Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Tremolo

Tekst powstał kilka miesięcy temu na zajęcia, których temat brzmiał “upiór, strzyga, monstrum” i od tej pory wala się po dysku, postanowiłam więc go zamieścić, licząc na to, że pozostanie czytelny w oderwaniu od utworów, z którymi część użytkowników być może styczności nie miała.


la mayyitan ma qadirun yatabaqa sarmadi
fa itha yaji ash-shuthath al-mautu gad yantahi

(Nie jest umarłym ten który spoczywa wiekami,
nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami
).
        „Necronomicon”

TREMOLO


Nad miastem szalała burza, jakiej nie było tu od lat. Wichry szalały, deszcz lał się strumieniami, grzmiało i dudniło, słowem, upiorna noc.
– Bywhaaaa! Grrrraup! Ywha… yaaaaah?
Piorun przeciął niebo.
– Co? A, tak, powieś te świetliki w  prawym górnym rogu sceny, tam chyba będzie najlepiej. Dla nich to jedyna okazja, by zabłysnąć towarzysko.
– Graaaaaah.
Jegomość w naciągniętych wysoko kraciastych porciętach przetarł brudną chustką binokle z rozbitym szkłem i, mrużąc małe oczka, przyjrzał się uważnie działaniom komitetu ds. oświetlenia. Mruknął z aprobatą i ruszył doglądać reszty przygotowań.

*

    Dyrektor Gutenabend wracał właśnie z suto zakrapianego rautu, psiocząc soczyście na niezbyt sprzyjającą podchmielonym obywatelom pogodę, gdy ujrzał przed sobą niezwykle jasno oświetlony gmach Opery. Przystanął. Tak być nie powinno. Zdecydowanie nie tak powinno być, przecież on miał dzisiaj wolne. Opera miała wolne. Sam ją zwolnił i uwolnił na dzisiejszy wieczór, w końcu był dyrektorem, prawda? Jeśli nikogo nie było w środku, a być wszak nie mogło, gdyż wszyscy mieli wolne, co faktem jest niezbitym, skąd światła? Działo się coś niedobrego, coś niedobrego działo się w jego Operze… Ta myśl otrzeźwiła go w jednej chwili. Rzucił się pędem przed siebie, zapominając o zacinającym deszczu i złowieszczym ryku piorunów. Dopadł do drzwi, pchnął je i ruszył w głąb budynku, kierując się do źródła dziwnych dźwięków.

*

    Wrota sali rozwarły się z hukiem i w progu stanął sflaczały, wyfraczony mężczyzna, dysząc ciężko. Szybko omiótł pomieszczenie wzrokiem, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia – a może z przerażenia? Oparł się o ścianę.
    – Ach, Gutenabend, jakże mi miło, jakże nam miło, jesteśmy zachwyceni! – wykrzyknął Korowiow, podchodząc do niego z wyciągniętą dłonią, którą oszołomiony dyrektor odruchowo uścisnął. – Mieliśmy nadzieję, że wkrótce pan do nas dołączy, taki bal, taki niesamowity budynek, nie mogło przecież pana zabraknąć, doskonale, doskonale… Szef będzie zachwycony! – Mężczyzna w krasiastych galotach czule ujął przybysza pod rękę i zaczął oprowadzać go po sali. Gutenabend przez dłuższą chwilę był zbyt oszołomiony, by rozumieć cokolwiek z potoku słów nieznajomego, miał jednak dziwne wrażenie, że już gdzieś się spotkali. Co chwilę drogę przecinał im wielki, czarny kocur, dzikim wrzaskiem ponaglający wszystkich uczestników przygotowań.
    W pewnej chwili błędny wzrok dyrektora padł na mężczyznę, który siedział u stóp obrzydliwego upiora. Też miał w sobie coś dziwnie znajomego.
    – Dasfidania?
    – Pan mnie strzyyyże! Paaan mnie strzyże! – zawołał wesoło jego główny dyrygent, najwyraźniej lekko podchmielony i pomachał do oszołomionego pracodawcy.
    – Ściślej mówiąc: pani, ale niech ci będzie, kochanieńki – westchnęła strzyga, zręcznie podcinając muzykowi kolejne kosmyki włosów swymi długimi, ostrymi szponami. Cały pysk miała umazany czerwoną szminką. Przynajmniej można było mieć nadzieję, że to szminka. – Strasznie zarosłeś, jeśli chcesz znać moje zdanie, to takie nie na czasie, takie nieapetyczne…
    Korowiow zerknął na zegar.
    – Za mało czasu, wciąż za mało zaproszonych żywych – mruknął, sadzając dyrektora na krześle. – Przydałoby się jeszcze kilku, żeby Szef był zadowolony, kiedy przybędzie – zadrżał. – Gdzie Satanella?
    – Satanella – młynek rtęci, Satanellę niebo kręci! – zacytował któryś z upiorów, szukając ważnych kawałków ciała, które zwykł gubić. Kiedyś stracił dla pewnej diabelskiej piękności głowę i już mu tak zostało.
    – Kurrrdesz nad kurdeszami… MAJONEZ KRĘCI! SATANELLA KRĘCI MAJONEZ!!! – rozległ się wściekły wrzask z kuchni. – Wyślijcie Lilith, albo kogo, ja nie mam czasu!
    Kikimora, która robiła właśnie próbę sprzętu nagłaśniającego, wzniosła oczy ku górze i zaskrzeczała tak uroczo, że nieszczęsnemu upiorowi znowu coś odpadło. Starucha mrugnęła na niego tajniacko i poszła dalej buszować w kablach. Strzyga uniosła łeb znad łba dyrygenta i zastrzygła uszami. Ktoś się zbliżał.
    Drzwi otworzyły się ponownie. Przetoczyło się przez nie tornado w postaci bandy rozwrzeszczanych licealistów, pod patronatem lokalnego nauczyciela przysposobienia obronnego.
    – Co do…? – mruknął Gutenabend, otrząsając się z odrętwienia. – Bonapetit, co wy tu robicie?
    – Witam, dyrektorze – rzucił wesoło nauczyciel. – Jak to: co? Przecież to Opera, prawda? Komtumi, chodź no tutaj! – wrzasnął w stronę swoich podopiecznych. Ci wesoło gawędzili z topielcem, który do tej pory drzemał, zatopiony w myślach. Jeden z chłopców ruszył w stronę opiekuna, wlokąc za sobą nagą kukłę.
    – No tak… Ale… co to jest?! – Gutenabend był wyraźnie zgorszony.
    – Jak to: co? – zdziwił się po raz drugi Bonapetit. – Fantom w Operze, przecież! Z szacuneczkiem!
    Dyrektor ponownie opadł na krzesło i chwycił się za serce.
    – Chcę rozmawiać z szefem całej tej szopki – jęknął w stronę Korowiowa. Ten zbladł, wszyscy w sali ucichli.
    – Jeszcze nie czas, dyrektorze, jeszcze nie czas… Proszę być cierpliwym, Szef niebawem zostanie wezwany, powróci. Wszystko trzeba zapiąć na ostatni guzik, nie może być mowy o pomyłce, inaczej… – zadrżał.

*

    Na krzesłach rozkładali się znakomici goście (ci bardziej rozłożeni potrzebowali nieco więcej miejsca, ale nikt się nie skarżył), starając się nie wydzielać zbyt przykrych woni. Impreza rozkręcała się w najlepsze, nawet Gutenabend musiał to przyznać. Właśnie nagrodzono brawami brawurowy pokaz danse macabre, poprzedzony występem wschodzącej gwiazdy polskiego podziemia – grupy Autozgon. Chwilę wcześniej swoje największe przeboje zagrała legendarna Formacja Nieżywych Kotletów. Korowiow szepnął mu na ucho, że całość ma zwieńczyć pierwszy tego roku pokaz sztucznych organów, więc był zach-wy-co-ny. Dyrektor czuł, że śni, choć obecne na przyjęciu sukuby, nawet nieproszone, podszczypywały go często-gęsto, z wyraźną przyjemnością.
    Wybiła północ. Światła przygasły nieco, zrobiło się dziwnie cicho. Na scenę wkroczył zabójczo przystojny wampir, Matt Demon.
    – Nadszedł vhreszcie ten viekopomny moment! – oznajmił. – Bhrava dla śmiałkóv, którzy zdecydovali pośvięcić się dla dobhra nieludzkości tudzież ZUA ludzkości!
    Rozległy się nieśmiałe oklaski. Demon zszedł z podestu, na którym eteryczny blondyn kończył stroić gitarę. Uśmiechnął się blado i przysunął się do mikrofonu.
    – A niech nas wszyscy diabli biorą, diabli biorą, diabli biorą! – pozdrowił publiczność i zaczął śpiewać. – Jest już ciemno, ale: mnie nie spieszno, pytam siebie, czym jest piekło. Wielkie macki, wąskie skrzydła… i chyba kształty jakieś ma. Myślę sobie: dziś przywołam cię ja. Przywołam jaaaa! Więc teraz chodź tu do mnie, Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn…!
    Nagle posadzka zatrzęsła się, ściany zaczęły pękać. Żyrandol kołysał się niespokojnie. Dyrektor rzucił się na podłogę, przerażony.
    – Co się dzieje?! – wrzasnął.
    – Jestem zachwycony!
    – To on! To Szef!
    – Kapłan Przedwiecznych!
    – Z wieków dawnych, pan to bólu – a imię jego będzie…
    – FHTAGN! – długa, oślizgła macka wystrzeliła zza sceny i zacisnęła się wokół pasa wokalisty, który nerwowo przełknął ślinę.
    –…Cthulhu!
    A potem nie było już niczego.
    –YUM! YUM!