Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książka

Brian W. Aldiss — Cieplarnia


 Wszystko rosło posłusznie nieuchronnemu prawu, rozpychając się i wyrodniejąc w swym pędzie do wzrostu. Temperatura, światło, wilgotność – te nie zmieniały się, pozostawały takie same od… lecz nikt nie wiedział, od jak dawna. Nikogo już nie obchodziły doniosłe pytania, zaczynające się od “Jak długo…?” lub “Dlaczego…?” Tutaj nie było już miejsca dla rozumu. Tu było miejsce dla wzrastania, dla roślin. Jak w cieplarni.
   
Tak zaczyna się jedna z powieści Briana W. Aldissa, autora znajdującego się w czołówce najsłynniejszych pisarzy science fiction, twórcy znanego “Non stop”. Śmiało można również dodać, że mamy do czynienia z klasyką gatunku, gdyż niebawem minie pół wieku od dnia, w którym “Cieplarnia” pojawiła się na księgarskich półkach. Przez niemal pięćdziesiąt lat zachęcała do kupna nie tylko nazwiskiem autora oraz zdobytą Nagrodą Hugo, ale także opinią wizjonerskiej opowieści o bardzo odległej przyszłości Ziemi.
    Zacznijmy jednak od początku, a mianowicie od czasów, w jakie wysyła nas Aldiss, abyśmy mogli śledzić historię głównych bohaterów. Autor wysyła nas w czasy pozbawione nie tylko techniki czy nauki, ale również wszelkich śladów, które powinna pozostawić po sobie ludzka cywilizacja. Można przypuszczać, że akcja rozgrywa się na Ziemi za kilka miliardów lat, w momencie, gdy na Słońcu wypalił się już prawie cały wodór i niedługo zacznie się katastroficzny w skutkach proces wykorzystywania helu. Zdaniem naukowców po tym zdarzeniu Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma, następnie w nową, spopielając wszystkie planety układu i na koniec stanie się białym karłem. Warunki są co najmniej niekorzystne dla ziemskiej fauny, która w świecie “Cieplarni” właściwie nie istnieje. Z drugiej strony wzmożone promieniowanie sprzyja florze, która zdominowała planetę. Jednakże to nie jest ta sama roślinność, którą znamy z ogródków i skwerów. Zielsko, na skutek konkurencji, przekształciło się w zdolnego do ruchu, lotu i kamuflażu, inteligentnego, a zarazem śmiertelnie groźnego przeciwnika dla ostatniego przedstawiciela zwierząt na Ziemi – skarlałego i niemal bezbronnego człowieka.

    Aldiss szokuje czytelnika już na pierwszych stronach: przedstawiając grupę bohaterów żyjących na środkowym piętrze lasu, poważnie ją przetrzebia za pomocą dziwacznych tworów, jak parzyperze, gębokapy, glistogluty, czy żarłoziele. Ledwie autor pozwala zaznajomić się z pozostałym kilkorgiem dzieci (z których najstarsze ma dziesięć lat), a już rzuca je w głąb dzikiej puszczy, zostawiając jedynie Grena – chłopca, na którym zadomowił się pasożytniczy i diabelnie inteligentny grzyb smardz, a także Yattmur – Pasterkę zaskączy i przyszłą partnerkę Grena.
    Ta dwójka wiele razem przejdzie – spotkanie z osobliwymi roślinami-ludźmi zwanymi brzunio-brzuchami. Razem docierają też do wielu zakątków planety, by w końcu znaleźć się w Krainie Wiecznego Zmierzchu (Ziemia w tych czasach już nie kręci się wokół własnej osi, a Księżyc – porośnięty gigantycznym selerem i pietruszką – już jej nie obiega), gdzie spotykają rybiego proroka, Sodala Ye.
    Grzyb smardz nie jest jedynie dodatkiem mającym wyróżniać Grena z tłumu zielonkawych ludzi, ma władzę nad umysłem chłopca, a jego celem jest zdominowanie rodzaju ludzkiego i rozprzestrzenienie się na wszystko, co żywe. Bez wątpienia popycha akcję do przodu i mimo denerwującego egoizmu, brutalności i przebiegłości, jego obecność w opowieści jest niezbędna.
    W trakcie lektury łatwo doszukać się kilku “ale”. Powieść nie jest wolna od błędów, zwłaszcza w kwestiach fundamentalnych. Jako pierwszy nasuwa się tajemniczy kataklizm, który miał dotknąć ludzi z naszych czasów. Aldiss opisuje go jako wzmożone promieniowanie powodujące, że ludzie zapominają  o więziach społecznych, częściowo tracą  zdolność do używania inteligencji oraz chęć pojmowania. Przestają pracować, w ciągu jednej nocy zamiera cała organizacja.
    Jak wiadomo katastrofa nigdy nie dotknęłaby ludzkości w tym samym stopniu. W końcu równik jest narażony na większe promieniowanie niż bieguny, poza tym homo sapiens sapiens – już z nazwy istota rozumna – potrafi rozum odpowiednio wykorzystywać. Z jakiegoś powodu zostały wygrzebane tysiące schronów, a naukowcy nieustannie obserwują zmiany zachodzące na świecie. W “Cieplarni” natomiast nie opisuje się nawet jednej próby zapobieżenia nieszczęściu.
    Na tle niesamowitej powieści blado prezentują się pewne uproszczenia logiczne. Porozumiewanie się między rozmaitymi gatunkami, które stykają się ze sobą po raz pierwszy nie nastręcza żadnych trudności. Już sam pomysł, aby ludzie z różnych, nieutrzymujących kontaktu plemion się dogadywali wydaje się mało prawdopodobny, gdyż język na przestrzeni wieków ewoluuje, zmienia się. Tymczasem w “Cieplarni” człowiek rozmawia w najlepsze z rybą, brzunio-bracia z gorących terenów oświetlonej części Ziemi gawędzą z futroszorstkami – stworami z krain wiecznie okrytych mrokiem, a na dodatek wszyscy rozumieją Piękność – latające urządzenie z przeszłości, głoszące hasła propagandowe. Zabieg mający ułatwić narrację jest nierealny i naiwny.
    Kolejna rzecz, która może zastanowić, to dojrzałość autora w wieku dziesięciu lat; przedstawiając dzieci nieprzekraczające tego wieku, opisuje ich stosunki płciowe. Chłopcy, widząc dziewczynki, stwierdzają że “są warte grzechu”, a dziewczynki, widząc chłopców, marzą o tym, aby się z nimi “parzyć”. Wydaje się odrobinę niesmaczne? Bo odrobinę było.
    W książce nie brakuje  przestróg i wartościowych spostrzeżeń. Autor ukazuje jak łatwo można zbałamucić i wykorzystać człowieka. Czołowym wyzyskiwaczem jest wcześniej wspomniany smardz, ale i gadający Sodal Ye, który nie liczy się ze swoimi towarzyszami. Ukazuje to, jak podatni w sferze kontroli umysłu są ludzie, gdzie grzyb przedstawia ideę całkowitego podboju, a przez brzunio-brzuchy niewola jest wręcz pożądana i rozkoszna. Aldiss zmierzył się także z wyjaśnieniem niemożliwego w naszych czasach paradoksu . Gdy na Księżyc przybywa bohaterka Lily-yo, zastaje tam Jeńców, rządzących mieszkańcami satelity. Na ich widok zadaje pytanie:
    “Skoro rządzicie, to dlaczego jesteście Jeńcami?”
    “Rządzić znaczy służyć, kobieto. Ci, którzy sprawują władzę, są jej niewolnikami. Tylko wygnaniec jest wolny. (…) Jesteśmy silni, choć rządzimy bez użycia siły”.
    W powieści dominuje odrobinę pompatyczny styl, zabawnie brzmiący w ustach dzieci-bohaterów. Występują też barwne opisy dotyczące nie tylko otoczenia, ale i wyjaśniające pewne zachowania, czy zjawiska. Aldiss stopniowo ukazuje i tłumaczy przedstawiony świat, pozwalając na przyswojenie wszystkich szczegółów w dogodnym tempie. Ma to jedną wadę: akcja nie jest ciągła i nie zmierza do kulminacyjnego punktu, a wydaje się sekwencją kolejnych przygód nierównomiernie rozłożonych w czasie.
    Wydanie niestety nie obyło się bez błędów, zarówno interpunkcyjnych (szczególnie w wypowiedziach brzunio-ludzi operujących przeciwieństwami), jak i językowych (zupełnie, jakby tłumacz nie do końca potrafił odmieniać przez przypadki). Pojawiały się także literówki. Od czasu do czasu wyskakiwał w środku zdania niezrozumiały akapit, skutecznie wybijając z rytmu czytania.
    Niewątpliwie “Cieplarnia” należy do tego rodzaju powieści, których wartość i przesłanie zaczyna się doceniać dopiero po zakończeniu lektury. Nieznana, pełna niebezpieczeństw rzeczywistość, bezwzględne prawa, jakimi rządzi się Natura, czasy, w których Ziemia kończy swój żywot – świat wymyślony przez Aldissa jest warty kilku chwil refleksji. Należy zadać sobie pytanie: czy wymienione w recenzji wady przekreślają w pełni atuty powieści? W końcu trudno docenić głębszy sens, który opiera się na kruchych, naiwnych fundamentach. Autor przedstawia czytelnikowi swoją wizję nieprzemyślanej w stu procentach zagłady oraz ukazuje świat, w którym kryją się błędy logiczne widoczne na pierwszy rzut oka.
    Przypuszczalnie winą można by obarczyć sklasyfikowanie “Cieplarni” jako powieści science fiction, czyli gatunku, który w jakimś stopniu opiera się na istniejących prawach, przedstawia to, co w bliżej nieokreślonej przyszłości prawdopodobnie okaże się możliwe. Aldiss jako jedyny opisał przyszłość odległą nie o setki, czy tysiące, a o kilka miliardów lat.  To go jednak nie usprawiedliwia – rzeczy niemożliwe takimi już pozostaną. Naginanie praw do własnych potrzeb narracyjnych i fabularnych przeszkadzało mi w science fiction. To atrybut fantasy, do którego “Cieplarnia” pasowałaby bardziej.
    Odrobinę szkoda powieści, a także jej niebagatelnego przesłania traktującego o niewoli, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Autor wspaniale ukazał rozterki osób pozbawionych wolności. Opisał, jak muszą rezygnować z ważnych dla siebie spraw, ponieważ ktoś, kto ma władzę, nie liczy się z ich potrzebami. Stworzył rzeczywistość w szczegółach; bardzo plastycznie – bez trudu można było zobaczyć świat “Cieplarni” oczyma wyobraźni. Dodał do tego szczyptę mądrości, kilka problemów wartych przemyślenia i zamknął w fabułę rodem z mitycznej opowieści o Odyseuszu.
    Mimo wszystko książka zapada w pamięć. I właśnie w pamięci ulega dziwnemu procesowi “oczyszczenia” z niedoskonałości. We wspomnieniach zostają tylko rzeczy godne uwagi: pewne wartości, ponadczasowe problemy nękające ludzkość, konsekwencje czynów i pychy, niepospolita wizja początku końca świata.
    Marek Oramus pisze w posłowiu, że “fantastyka w wykonaniu Aldissa jest pierwszorzędna”. Trudno się z nim nie zgodzić, tym bardziej, że jego komentarz nie wychwala powieści pod niebiosa; słowa uznania wypowiada za sprawą meritum “Cieplarni”.
    Co jest ważniejsze – to, czy akcja mknie naprzód, opisy ciekawią, a wszystko wydaje się prawdopodobne? Czy może ślad, jaki w nas pozostawi lektura? Bo czy wiele jest książek, które mimo wartkiej akcji, niesamowitych opisów i prawdopodobnych wydarzeń zostawiają w naszej pamięci jakikolwiek ślad?