Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Film

Mój przyjaciel smok (recenzja)

Wybierając się na seans jednej z najnowszych produkcji Disneya, wyreżyserowanej przez Davida Lowery’ego, liczyłam na baśniowe widowisko, które będzie trzymało widza w niepewności nieco dłużej, zanim na ekranie pojawi się tytułowy smok. Jednak okazało się, że nie musiałam czekać długo, aby Elliot skradł moje serce. W recenzji mogą znajdować się drobne spoilery, tak więc czujcie się ostrzeżeni.

Mimo że film był kręcony w Nowej Zelandii, to warstwa wizualna produkcji skutecznie oddaje dwojaki klimat stereotypowego, amerykańskiego miasteczka: otoczonego lasami, gdzie życie toczy się swoim spokojnym rytmem. Akcja rozgrywa się w Millhaven w latach 80., a głównymi bohaterami są Pete (Oakes Fegley) i Elliot – głosu postaci użyczył John Kassir. Ich spotkanie to wynik tragicznego wypadku samochodowego, w którym życie stracili rodzice Pete’a. Kilkuletni chłopiec, jako jedyny ocalały, samotnie błąka się po bezkresnych lasach zachodniego wybrzeża USA. Mroczny gąszcz to jednak nie miejsce dla małych dzieci, a sytuacja szybko staje się gorsza, gdy sierotę ściga wilcza wataha. Na szczęście z opresji ratuje go olbrzymi zielony smok.

Tak zrodziła się wielka przyjaźń między smokiem – nazwanym przez chłopca Elliotem, podobnie jak protagonista dziecięcej książeczki malca – „Elliot Gets Lost”. Swoją drogą – bardzo dobre zagranie ze strony twórców – tomik istnieje naprawdę, a jego autorami są David Lowery, Toby Halbrooks i Benjamin Lowery (rysunki). Opowiada ona historię zagubionego w lesie szczeniaczka, poszukującego swojego domu. Dla Pete’a stała się jedną z najcenniejszych rzeczy.

Akcja filmu szybko przenosi nas w przyszłość, gdzie sześć lat później chłopiec i smok tworzą małą rodzinę. Samotny Elliot i zagubiony Pete, są dla siebie ostoją, a ich przyjaźń mocno rozkwita. Choć przyjazny stwór w całym filmie nie wypowiada ani jednego słowa, to animatorzy Disneya pokazali klasę. Mimika i ekspresyjne pomruki smoka zastępują z nawiązką brak dialogów między ludzkimi bohaterami a Elliotem. Przerośnięty zwierzak zauroczył mnie swoją reakcją na prośbę Pete’a przy pierwszym spotkaniu – „Bardzo proszę, nie zjadaj mnie”. Wyraz pyszczka smoka – zaskoczonej i zniesmaczonej samą ideą oskarżenia o takie zachowanie – bezcenny. W ogóle Elliot bardziej przypominał z zachowania przyjacielskiego psa, niż smoka: futrzasty, lubiący się bawić, a znikanie, latanie i zianie ogniem to tutaj taki bonus.

Jednak do domu Pete’a i Elliota – nienaruszonej przez człowieka kniei – nieuchronnie zbliża się cywilizacja. Wycinka lasu powoduje, że Pete spotyka swoje plemię, ludzi. Dlaczego plemię? Patrząc na młodego Fegley’a nie mogłam pozbyć się obrazu bohatera z innej produkcji Disneya – animowanego Tarzana z 1999. Młody Fegley w roli Pete’a jest bardzo naturalny i wiarygodny. Swoją grą aktorską doskonale łączy elementy zachowania chłopca wychowanego w dziczy z delikatnością i empatią w próbach adaptacji w niegdyś znanym mu środowisku.

Pete spotyka na swej drodze Natalie (Oona Laurence), córkę strażnik leśnej Grace (Bryce Dallas Howard). Spotkanie owocuje tym, że Pete zostaje zabrany do miasta i trafia do zupełnie obcego mu świata. Jedynym jego pragnieniem jest powrót do domu, do Elliota, więc stara się stamtąd uciec. Wówczas w filmie pojawiła się scena, która bardzo mnie poruszyła: uciekający po mieście Pete trafia do ślepej uliczki, ścigany i otoczony przez obcych ludzi, rozpaczliwie wzywa na pomoc Elliota. Chłopcem postanawia zająć się Grace, której ojciec Meacham (Robert Redford), od zawsze snuł opowieści o obecności niesamowitego stwora w okolicznych lasach. W domu Grace, Pete otwiera się przed Natalie i mówi jej o swoim niezwykłym przyjacielu. Dziewczyna dodatkowo w krytycznych sytuacjach okazuje się bardzo rezolutną dziewczynką i według mnie, kto jak kto, ale ona zasłużyła na przejażdżkę na smoku.

Tymczasem Elliot również poszukuje swojego przyjaciela. Trafia jednak na grupę drwali, którzy pracują nad wycinką lasu. Spotkanie dla żadnej ze stron nie kończy się dobrze. Gavin (Karl Urban), jeden z właścicieli tartaku, zarządza polowanie na dziką bestię, by udowodnić niedowiarkom istnienie smoka.

Jak kończy się historia Pete’a i Elliota? O tym przekonacie się sami gdy wybierzecie się do kina. A naprawdę warto. Produkcja w odpowiednich momentach bawi (choćby spotkanie Elliota z krową), wzrusza i straszy, ale także podkreśla wartość przyjaźni i uczy tolerancji. „Mój przyjaciel smok” to porządne kino familijne z prawdziwego zdarzenia. Film w reżyserii Davida Lowery’ego to obraz nakręcony bez krzykliwości i nachalnych elementów, co rzadko się ostatnimi czasy w kinematografii zdarza. Disney wraca tutaj do klimatu swoich starszych produkcji: jest subtelniejszy i spokojniejszy, sięga do dorobku wspomnianego już „Tarzana” czy „Księgi Dżungli”, będąc doskonałą alternatywą dla modnych ostatnio krzykliwych animacji. Gwarantowana dobra rozrywka zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów.