Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

W Srebrnej Poświacie Szła.

 Grafomania pisana po godzinach.

W Srebrnej Poświacie Szła.

Błyszczące krople potu zalały czoło księdza proboszcza. Oczy diabła pozostawały niewzruszone. Duchowny zacisnął zęby i półgębkiem wymruczał formułkę modlitwy do świętego Anastazego.
Wiedział że tylko on stoi na drodze przeciwnika. Na własne oczy widział jak głowa młynarza bez ducha uderza o blat stołu. Domyślał się że nie może liczyć również na półprzytomnego sołtysa, zdolnego jedynie do bezradnego kopcenia papierosa za papierosem.
Teraz albo nigdy! Pora wyłożyć karty na stół!
– Ty czarny kacie! – zarzęził dis, szykując się do upadku. – Aby cię…
– Karta trzyma z silnymi – pogładził się po podwójnym podbródku zwycięzca.
Diabeł wyrwał sobie z głowy pukiel włosów a sołtys trzasnął beretem w stół, na co młynarz podniósł przepitą twarz z bezmyślnym wyrazem. Patrzeli w styrane karty jak urzeczeni, zastanawiając się co właściwie przegrali.
– Z piekła mnie przez ciebie wyrzucą – syknął rogacz na którego ślipiach znika cyrograf podpisany przez wiedźmę z bagien.
– I tak browar przepadł – bezradnie uniósł ramiona sołtys.
– Ojcowy zagajnik – wykrztusił tylko młynarz. – Dobrze że tatuś nie widzi…
– Z rańca puszczę w ruch dzwony – klasnął w dłonie uradowany proboszcz. – No już, panowie, odegracie się!
Gracze w zadumie spojrzeli w niebo lśniące od gwiazd. Noc była jeszcze młoda, ciepłe letnie powietrze orzeźwiało a świerszcze grały aż miło. Szkoda było tak wcześnie opuszczać parafialną werandę.
– Marysieńka! – krzyknął dobrodziej. – Dawaj nam tu kolejną butelkę! 

***

Wiejski Gupek Rorrk nie miał wielu przyjaciół. A właściwie miał tylko jednego, za to najlepszego pod słońcem, którego traktował jak brata co to go nigdy nie miał lub o nim nie wiedział. Przyjaciel ten nazywał się Gustaw i bywał nocami bardzo zajęty. A kiedy bywał zajęty, Rorrk robił co w swej mocy aby mu pomóc i w zajęciu ulżyć.
– Och, Gustaw! – jęczała młoda młynarzówna, trąc tyłkiem o wory z mąką. – Gnieć kłosy, oj gnieć!
– Do góry suknie Zocha, bo ubrudzimy w pracy – polecił podwładnej trąc i gniotąc ile wlezie. – Pokazać ci jak gryzie koń?
– Gu-u-ustaw! – zajęczała od nadmiaru pracy Zocha, najwyraźniej dowiadując się jak gryzie koń.
Wiejski Gupek Rorrk szczerze podziwiał swego przyjaciela. Ostatecznie nie każdy jest zdolny do bezpłatnej pomocy biednemu młynarzowi. Zwłaszcza w środku nocy i tak by ten o niczym nie wiedział. Dlatego też zawsze z chęcią stawał na czatach, krążąc przez calusieńką noc w pobliżu i wypatrując nadchodzącego o poranku młynarza.
Gupi na swej liście wad miał jedną przypadłość o której nigdy nie wspomniał nawet swemu przyjacielowi. Uwielbiał marzyć. Trudniąc się jako parobek księdza z rzadka miał ku temu okazję, dlatego robił to najczęściej nocami. Chadzał wówczas po polach i lasach oświetlony blaskiem księżyca i rozmyślał o tym jakby to było, gdyby któregoś dnia przyjechał na różowym kucyku lub znalazł buty z których nie wystaje słoma. Kiedyś nawet pomyślał o żonie ale przerwał szybko, bo ksiądz proboszcz zawsze mawia że bez ślubu to grzech. Rozważając te i temu podobne kwestie przemierzał różne dziwne miejsca a kiedy przestawał, na ogół już świtało a on na powrót był w okolicy młyna.
Tej nocy marzył o czymś tak nieracjonalnym jak poszybowanie na księżyc i bardzo go rozgniewał fakt że mu przerwano! Mijał właśnie zagajnik młynarza gdy usłyszał śpiew. Nie znał się co prawda na muzyce ale trel wydał mu się wyjątkowo piękny, więc pchany artystycznym zewem skierował się między drzewa.
Klucząc między brzozami nagle przystanął w połowie kroku i z wrażenia przysiadł na tyłek. Na mglistej polanie otulona księżycowym blaskiem tańczyła dziewczyna. Wirując powabną suknią i peleryną blond włosów, hasała i wywijała młyńce w najlepsze. Usta na szczupłej, trupio bladej twarzy zawodziły radosnym śpiewem bez ładu i składu. Patrząc na nią, Rorrk mógł z wrażenia jedynie gupio rozdziawić i tak już gupią twarz.
Możliwe że ta scena trwałaby do samiuteńkiego ranka, ale ku wielkiej trwodze chłopca, tajemnicza dziewucha uraczyła go spojrzeniem radosnych oczu i smukłym paluszkiem pokiwała zapraszająco. Gupek jak oniemiały podreptał na czworaka kilka kroków, po czym zauważył że nieznajoma tańczy zupełnie nie dotykając bosymi stópkami trawy, zaś wokół niej do wtóru krążą ćmy niczym stado motyli czy rusałek.
Nie wiedząc jak i kiedy Wiejski Gupek Rorrk był przy dziewczynie. A potem otuleni srebrną poświatą tańczyli już razem. 

***

Obudził go chłód porannej rosy. Rozsiadł się wygodnie, przeciągnął i podrapał po pierzastej głowie w zadumie. Myślenie zdaniem księdza proboszcza nigdy nie było jego mocną stroną, więc z błogim uśmiechem postanowił że dalsze przypominanie wczorajszej nocy mu stanowczo nie służy a nawet zaszkodzić może. Rozejrzał się więc dookoła i stwierdził, że siedzi w głębokim dole z towarzystwem najpewniej nieżywego szkieletu w szczątkach burej sukni.
Jak każdego Wiejskiego Gupka tak i Rorrka niewiele mogło w życiu zdziwić. Patrząc na zewłok umarlaka nagle do jego głowy wrócił obraz minionej nocy. Obrazki w środku podsuwały mu jak tańczył razem z bladą dziewczyną co rusz rozrzucając wokół ubrania, jak śpiewali, trzymając się za ręce, jak padli na wilgotną trawę trzymając się za… no, już na pewno nie za ręce. Och nie nie, rzekł głos wewnątrz głowy chłopaka, co ja księdzu panu na spowiedzi powiem!
Przestał się i tym teraz kłopotać, i z sercem na dłoni spojrzał na swoją ukochaną.
– Moja – powiedział z łzami szczęścia w oczach. – Moja kochana Lukrecja! – po czym ucałował ją w gołą czaszkę, poprawił poły sukni i wygrzebał się z grobu.
Zbierając po mglistej łące części swego ubioru śpiewał i radował się jak w Boże Ciało. Wytarł pospiesznie zabrudzone świeżą ziemią dłonie i począł w sobie tylko znany sposób myśleć o tym co dalej powinien uczynić. Długie godziny tej trudnej pracy przerwał mu niosący się echem krzyk:
– Ty kozojebie nieletnich, nogi spod kuśki pourywam!
Rorrk jak długi padł w przydrożne chaszcze by spomiędzy powyginanych brzóz, dojrzeć kto i komu chce spod kuśki cokolwiek pourywać. Wówczas drogą przebiegł nagusieńki Gustaw, rudowłosy przyjaciel Gupka, a w chwilę potem wywracając się na twarz, zdrowo podchmielony pan młynarz. Widząc że ścigany najpewniej już jest pod spódnicą tatusia, złorzecząc otrzepał spodnie i za pilną potrzebą ruszył w zagajnik. Wiejski Gupek zamarł z ręką przy ustach.
Tak jak spodziewać się można młynarz ze sprzętem na wierzchu, wpadł w dół z kościotrupem, a gdy już się z niego wygramolił, pod pachą dzierżył bielusieńką czaszkę panny Lukrecji. Mrużąc ślipia odrzucił czerep i przeżegnał się zamaszyście. Nim pobiegł w kierunku kościoła po okolicy rozbrzmiały zapowiadane przez proboszcza dzwony.
Rorrk wiedział że w pacierz zjawią się tu z powrotem razem z księdzem dobrodziejem. Nie pozostało mu więc nic innego, jak posłać buziaka swej ukochanej i z ciężkim sercem gnać ile sił w nogach ku wiosce. 

***

Po południu ziejące resztkami alkoholu towarzystwo zebrało się w świeżo nabytym zagajniku proboszcza. Bez ceregieli przyjrzeli się sprawie z bliska.
– Leży – oznajmił duchowny na widok szkieletu.
– Toż mówię – burknął młynarz. – Gdzie miałby niby iść.
– Znaliście denata? – spojrzał podejrzliwie na byłego właściciela feralnej ziemi.
– A niby skąd? – odparł, po czym dodał z przekąsem: – Twój zagajnik, twój nieboszczyk.
– Więc to taką ziemie oddaliście pod doczesny użytek kościoła! – rzekł ksiądz z czerwoną ze złości twarzą.
– Zaraz doczesny. Odegram się.
– Wstyd. Niech tylko mi po rozgrzeszenie przyjdziesz niewdzięczniku!
– A nie przyjdę!
– A gdzie pójdziesz?
– A tam gdzie twój Gustaw łazi! – syknął równie czerwony młynarz.
Proboszcz jedynie coś bąknął bez przekonania. Pokropił szkielet, rzucił jakąś formułkę a następnie nakazał Rorrkowi, przybitemu jak święty Pan na krzyżu, zakopać na powrót jamę. 

***

Reszta dnia minęła na kłótniach, dąsach i wzajemnych uszczypliwościach. Ksiądz pokłócił się z młynarzem o ojcowy zagajnik, Gustaw nadąsał się na Rorrka za niedopilnowanie powrotu młynarza zaś uszczypliwości miały miejsce gdy pas księdza uszlachetnił tyłek Gustawa. Jednak tym co najbardziej w całej wsi bolało i krwawiło było poranione serce Wiejskiego Gupka.

***

Gdy tylko zapadła kolejna ciepła noc, Rorrk cichaczem opuścił parafialną stodołę i pomknął skrajem zabudowań ku lasom. W blasku żółtego księżyca przedzierał się przez krzewy, ciche pola i okoliczne stawy pełne kumkających żab. Mijane zwierzęta i nocne istoty znały go, dlatego żadne nie zatrzymało biegnącego na złamanie karku chłopca.
Obawiał się tylko jednego – niezrozumiałego prostym umysłem żalu, jaki może poczuć jeśli niedane mu będzie, jeszcze choć raz jeden usłyszeć śpiewu tajemniczej dziewczyny.
Dopadł wreszcie brzozowego zagajnika i zamarł. Polana była pusta, lecz z miejsca w którym pochowano Lukrecję dobiegała muzyka. Ujrzał ją dopiero z bliska, smukłą niewiastę w przejrzystej sukience. Siedziała na ziemi niczym dziecko, oparta plecami o krzyż, kilka godzin wcześniej wbity tu przez duchownego. W dłoniach miała piszczałkę z pomocą której uwalniała smutną, wprawiającą w drżenie serca muzykę. Do wtóru w jej srebrnej poświacie latały ćmy i robaczki świętojańskie.
To była ona, jego Lukrecja!
Tej nocy tańczyli nago po łąkach, lasach i uroczyskach. Kąpali się w bystrych strumieniach, zbierali kwiaty z czarcich kręgów, wirowali wokół spadających gwiazd. Rozmawiali z duszkami lasów i rzek, plotkowali z zwierzętami, korzystali z zaproszeń do ptasich gniazd oraz króliczych nor. Ich śpiew był wszędzie, bo to co ich łączyło było czyste i prawdziwe.
Ona opowiadała mu jak jest tam, gdzie się idzie gdy ciało zaczyna stygnąć a dusza nie może odejść. On o życiu w wiosce, o codziennych sprawach i swym przyjacielu Gustawie. Robili to w milczeniu gdyż rozumieli się bez użycia ust. A kiedy przestawali, zbliżali się do siebie i poznawali swe ciała dotykiem i smakiem tak, jak poznawać się może jedynie mężczyzna i kobieta gdy ich serca biją wspólnym rytmem.
I choć rankiem musieli się rozstać, Wiejski Gupek Rorrk wiedział że ma do czego wracać. Był gupi lecz wiedział jedno. Jest szczęśliwy. 

***

Czas mijał nieubłaganie. Lato był ciepłe i tylko z rzadka zdarzały się opady, lecz mimo to sianokosy udały się nad wyraz udanie. W wiosce panował ogólny spokój (może z wyjątkiem kabały jaką wywołała czarownica i zacumowanie jej chatki na kurzej stopie na placu głównym, ale to już inna historia). Liczba narodzin przerosła liczbę zgonów, Gustaw zmuszony sytuacją ustał w odwiedzinach u młynarzówny Zochy a Ksiądz z kompanią, gdy tylko upał zelżał, w najlepsze rżnęli w karty na swej werandzie. Wszystko zmierzało ku dobremu. Na pohybel i chwałę Pańską!
Gdy wszyscy zajęci byli swoimi sprawami, Wiejski Gupek w pełnej konspiracji opuszczał wieś i znikał między konarami drzew, gdzie wraz z widmową damą celebrował swą miłość. Mimo upływu czasu to uczucie nie słabło a dzielące ich różnice przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. I tylko czasem Lukrecja mówiła niezrozumiale o dalekiej podróży coś, czego Rorrk pojąć nie potrafił. W ciągu dnia zaś, chłopak pracował sumienie i z uśmiechem. Nieustanie podśpiewywał, gwizdał i tańczył zaś ludzie powiadali że biedaczysko stracił rozum do reszty. Nikt nie wiedział czemu dzieje się tak, że to właśnie on był najszczęśliwszym stworzeniem w wiosce.
I jak powszechnie wiadomo, taki stan rzeczy nie mógł się utrzymywać w nieskończoność.
– Przyjacielu – rzekł razu któregoś rudowłosy Gustaw – co żeś się tak odpicował? Czupryna przylizana, dziury w portach załatane a nawet niedzielne chodaki na błysk stoją.
– Paniczu Gustawie, bo to tak – Rorrk wzdrygnął się na myśl o wyjawieniu tajemnicy towarzyszowi – że ksiądz ojciec dobrodziej, zawsze mawia że zadbane ciało to zadbana dusza. I jak tak pomyślałem że może te chodaki tak tylko…
– Stary gada też – przybliżył się i objął Gupka ramieniem – że w duszy zakłamanej diabeł się gnieździ. Nic a nic nie ukrywasz przed swym poczciwym przyjacielem?
– Ale diabeł to przecie u księdza ojca, na werandzie w karty…
– Ech ty gupi – syknął rudzielec. – Wiesz że jeszcze zły jestem za to żeś młynarza nie upilnował kiedy ja z Zośką w dobrej sprawie działałem, a teraz jeszcze chowasz jakieś tajemnice. Bratku, serce mi łamiesz.
Rorrk odskoczył na równe nogi i stanął w progu stodoły z łzami w oczach.
– Gustawku kochany! Guściu – zaszlochał, całkowicie zapominając jak jego rozmówca nie znosi tego zdrobnienia. – Ja naprawdę nic złego… Nic! Ja tylko tak. Radość tu czuje – wskazał na porwaną koszulinę po czym znikł za węgłem budynku.
Wiejski Gupek nie potrafił kłamać, gdyż to nie leżało w jego prostolinijnej naturze. Zwłaszcza jeśli kłamstwo miało dotyczyć jego jedynego przyjaciela. Wówczas jego odstające uszy pokrywały się szkarłatem a język zaczynał plątać. A licho chciało by jego jedyny przyjaciel doskonale to wyczuwał. 

***

Zbliżył się wrzesień gdy rzecz miała miejsce. Po zachodzie słońca Rorrk jak zawsze wyściubił dyskretnie nochal ze swej przybudówki przy parafialnej stajni. Lampy w chałupach już płonęły a na ulicy nie było żywego ducha. Uznał że to już i w swej jedynej odświętnej koszuli i z włosami przylizanymi krowim mlekiem, pomknął niczym na skrzydłach. Po drodze wytarzał się dla zapachu w pobliskiej rabatce, zebrał całkiem okazały bukiet i zniknął za ścianą lasu.
Para nieprzychylnych oczu ruszyła za nim. 

***

– No, księdzu – ryknął sołtys stawiając na blacie butlę samogonu – karty na stół i ręce do góry!
– Księżycóweczka! – cmoknął z uznaniem duchowny, szorując się po nadętym brzuchu.
– I goloneczka – zakręcił wąsem młynarz odwijając z dumą swój wkład do gry.
– I czarnina! – diabeł zmaterializował się obok z cichym pyknięciem. W łapskach trzymał parujący kociołek.
– A z czego to? – unieśli brwi.
– Raczej z kogo – zabębnił z radości racicami po deskach.
– Później będziemy się zamartwiać – uciął ksiądz tasując karty. – Grajmy! 

***

Lukrecja leżała na wznak na pochyłej brzozie. Jej delikatna, filigranowa sukienka nie była żadną osłoną dla dwuznacznie wyprężonego ciała, która i tak, za sprawą orzeźwiającego zefirku podwiewała ukazując to i owo. Z niemal dziecięcych ząbków fikuśnie wystawało cieniutkie źdźbło trawy. Gupek jak zawsze na jej widok oniemiał.
– Kochany, jesteś! – uradowana zeskoczyła z drzewa wprost w ramiona kochanka. Choć bardziej wypadałoby powiedzieć że podleciała, pozwalając by wietrzyk uniósł ją ku swemu oblubieńcowi. – Tak długo czekałam…
– Ale ja tutaj byłem – przeliczał przez moment – wczoraj. Ja każdej nocy tu przychodzę.
– Każda godzina w tym grobie to wieczność – rozsypała podarowany bukiet a kwiaty zawirowały dookoła zakochanych, by po chwili ulec na trawie w kształt łoża. – Ukochany, dziś jest ta noc. Odejdźmy stąd!
– Nad rzekę? – nie zrozumiał Rorrk delikatnie lądując na kwietnym posłaniu. Ku swemu zdziwieniu spostrzegł że jego odświętne ubranie tańczy samo na wietrze, po czym odlatuje w sobie tylko znanym kierunku.
– Dalej – syknęła namiętnie, siadając na nim okrakiem. – Znacznie dalej!
– Za rzekę? – niemal podskoczył czując jej zimny język na swej szyi.
– Świat nie kończy się za rzeką – suknia niczym wąż zsunęła się z srebrnego ciała kobiety. – Ani za wsią, ani w sąsiedniej gminie. On nigdy i nigdzie się nie kończy. To tak jak nasza miłość. Ale teraz mogę stąd odejść, my możemy stąd odejść. Najdroższy, tak gdzie się udamy dane nam będzie stąpać po ziemi bez lęku. Opadną pozory, odejdą troski. Woźnica zabierze nas karetą ku pięknemu dworowi i bez obaw czy kpin zaczniemy piękne życie. I już nikt nie nazwie cię Wiejskim Gupkiem, już nikt! I tak po wsze czasy, na wieki. Pójdź ze mną! Powiedz że pójdziesz…
– Pójdę – jęknął otępiały zapachem, smakiem i doznaniem spełnienia. Gwiazdy znów wirowały w srebrnej poświacie. – Już nikt nie nazwie mnie Gupkiem…
– Nigdzie nie pójdziesz – wtrącił Gustaw, stając na skraju zagajnika. – Gupku! 

***

– Jak na diabła słabo grasz – rzekł sołtys.
– Diabły zawsze przegrywają w karty – odparł rogaty. – A bo to mało przypadków było. Zawsze znajdzie się jakiś cwaniak co sposób wymyśli jak diabła oszwabić.
– O, wypraszam sobie! – naburmuszył się proboszcz. – Chcesz powiedzieć że duchowny cię oszukuje?
– Diabli nadali, przenigdy – uniósł kosmate łapska w geście kapitulacji. – Komu wierzyć jeśli nie swemu duszpasterzowi.
– Ale ty, czarcie duszy nie masz – zauważył młynarz.
– Pieprzysz, ot co! – warknął sołtys. – Nawet jak nie ma, to serce u niego złote. A kto mi ostatnio doczesnej pożyczki udzielił? No kto? Diabeł to swój chłop!
– E tam, karty są jak dziwki – machnął zawstydzony. – Polej, potasuj i grajmy. 

***

– Mój ci on – oświadczył nagi jak w noc poślubną, duch Lukrecji.
– A takiego! – pokazał jakiego Gustaw, po czym odciągnął równie golusieńkiego Rorrka do tyłu. – Co to, z widziadłem jakimś tu obcujesz? I do tego bez sakramentu – pokiwał głową z udawanym smutkiem.
– Kochamy się – odparła zjawa – i nic tobie do tego.
– Mnie nic. Ale ksiądz to dopiero da wam popalić!
– Nie zdąży. Odchodzimy stąd. Dzisiejszej nocy. Musimy.
– Niby dokąd? – zadrwił rudzielec.
– Tam gdzie wasze prawa nas nie dosięgną! – wciągnęła w zamyśleniu haust wieczornego powietrza, a poświata wokół niej zalśniła jasną łuną. Odwróciła uśmiechniętą twarz w kierunku pobliskiego pagórka.
Zimny wiatr zaczął wić młyńce smugami mgły, gdy na szczycie wzniesienia zapaliło się czerwone światełko. Gdy gęste obłoczki rozpierzchły się zupełnie, z ciemności wyłonił się kształt czarnej karety z smolistymi, groźnie tupiącymi rumakami. Niewielka postura woźnicy uniosła w górę rubinową lampę.
Gustaw poczuł że zrobiło się naprawdę zimno. 

***

– Przegrałem – zaśmiewał się ksiądz. Czuł że choć wypił tej nocy już zbyt wiele, to jeszcze odrobiny sobie nie odmówi. – Wy dranie!
– Chłodno cosik się zrobiło – spochmurniał sołtys.
– A tfu! – splunął przez ramię diabeł. – Co złego pewnie.
– To z mojego zagajnika tak bije – zauważył trzeźwo młynarz.
– Jak to z twojego! – ryknął urażony ksiądz. – To mój teraz!
– To grajmy o niego – rzucił hasło któryś. Przez chwilę panowała napięta cisza, przerwana przez wrzask księdza.
– Grajmy! – ryknął, omal mu guziki z sutany nie powyskakiwały. 

***

– Chodźmy stąd i to biegiem – syknął do przyjaciela Gustaw.
– Najukochańszy, pójdź ze mną – poprosiła Lukrecja.
Obydwoje spojrzeli na Rorrka oczekując odpowiedzi. A ten jedynie stał; mały, biedny i niezdolny do wykrztuszenia czegokolwiek. Postąpił kilka chwiejnych kroków stając między towarzyszem a ukochaną.
– Kocham cię Lukrecjo – oznajmił cicho – i pójdę tam gdzie ty.
– Ty Gupku! – warknął rudzielec.
– Jestem taka szczęśliwa – wyciągnęła ku niemu rękę.
– Ale… – spoglądał to na jedno to drugie – nie mogę dziś. Muszę się spakować, pożegnać… Z księdzem proboszczem, z panną Marysią. Z moim przyjacielem Gustawem – łzy stanęły mu w oczach.
– Ty Gupku! – powtórzył.
– Nie możesz – wyszeptała zjawa. – Dziś jest wigilia przesilenia jesiennego. Zima nadchodzi a ja muszę wyruszyć nim będzie za późno. Leże tu już zbyt długo.
– Kim ty w ogóle jesteś? – zaciekawił się panicz.
– Tym co leży w grobie wśród brzóz – odrzekła smutno. – Nie wiem czemu się obudziłam ani kto zdjął klątwę. Ale teraz muszę odejść i proszę, Najdroższy byś mi towarzyszył.
– Nic z tego! Gupku, idziemy…
Było już za późno. Rorrk pomaszerował z Lukrecją ku czarnemu powozowi, pozwalając by srebrna poświata okryła i jego. 

***

– O zagajnik? – upewnił się młynarz.
– O zagajnik – potwierdził ksiądz.
Długo wpatrywali się w siebie. Krwisty promień wstającego słońca wpadł na stół. Ostatnia rozgrywka. Los ojcowej ziemi tkwił w kartach. 

***

– Ty… ty… ty Gupku! – panicz przygniótł Rorrka do trawy. Widział powóz kilkanaście stóp od siebie, dumny i złowrogi na szczycie pagórka.
– Noc dobiega końca – zapłakana Lukrecja spojrzała na wschód, ku rozjaśniającej się linii widnokręgu. Zamarła w połowie drogi. 

***

Karty padły na blat. Gracze spojrzeli na nie ciekawi wyniku.
– Wygrałem – uśmiechnął się młynarz z wyraźną ulgą. 

***

Wiejski Gupek nigdy się nie dowiedział co wybrałaby Lukrecja. Nigdy nawet nie dowiedział się czemu odeszła, gdzie jest i dlaczego nie wróciła. Po prostu upadła nagle na ziemię i zniknęła. Zgasła tak, jak zgasa płomień świecy gdy knot dobiega końca. Jeszcze tego nie rozumiał, lecz coś w jego prostym sercu podpowiadało, że już nigdy jej nie zobaczy.
Czarna kareta również wyparowała. Pokraczny woźnica strzelił batem, rumaki stanęły dęba i już po chwili powóz rozpłynął się we mgle. Tak jakby go nigdy nie było. A może go rzeczywiście nigdy nie było…
– To nie twoje miejsce – wyszeptał Gustaw przyciśniętemu do podłoża. – Wybacz, Rorrk – dodał, po raz pierwszy wymawiając jego imię. 

***

– O co chodziło z tym tatusiowym zagajnikiem? – zagadnął na osobności sołtys, gdy ramię w ramię z młynarzem sikali pod płot. – Coś mi po głowie się kolibie…
– Staruszek gadał że coś tam leży i nocami po polach lata. Zawsze mawiał: zagajnika w obce łapy nie dawać bo wylezie i puszczać się znowu zacznie.
– Bajania starych ludzi.
– A jakże – splunął zapinając rozporek, po czym obaj ruszyli do knajpy. 

***

Gustaw nikomu nie opowiedział o wydarzeniach minionej nocy, podobnie jak Rorrk który szybko o nich zapomniał. Lub gwoli ścisłości wolał udawać że już ich nie pamięta. Czuł że wspomnienia tych letnich chwil należą tylko do niego i pragnął by tak pozostało. Nie ze strachu przed karcącą ręką księdza proboszcza czy zwykłym ludzkim gadaniem, ostatecznie był tylko Wiejskim Gupkiem. Narażonym na śmiech i kpiny każdego dnia, unikanym przez ludzi, niegodnym rozmowy z nimi. I jak każdy Wiejski Gupek, miał prawo zapomnieć o czymś tak mało istotnym jak własne uczucia.
Wieczorami często znikał. Odwiedzał leśne ścieżki i okolice króliczych nor, wpatrywał się w strumienie, wsłuchiwał w cisze lasu. Niekiedy przesiadywał w ojcowym zagajniku wpatrzony w krzyż wbity nad anonimowym grobem. Czasem podskakiwał i śpiewał dookoła niego. Miał prawo, był przecież wyłącznie niegroźnym wariatem.
Zdarzało się że ktoś zbłąkany lub nietrzeźwy widywał Rorrka. Mówiono że Bóg go pokarał i nie należy się tym przejmować, bo chłopak postradał zmysły do końca. Gustaw do którego uszu dochodziły takie głosy jedynie milczał i zastanawiał się czy nie popełnił błędu. Zastanawiał się czy tam dokąd mógł pójść, nie byłoby mu lepiej.
Kiedyś podpatrzono go na pagórku w zagajniku Młynarza. Tańczył w pełni księżyca a psy niczym orkiestra, wyły przy każdej chałupie. Ci którzy go tej nocy widzieli, mogli przysiąc że tańczył w srebrnej poświacie.