Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Film

Tarzan: Legenda (recenzja)

Filmowcy od lat są zafascynowani Tarzanem – powstało kilkanaście filmowych i telewizyjnych odsłon historii zainspirowanych twórczością Edgara Ricea Burroughsa. Tym razem z legendą zmierzył się David Yates, który połączył lorda i dzikusa w osobie Alexandra Skarsgårda.

Akcja rozgrywa się 8 lat po wydarzeniach znanych z innych odsłon przygód Tarzana. Kongo, podobnie jak cała XIX-wieczna Afryka, kolejny raz jest zagrożone przez polityczne ambicje innych krajów. Tymczasem zdaje się, że główny bohater (Alexander Skarsgård) pogrzebał niemal całkowicie Tarzana na rzecz Johna Claytona III, lorda Greystoke. Zadomowił się w Anglii i wiedzie względnie szczęśliwe i spokojne życie u boku swojej ślicznej, rezolutnej żony – Jane (Margot Robbie). Jednak przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Otrzymuje zaproszenie do Konga od belgijskiego króla Leopolda, by swoją obecnością, jako światowy celebryta (swoją drogą – celebryta w XIX wieku, naprawdę??), uświetnić otwieranie kolejnych szkół, kościołów i przybytków wszelakiej dobroci dla ludności Konga. Cała śmietankowa otoczka zaproszenia to oczywiście bujda, gdyż tak naprawdę Tarzan ma być ratunkiem dla zadłużonego belgijskiego króla. Z jego polecenia, kapitan Leon Rom (Christoph Waltz), władający zabójczym różańcem (naprawdę kiepskie zagranie z tą bronią, przynajmniej wg mnie – ale komentarz Jane świetnie to podsumował), ma wydać Tarzana wodzowi plemienia Mbonga (Djimon Hounsou) za diamenty, jakie znajdują się na ich terenie. Przeszłość Tarzana i powód nienawiści wodza plemienia Mbonga poznajemy w produkcji przez retrospekcje.

Tarzan decyduje się udać do Afryki jako emisariusz rządowy po tym, jak George Washington Williams (Samuel L. Jackson), amerykański wysłannik rządowy, prosi go o pomoc w zdobyciu dowodów na to, że w Kongo powrócił handel niewolnikami. Powrót do domu początkowo przebiega pomyślnie, Tarzan warz z Jane i George’em spodziewają się kłopotów ze strony Belgów, więc zmieniają trasę swojej podróży (tutaj wielki plus dla twórców za scenę z Tarzanem i lwicą). Odwiedzają dawny dom Jane i zaprzyjaźnione plemię, jednak niedługo później wpadają w ręce kapitana Roma, który niszczy całą wioskę, porywa Jane i część mieszkańców. Margot Robbie bardzo ładnie wybrnęła z klasycznego już zagrania twórców „nie jestem damą w opałach”. Wypadła naturalnie – pewna siebie, zaradna i odważna kobieta, której równie bardzo, co Tarzanowi, zależy na uratowaniu Konga.

Tarzan wyrusza by odbić Jane i przyjaciół, a towarzyszy mu George, który, jak się okazuje, szuka odkupienia za zbrodnie, które popełnił podczas wojny secesyjnej w USA. Postać George’a wykreowana przez Samuela L. Jacksona była jedną z najbardziej charyzmatycznych i przemawiających do widza w tym filmie. Afryka to nie Dziki Zachód, więc należy spodziewać się wielu problemów po drodze – chociażby przy skoku z liany na pędzący pociąg, ale to dopiero początek. Zanim Tarzan zmierzy się ze swoim przeznaczeniem, musi odzyskać pozycję w swojej dawnej rodzinie – wśród goryli. Tutaj twórcy zdecydowali się pokazać pojedynek Tarzana ze starszym, gorylim bratem, który mimo wszystko odpuszcza mu po honorowej walce.

Nieścisłości logiczne w tym filmie wśród przedstawień zachowań zwierząt wobec Tarzana są dość widoczne. Nie dano nam odpowiedzi na pytanie, zadane też przez George’a – czy Tarzan naprawdę umie z nimi rozmawiać? (A przy okazji namówić goryle na ustawkę z najemnikami i dodatkowo na przepędzenie stada bawołów przez miasto.)

Nie może być tak, że Tarzan nie wróci do swojej Jane, więc wszyscy dostajemy happy end. Pomimo wielu przeszkód źli Belgowie odpływają z niczym na swoich statkach, Kongo jest bezpieczne i możemy przyłączyć się do śpiewania radosnej pieśni na końcu filmu.

David Yates, wyniósł zapewne trochę magii z cyklu o Harrym Potterze, gdyż skutecznie wyczarował nam zarówno piękną kongijską dżunglę, wiktoriańską Anglię, jak i atmosferę bezpiecznej przygody. Tak, bezpiecznej, gdyż wiadomo, że w każdej dżungli są wydeptane ścieżki, a Tarzan umie dogadać się z każdym żyjącym stworzeniem – zna nawet dźwięk zewu godowego aligatora, więc nic nam nie grozi.

„Tarzan: Legenda” to bardzo przyjemne, rozrywkowe widowisko rodzinne, a Alexander Skarsgård jest z pewnością jednym z najlepiej wyglądających Tarzanów w historii, choć zabrakło w nim tej dzikości, jaką powinien charakteryzować się władca dżungli. Ale być może te 8 lat w Londynie, wśród cywilizacji, przycięło pazurki i spowodowało te melancholijne spojrzenia Tarzana?

Dostaliśmy tę samą historię, opowiedzianą w trochę inny sposób. Czy lepszy – zdecydujcie sami. Ja uważam, że to całkiem udane widowisko przygodowe. Legendy przecież mają to do siebie, że ewoluują i zmieniają się w miarę kolejnych opowieści. Warto poznać i tę.