsztatowym przedsionku. No to krawczyk myśli sobie znowuż: „Wy mi tak, to ja wam tak.” I tego dnia nikomu już nie usłużył. Od następnego rana zaś począł każdemu wchodzącemu, czy to dostojnik, czy pomywaczka, na wstępie dawać monetę i takie zadanie: należało za ten pieniądz sprowadzić od piekarza bochen ciepłego chleba, idąc piechotą. Dziwowali się na to ludzie, ale chcąc dostać przecudne stroje, zgadzali się na wszystko.
I tak… pierwsza po chleb poszła młoda mieszczanka. Znając dobrze okolicę, wiedziała, iże piekarnia niedaleko, ale czekać ją miała przeprawa przez ulicę nędzarzy, jeśli rzecz załatwiać jak krawiec przykazał. Postanowiła trochę oszukać i poprosiła pierwszego napotkanego na drodze woźnicę, aby ją podwiózł za drobną opłatą. Była więc prędko nazad, z ciepłym chlebem w koszyku. Tedy krawiec spytał: „Kogo spotkałaś, waćpanna, w drodze?” Na co ona rzecze: „Nikogom nie spotkała, z nikim nie rozmawiała.” „I masz waćpanna czyściuśkie trzewiki. Nie do wiary po podróży piechotą tu do piekarni.” To mówiąc, zamknął przed nią drzwi. Poznała, że oszustwo pojął, to i nie przyszła więcej do krawca.
Zapukał z kolei młodzieniec. Toż samo dostał zadanie, też w mieście obeznany, też nie chciał wśród nędzarzy chodzić. Chyżo zatem, nadłożywszy mocno drogi, obiegł dokoła nędzną dzielnicę, a po zakupie chleba, wrócił zdyszany tą samą drogą. Jemu tak samo krawiec zadał pytanie: „Kogo po drodze żeś spotkał, młodzieńcze?” A on skłamał, że mnóstwo biedaków widział i kilkorgu grosz jaki rzucił, bo tylko tyle miał. Krawiec dotknął wówczas chleba, a ten był zimny, bo choć młodzik dobre nogi miał, za długo mu podróż zajęła. „Ranek wczesny, a u piekarza zimny chleb sprzedają?” Tak pytając, krawiec zamknął drzwi przed chłopakiem.
Dopiero się jednak ciżba zadziwiła, jak następny posłaniec w ogóle bez niczego wrócił – a to młodziutka kobita znowuż była, co nim poszła, o drogę pytała, bo nie tamtejsza. Krawiec spokojnie spytał: „Gdzie twój chleb, pani?” Ona mu na to tak powiada: „Byłażem u piekarzyny, poczciwca, chleb żem kupiła od niego. Datków w drodze żem nie dała, bo jak tu cudze rozdawać, a własnego nie mam. Ale gdym wracała, tyle oczu proszących na ten chleb patrzyło, że mnie serce skruszało i dzieciom głodnym go dałam. Krawcze, nie spełnię ja twego zadania, ale jak mam spłacić ci teraz dług? Wszystko, com miała, wydałam na przyjazd do miasta.” „Wejdź do środka” – mówi krawiec i ją wpuszcza.
Tam zostawił ją na trochę w przedsionku, a widząc przez swoją dziurę, że tylko się skrzyni przygląda pobieżnie i ani myśli otwierać, uradował się, wyszedł z ukrycia i tak do nij prawi: „Podobasz mi się, waćpanna, niesłychanie! Aż bym rad uczynić ją mą małżonką.” Nie wpadł na to, że wcale obiecadła nie umiała. Ucieszyły ją krawca słowa, w końcu taki młodzian, że o lepszym ani marzyć, ją o rękę pytał. Nie myśląc wiele, dała mu zgodę.
Tedy mistrz-krawiec znowu stropił się wielce, bo pomniał dopiero na wcześniejsze przypadki swoje z niewiastami. Zapytuje więc go nowa narzeczona: „Czemuś tak spochmurniał, panie?” „Muszę…” – mówi jej na to – „…czem prędzej pośpieszać po najprzedniejszy materiał na kontusik biały, ślubny, dla waćpanny! Atoli mnie może miesiąc cały nie być, bo to rzadki towar, daleko jechać potrzeba… Zaczekasz, pani, tak długo na mnie, gdy wkoło tylu pięknych panów i paniątek?” To mówiąc, wskazał za okno, gdzie zwyczajnie, jak co dnia ogrom tłoczył się przystojnej młodzieży, też wielu chłopców jej wyglądających, jak to ustrojona wynidzie. Zasmuciła się i rzecze: „Mnie nie trzeba tyli zbytków, a to tęskno samej będzie.” Ale krawiec nalega i nalega, więc ją wreszczie namówił. To się ona tak ze smutkiem odzywa: „Tyla żem się naczekała, a to jeszcze zaczekam.” I dodaje: „Swej cnoty byle komu nie dam.” Tak dostała klucze domowe, pas specjalny przywdziała dla ochrony od zalotów, wierność sobie obywoje wzajem przyrzekli i się pożegnali czule.
Krawiec przysposobił się do długiej podróży, wziął najlepsze konie. Na odjezdne odprawił tłum oczekujących, aby tego dnia już nie tracili na dalsze wystawanie mu pode drzwiami. Zaczem ruszył na szlak handlowy, a już to za miasto się kapkę oddalił, stanął przy trakcie. Płaszcz zdjął z ramion i przywdział bogaciej zdobioną stroną ku górze, brodę z futra lisicy doprawił sobie, czapkę zmienił – hajda! Zakrzyknie na konie. W przebraniu wraca do miasta.
Powóz zostawił w znajomej gospodzie, idzie do swego domu. Śmiało do drzwi puka, a dzieweczka otwiera, ale tak tylko, na szerokość łańcucha, co odrzwie chronił przed rabusiami. „Kto zacz?” – pyta. „Waćpanienko!” – przymila się krawiec. „Puść do środka, mam ja podarek ślubny dla ciebie. Od krawca przychodzę, jam przyjaciel.” Myślała sobie zapewne: „A co za obyczaj przed ślubem podarki ślubne nosić?” – ale zawołała sługę, co jej go krawczyna zostawił do pomocy wszelkiej, odeszła wgłąb sieni nieco, a jemu otwierać każe.
Oczu mgnienie rozmowa toczyła się między niemi, a już ją przekonał do siebie krawiec, co go nie poznała z brodą. Wszak go więcej nie widziała, jak dzień jeden. Zagaduje do nij przybysz: „Dobry narzeczony, podoba się waćpanieneczce. Czy nie?” „A pewnie” – na to ona. „Szlachetny pan, majętny, chocia skromnie pomieszkuje. Sławny we świecie szerokiem z fachu cudownego, młody, silny, kraśny, a to podoba się, że ha! Ani bym lepszego nie znaszła.” „E tam” – droczy się z nią krawczyk – „Szlachetny, to go zara kto oszuka. Majętny wcale ni bardzo, bo wszysko na nitki przepuszcza, a zapłaty bierze za pracę tak ino ino, bo ni ma serca o swoje się dopomnić. Z resztą, dnie całe pracuje, to ani czasu ni znajdzie na żenkę spoziernąć. Sława przeminie, młody ni on jeden, siła zniknie, liczka zwiędną! Ale mam co na pociechę waćpanience, oto i jest prezent ślubny.”
Wręcza jej wielką sakwę pełną złotych monet. Na ten widok kobicie się w głowie zawróciło. Myślała pewnie: „To książę jaki być musi.” Rzuciła mu się ręce całować, bo to biedulka była życie całe, nigdy tyla bogactwa nie wyobrażała sobie nawet. Na to zaś krawiec udaje wzruszenie głębokie: „Straszniem krawczynie o waćpanienkę zazdrosny. Bym jej nigdy tak samej nie pozostawił, jak to krawiec zrobił, choćby nie wiadomo co. Żenkę żem ja miał kochaną, to mi zmarła nim dziatki zrodziła. Rad bym był weselisko na moim zamku wam sprawić, bo tak to głuchą pustką tylko stoi.” Odrzeka mu kobita: „Nie bądźże waśćpan zazdrosny, ja już krawca nie chcę. On mię tu samiuśką, w pas opiętą zostawił, niechże ma nauczkę! Byle kluczyk zmajstrować, a będę ja waćpana.”
Ale co to: krawiec fałszywą brodę zrywa, kobita w krzyk! Poznała go. A on ją łaje: „Toś ty taka? Wierność przyrzeka, śluby chce robić, a tylko patrzy za kim lepszym? Won!” Precz przepędza. Kluczyka dać nie myśli, a niech karę ma, kłamliwa. Takoż znowu sam został.
Tu opowieść urwać wypada, ciąg dalszy nie istotny, a morał. Mierzył krawiec wszyskich równo, miarką własną, niczem sukno. Co mu z tego się ostało? Nic dobrego, jeno żałość. Tak, tak. Uroda serce cieszy, ale i łudzić rozum umie. Trudna sprawa – i nasz krawczyk, choć niegłupi, pobłądził z nią. Czy w zwierciadło patrzeć będziesz, czy się komu przyjrzeć zechcesz, zawsze patrzaj „poprzez” ludzi, nigdy „na” nich. To się liczy, jakie masz o, to – serce.
Powiadasz, krawiec sprawdzał intencyje. Ano, sprawdzał. A trafił on na kogo, razem i kraśnego, i uczciwego, i bez granic rozumnego, i wiernego? Ano, nie trafił. Tak i ja żem nie trafiła. A sam – byłże uczciwy z bródką z lisa do wiarołomstwa kobitę ciągnąc?