Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książka

Dmitrij Głuchowski – Metro 2035 (recenzja)

Artem nie radzi sobie z życiem – po prostu. Wrócił na rodzimą stację, próbuje cieszyć się ze wspólnych dni z Anią, ale to nic nie daje. Wciąż dręczą go koszmary związane z czarnymi, ale nic nie zmieni tego, że skazał ich na śmierć. Mężczyzna wierzy jednak, że odkupieniem okaże się odkrycie innych ocalałych z nuklearnego pogromu. Próbuje to zrobić, ale spotyka go tylko jedno: kpiny i śmiech ze strony mieszkańców metra.

Czytelnicy, którzy w oczekiwaniu na Metro 2035 odpoczywali od prozy Głuchowskiego, mogą być na początku przygodą z lekturą mocno zaskoczeni; natomiast ci śledzący jego pisarski rozwój (czy też, mówiąc wprost, znający Futu.re) natychmiast poczują się jak w domu. Trudno nie zauważyć, że autor wyrobił sobie charakterystyczny sznyt, który wyczuć można na każdej niemal stronie. Po pierwsze: bohaterowie niewiele wspólnego mają z heroizmem. Artem postrzegany w moskiewskim metrze jako zbawca, okazuje się człowiekiem przegranym. Zawiódł nie tylko jako łącznik pomiędzy ludźmi i czarnymi, ale także jako syn oraz mąż. I to czuć: Głuchowski uwielbia pokazywać jak jego protagonista goni w piętkę, bezlitośnie piętnuje jego błędy i bardzo rzadko pozwala mu choćby na chwilę wytchnienia. Podobnie sprawa ma się z pozostałymi postaciami: powraca Homer, który z budzącego zachwyt pomieszany z litością marzyciela przemienia się w zwykłego słabeusza, pojawiają się także nowi bohaterowie niezdolni do poradzenia sobie z bezlitosną rzeczywistością metra – podobnie jak Jan Nachtigall przegrywał w codziennej walce z przyszłością.

Drugą charakterystyczną cechą Metra 2035 jest bardzo pesymistyczna wizja władzy – kolejne podobieństwo między recenzowaną pozycją a Futu.re. Artem bez przerwy jest oszukiwany. I to przez niemal każdego, kto w kilkudziesięciotysięcznej populacji metra zajmuje pozycję wyższą niż on. W poprzednich częściach Głuchowski skupiał się przede wszystkim na odkrywaniu prawdy o specyficznych „miejskich” legendach, które krążyły po moskiewskich podziemiach – tym razem najważniejsze są tajemnice polityczne: ukryte powiązania między stacjami i ich niejawne sojusze. Artem wpada w wir kłamstw tak głęboki, że momentami nawet obserwujący wszystko z zewnątrz czytelnik nie może stwierdzić, co jest prawdą – Metro 2035 bywa mocno pogmatwane.

Powieść ma jedną dosyć poważną wadę: po lekturze nieco dłuższego fragmentu łatwo dojść do wniosku, że Głuchowski ze swoim gorączkowym pesymizmem nieco przesadził. I nie chodzi nawet o samą wizję świata, ale raczej o to, z jakim zaangażowaniem pisarz rzuca kłody pod nogi swoich bohaterów. Metro 2035 jest wielkim torem przeszkód, na którym nie ma nawet chwili na odpoczynek: ani dla postaci, ani dla czytelnika. Artem cierpi przez cały czas, balansuje na granicy zdrowia i szaleństwa, a jego poczynania naznaczone są głębokim fatalizmem. W połączeniu z pewnym pośpiechem Głuchowskiego (który objawia się przez nagłe urywanie pojedynczych akapitów, skracanie opisów i zdań, upraszczanie dialogów) sprawia to wrażenie, jakby pisarz próbował zrobić na odbiorcy wrażenie wyjątkowo mrocznego, dojrzałego, pesymistycznego. A choć jest i mroczny, i pesymistyczny, to pisarskiej dojrzałości trochę brakuje.

Metro 2035 to ciekawa powieść dobrze podsumowująca trylogię, która przyniosła Dimitrijowi Głuchowskiemu olbrzymią sławę. Bez wątpienia jest to książka ciekawsza niż zdecydowana większość tego, co zostało stworzone przez innych autorów w ramach Uniwersum Metro 2033 – pisarz nie boi się modyfikować swojego świata i ma interesujące pomysły. Jeśli powoli traciliście wiarę w projekt, bez wahania możecie sięgnąć po tę pozycję – raczej się nie zawiedziecie.