Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Film

Deadpool (recenzja #3)

Na wstępie trzeba podkreślić, że film miał jedną z najlepszych kampanii marketingowych ostatnich lat, która doskonale przygotowała grunt i widzów na całym świecie na Deadpoola – co widać chociażby w napływających danych z Box Office. Nie trzeba znać komiksów, by wiedzieć kim jest Deadpool i świetnie się bawić podczas seansu. Jest to zupełnie samodzielna historia, która przedstawia nam genezę tego anty-bohatera ze stajni Marvela.

 

„Deadpool” w reżyserii Tima Millera całkowicie starł złe wrażenie debiutu tej postaci w Marvel Cinematic Universe i przyniósł powiew świeżości w kinie o superbohaterach. Zmęczeni patosem przebijającym z Avengers czy X-Menów widzowie otrzymali, to czego potrzebowały filmy Marvela – chwilę wytchnienia od herosów. Powiedzmy sobie wprost: nie każdy z super-mocami musi koniecznie być superbohaterem. A Deadpool nie chce i broni się przed tym nogami i rękami… no ok, jedną ręką.

Twórcom dość dobrze wyszło parodiowanie utartych schematów tego typu produkcji. Potrafili również żartować z samych siebie i wychodzić do widza, nieraz burząc czwartą ścianę (należy wspomnieć choćby napisy początkowe i końcowe, czy scenę po napisach).

Przede wszystkim jednak, było to możliwe dzięki kreacji Deadpoola w wydaniu Ryana Reynoldsa. Deadpool świadomie, niemal nieustannie, żartobliwie (oraz bardzo dosadnie!) komentował zarówno swoje poczynania, jak i zachowanie sprzymierzeńców i wrogów. Ryan Reynolds w końcu miał możliwość zaprezentowania pełni swoich umiejętności aktorskich w porządnie przygotowanej ekranizacji komiksu.

Wspomnę również o czarnych charakterach filmu. Już na początku, twórcy puścili oczko do widzów: nie ma lepszego „złodupca” niż „złodupiec” z brytyjskim akcentem. Szkoda tylko, że Ed Skrein (Francis / Ajax) został przez nich potraktowany trochę po macoszemu i oprócz kilku momentów i widowiskowego mordobicia z końca filmu, nie miał więcej do zaprezentowania. Podobnie z resztą, jak jego ekranowa partnerka Gina Carano w roli Angel Dust.

Również pomocnicy Deadpoola z drużyny X-Menów, Brianna Hildebrand (Ellie Phimister / Negasonic Teenage Warhead) i Stefan Kapicic (Piotr Rasputin / Colossus) wypadli blado. Choć w przypadku Colossusa, twórcy specjalnie przerysowali tę postać, by sparodiować i skontrastować Deadpoola z tymi „poważniejszymi superbohaterami”. Dla mnie osobiście, delikatnie irytująca była zwłaszcza Negasonic Teenage Warhead, która przez cały film snuła się po ekranie z jedną miną, a od czasu do czasu, okazyjnie wybuchając.

Mimo wszystko szkoda, że w filmie nie znaleźli się X-Meni z „wyższej półki”, ale sarkastyczny komentarz Deadpoola o szkole dla mutantów Profesora Charles’a Xaviera wystarczy za podsumowanie. Nie zabrakło również żartów i odwołań do innej kultowej postaci z X-Menów, Wolverine’a (granego przez Hugh Jackmana).

Czy „Deadpool” jest filmem na Walentynki, jak żartobliwie reklamowali go twórcy? Uważam, że jednym z atutów filmu, oprócz oczywiście genialnego Ryana Reynoldsa, był właśnie związek Wade’a Wilsona i Vanessy Carlysle. Chemia między Moreną Baccarin i Ryanem Reynoldsem była doskonale zagrana. I nie chodzi tylko przedstawienie ich całorocznego maratonu łóżkowego, ale o ogólne dobranie tych postaci, które nie tylko miały podobne poczucie humoru i spojrzenie na świat, ale uzupełniały się wzajemnie. Dodatkowym plusem jest fakt, że twórcy nie zrobili z Vanessy „damulki w opałach”, ale sympatyczną babkę, która nie traci głowy w momencie zagrożenia. Więc tak, „Deadpool” to film na Walentynki, jeśli traktujecie siebie i świat z dużym przymrużeniem oka!

 

„Deadpool” jest zdecydowanie produkcją dla widzów dorosłych, wielbicieli spandexu, pełnego akcji mordobicia oraz humoru pokroju roastów amerykańskich komików. A raczej dla dorosłych, w których wciąż drzemie przekorne dziecko, które śmieszą rzucane co chwila bluzgi i niewybredne komentarze podczas dekapitacji i masakrowania przeciwników. Tutaj pojawia się kolejny dobry patent od Deadpoola: zawsze dobrze jest mieć kumpla taksówkarza, który za free podwiezie was na ustawkę!

Choć fabularnie, twórcom nie udało się wyjść poza utarty schemat filmu o superbohaterze (a raczej anty-bohaterze), który szuka zemsty i ratuje ukochaną, to z pewnością dołożyli nową cegiełkę w MCU. „Deadpool” pokazał, że posiadając supermoce czy nadludzkie zdolności, nie koniecznie trzeba być superbohaterem i wyjdzie to wszystkim na dobre.

Podsumowując, dostaliśmy takiego Deadpoola, na jakiego czekaliśmy. I chcemy więcej!