Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Manga i Anime

Steins;Gate (recenzja)

Podróże w czasie to chyba jeden z najciekawszych i jednocześnie najbardziej oklepanych motywów fantastycznych. Przez wiele dzieł przewija się temat wehikułu czasu, machiny, która ponoć pozwala podróżować w przeszłość i przyszłość. Co by jednak było, gdyby takie ustrojstwo powstało z przebudowania mikrofalówki w urządzenie zmieniające banany w zielony żel i przy okazji przesyłające e-maile w przeszłość? Tego właśnie dokonali bohaterowie anime Steins;Gate – samozwańczy szalony naukowiec Okabe Rintarou i jego asystenci. Zachęceni udanym eksperymentem nie poprzestali na jednym doświadczeniu. Szybko jednak okazało się, że zabawa z czasem może się źle skończyć, a jedna mała ingerencja w przeszłość powoduje skutki, które trudno będzie odwrócić. Zwłaszcza że na trop małego laboratorium bardzo szybko wpada tajemnicza organizacja SERN, próbująca zdobyć władzę nad czasem.

Aby w pełni oddać mój stosunek do tego anime, muszę na początku wspomnieć, że przedstawiony w nim świat należy do tego samego uniwersum, co nieudana seria Chaos;Head, która swego czasu napsuła mi krwi nieprzemyślanym scenariuszem, irytującymi bohaterami i ciągłymi zmianami klimatu. Z tego powodu nie spodziewałam się zbyt wiele po Steins;Gate, więc tym bardziej byłam zaskoczona, że od pierwszego odcinka mi się spodobało. Anime okazało się bowiem tak udaną adaptacją gry, iż zostało już przez niektórych okrzyknięte hitem ostatniego sezonu.

Jednym z największych atutów serialu jest fabuła – przemyślana, skomplikowana i nad wyraz konsekwentnie prowadzona. Początek serii może jednak zdezorientować widza: anachronizm wydarzeń, pojawiające się na ekranie daty i nagłe zmiany linii czasowych nieco oszołamiają, zwłaszcza że odbiorca nie ma tak naprawdę pojęcia, co się dzieje, a na wyjaśnienia trzeba trochę poczekać. Potem zostajemy uraczeni kilkoma spokojniejszymi odcinkami, w których wspomniane banany transformują się w zielony żel, maile i mikrofalówki zmieniają przeszłość, a główny bohater powoli gromadzi swój harem. I chociaż przedstawione wydarzenia nie wieją nudą, to w sumie jest to najsłabsza część anime. Na szczęście dość szybko następuje przełom: sytuacja zmienia się diametralnie i bohaterowie uświadamiają sobie, że zabawa z czasem to ryzykowna gra, a wyrządzone szkody trudno będzie naprawić. Od tego momentu historia staje się coraz bardziej zagmatwana i choć zdarza się parę słabszych odcinków, to seria wciąż trzyma w napięciu. Zaskoczyło mnie jednak trochę rozwiązanie fabularne dotyczące dwóch ostatnich odcinków. Początkowo bałam się, że zastosowany tam chwyt zniszczy spójność całej serii, ale na szczęście były to płonne obawy. Muszę też dodać, że zakończenie nie było (na szczęście) okraszone „japońskim happy endem” typu „połowa obsady zginęła, ale reszta i tak wiedzie beztroskie życie”. Twórcom udało się zakończyć serię bez zbędnego patosu i zgrabnie połączyć wszystkie wątki. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia niż to, które zostało nam zaserwowane.

Serii nie można zarzucić braku oryginalności, chociaż mamy tu wykorzystane chyba prawie wszystkie wymyślone przez ludzkość sposoby manipulowania czasem: zaczynając od klasycznego wehikułu i rozmaitych jego wariantów, po efekt motyla czy motyw pętli czasowej, z której nie można uciec. Wymieszanie wszystkich razem tworzy – zdawałoby się – wybuchową mieszankę, jednak, o dziwo, ten zabieg sprawdza się w praktyce. Na uwagę zasługuje także bogactwo szczególików technicznych dotyczących podróży w czasie. Od razu widać, że twórcy dokładnie zbadali temat, zanim zabrali się do tworzenia scenariusza, i choć seria nie uniknęła kilku drobnych wpadek, to naukowe wyjaśnienia oraz nawiązania do rzeczywistych osób, organizacji (chociażby do CERN, przemianowanego tu na SERN) i badań powinny zadowolić nawet najbardziej wymagających widzów.

Uznanie należy się również bardzo zgrabnie przeprowadzonemu wątkowi miłosnemu, który na szczęście wolny był od irytujących tanich fanserwisowych chwytów. Niektórzy mogą uznać za minus nieco „haremowe” stosunki między postaciami (pojawia się bowiem standardowy układ typu główny bohater, jego błaznowaty przyjaciel i stadko krążących wokół nich kobiet), ale mnie nie przeszkadzało to w odbiorze, bo seria nie popada w zwykły dla tego gatunku schematyzm. I choć motywy rozterek miłosnych towarzyszą nam przez całą serię, to te wątki nie są sztucznie wypychane na plan pierwszy, ale zostały zręcznie wkomponowane w całość.

Kolejną zaletą anime Steins;Gate są bohaterowie. Jest ich tak właściwie niewielu jak na liczącą sobie dwadzieścia cztery odcinki serię, akcja skupia się bowiem na ośmiu osobach i tylko kilka pobocznych postaci dostaje jakąś dłuższą rolę do odegrania. Ma to jednak swoje dobre strony: na każdego bohatera przypada dużo czasu antenowego, dzięki czemu ich charaktery zostały dokładnie przedstawione, a działania odpowiednio umotywowane.

Na pierwszy plan wybija się oczywiście protagonista, Okabe Rintarou (Okarin), który z uporem maniaka nazywa siebie „szalonym naukowcem”, przyjmuje pseudonim Hououin Kyouma, a przy tym wydaje się, że cierpi na manię prześladowczą albo przynajmniej lekką paranoję. Szybko jednak okazuje się, iż to tylko kreowana przez niego poza genialnego szaleńca, która bez wątpienia nadaje bohaterowi specyficznego uroku. I choć z początku Okabe trochę mnie irytował, to szybko go polubiłam. No bo jak tu nie pokochać bohatera, który, kalecząc angielski, z uporem godnym lepszej sprawy nazywa siebie „mado sajentisto”, a gdy nie wie, co odpowiedzieć rozmówcy, zaczyna prowadzić wyimaginowaną rozmowę przez telefon komórkowy? Zresztą Okabe jest naprawdę świetnie wykreowanym protagonistą, dalekim od bezpłciowych popychadeł, którymi raczy nas większość anime. Jest też bohaterem dynamicznym, zmienia się pod wpływem przeżywanych wydarzeń. Pomimo swojej pozy zdziwaczałego geniusza i początkowego kretyńskiego zachowania, szybko okazuje się postacią sensowną, która potrafi wziąć sprawy w swoje ręce, niejednokrotnie podjąć trudne decyzje i wiele poświęcić dla swoich przyjaciół. Ba, czasem zdarza się mu nawet rozsądnie myśleć, a jak na realia anime to niebywały wyczyn.

Jeśli chodzi o żeńską obsadę serii, to bez wątpienia moją  faworytką jest Makise Kurisu, nastoletnia geniuszka, która w wyniku zbiegu okoliczności zostaje asystentką Okabego. Dziewczyna jest jedną z postaci zwykle określanych mianem tsundere – charakterną i pyskatą dziewoją, która wie czego chce (a nawet jeśli nie wie, to nie daje tego po sobie poznać) i nie pozwala sobą rządzić. Te jej cechy stwarzają zresztą otwartą furtkę dla licznych gagów, z której nie omieszkali skorzystać twórcy. Powstały w ten sposób humor sytuacyjny wypada o wiele lepiej, niż się tego spodziewałam. Sama Kurisu (tak jak Okabe) może się poszczycić wyjątkowo przekonująco i logicznie skonstruowanym charakterem. Poza tym wielkim plusem było dla mnie to, że dziewczyna nie była geniuszem tylko z nazwy, ale wiele razy udało jej się wykazać, że zasługuje na to miano.

Pozostała część obsady na pierwszy rzut oka wypada dość schematycznie, ale każda postać ma w sobie jakiś pierwiastek oryginalności i to nieuchwytne „coś”, które pozwala ją polubić. Hashida Itaruto (zwany Daru) to przyjaciel głównego bohatera, a przy tym „super hacker” ze sporą nadwagą, otaku i spec od komputerów wszelkiej maści. Z kolei Urushibara Ruka (Rukako) to najbardziej kobieca postać, jaka występuje w tym anime, jeśli pominąć fakt, że… tak naprawdę jest chłopakiem. Natomiast Amane Suzuha, pracująca na etat u wynajemcy mieszkania Okabe, to pozornie zwyczajna dziewczyna, ukrywająca jednak ogromną tajemnicę. Kolejna bohaterka, Akiha Rumiho, nosząca pseudonim Feiris, jest kelnerką w kafejce cosplayerowej, w której pracuje, by szerzyć kulturę moe w mieście. Na domiar tego wszystkiego pojawia się też Kiryuu Moeka – skrajna introwertyczka, porozumiewająca się z innymi prawie wyłącznie za pomocą wysyłanych telefonem e-maili i szukająca z niewiadomych powodów pewnego starego komputera. Ostatnią bohaterką jest Shiina Mayuri (Mayushii), przyjaciółka z dzieciństwa głównego bohatera. Ona jako jedyna trochę mnie irytowała swoim dziecinnym zachowaniem. Początkowo sama jej obecność w laboratorium szalonego naukowca wydawała mi się nie na miejscu, później jednak przyzwyczaiłam się do tej postaci, która zresztą okazała się całkiem ważna dla fabuły.

Do strony graficznej serii ciężko się jest przyczepić. Na ekranie królują raczej stonowane kolory, przeważają biele i szare tła, które trochę odrealniają przedstawiony świat. Klimat serii podkreślają również przerywniki w postaci teł ze zmieniającą się datą i godziną. Projekty postaci są nadzwyczaj ładne, a w dodatku odpowiednio urozmaicone, więc widz nie ma problemu z rozpoznaniem, kto jest kim. Twórcy nie pokusili się jednak o wzbogacenie garderoby bohaterów – większość z nich całą serię przechodzi w jednym i tym samym stroju. Razić może też rysunek oczu, których zewnętrzne kąciki nienaturalnie opadają, przez co większość postaci wygląda na pogrążone w wiecznej żałobie. Natomiast animacja jest płynna, a mimika bohaterów bardzo bogata, choć w niektórych scenach autorzy trochę z nią przesadzają.

Soundtrack nie należy, niestety, do tych, które na długo zapadają w pamięć, ale idealnie pasuje do klimatu serii. W tle bardzo często słyszymy także odgłosy wydawane przez cykady, które mają za zadanie podkreślać nastrój. Do tego należy dodać wpadający w ucho opening (Hacking to the Gate, śpiewane przez Kanako Itou), któremu towarzyszy ciekawa, choć nieco surrealistyczna animacja, wykorzystująca jako motyw przewodni mechanizmy zegarowe. Jak to zwykle bywa, na ending wybrano spokojniejszą piosenkę, bardzo przyjemne Toki Tsukasadoru Juuni no Meiyaku w wykonaniu Yui Sakakibary. Po trzech ostatnich odcinkach słyszymy jednak inne utwory: jeden zaśpiewany przez Kanako Itou oraz dwa wykonane przez Takeshi Abo.

Dobrze spisali się również seiyu. Okabemu głosu użyczył Miyano Mamoru (Light z Death Note’a czy Tamaki z Ourana), który stworzył naprawdę świetną kreację i aż ciężko było uwierzyć, że to on odgrywa tę rolę. Demoniczny śmiech szalonego naukowca w jego wykonaniu brzmiał naprawdę genialnie. Nie gorzej wypadli Imai Asami jako Kurisu czy Seki Tomokazu jako Daru. W Mayuri wcieliła się natomiast Hanazawa Kana (Anri z Durarary!! czy Kobato z Kobato), za której przesłodzonym głosem nie przepadam, ale w tym przypadku aż tak bardzo mnie on nie irytował.

Niektórzy już okrzyknęli Steins;Gate najlepszym anime tego roku, ja jednak uważam, że trochę jednak brakuje mu do doskonałości. Jest to seria dobra, ale w moim odczuciu mogła by być jeszcze lepsza, gdyby skrócono niektóre na siłę rozciągnięte wątki poboczne. Mimo wszystko twórcom udało się z sukcesem wykorzystać potencjał tkwiący w pierwowzorze i stworzyć serię, której na pewno szybko nie zapomnę. Dlatego polecam to anime wszystkim fanom japońskiej animacji, a w szczególności miłośnikom motywu podróży w czasie i skomplikowanych, wielowarstwowych intryg. Również fani romansu mogą znaleźć w tej serii coś dla siebie.

Przy okazji autorka tekstu zapewnia, że podczas tworzenia recenzji nie ucierpiał żaden banan.  

Reżyseria: Hamasaki Hiroshi
Animacja: Sakai Kyuuta
Projekt postaci: Huke
Muzyka: Abo Takeshi
Twórca pierwowzoru: Nitro+
Producenci: Frontier Works, FUNimation Entertainment, White Fox
Premiera: 2011
Produkcja: Japonia
Liczba odcinków: 24
Rodzaj: seria TV

Obsada aktorów głosowych:
Miyano Mamoru – Okabe Rintarou
Seki Tomokazu – Hashida Itaru
Imai Asami – Makise Kurisu
Hanazawa Kana – Shiina Mayuri
Momoi Haruko – Akiha Rumiho
Tamura Yukari – Amane Suzuha
Gotuo Saori – Kiryuu Moeka
Kobayashi Yuu – Urushibara Ruka