Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Wywiady

Wywiad z Aleksandrem Głowackim

Z autorem Alkaloidu, Aleksandrem Głowacki, rozmawiał nasz redaktor, Piotr Sarota. Zapraszamy do lektury wywiadu!

Piotr Sarota: Witam. Na początku chciałbym serdecznie pogratulować znakomitej powieści. Rzadko zdarza się, aby debiutancka książka była nie tylko tak mocno promowana i oczekiwana, ale potem także doceniana przez recenzentów i zwykłych czytelników. Spodziewałeś się takiego scenariusza, czy też tak pozytywny odbiór Alkaloidu jest dla ciebie zaskoczeniem?

Aleksander Głowacki: Olbrzymim – zwłaszcza po tak długim okresie pisania, redagowania, szukania wydawcy ciężko zachować wiarę. Bardzo dziękuję za gratulacje, dziękuję też wszystkim, którzy zaryzykowali i książkę przeczytali – to ogromnie podnoszące na duchu, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że jest napisana trochę pod prąd rodzimych produkcji, a dzisiejszy rynek jest przesycony znakomitymi książkami.

Alkaloid zachwyca interesującym konceptem i bardzo dopracowaną konstrukcją świata. Skąd wziął się pomysł na tego typu historię alternatywną? Czy było to coś w rodzaju nagłego objawienia, czy też efekt długiego procesu twórczego? 

To mogło wydarzyć się w pociągu. Przemieszczający się za oknem krajobraz wprowadza mnie zawsze w rodzaj transu. Tam pewnie musiała przyjść mi do głowy scena podróży Falka do Interzony. Falk natomiast w swojej protoformie występował kiedyś w szpiegowsko-miłosnej historii stworzonej przeze mnie na potrzeby filmowej etiudki. Ta postać ma zresztą swój pierwowzór w moim przyjacielu, niemieckim anarchiście. Nie chciałbym was zanudzać ciągnięciem tych kombatanckich wspomnień więc tu urwę tę przydługą gawędę. Mówię o tym tylko po to, żeby pokazać, że w moim przynajmniej przypadku inspiracja jest długim łańcuchem przypadkowych pozornie niepowiązanych wydarzeń, zbieranych informacji, luźnych idei, które dają owoce w najmniej oczekiwanym momencie.

Podczas prapremiery na tegorocznym Pyrkonie wydawca Alkaloidu zdradził, że powieść długo tkwiła na etapie poprawek redakcyjnych, zanim wreszcie ujrzała światło dzienne. Wiele osób chcących pisać i wydawać często wypowiada się dość pogardliwie o konieczności poprawek edytorskich, widząc w nich zamach na swoją „wizję artystyczną”. Czy tak długi okres „leżakowania” twojej powieści pozwolił ci spojrzeć na nią z zupełnie nowej perspektywy, pokazał nowe możliwości, a może podsunął rozwiązania fabularne odmienne od zaplanowanych wcześniej? A może wręcz przeciwnie: był źródłem frustracji i zmuszał do przyjmowania cudzych pomysłów, bo inaczej książka nigdy nie wyjdzie? 

Jean Genet powiedział kiedyś Williamowi Burroughsowi, że w dzisiejszych czasach pisarz nie musi umieć pisać, bo wszystko załatwią redaktorzy. Chciałbym, by tak było, bo organicznie nie znoszę procesu pisania – najchętniej przekazałbym komuś notatki, o czym ma być tekst, i za pół roku dopisał się jako współautor do książki. Niestety prawda leży pośrodku. Nie ukrywam, że jednym z powodów powstania mojego kolejnego awatara znanego jako Aleksander Głowacki była chęć zapoznania się z wydawniczym przemysłem i jego technologiczną strukturą. Muszę powiedzieć, że to dla mnie bardzo rozwijające doświadczenie. Niewykluczone, że ktoś kto zajmuje się zawodowo pisaniem – czy to jako redaktor, dziennikarz, recenzent, nie potrzebuje pomocy redaktorskiej. Dla mnie była ona nieoceniona, muszę wręcz powiedzieć, że oczekiwałem na większe nawet kreatywne zaangażowanie redaktorów, ale mimo wszystko postanowili oni zostawić mi dużą swobodę. Za to i za ich pomoc jestem bardzo wdzięczny.

Co do uleżenia powieści – uratowało mnie to przed pomysłem, który kłębił się w mojej głowie jeszcze po podpisaniu umowy z Powergraphem, czyli uczynieniu z Alkaloidu cyklu powieściowego. Z powodu różnych opóźnień znalazłem czas, żeby skonkludować książkę. Czasem zastanawiam się, czy obfitość cykli książkowych nie bierze się stąd, że autorzy nie potrafią spuentować swoich historii. Z drugiej strony na tak trudnym rynku cykl wydaje się być jedyną, może i złudną, obietnicą znalezienia czytelników. Ale to już chyba zbyt daleko idąca dygresja.

Spotkałem się z zarzutami, że Alkaloid zarzuca na czytelnika sieć za pomocą trywialnych zagrywek i mnożenia atrakcji – choćby poprzez wplatanie w akcję postaci historycznych; człowiek wtedy doświadcza prostej przyjemności odnajdywania i rozpoznawania konkretnych nazwisk. Przyznam, że w odniesieniu do Alkaloidu zarzut taki wydaje się mocno przesadzony, zastanawiam się jednak, czy rzeczywiście takie zabiegi zawsze muszą ograniczać się do popkulturowej zabawy? Czy tez może ludziom trudno zaakceptować wizję odmienną od ich wyobrażeń na temat tej czy innej postaci?

Przyjemność odnajdywania konkretnych nazwisk jest prosta tak długo, jak to nazwisko się zna. Ciekawe, że podnoszone są zarzuty co do zasadności wykorzystania Wokulskiego, a nikt jakoś do tej pory nie poruszył tematu Rachmietowa, który również jest bohaterem literackim, ale jego wpływ na historię – poprzez zainspirowanie Lenina – jest tysiąckroć większy. Wszystko jest więc w porządku, dopóki żongluję nazwiskami postaci mniej oczywistych (jak chociażby epicka biografia Olive Yang, na której opierałem się tworząc Nemi). W przypadku postaci bardziej znanych często niestety uruchamia się przeciętne podejście konsumenta do treści kulturowych, opisane w sposób wyczerpujący przez inżyniera Mamonia: Ja lubię te piosenki, które już słyszałem.

Wydawca reklamuje twoją powieść jako „polski chempunk”, co niektórzy podważają, nazywając Alkaloid po prostu steampunkiem, tylko w innym kubraczku. Z drugiej strony dostrzec można w historii Wokulskiego to, czego coraz częściej brakuje nastawionemu na gadżeciarstwo steampunkowi – opis przemian społecznych i politycznych wywołanych nowym odkryciem, tworzenie się nowego porządku, dochodzenie do władzy i zmagania z nią. Czy więc stanowcze określanie Alkaloidu mianem chempunka jest zabiegiem marketingowym, jak chcieliby niektórzy, kwestią przypadku, czy może swego rodzaju odcięciem się od czysto estetycznego podejścia do gatunku?

W życiu przeczytałem jedną steampunkową książkę – Maszynę Różnicową – ponad 15 lat temu. Wychowywałem się za to na książkach Jules Verne’a i Wellsa i to im oddaję hołd. Zaczynając pisać, miałem gdzieś pod ręką filtr steampunkowy, ale po tym, jak opublikowałem Imć Hormaganta Wokulskiego w Retrostacji, pożegnałem się z tą stylistyką. Jeśli ktoś chce odczytywać Alkaloid jako steampunk, nie mogę temu zapobiec. Jedyne, co mogłem zrobić, to dywersyjnie narzucić na książkę inną etykietę – wybrałem chempunk. Mogę się założyć, że gdybym wydał Alkaloid za dwa, trzy lata, przyklejono by mu etykietę New Weird, a ja wykonałbym podobny unik, trąbiąc o tym, że to przecież nie jest New Weird, tylko Chem Weird. Oczywiście założeniem było, że Alkaloid jest powieścią gatunkową – i jeśli mamy go przypisywać do jakiegoś gatunku, niech to będzie s-f rozumiane jako fikcja spekulatywna.

W powieściach fantasy często dodawane są różne źródła graficzne – głownie mapy lub drzewa genealogiczne, czasem też fragmenty listów. Jednak Alkaloid idzie pod tym względem zdecydowanie dalej: nie tylko rozdziały rozpoczynane są chwytliwymi sloganami reklamowymi lub aforyzmami, ale też czytelnik co i rusz natyka się na listy, fragmenty artykułów, depesze czy protokół z sesji psychoanalitycznej. Nie tylko dostarcza to dodatkowej informacji, ale również buduje niesamowity klimat i – co tu kryć – wygląda znakomicie. Czy od początku wyobrażałeś sobie powieść w takiej właśnie formie? A może pomysł wykrystalizował się w trakcie pracy?

Było po troszę i tak i tak. Wyjściowo wszystkie rozdziały miały motto. To podsunęło Kasi Kosik pomysł, by poprzedzić je dodatkowo różnego rodzaju wstawkami. Ochoczo podchwyciłem tę ideę, tym bardziej, że nad podobnym rozwiązaniem zastanawialiśmy się z Rafałem Gosienieckim przy scenariuszu komiksu. Jako straszny leń muszę się przyznać, że te wstawki nie zostały dopisane, ale są wyjęte z pierwotnego tekstu. Pełnię szczęścia osiągnąłbym, gdyby w książce były ilustracje Rafała, no ale to, ze zrozumiałych względów, było nierealne.

Podczas lektury Alkaloidu rzuca się w oczy duże nagromadzenie technicznego żargonu, który mógłby zawstydzić niejedną powieść hard SF. Jednocześnie w niektórych recenzjach padał zarzut, że ów żargon utrudnia wsiąknięcie w książkę, nie pozwala załapać klimatu. W tym kontekście chciałbym zapytać, czy utworzenie alkaloidowej wikipedii miało na celu pomoc czytelnikom niekoniecznie obeznanym z technicznymi szczegółami? A może takie poszerzanie ilości informacji na temat świata Alki ma służyć budowaniu jakiejś bazy dla dalszego rozwijania tego uniwersum? Co byś powiedział na fan fiction osadzone w świecie Alkaloidu? Wszak białych plam w nim nie brakuje.

Rozbiję odpowiedź na dwie części. Jeśli chodzi o zarzuty, że słownictwo nie pozwala złapać klimatu… Ciężko mi odpowiedzieć bez lekkiego rozbawienia. Wiecie, to jest literatura, wszystko, co w niej odbieramy, bierze się z używanego słownictwa. Jestem przekonany, że gdyby Alkaloid był pozbawiony językowej kreatywności i technologicznej głębi, znaleźliby się krytycy, którzy zmieszaliby mnie za to z błotem.

Co do drugiej części – tak, wszechświat alkaloidu należy do wszystkich. Alkalopedia też należy do wszystkich – czekam z niecierpliwością, kiedy zaczną ją zasiedlać pomysły czytelników. Fan fiction doprowadziłoby mnie chyba do łez radości. Wiele razy powstrzymywałem się przed zagłębianiem się w opisy szczegółów świata z tych właśnie względów – książka pozostaje jeszcze przez jakiś czas w gestii wydawnictwa, ale alkaloidowy świat należy do wszystkich. Alkaloid nie wziął się z powietrza, powstał na glebie należącej do wszystkich kultury i dlatego zawarte w nim idee są wspólną własnością. Chyba że ktoś jak biotechnologiczne korporacje uważa, że można zmienić cztery zasady w łańcuchu wytworzonym przez milion lat oddziaływań w ekosystemie i tak zmieniony kod genetyczny opatentować.

Głównym bohaterem Alkaloidu jest Stanisław Wokulski z Lalki Bolesława Prusa. Skąd pomysł, by na protagonistę wybrać nie postać realną, ani wykreowaną, ale literacką, o określonej tradycji i bagażu interpretacji? Czemu nie bohater oryginalny? Czy miała to być jakiegoś rodzaju gra z powieściowym oryginałem, czy też może potrzebowałeś postaci, z którą czytelnik mógłby łatwo się zżyć, mimo dość dwuznacznych czynów, dokonywanych przez Wokulskiego?

To proste. Jak wiele innych zabiegów w książce, służyć to miało podkreśleniu totalności przemiany alkaloidowego świata. Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, co w naszej świadomości jest złotym wzorcem opisu XIX wiecznej rzeczywistości. Wybór padł na Prusa, który przy okazji był powiedzmy sympatykiem naukowej fikcji. Gdy już wybrałem wzorzec postanowiłem go doszczętnie znieść z powierzchni ziemi – tak jak alkaloid zmiótł postkongresowy porządek. Dlatego też w książce odwołania do Lalki są szczątkowe, a Wokulski nie jest tym człowiekiem, którego stworzył Prus. Jest człowiekiem, który ma w swojej biografii wydarzenia opisane w Lalce, ale w obliczu alkaloidowej przemiany cała jego osobnicza historia nie ma żadnego znaczenia.

Czemu właściwie Wokulski? Czy wypływa to z jakiejś szczególnej sympatii dla tej postaci, chęci powiedzenia mu „weź się w garść, chłopie” podczas czytania o jego miłosnych podchodach? Czy wykorzystanie bohatera Lalki jako rdzenia historii alternatywnej wyniknęło z chęci innego użycia tej postaci, czy też było na odwrót – najpierw powstała historia, a Wokulski po prostu do niej pasował?

Bardzo mi imponowała jego rzutkość, łatwość z jaką poruszał się w świecie. I w kontrapunkcie do tego słowiańska skłonność do mazgajenia, niezdecydowanie. Tej dwoistości potrzebowałem w Alkaloidzie. Człowieka, który zbuduje potężne imperium bez mrugnięcia okiem, a później zrobi wszystko je, żeby je zdemontować – i wszystko to właściwie bez powodu, czy z powodów niezrozumiałych dla kogokolwiek poza nim samym.

Ostatnie pytanie jest sztampowe, ale nie mogę się powstrzymać: jakie są twoje dalsze plany pisarskie? Można się spodziewać kontynuacji klimatów okołosteampunkowych, czy też chcesz spróbować teraz czegoś z zupełnie innej beczki?

Ciężko mówić mi o dokładnych terminach, ale zarys tego co opublikuję w najbliższej przyszłości jest w tej chwili dość konkretny. Wspominałem już o tym, że Alkaloid był moją próbą zmierzenia się z procesem wydawniczym w jego pełnym zakresie – poszukiwanie wydawcy, redakcje, zmiany, kompromisy, recenzje.

Moje życie pisarskie jest nieustającą redefinicją technologii pisania. Teraz mam na tapecie projekt – książkę, którą piszę w stosie notatników wiecznym piórem. Liczę, że skończę ją jeszcze w tym roku. Muszę was niestety zawieść – jej autorem nie jest Aleksander Głowacki. Ze względu na to że jest to książka opisująca prawdziwe zdarzenia czuję się w obowiązku wydać ją pod swoim nazwiskiem, żeby nie zostać posądzonym o to, że kryję zawarte w niej mocno krytyczne poglądy pod pseudonimem. Na jesień też pod swoim nazwiskiem wydaję tłumaczenie mojego ulubionego autora.

Nie martwcie się jednak – Aleksander Głowacki powróci. Gdzieś na dysku puchnie mapa myśli, która nazywa się Malowana Lala i Chmórożerca [sic!]. Po tym co wcześniej powiedziałem o steampunku oczywistym chyba jest, że będzie to coś innego – rzecz o dystopijnej osobliwości technologicznej. Oczywiście będzie to nowy gatunek. Nie zdecydowałem jeszcze, jak go nazwać – mój wybór padnie na etykietę, która znów wywoła wypływ piany na usta niektórych krytyków (śmiech). Czasu jest jeszcze dużo i wiele się może wydarzyć, na razie pomysł powoli dojrzewa. Mapa urosła do takich rozmiarów, że zacząłem rozważać zakup 42-calowego monitora, żeby dalej nad nią skutecznie pracować.