Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Film

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (druga recenzja)

Wiedziałam, że ten film nie może być zły. A przynajmniej miałam na to tak wielką nadzieję, że nie dopuszczałam do siebie innej możliwości. Czy jednak faktycznie do tej pory najlepszy z całego superbohaterskiego kina? Tego jednak nie śmiem rozstrzygnąć. Powiedzmy, że lepiej może być zawsze. Nie brakuje tu elementów dobrych, z drugiej strony pozostaje lekki niedosyt, świadomość, że film mógł wyglądać jednak troszeczkę inaczej, chociażby jeśli chodzi o nastrój.

 

Obraz otwiera krótka retrospekcja, wskazująca, że to Bucky Barnes będzie osią, wokół której koncentrują się wydarzenia. Zaraz po niej właściwą akcję otwiera scena potyczki z wrogiem. Niestety, pomimo wykonania zadania, coś idzie nie tak, instynktowny, nieprzemyślany ruch okazuje się zgubny. W akcji przypadkowo giną niewinni cywile. Parę chwil później, kiedy pojawia się dokument, który poróżni drużynę superbohaterów, dowiadujemy się, że to nie pierwszy taki przypadek. Cóż, właściwie trudno sobie wyobrazić, by udało się uniknąć przypadkowych ofiar, kiedy walka ze złem zamienia miasta w ruinę. Co dalej, wiadomo już ze zwiastunów: propozycję kontroli nad ludźmi zmodyfikowanymi i obdarzonymi mocami popiera Tony Stark. Powodowany poczuciem winy, którego narastanie widzieliśmy już poprzednio podczas starcia z Ultronem w Sokowii, gotów jest wyrzec się niezależnej i samowolnej działalności Avengers. Steve Rogers staje po drugiej stronie. Wszyscy możemy sobie wyobrazić, jakie możliwe konsekwencje miałoby to rozwiązanie, uzależniając poczynania superbohaterów od wpływów politycznych, czy grożąc powtórką z infiltracji Tarczy przez Hydrę. Pojawia się też dodatkowo argumentacja nie pragmatyczna, a stricte moralna, w której Kapitan Ameryka stwierdza, że oddanie władzy nad Avengers rządom czy organizacjom byłoby… zrzuceniem z siebie odpowiedzialności. Także za te poczynania okazujące się po fakcie niesłuszne lub kończące katastrofą.

Tego konfliktu nie da się sprowadzić do abstrakcyjnego dylematu „albo-albo”. Tutaj każdy ma swoje racje i nie jest oczywiste nie tylko, która postawa jest słuszna. Mamy świadomość również, że jeśli już jakąś za taką uznamy, nie mamy żadnej pewności, czy nie okaże się tragiczna w skutkach. Zatem dla widzów, podobnie jak dla pozostałych członków superbohaterskiej drużyny, wybór strony jawi się jako coś, czego najlepiej byłoby w ogóle uniknąć. I to właśnie istota tego sporu (bo bardziej cały czas jednak trafne wydaje się mówienie o sporze, konflikcie, niż prawdziwej wojnie jak w tytule) – rozdarcie pomiędzy lojalnością a ideami – buduje całe dramatyczne napięcie, czyniąc „Wojnę bohaterów” dojrzalszym spojrzeniem na losy superbohaterów, dając im już nie drobne rysy na charakterze pomagające wzbudzić sympatię, ale prawdziwe, głębokie wewnętrzne rozterki.

I na tym gruncie, muszę przyznać, odrobinę rozczarowało mnie rozłożenie akcentów w całości obrazu. Może wolałabym film nieco bardziej przegadany – bo nie powiem w przypadku Marvelowskiego blockbustera „kameralny” – odrobinę jeszcze bardziej skupiający się na psychologii postaci, kosztem paru mniej scen akcji i dowcipów. W mniejszym ich natężeniu kulminacyjne starcia – najpierw dwóch stających naprzeciwko siebie drużyn, które widzimy w zwiastunie, później już tylko dwóch ich liderów – a właściwie Iron Mana przeciw Kapitanowi Ameryce i Zimowemu Żołnierzowi – miałyby bardziej dramatyczny wydźwięk, robiłyby jeszcze większe wrażenie.

Pierwszej jednak ze wspomnianych scen widowiskowości odmówić nie sposób. Można nasycić oczy rozpędzoną akcją, kolejnymi rozwiązaniami, na które znajdzie się odpowiedź drugiej strony – no i są wszystkie te wyczekiwane postaci zebrane w jednym miejscu. W momencie, kiedy dochodzi do tej drugiej, na jaw wychodzą fakty z przeszłości, które dodają innego nieco napięcia całej sytuacji, motywacje czyniąc bardziej osobistymi, a samą relację Rogersa i Starka ukazując jako przyjaźń taką, w której znajduje się miejsce na wyjątkowo gorzkie, wbrew dobrym intencjom, rozczarowanie.

Warte odnotowania jest także, że niejednokrotnie osobista zemsta popycha postaci do działania. Co oczywiście nie jest motywem nowym, szczególnie jeśli chodzi o kinowych złoczyńców. I nie sposób nie dostrzec, że za każdym razem okazuje się ona w istocie drogą donikąd. Poza próbą ukojenia własnego bólu – czy to noszonego w sobie jako jedyna siła napędowa, czy odżywającego pod wpływem nagłego impulsu, nie mogąc cofnąć czasu nie tylko nie przynosi naprawdę żadnego rozwiązania. Prowadzi także do destrukcji i eskalacji konfliktów, które wymykają się spod kontroli, i w których coraz trudniej przynajmniej zechcieć dostrzec motywację i racje drugiej strony.

Mimo że fabuła skoncentrowana ma być wokół dwóch głównych bohaterów, z tymi złymi raczej majaczącymi tylko w tle jako pretekst, postaci nowe dla filmowego uniwersum wprowadzone zostały bardzo udanie. I chociaż na ekranie całkiem ich dużo, trudno mówić o pojawianiu się niczym deus ex machina. No, może prócz Ant-Mana, którego zwerbowanie i przekabacenie nie zostało pokazane tak, jak Spider-Mana. Zwłaszcza w starciu na lotnisku widać, żę czas i uwaga dzielone są sprawiedliwie pomiędzy wszystkie postaci. Szczególnie dobrze wypadają grany przez Chadwicka Bosemana Black Panther oraz debiutująca w „Czasie Ultrona” Elisabeth Olsen jako Wanda Maximoff, która najbardziej odczuwa odpowiedzialność za początkowe tragiczne zdarzenia, a później we wszystkich scenach, w których się pojawia, jest ze swoją supermocą niezbędna i nieraz ratuje sytuację. Vision zdaje się próbować uczłowieczyć, i to nie w sposób jajcarsko-komiczny, a raczej budzący lekki uśmiech sympatii. Hawkeye zjawiający się w połowie filmu z miejsca kradnie show, jednocześnie poważny i zdystansowany. Jedynie Czarna Wdowa poza kilkoma momentami zdaje się snuć po ekranie nie mając zbyt wiele do roboty. To rozczarowuje, bo jest przecież pełnoprawną członkinią Avengers od pierwszego filmu, tymczasem w zestawieniu z nowymi, włączonymi w akcję, kiedy konflikt nabiera rozpędu, pozostaje na ekranie dość mało widoczna – pomimo całkiem ważnej roli tej osoby, która nie chce opowiadać się po żadnej stronie konfliktu towarzyszy i przyjaciół. Mogłaby być kimś, z kim widz utożsamia się tutaj najbardziej, ale jednak wypada dość blado. Choć nie jest to zapewne wina samej Scarlett Johansson, a tego, co przypadło jej w scenariuszu. Skoro o obsadzie mowa, nie sposób nie wspomnieć Martina Freemana, który w epizodycznej roli przynosi wiele radości (przy czym znacznie bliżej mu do roli z serialowego „Fargo” niż do poczciwego doktora Watsona).

Podsumowując: chociaż wolałabym konflikt Kapitan Ameryka – Iron Man widzieć w barwach, a niechby nawet też i całkiem dosłownie, ciemniejszych i bardziej ponurych, to absolutnie nie powiem, żeby był to film zły. W końcu to bazująca na komiksach akcja, a nie kino moralnego niepokoju. Na pewno ci, którzy czekali na wprowadzenie do serii kolejnych postaci, nie powinni poczuć się zawiedzeni. I chociaż przez większość czasu, czy to ze względu na mnogość bohaterów na ekranie, czy też niemałą jednak ilość humorystycznych scen, z jakich w dużej mierze wcześniej składał się wcześniej „Czas Ultrona”, wbrew tytułowi nie pamiętałam, że oglądam kolejną część przygód Kapitana Ameryki, a nie „Avengers 3” (czy też „2,5”), to przyznać muszę, iż bracia Russo zgrabnie spięli obydwie serie i zdaje się, iż powierzona im „Infinity War” jest w dobrych rękach, a kiedy zobaczymy kolejną fazę MCU, nie będzie wątpliwości, iż doskonale wiedzą, co robią.