Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książka

Ian McDonald – Luna: Wilcza pełnia (recenzja)

Niemal dwa lata temu twierdziłem, że „Luna: Nów” jest połączeniem sagi rodzinnej i odświeżonego, stawiającego przede wszystkim na ekonomię – choć pamiętającego swe egzotyczne estetyczne korzenie – cyberpunku. W drugiej powieści z cyklu, Ian McDonald nieco przesuwa narracyjny ciężar, sięgając śmiało po motyw klasycznej fantastyki naukowej: starcie planety-matki z jej koloniami.

Upadek Cortów zmienił układ sił na Księżycu. Mackenzie, ich najwięksi wrogowie, przejęli produkcję helu, dzięki czemu mają szansę stać się największą lokalną potęgą. Zapominają jednak, że nie udało im się zamordować wszystkich brazylijskich oponentów, a ci, którzy przeżyli, już szukają nowych sojuszników, aby dokonać zemsty. Zemsty jeszcze straszniejszej niż ich cierpienia.

Prolog „Luny: Wilczej pełni” to bardzo dobra zapowiedź całej powieści: jeden z niewielu przedstawicieli zdradzonego rodu Cortów poprzysięga zemstę księżycowym Smokom, które doprowadziły do upadku jego rodziny, i twierdzi, że nie cofnie się przed niczym. Po tych szumnych deklaracjach McDonald postanawia jednak na jakiś czas uśpić czytelniczą czujność: ponownie rzuca się w wir rodzinnych tajemnic i intryg, które plącze – choć trudno to sobie wyobrazić – jeszcze bardziej niż w „Nowiu”. Wszystkiemu towarzyszą oczywiście wielkie emocje i wybuchy namiętności. W połączeniu z latynoskim rodowodem części głównych bohaterów oraz ich mocno zarysowanymi, nieraz wręcz przejaskrawionymi portretami (tutaj prym wiodą absurdalnie ambitna i twarda Ariel wespół w zespół z najprzebieglejszym z przebiegłych Lucasem) daje to wrażenie uczestniczenia w telenoweli – ale nie ma się czego bać, bo McDonaldowi udało się pozbyć żenujących elementów typowych dla podrzędnych tasiemców, a utrzymać psychologiczne napięcie, które potrafi przytrzymać widzów przed telewizorami przez lata.

Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak, gdy Ziemia postawia upomnieć się o swoje prawa na Księżycu. Tarcia pomiędzy rządzącymi kolonią rodzinami już autorowi nie wystarczają – postanawia zwiększyć skalę wydarzeń i zasymulować wpływ większego zagrożenia na skłócone korporacje. O kunszcie McDonalda najlepiej świadczy mistrzostwo, z jakim ten zabieg przeprowadził: wkroczenie na scenę nowej siły wpisał w dotychczasową narrację tak naturalnie, że nie może być mowy o najmniejszym nawet zgrzycie. Można by to porównać do wrzucenia wyższego biegu przez doświadczonego i utalentowanego kierowcę: pasażer właściwie nie odczuwa zmiany, ta jednak zachodzi i obiecuje zupełnie nowe możliwości.

Jedynym zarzutem, jaki można mieć do brytyjskiego autora, jest zakończenie „Wilczej pełni” brzydkim cliffhangerem. Powieść trapi klątwa drugiego tomu: ani nie zapewnia ekscytacji, która towarzyszy kreowaniu dziesiątek nowych postaci i zdarzeń w części pierwszej, ani nie przynosi rozwiązań wyczekiwanych przez zadeklarowanych miłośników cyklu. Tak, jak pisałem w poprzednim akapicie: to obietnica. Obietnica, trzeba dodać, na której spełnienie czytelnicy będą musieli poczekać co najmniej do tomu trzeciego (zapowiedzianego na rok 2018 „Moon Rising”).

Mimo tego uczucia dyskomfortu, które zawsze towarzyszu odkładaniu niedokończonej historii, „Wilcza pełnia” to bardzo dobra powieść. Starzy bohaterowie powracają z nowymi pomysłami i nieskończonymi zapasami złości przemienianymi co chwilę przez McDonalda w kolejną wybuchową scenę, a nowi wkraczają na wielką scenę bez kompleksów, dzięki czemu podczas lektury nudzić się nie sposób. Kto wie, czy to nie najlepsza kosmiczna saga rodzinna od czasów „Diuny”? Ja już nie mogę doczekać się kontynuacji!