Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Opowiadania

Władca koszyczków

Kiedy Babcia Kapturka z Babcioszna oznajmiła, że wkrótce wyda wspaniałą ucztę dla uświetnienia swoich sto jedenastych urodzin, w Kapturkowie zapanował wielki gwar i podniecenie.
Z właściwą sobie pieczołowitością, przygotowania do tak dostojnej uroczystości Babcia rozpoczęła już ponad miesiąc wcześniej i co chwila obserwowano przetaczające się drogami Kapturkowa coraz to nowe wozy i zaprzęgi przybywające ze wszystkich stron Śródziemia. A to heroiczni czyściciele dywanów z dalekiej północy, a to malarze pokojowi zza wielkiej rzeki Gwyny…
(…zwanej Gieovien przez elfów, na cześć elfiej księżniczki Gieovien, która nieszczęśliwie zakochała się w ludzkim księciu Kazimierzu, lecz gdy na jaw wyszło, że jej uczucie pozostaje nieodwzajemnione, dała se siana. Powstało na ten temat wiele pieśni, w tym słynna „O, Gieovien” :

O, Gieovien, o, Gieovien,
O, Gieovien, o, Gieovien, o, Gieovien,
O, Gieovien, o, Gieovien,
Nieszczęsna Gieovien!
…oraz Smródką przez krasnoludów – na cześć faktu, ze krasnoludy niemal każdą znaną sobie rzekę nazywają Smródką. Gwyna ma osiemset siedemdziesiąt mil długości, początek biorąc w Górach Granatowych i przepływając przez trzy państwa, by ujście znaleźć w odmętach Wschodniego Oceanu. Zasilana jest dwunastoma głównymi dopływami, z których – o dziwo – każdy posiada własną nazwę. Prawdopodobnie istnieje nawet bardzo dokładna mapa tego wszystkiego)
…a to handlarze bagiennym zielem z Efemerycznych Bagien, a to handlarze pustynnym zielem z pustynnego Muad’Dibu, a to handlarze szkarłatnym zielem z odległych puszcz Hardkoru, nawet sam prestidigitator Ganjalf zaszczycił Babcioszno swoją wizytą, aby zaprezentować słynny trik ze znikającym kciukiem.
Na nowo rozbrzmiały opowieści o bogactwie Babci, zawdzięczanemu ponoć jej dawnej wyprawie na smoka Smołka – w której to wyprawie nie pomogła w zasadzie nic, poza parzeniem herbatki i robieniem pierniczków, ale i tak przy podziale łupów dostała jej się nieadekwatna do zasług fortuna.
(Wydarzenia te Babcia spisała w swoich dziennikach „Tam i z powrotem, żeby zobaczyć, czy nie zostawiłam okularów” – 34,99 + koszty wysyłki)
Skarbów tych w każdym razie nie szczędziła – to byłoby wręcz głupie w jej wieku – i z ich użyciem usilnie starała się, aby na uczcie dla trzystu pięćdziesięciu gości nie zabrakło absolutnie niczego.
Dopiero na dzień przed rozpoczęciem imprezy, pomiędzy przeglądaniem stanu striptizerek a dmuchaniem balonów – to jest, gumowych balonów. To jest, znaczy, takich zwykłych, kolorowych balonów, które się dmucha. Dobra, nieważne. Na dzień przed rozpoczęciem imprezy Babcia zorientowała się, że zapomniała w zasadzie o jednej tylko rzeczy – jedzeniu.
Lecz była wciąż nadzieja! Gdyż Babcia miała w posiadaniu pewien niezwykły magiczny artefakt, który – właściwie użyty – zapewniał właścicielowi kontrolę nad całym Śródziemiem, niewidzialność, bonus do charyzmy i – co najważniejsze – nieograniczone ilości pysznych czekoladowych Jedynych Muffinków.

Jedyny Koszyczek.

Głównym mankamentem było to, że jakieś pół roku wcześniej pożyczyła go swojej ulubionej wnuczce i do tej pory nie mogła doprosić się zwrotu. Nadszedł najwyższy czas, by podjąć odpowiednie kroki.
– Ganjaaaalf!!!
Mag medytował właśnie kilkanaście metrów dalej z fajką w ustach, jak to miał w zwyczaju podczas leniwych popołudni.
– Odczułem zakłócenie Mocy – stwierdził znienacka – Jakby krzyk przerażenia z milionów gardeł, a potem cisza. Stało się coś strasznego.
– To ja wrzeszczę, ty tępy dziadygo! Podejdź no do płota, jako i ja podchodzę!
– Wiesz, Babciu – zaczął wygłaszać swe nauki mag, podczas podchodzenia do Babci – wielu żyjących zasługuje na śmierć. Ci, którzy nazywają mnie „tępym dziadygą” znajdują się pośród nich. Capisci?- dodał z elficka.
– Już, już, nie napinaj się, bo ci żylaki w tyłku wyskoczą. Rusz kikuty, do licha ciężkiego, bo wleczesz się jak kaszalot pod górkę! Na własny pogrzeb się spóźnisz!
– Czarodziej nigdy się nie spóźnia ani nie przybywa zbyt wcześnie, ale właśnie wtedy kiedy sam tego chce. – bystro zripostował Ganjalf – I wcale nie mam żylaków.
Tak przebiegała im przyjacielska rozmowa. Bowiem Ganjalf i Babcia przyjaźnili się już od wielu, wielu lat…
– Dobra, kaszalocie jeden bezżylakowy, sprawa ma się tak. Moja wnuczka, Czerwony Kapturek…

Czerwony Kapturek fikała po łące w ten piękny wiosenny poranek.
Jajkami bawiły się w trawie zające, choć rzecz nie dotyczy pisanek.
Nachylał się Kaptur od czasu do czasu, by noskiem posmyrać swym kwiaty.
Aż nagle czarodziej wynurzył się z lasu i złapał Kapturka za szmaty.
– Szukam dziewczynki o imieniu Czerwony Kapturek – wychrypiał jej w twarz.
– Eee… Nie ma jej tutaj. Wyprowadziła się. Bardzo nagle. Wczoraj. Nie wiadomo gdzie. Ale daleko.
Ganjalf zanalizował zdanie w głowie. Cóż, jeśli wnuczka faktycznie się wyprowadziła, to oznaczało, że będzie musiał…
…Zaraaaa…
– Ty nosisz czerwony kapturek!
– To dlatego, że… Znaczy, pożyczyłam od… Znaczy… Dobra, przejrzałeś mój chytry podstęp. Czego chcesz?
– Rodzice nie nauczyli się, żeby nie kłamać nieznajomym? – skarcił ją mag.
– Tak w zasadzie, mówili, żeby w ogóle z nimi nie rozmawiać… Ale nie sądzę, żeby tyczyło się to sytuacji, gdy nieznajomy trzyma mnie za fraki dwadzieścia centymetrów nad ziemią.

Ganjalf opuścił Kapturka.

– Ależ to bez sensu – stwierdził filozoficznie – jeśli nie będziesz rozmawiała z nieznajomymi, to nigdy ich nie poznasz. Nie będziesz miała żadnych znajomych i nie będziesz mogła rozmawiać z nikim. Poza tym, ja nie jestem nieznajomym. Na pewno słyszałaś o mnie – jestem przyjacielem twojej babci, a zwą mnie Ganjalf Szary. Ze mną możesz rozmawiać. Posłuchaj mojej rady, Czerwony Kapturku, gdy mówię: Nie kłam, bo przyjdą krasnoludki i Cię zgwałcą.
Żaden krasnoludek nie pojawił się, żeby zgwałcić Ganjalfa. Prawdopodobnie oznaczało to, że mówił prawdę. [głupi kawałek-przyp.red.][głupia redakcja-przyp.autora]
– A teraz słuchaj. Babcia jest bardzo niezadowolona. Masz pewną rzecz, która należy do niej…
– Koszyczek?
– Tak, koszyczek, Kapturku. Kapturku? – mag spojrzał na dziewczynkę i poczuł się z lekka niepewnie. – Eee… Dlaczego masz takie duże oczy?
– Nie oddam koszyczka! To teraz mój koszyczek! Błabłabłabłabłabłabła!!!
Ganjalf dobrze znał te objawy. Kiedy raz uzależnisz się od muffinków, odwyk potrafi okazać się prawdziwą dziwką.
– Nie będziesz musiała oddawać koszyczka – rzekł uspokajająco- po prostu przyniesiesz go na imprezę, poczęstujesz gości, a potem wrócisz z nim do domu. Babcia nie będzie cię chciała przecież z jego powodu zabić. Ha, ha, ha.
Rozejrzał się niepewnie, jakby wyszukując czegoś w trawie.
– A teraz chodźmy już, Kapturku.
– Cóż, skoro tak mówisz…
– Tylko szybko! Proszę?…
Zniknęli wśród leśnego gąszczu.
Dwie minuty później krasnoludek wyszedł na łąkę, rozejrzał się po niej, po czym zaklął szpetnie, z impetem kopnął pobliski kamień i, pomrukując, wrócił skąd przyszedł, zawiedziony i naprawdę zły na siebie.

Pośpiech był czynnikiem kluczowym.

Kapturek spojrzała na Ganjalfa pytająco, po czym jeszcze raz przeczytała zapisaną na serwetce starożytną przepowiednię:

„Nie każde złoto jasno błyszczy
Nie każdy błądzi kto wędruje
Nie każdą siłę starość zniszczy
Korzeni w głębi lód nie skuje
Z popiołów strzelą znów ogniska
I mrok rozświetlą błyskawice
Trza żarcie ludziom dać do pyska

Więc nieś już, kurde, ten koszyczek!”

Najpierw wrzucili koszyczek do kominka, żeby sprawdzić, czy na pewno jest wiklinowy. Gdy okazało się, że test wypalił, z cudem uratowanego koszyczka starali się odczytać tajemniczy runiczny napis. Napis – pokryty spalenizną – okazał się jednak jeszcze bardziej tajemniczy, niż na początku, więc dali sobie spokój i zjedli po muffinku. Kilka ciasteczek z wierzchu było co prawda przypalonych, ale całe zamieszanie nie zrobiło widocznego wrażenia na słodyczach ze spodnich warstw koszyka.
– Trzeba ci wiedzieć, Kapturku – mówił mag, ciamkając przy tym obficie – że misja może być zagrożona. Gdy leciałem nad lasami, widziałem w dole sylwetkę straszliwego Nazgolla, który…
– Przepraszam, gdy co robiłeś? Leciałeś?
– Tak, leciałem. Na grzbiecie starożytnego orła Ćwirka.
Kapturek zastanowiła się.
– Więc co, nie moglibyśmy po prostu polecieć na nim w drugą stronę?
Zapadła chwila kłopotliwego milczenia
– Słucham?
– No bo, skoro, jak sam mówisz, w dole jest niebezpiecznie, a poza tym lecąc dostaniemy się do celu naszej wyprawy dużo szybciej, to nie widzę powodu, dla którego nie…
– Zamknij się! Po prostu się zamknij! Myślisz, że jesteś taka cwana, co? Że co, po prostu wyjedziesz z takim swoim cwanym pomysłem i stary Ganjalf będzie wyglądał głupio? Sama jesteś głupia!
– Po prostu staram się…
– Powiedziałem: Cicho!
Chwila milczenia przedłużyła się. Jakaś mucha przeleciała po pokoju, usiadła na stole, po czym wzbiła się z powrotem i wyleciała przez okno. Cisza stała się bardziej oczywista.
– W każdym razie widziałem wilkołaka Nazgolla, któremu Babcia onegdaj zajumała koszyczek. Jeśli go nam odbierze, zaniesie go z powrotem do swej ojczystej Mordowni, gdzie ten posłuży jako narzędzie do nakarmienia tysięcy głodujących dzieci. Widzisz, gleba w Mordowni jest jałowa i sucha, a zdeformowani ludzie cierpią tam głód i niedostatek. W tej sytuacji tylko nasz koszyczek – stworzony zresztą przez ich przywódcę, Szałrona – może wybawić ich od klęski.
– To brzmi okropnie!
– Wiem, moje dziecko, wiem. I dlatego nie możemy dopuścić, by koszyczek wpadł w ich ręce. Ale w tym celu musimy ruszać natychmiast!
Ruszyli natychmiast. Natychmiast po obiedzie, rzecz jasna. Ponieważ pośpiech był czynnikiem kluczowym, ograniczyli się do jednej tylko dokładki. Ale podwieczorku już nie jedli. No, może jeden mały batonik, ale to się przecież nie liczy. W końcu pośpiech był czynnikiem kluczowym.

Mógłbym tu opowiedzieć historię o tym, jak Ganjalf z Kapturkiem wędrowali poprzez rozległe pola Kapturkowa, polując na pieczarki, szlajając się od karczmy do karczmy, śpiewając sprośne piosenki i skrywając się po krzakach za każdym razem, kiedy usłyszeli stukot kół na wyboistej drodze…
(Kto z nas tego nie zna… każde światło staje się nagle potencjalnym radiowozem…)
…Móglbym opisywać ich kroki po lesie Fanfaron, gdzie drzewa zdawało się Ganjalfowi chybotać  i żyć własnym życiem. Mógłbym tworzyć sprawozdanie z ich błądzenia po mrocznych tunelach Morgii, do których wpadli przez nieuwagę i nie mogli się wygrzebać.
Jedyny powód, dla którego tego nie robię, to że cała ta wyprawa była w gruncie rzeczy niesamowicie dłużąca się, pozbawiona emocji i bardzo, bardzo, bardzo, ale to bardzo nudna.

Zamiast tego przejdę więc od razu do rzeczy. Na kładce nad rzeczką Nirwaną*, przy skrzyżowaniu dróg na Babcioszno i Siedlce, niecały kilometr od celu, Kapturek i Ganjalf spotkali wreszcie Nazgolla.
Był zarośnięty, wychudzony i śmierdział. Gubił sierść, przez co straszył widokiem plam gołej skóry. Wyglądał jak ktoś, kogo wyrzuciliby nawet z kabaretu Łowcy.B.
– Dalej nie przejdziecie! – wykrzyknął Ganjalfowi w brodę.
– Sam nie przejdziesz, brudasie – odparł Ganjalf dziarsko. Aby zademonstrować zaś, że mówi poważnie, wyjął zza pazuchy swój magiczny kij i uderzył nim w kładkę.
Pech chciał, że akurat tego dnia założył laskę tył na przód.
Kładka sykła, pierdykła i pękła. Mag spojrzał jeszcze w dół, zaskoczony, po czym zniknął zanurzony po pas w odmętach Nirwany**
– Dalej nie przejdziesz – kontynuował Nazgoll, tym razem zwracając się do Kapturka – dopóki nie rozwiążesz mojej zagadki.
Czerwony Kapturek już miał powiedzieć, że nie rozmawia z nieznajomymi, gdy nagle olśnienie przyszło w głąb jej umysłu. Starożytna mądrość, kiedyś usłyszana, teraz wyraźna, jak gdyby to było zaledwie wczoraj…
„Posłuchaj mojej rady, Czerwony Kapturku, gdy mówię: Nie kłam, bo przyjdą krasnoludki i Cię zgwałcą”
Poza tym on przecież nie jest nieznajomym, prawda? Słyszała o nim. To Nazgoll, przebrzydły wilkołak, któremu jej Babcia ukradła onegdaj koszyczek – cokolwiek „onegdaj” znaczy.
Z nim może rozmawiać.
– No dobra. Dawaj swoją zagadkę.
– Ach, odważna z ciebie dziewczyna. Lecz wiedz, że jest zapisane, że żaden facet nigdy nie pokona mnie w turnieju na zagadki!
– Słucham?
– Nikt, kto jest płci męskiej, nie pokona mnie w turnieju na zagadki. Tak jest zapisane.
Czerwony Kapturek milczała z politowaniem przez chwilę.
– Cóż, mimo to spróbuję.
– Dobrze, bardzo dobrze. Otóż moja zagadka brzmi: Co masz w koszyczku?
To nie była nawet poprawnie sformułowana zagadka, jak później ustalono. Nazgoll po prostu miał wyjątkowo ubogą wyobraźnię i takąż inteligencję. Ale Kapturek o tym nie wiedział i odpowiedział.
– Nieograniczone ilości przepysznych czekoladowych Jedynych Muffinków!
– Wiedziałem! – krzyknął Nazgoll, po czym rzucił się na Kapturka i połknął go jednym kłapnięciem.
Ostatnie, co pomyślała Kapturek przed śmiercią, to że przynajmniej udało jej się pokonać Nazgolla w pojedynku na zagadki.
W normalnych okolicznościach przyszedłby jeszcze drwal, zabił Nazgolla, wyciągnął Kapturka z jego wnętrzności i dziewczynka żyłaby długo i szczęśliwie, wymazujac z pamięci traumatyczne przeżycia bycia pożartą żywcem. Tak się jednak złożyło, że drwal akurat wziął dzień wolnego, aby gościć na uczcie Babci Kapturka z Babcioszna.
A więc minął dzień, potem następny. Na trzeci dzień Ganjalfa wymyło na brzeg, po części wkurzonego, a po części zadowolonego, że jego stara szara szata wyprała się w rzece wreszcie do białości. Potem przyszedł drwal, lecz Nazgoll był już daleko.

*lub Smródką po krasnoludzku
**lub Smródki

Tak oto kończy się nasza historia. Nazgoll wraz z koszyczkiem niezwłocznie wrócił do Mordowni, gdzie przekazał artefakt swemu przywódcy Szałronowi. Nie na wiele się to jednak zdało. Dopiero wtedy wyszło bowiem na jaw, że Jedyne Muffinki mogą zawierać śladowe ilości orzecha arachidowego, na którego zdeformowane dzieci Mordowni są śmiertelnie uczulone. Koszyczek został schowany w jakimś magazynie i od tego czasu wszelki słuch o nim zaginął.
Istnieje prawdopodobieństwo, że zjadła go jakaś ryba, aczkolwiek nie zostało to oficjalnie potwierdzone.
A uczta…
Uczta, mimo braku jedzenia, okazała się zdumiewająco udana.
Szczerze mówiąc goście nieszczególnie nawet zauważyli ten mankament. Ktoś tam zwrócił uwagę, że prestidigitator miał być, a go nie ma, ale zaraz po tym ktoś inny zwrócił uwagę, że ciocia Klementyna pakuje całą srebrną zastawę do kieszeni, ktoś inny zwrócił uwagę na kolorowe olifanty latające mu nad głową, a ktoś jeszcze inny zwrócił obiad na stół i wszyscy zapomnieli, na co zwracał uwagę tamten pierwszy. Ktoś walnął kogoś krzesłem, coś płonęło, coś się łamało, Babcia w pewnym momencie się po prostu wzięła i rozpłynęła w powietrzu, ale nie zważano na to, po prostu bawiono się dalej, do białego rana.
I ja tam byłem, pustynne ziele paliłem, a com widział i słyszał…
Ech, i tak za cholerę byście mi nie uwierzyli.

Sveniu 2009