Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Film

“Dzieci kukurydzy” – Fritz Kiersch

  

Dzieci kukurydzy (Children of the Corn)

data premiery: 09.03.1984

produkcja: USA

gatunek: horror

reżyseria: Fritz Kiersch

scenariusz: Geogre Goldsmith

zdjęcia: Raoul Lomas

muzyka: Jonathan Elias

obsada: Peter Horton, Linda Hamilton, Eric Freeman, R.G. Armstrong, John Franklin, Courtney Gains, Robby Kiger, Anne Marie McEvoy 

 

 
 “Przybyszu, mamy twoją kobietę!”

 

Dzieci kukurydzy (Children of the Corn, 1984) stanowią dobry przykład ekranizacji prozy Stephena Kinga. Oglądając film nie uświadczymy morza krwi ani scen rodem z Martwego Zła. Reżyser postawił przede wszystkim na klimat i za to należy mu się chwała gdyż nastrojowość, pełna napięcia atmosfera to niewątpliwe plusy opowiadań nie koronowanego króla horrorów.
Historię dzieci z miasteczka Gatlin można nazwać filmem grozy choć na pewno nie współczesnym horrorem. Osoby, które łakną spoglądania na rany cięte, kłute, tłuczone, szarpane czy kąsane będą na seansie nudziły się śmiertelnie. Autor Dzieci kukurydzy rzadko posługuję się tego typu stymulatorami strachu. Stephen King należy do grona pisarzy potrafiących w dwóch, trzech zdaniach zmrozić czytelnika od stóp do głów. Potwierdzenie powyższej tezy można odnaleźć chociażby w opowiadaniu Szkoła przetrwania, w którym bohaterowie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: “jak daleko jestem w stanie się posunąć aby uśmierzyć głód?” oraz w Dzieciach kukurydzy. W filmie kunszt pisarza został uwypuklony. Minimalizm scenograficzny, rzeczywistość fabuły oraz prosta konstrukcja zła to niewątpliwe zalety filmu. Największe wrażenie robi wszechobecna kukurydza (kilometrowe pola, miasto przyobleczone jej pędami, itd.) oraz tytułowe dzieci. Typowa młodzież małego, amerykańskiego miasteczka. Jedyna różnica polega na tym, że została przez Kinga wyposażona w otępiałe, mordercze spojrzenie i przedmioty domowego użytku, które z dnia na dzień stają się wymarzonymi narzędziami zbrodni.
Dzieci kukurydzy to opowieść grozy, która nie przeraża ale wywołuje u widza leciutką mieszankę napięcia i strachu. A to niekiedy jest jeszcze ważniejsze niż niepohamowana panika. Motywy quasi-religijne, sekty, nieludzkie rytuały to wszystko dało wymarzony efekt.
Do postaci granych przez aktorów drugoplanowych nie sposób się przyczepić. W moim odczuciu Peter Horton (Burt Robeson) oraz Courtney Gains (Malachai) wypadli bardzo dobrze. Umiejętnie przedstawili odwieczny motyw zmagań dobra i zła.
W dodatku dzieci zrobiły co do nich należało. Przestraszyły samą perspektywą ich spotkania.