Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Felietony

10 Nieoczywistych cykli fantasy

Zastosowana w tytule forma „nieoczywiste” wydaje się logiczna, ponieważ mowa będzie o cyklach mniej popularnych, rzadko goszczących w tego rodzaju zestawieniach i współcześnie być może lekko zakurzonych. Wydawać by się mogło, że „nieoczywista” będzie ta lista ze względu na to, że właściwie mało co w fantasy oczywiste jest – choćby przez to, że nietrudno znaleźć takich, dla których samo słowo „fantasy” właściwie nie znaczy nic, jest terminem czy hasłem niejasnym, bądź kojarzącym się z odmiennym gatunkiem fantastyki. Nie da się wykluczyć i postrzegania pojęcia jako synonimu „mrzonki”, „absurdu” czy „ułudy”.

Zakładam jednak, że dla tych, którzy tu trafili, oczywistym wyda się zamieszczenie w takich przeglądach (tyle tylko, że tradycyjnych) J.R.R. Tolkiena (chociaż nie wiem, czy którekolwiek pozycje – nie licząc krótkich form – składają się w jego dorobku na zwarty cykl fantasy), a dalej będą Robert E. Howard, C.S. Lewis, Andre Norton, Michael Moorcock, Ursula K. Le Guin, Roger Zelazny , Gordon R. Dickson, David Eddings, Marion Zimmer Bradley, Glen Cook, Guy Gavriel Kay, Piers Anthony, Orson Scott Card, Robert Jordan, J.K. Rowling, G.R.R. Martin, Terry Pratchett, Andrzej Sapkowski czy Joe Abercrombie. Żadna z wyżej wymienionych osób nie będzie brała udziału (no, może z wyjątkiem działań porównawczych i odwołań) w poniższym omówieniu. Przypuszczam, że akurat pozycji tych autorów przedstawiać nikomu nie trzeba.

Jestem też świadom, że w tym zestawieniu będzie brakować więcej niż tysiąca cykli, które z pewnością zasługują na poznanie i polecenie, ale apriorycznie muszę uprzedzić, że lista skonstruowana na bazie liczb całkowitych nie chciała się rozciągnąć. Słowem – nie ma tu czegoś nie dlatego, że na to nie zasługuje, lecz po prostu nie starczyło na to miejsca. Bilety się wyprzedały. Nie wykluczam mimo to rozwinięcia serii. Ponadto w tym tekście omówię wyłącznie zagraniczne tytuły.

Proszę także nie traktować tego tekstu jako próby stworzenia kanonu, mimo że wiele z poniższych pozycji będzie spełniać wszelkie kryteria dzieła klasycznego. Lista ma zatem charakter czysto popularyzatorski i stanowi próbę zachęcenia do czytania po prostu dla przyjemności, a i doszukiwania się w literaturze fantasy ciekawych tematów.

Kane – Karl E. Wagner

Nie tylko Conan wymachiwał mieczem i… kobietami. Oprócz niego w heroic fantasy istnieje jeszcze Kane – równie hardy, równie zawzięty i destrukcyjny, ale diablo inteligentny. Tyle tylko, że pod płaszczem filozofii egzystencjalnej kryje się i seksizm, i łopatologiczne działania, i nieumiejętne wyciąganie wniosków, więc nie mówicie, że nie ostrzegałem. Ale to raczej lektura z pogranicza tych o charakterze wyłącznie ludycznym. Jako taka stanowi też ciągle żywy klasyk, a proza Michała Gołkowskiego („Siedmioksiąg Gniewu”) czy Marcina Pągowskiego („Zima mej duszy”), komiks Jasona Aarona („Przeklęty”) są tego świadectwem. Niemniej, co sprawia, że akurat ten utwór wciąż warto czytać?

Ciekawe historie i wyraziste postacie, fatalistyczne przygody bohatera nieśmiertelnego… A tak, Kane’a od Conana odróżnia nie tylko wyższy iloraz inteligencji, ale drobny szczegół żywotności – został skazany na wieczną tułaczkę po ziemskim padole. Z tym, że po chwili wraca. Życie bez podstawowego zmartwienia – śmierci – wydaje się całkiem atrakcyjne. Wagner nie podchodzi do tego tak prosto: obdarza co prawda swego protagonistę niezwykłym darem, lecz przy okazji mu coś odbiera, samo zaś życie uprzykrza do tego stopnia, że ten nie marzy o niczym bardziej niż o śmierci. Czytelnik otrzymuje zatem nie herosa, gładzącego tyranów i królującego sprawiedliwie, nie bohatera dobro złem czyniącego – Kane to egoista w swego rodzaju depresji, znudzony światem i ludźmi, niedowartościowany ze względu na wciąż wdeptywane w ziemię ambicje, i mimo że prawie zawsze makiawelistyczne działania nie przynoszą mu pożądanego skutku i tak uparcie dąży do… panowania nad światem.

Uczynienie z Kane’a istoty nieśmiertelnej pozwoliło Wagnerowi skupić się na jednostce w obliczu przemijania, utraty bliskich, zacierania się granic, idei, problemów i samego świata. Jako byt wieczny staje się obserwatorem efemeryczności kultur i ewolucji cywilizacji, a nawet nieodwracalnego upadku ich potęgi. Wszelkie doświadczenia odciskają na nim piętno, nie czuje już cierpienia czy troski, nie obdarza już nikogo głębszym uczuciem, pozostaje mu dystans, pogarda i chwile uniesienia. Inteligencja zabija w nim empatię, wytwarza poczucie wyższości, coś na kształt nietzschowskiego nadczłowieka. Ale Wagner nie pozbawia go wszystkich ludzkich cech i odruchów – jako osoba nieśmiertelna nie doprowadza się do mistrzostwa nawet w dyscyplinach, które są dla niego istotne i przezeń pielęgnowane (choćby wiedza i czarnoksięstwo).

Spierać się można o poziom literacki utworów Wagnera – w ujęciu całościowym są one wcale nierówne, co poniekąd jest cechą wspólną z prozą Howarda. No i nie da się ukryć, że autor choć ugruntował w heroic fantasy ten model bohatera, to wcale go nie odkrył – to mariaż motywów dobrze w kulturze znanych – przekleństwo prometejskie i odrodzenie feniksa to przecież mitologiczne toposy.

Lyonesse – Jack Vance

Opowiadania Vance’a z tomów „Umierająca Ziemia” i „Oczy Nadświata” to ścisła klasyka gatunku. Ale nieco inaczej jest z trylogią „Lyonesse”, która znacznie wyraźniej podzieliła czytelników. Pierwszy obóz opowiedział się za tym, że to brylant, zasługujący na miejsce w kanonie. Jak nietrudno się domyślić, druga strona – nawet jeśli z lektury czerpała przyjemność – uznaje opowieść za błahą, lekko przerysowaną i ocierającą się prawie o kicz.

Jednak historia z Wysp Elder to nie zanurzenie się w podaniach arturiańskich po kostki, lecz skok na głęboką wodę bez kapoka. Jack Vance pisząc trylogię wyraźnie nie miał zamiaru stawiać na półśrodki, tylko – skoro miał chęć napisania w duchu „Pieśni o Rolandzie” i średniowiecznych romansów – swe dzieło napisał z mimetycznym zacięciem, udaną próbą odtworzenia anturażu, swoistą doniosłością i wszechobecną pompą. To nie miała być kolejna szara, brudna fantasy, ani historia o wielkich czynach walki dobra ze złem, Vance stworzył „Grę o tron” w stylu arturiańskim, i to rzec by można dosłownie arturiańskim, czyli to, co de facto istotne, ponieważ niosące za sobą globalne konsekwencje zostaje na drugim planie, a pierwsze skrzypce gra miłość, prawość i ideowość.

Ale nie oparł się wyłącznie na tym, co oferował Chretien de Troyes czy Historia Brittonum, w świat rodem z celtyckiego folkloru wtłoczył niemało od siebie. Do walk nie stają wyłącznie odziani w połyskliwe zbroje śmiałkowie, którzy z pieśnią na ustach wyruszają, aby wyswobadzać kraj z trosk, na Wyspach żyją również Skalardowie, nie znający litości i bezwzględnie biorący to, co uważają za swoje – z tym, że to wcale nie Vance’owski odpowiednik orków, są oni znacznie mniej jednoznaczni i ich motywacje w pewnych momentach da się zrozumieć, acz niemałą role odgrywa tu pewna… hmm… ideologia.

W tle trylogii przewija się rywalizacja o władzę nad niegdyś potężnymi i zjednoczonymi ziemiami – zmagania Lyonesse i Troicinet – i przynoszą one wiele przykrości bohaterom, którym i tak los co i rusz gotuje nowe tarapaty. Ich rozwiązanie co ciekawe nie przynosi nic ponad inne problemy, rosnące niby grzyby po deszczu. Czasem przychodzi odbiorcy zastanowić się, na ile szereg takich perypetii może być prawdopodobny, lecz Vance rozwija świat bardzo konsekwentnie, dzięki czemu nieco odmienna fizyka i kultura sprawia, że to, co dzieje się na kartach lektury jakoś nie budzi w czytelniku większej awersji, wręcz przeciwnie – świadczy o tym, jakie budzą się w nas odczucia, gdy spoglądamy na zupełnie odmienny sposób patrzenia na świat i inną hierarchię wartości.

Cykl „Lyonesse” warto czytać ponadto dla czystej przyjemności – to smakujący i nieżenujący kawałek naprawdę sprawnie napisanej literatury, odróżniający się od większość tego, co serwuje nam obecnie rynek anglosaskiej prozy fantasy.

Trylogia Zimnego Ognia – C.S. Friedman

Jeżeli ktokolwiek zauroczył się tym, co zaserwował Jarosław Grzędowicz w „Panu Lodowego Ogrodu” może liczyć na jeszcze większe wrażenia przy lekturze trylogii C.S. Friedman, opowiadającej o planecie Erna. Podobnie jak na Grzędowiczowskim Midgaardzie, na Erdzie istnieje magia, również jest to inny niż Ziemia glob, gdzie trafili Ziemianie. W tym wypadku jednak na stałe i w dużej mierze bynajmniej nie z własnej woli.

Na Ernie od ponad milenium mieszkają ludzie, potomkowie dawnych kolonizatorów, którzy zatracili technologiczną spuściznę, ale na skutek intelektualnego zubożenia czy obyczajowej degrengolady, po prostu ich myśli były tak niesforne, że stworzyły niesłychane rzeczy. A poważnie, istniejąca na Ernie siła – fae – sprawia, że wszelkie umysłowe informacje mogą w ułamku chwili się zmaterializować, nic więc dziwnego, że tam, gdzie człowiek nie mógł zapanować nad myślami raptem zatriumfował chaos. Ludzie musieli się przystosować, choć zdaje się, że po latach adaptacji jako gatunek wciąż pozostają w strefie dyskomfortu.

Na Ernie wszystko, co pozostaje w umyśle – nie tylko wyobrażenie i silna wiara – może stać się ciałem, wystarczy gdzieś mieć drobną wątpliwość, a ta może zaważyć na dalszym losie. Strzelba może wypalić, choć niekoniecznie w tradycyjny sposób, może się bowiem rozpaść na tysiąc kawałków albo eksplodować w dłoniach, rozrywając je na strzępy. Spoglądając w dal można dostrzec łańcuchy niebosiężnych gór, mimo że osoba obok będzie widzieć tylko łatwe do przeskoczenia pagórki. Friedman bawi czytelników. Zabiera ich na przygodę, pokazuje magię, egzotyczne krainy i pozwala poczuć sentyment do bohatera, ale pod tym płaszczykiem mówi o rzeczach istotnych.

Mówi o prawdzie. O tym, że być może – jak Ernanie – nigdy jej nie poznamy, nie dowiemy się jak naprawdę wygląda świat, kim tak naprawdę jesteśmy, jaki jest cel istnienia i czy w ogóle istnieje. Fae to nie tylko pewna siła, dająca i wymagająca, to także narzędzie mające przybliżyć użytkowników do prawdy, lecz jak to z narzędziami bywa, gdy niekoniecznie wiemy, jaki ich użyć, zwykle odkrywamy coś, czego nie potrzebujemy, albo coś, co tylko wydaje się tym, czego poszukiwaliśmy. Owa moc staje się więc nie błogosławieństwem, lecz przekleństwem. Jak wiedza i świadomość.

Atramentowy Świat – Cornelia Funke

Owa pozycja w przeciwieństwie do wyżej wspomnianych skierowana jest głównie do młodszego czytelnika, ale podobnie jak „Mały Książę” skrywa w sobie wiele treści, które można odkrywać po latach i ponownych lekturach. W utworach niemieckiej pisarki istotą opowieści jest opowieść sama w sobie, to, jaki ma wpływ na życie człowieka i dlaczego właściwie jest mu potrzebna.

Ani jeden z tomów wprawdzie nie jest traktatem czy żmudnym wywodem na temat tego, jak opowieść kształtuje czytelnika i jakie miejsce zajmuje w jego życiu, ale takie wartości i refleksje Funke stara się przemycać między wersami. Tyle tylko, że oprócz walorów czytania i poznawania literackich (i nie tylko) utworów, w „Atramentowym Świecie” znalazło się także miejsce na mniej pozytywne konsekwencje lektury. Co prawda wiele w zrozumieniu niektórych sensów zależy od interpretacji, ale sądzę, że pewne treści są na tyle wyraźne i uchwytne, że będą bardziej uniwersalne. O tym też mówi autorka.

Jednak w trylogii co drugie zdanie to nie podkreślenie tego, jak ważna jest opowieść. Wartka akcja, przejmujące wątki, dramat i napięcie, bohaterowie z bliskimi nam (choć często metaforycznie) problemami, przekonujący i działający w miarę logicznie – to coś, czego w prozie Funke nie brakuje. Pierwsza część zarysowuje pewien problem i postacie, lecz to dopiero w dwóch kolejnych rozpoczyna się dla protagonistów – a zatem i dla czytelników – prawdziwa przygoda.

Symfonia wieków – Elizabeth Haydon

Z „Rapsodią” jest tak, że wiele głosów odradza lekturę trylogii i kontynuacji, ma do niej stosunek – delikatnie mówiąc – negatywny. Nazywa ją wtórną, schematyczną i… marną w porównaniu do źródeł, z których czerpie (Le Guin, Tolkien). Coś w tym jest. Ale to nie znaczy, że jest to literatura bezwartościowa – wręcz przeciwnie; ma w sobie właśnie to Coś, co sprawiło, że Andrzej Sapkowski zdecydował się umieścić ją w swoim kanonie fantasy i szybko, gdy nadarzyła się okazja, zaprezentować polskiemu czytelnikowi.

W „Rapsodii” widać wpływ feminizmu, zdrowego feminizmu, dzięki któremu główna bohaterka to nie biernie czekająca na rozwiązanie księżniczka – to bohaterka aktywna, działająca (ale nie w ramach seksistowskiego stereotypu w niektórych wątkach u Howarda), wiedząca, że drogą do osiągnięcia określonych celów jest współpraca i równość. U Haydon romans także może być ciekawy i bez „maślanych oczu”. Właściwie te książki opierają się na relacjach bohaterów i dialogu – to najlepsze, co w tej opowieści jest (tzn. w narracji) – i teraz chyba nie dziwne, dlaczego Sapkowski tak bardzo polubił tę prozę.

Od Le Guin wzięła Haydon magię wypowiadanego słowa – oddaje tym samym to, że słowo to potęga, która kształtuje twory z płynnej rzeczywistości (nie zawsze fizyczne). Od Tolkiena zaczerpnęła bogactwo świata, tyle tylko, że nie na taką skalę i nie z taką gracją. Oto wtórność. Z tym, że ona nie funkcjonuje wyłącznie jako epigon, daje też wiele od siebie. Łącząc techniki obu tuzów gatunku, bawi się nazewnictwem opisując klasyczną high fantasy za pomocą paradygmatu jakby „obcego” – tj. spogląda na swój świat nie przez pryzmat anglosaskiego dorobku (nie wypiera się go, sic!), tylko pokazuje, że ta sama „prawda o świecie” może być inaczej nazwana, odmiennie widziana i różnie rozumiana. Chyba nie ulega wątpliwości, że wiele z elementów uniwersum Haydon to analogie i to czasem mało sparafrazowane.

Szkoda w tym wszystkim tego, że zabrakło tu precyzji arcymistrzów, brakuje tu solidnego przeredagowania, które z większą dozą prawdopodobieństwa sprawiłoby, że książka trwalej zapisałaby się w historii gatunku. Choć i tak czyta się całkiem nieźle, zwłaszcza, gdy spojrzymy na półkę z bestsellerami, na której znajduje się o wiele gorszych pozycji niż „Symfonia wieków”.

Patrole – Siergiej Łukjanienko i Władimir Wasiljew

Współcześnie stosunkowo rzadko polecana i wydawana rosyjskojęzyczna fantasy posiada kontrowersyjną gwiazdę pióra, obok której nie powinno się przechodzić obojętnie. Bo „Patrole” duetu Łukjanienki i Wasiljewa to dowód na to, że urban fantasy nie musi wcale dziać się w wielkim amerykańskim mieście czy nad Tamizą, żeby posiadać subagtunkowy charakter, klimatyczny sztafaż i autorskie piętno. Wydane u nas siedem książek („Nocny patrol”, „Dzienny Patrol”, „Patrol zmroku”, „Ostatni patrol”, „Nowy patrol”, „Szósty patrol” i „Oblicze Czarnej Palmiry”) z uniwersum, mimo że uzyskało dość pochlebne recenzje i czytelnicy po lekturze byli raczej zadowoleni, jakoś przeszło bez większego echa i nieprędko wraca w różnego rodzaju topkach bądź listach. Niesłusznie.

„Patrole” można czytać dla rozrywki, czystej radości płynącej z czytania i nic w strukturze powieści nie stoi na przeszkodzie pochłaniania fabuły, cieszenia się z wydarzeń, napięcia i rozwiązywania zagadek wraz z bohaterami, których rozwój zarysowuje się wyraźnie na przestrzeni dalszych tomów. Ale w koncepcji świata można doszukiwać się intrygujących rozwiązań dotykających metafizyki, a autorom udało się zrealizować pomysły w tak intrygujący sposób, że nie jest to już tło czy dodatek, lecz warstwa do rozszyfrowywania i wyciągania skrytych sensów.

W „Patrolach” czytelnik znajdzie klasyczną walkę Dobra ze Złem, a przynajmniej tak na pierwszy rzut oka uśpiony konflikt między Jasnymi a Ciemnymi Innymi będzie wyglądać. Wystarczy takie rozgraniczenie, aby nabrać uprzedzeń i postawić się po – we własnym odczuciu – właściwej stronie barykady. Szczęśliwie, twórcy szybko obnażają wadliwość takiej kreacji rzeczywistości, poprzez ukazanie myśli, idei i wartości obu stron, wskazuje to, że w jednej i drugiej społeczności cele i dążenia są czasem zbieżne, podobne. W tym momencie robi się problem, ponieważ Ciemni i Jaśni stają się niejednoznaczni – i już nie tak łatwo ich ocenić.

Jednak najciekawszym elementem owego świata jest podział na płaszczyzny rzeczywistości, wewnątrz których działają nieco odmienne zjawiska i reguły, a przechodzenie między nimi wcale do najprostszych nie należy – przynajmniej w typowo ludzkim charakterze. Wchodząc w Zmrok zaczyna dostrzegać się na przykład nadprzyrodzone istoty rodem z mitów i legend, doświadcza się czegoś, czego czasem nie sposób pojąć i z pewnością wymyka się to tradycyjnej percepcji.

Na deser pozostaje szkic rosyjskiego społeczeństwa, udatnie wpleciony w powieści, gdzie tradycja i stereotypy to formy codziennej międzyludzkiej komunikacji, zaś mizoginia i homofobia to nie zespół uprzedzeń, niepożądanych cech czy patologii, lecz coś wskazanego, przymioty, którymi należy się w życiu kierować.

Mistrz zagadek z Hed – Patricia A. McKillip

Czas Patricii A. McKillip w Polsce jakby przeminął, a swego czasu Andrzej Sapkowski mocno się starał, aby nad Wisłą w środowisku fantastycznym było o niej głośno. Jak się okazało, nie udało się, choć dla szukających trochę mniej głównonurtowej fantasy twórczość autorki wciąż jest dostępna, no i na samej trylogii się nie skończyło.

W bodaj najsłynniejszym swym cyklu o mistrzu zagadek z Hed, w którym widać wyraźne odniesienia do prozy Ursuli K. Le Guin już choćby w samym nazewnictwie, udało się pisarce połączyć zabawę konwencjami i klasyczną formułę opowieści. Skądinąd sama struktura to swoista walka bohatera (awangardy) z przeznaczonym mu życiem (tradycją). Bo oto mamy księcia, który po przebiegu misji i zdobyciu ręki księżniczki, miast żyć długo i szczęśliwie, pragnie jedynie wrócić do domu, gdzie czeka na niego żywot skromniejszy. Jednak, jak to w „baśni” (McKillip czerpie z ich stylistyki całymi garściami i trylogią często je komentuje) bywa, wszystko musi skończyć się w określony sposób, tak więc główny bohater, chcąc nie chcąc, wypełni swe przeznaczenie.

McKillip stara się w powieści wpleść wątki egalitarystyczne. Mimo że w pierwszym tomie pałeczka pierwszeństwa należy do Morgona, za sterami drugiej części stoi już Readerle, która nie zamierza odtwarzać archetypu czekającej na upragnionego rycerza księżniczki, po części bierze sprawy w swoje ręce – stając się nie być bierną i pozbawioną głosu postacią, lecz aktywną i znaczącą bohaterką (podobny zabieg autorka zastosowała w „Zapomnianych bestiach z Eldu”). Tyle tylko, że zamiast poprowadzić protagonistkę odrobinę ciekawszą drogą, pisarka postanowiła, że ta będzie podążać szlakiem wyznaczonym przez Morgona. Ma to uzasadnienie fabularne, pozwala spojrzeć na pozornie te same motywy przez pryzmat innych doświadczeń, lecz w tym wypadku czytelnik może poczuć miejscowe rozczarowanie. Jednak ostatecznie takie rozwiązanie wcale nie odebrało całości swoistego uroku, a lekturze przyjemności.

W tych utworach historia nie rozwija się za sprawą wydarzeń, to także nie opowieść o miejscach – oba te segmenty wprawdzie mają znaczenie i zwykle nie są traktowane pretekstowo (z drobnymi wyjątkami), lecz najważniejsi są tutaj bohaterowie. Czytelnik śledzi ich drogę, ich przemianę, wewnętrzne rozterki i myśli, emocje i próby budowania relacji, zresztą same więzi to bodaj jeden z najjaśniejszych punktów w tych książkach. Są w nich wpisane archetypiczne cechy, z niektórymi McKillip świetnie się rozprawia, choć ostatecznie wiele kończy się tak, jak można się było tego spodziewać.

Zapewne wielu spodoba się też kreacja świata – to, że supremacja nie została przypisana kulturze, lecz naturze i że to właśnie ona stanowi fundament. Nie ma w niej pierwiastka chaosu, który trzeba zniszczyć, nie utożsamia się jej ze złem i przeciwnikiem. Chaosem są zagadki, dla wielu niezrozumiałe – to je przyjdzie bohaterom rozwiązać, żeby dowiedzieć się kilku prawd, w tym o sobie, swojej tożsamości i tym, co powinno być w życiu ważne. I może nie jest to wielce odkrywcze, ale taki finał i tak satysfakcjonuje.

Lavondyss – Robert Holdstock

W przypadku cyklu Holdstocka trudno będzie w Polsce o więcej niż dwa przetłumaczone kilkanaście lat temu w tomy, a i z nimi (szczególnie z „Lasem ożywionego mitu”) może być problem dostępności. Powieści ponadto wydają się mocno zapomniane i przede wszystkim niedocenione. A tak naprawdę to jedna z najoryginalniejszych serii fantasy jaka powstała, mocno wgryzająca się w teorie Carla Junga i Josepha Campbella. Wychodzi od nich, ale nie bawi się w tanie sprzedawanie ciekawostek, wykorzystuje je jako narzędzie do stworzenie własnego, niepowtarzalnego świata.

Tu to właśnie on, nie historie, nie (ludzcy) bohaterowie, wydaje się najciekawszy – od niego zaczyna się wszystko, co kreuje autor w swej opowieści, no i robi to niezwykle zręcznie. Niezwykle bogaty w znaczenia las to pełnoprawny bohater tych powieści, miejsce akcji i zarazem powód wydarzeń – w nim to splatają się najważniejsze wątki utworów, przez niego postacie przechodzą przemiany i to właśnie on zmusza je niejako do określonych działań. Ale to nie wyłącznie jakiś tam żywy las, niszczący świat i pożerający wszystko na swojej drodze – to nie tego typu książka, tę kreację lasu trzeba zrozumieć. Choć nie jest to wcale łatwo.

Holdstock na bohaterów cyklu wybiera zwykle osoby w jakiś sposób skrzywdzone (w pierwszym tomie są to bracie wychowujący się w nie do końca funkcjonalnej rodzinie, dotknięci samobójstwem matki i obsesją ojca, jeden z nich ponadto mierzy się z wojennymi traumami; drugi opowiada o dziewczynie, która pragnie odzyskać brata), noszące w sobie pewien rodzaj pustki, która upomni się o wypełnienie. Te motywy silniejsze są w „Lavondyss”, gdzie historia protagonistki nabiera bardziej osobistego charakteru, z kolei w „Lesie ożywionego mitu” mimo że jest tego więcej, jakoś zanika to w urokach, mrokach i tajemnicach skrytych w gąszczu…

Czego? Liści, drzew i krzewów? Sensów opowieści? Wiary, kształtowania się folkloru, mitów i legend? A może odwrotnie – budowania człowieka pierwotnymi narracjami? Holdstock nie chce odpowiedzieć. Daje sugestie i wskazówki, drogowskazy do miejsc, w których pojawiają się kolejne, tym razem w odwrotnym kierunku (zaprzeczające poprzednim). Czytelnik ma co w cyklu robić, ma co dekodować, ma co uzupełniać własną refleksją, nawet jeśli tekst jest tu gęsty od znaczeń, wydarzeń i pomysłów. Więc głównym pytaniem stawianym w książkach jest to czy bogowie, mity, legendy, czy podania są odbiciem naszych nieświadomości indywidualnych i zbiorowych oraz podświadomości, czy to my jesteśmy konstruktem powstałym na ich bazie?

Holdstock oddaje także pokłon J.R.R. Tolkienowi w postaci przelania takiej samej tęsknoty za utraconym. Za lasem, prastarą puszczą, która niegdyś porastała Wyspy Brytyjskie, za miejscami przez które przedzierał się Król Artur, Merlin i Robin Hood, za domem Tam Lina i Cernunnosa. A może przede wszystkim za pierwotnością i naturą, poniekąd odrzuconymi przez człowieka?

Siódmy miecz – Dave Duncan

W porównaniu z prozą Holdstocka ta Duncana powinna być lżejsza i szybsza w lekturze, głównie przez swój ludyczny charakter i natłok dynamicznych wydarzeń. Ale choć to trylogia popularna w pełnym tego słowa znaczeniu, nie można odmówić jej autorskiego piętna i oryginalnych rozwiązań fabularnych, a i niezwykle miłe okazują się tu nawiązania do fantasy lat 70. i 80.

Wszystko zaczyna się jak w powieści „Dziewięciu książąt Amberu”: bohater nie wie, gdzie się znalazł, a ostatnie, co pamięta to szpitalne wnętrze i stroskane twarze lekarzy. Jednak nie ma problemów z pamięcią, tylko z tym, co dzieje się wokół niego. Dosłownie przestał być sobą – wszedł w wyrzeźbione ciało, obok spoczywa piękna niewiasta i dziwaczny kapłan, nikt nie kwapi się do wyjaśnień. Dostaje lakoniczną odpowiedź na zaistniałą sytuację: to nie sen, to coś na kształt nowego życia, ratunku od śmierci i przeniesienie do innego świata (myśli o „Braciach Lwie Serce” czy „Smoku i Jerzym” nie będą tu nie na miejscu), gdzie czeka go skarb, lecz przedtem misja, w której wyłącznie ktoś taki jak on – ten nowy – może odnieść sukces. Z tym, że Wallie Smith, a teraz Shonsu, nie wie, jak być bohaterem i wojownikiem. Ale musi się nauczyć.

Duncan eksperymentuje wrzucając człowieka współczesnego do krainy rodem z legend, albo pozornie typowej fabuły fantasy – i to nie kogoś, kto nadaje się na herosa, prącego przed siebie, przełamującego barykady i miażdżącego czaszki wrogów. To opowieść o bohaterze przyjmującym rolę, do której kompletnie się nie nadaje i nie ma żadnych kompetencji, aby stać się tym, za kogo uchodzi. A mimo wszystko mu się udaje, jakoś sobie radzi z przeciwnościami i nieznanym, choć czasem jego perypetie przypominają przygodę Gary’ego Stu.

Ciekawa jest w „Siódmym mieczu” także struktura społeczna, podział na rangowe kasty, gdzie najwyższa to siódma, no i jak się można domyślić, Smith wszedł w ciało kogoś na tym poziomie; śledzenie tego, jak Shonsu musi radzić sobie z tym, kim się ad hoc stał, podejmować nierzadko poważne decyzje i ponosić ich konsekwencje. Myślę, że Duncan chcąc, albo i nie, zwrócił tymi motywami uwagę na ciężar, jaki może mieć odpowiedzialność.

Draconis Memoria – Anthony Ryan

Sięganie po starsze tytuły może dla niektórych nie być zbyt przyjemne, w takim razie chyba dobrym pomysłem będzie przyjrzenie się zdecydowanie nowszej trylogii fantasy. I tak, będą smoki. Niemniej, ich rola i charakter w cyklu Ryana odbiegają od standardowego wizerunku tych istot.

W trzech powieściach autorowi udało się stworzyć spolaryzowany świat rodem sprzed rewolucji przemysłowej, gdzie rzekome niewolnictwo mas – w literackim obrazie zniewolenie smoków – stało się czymś jeszcze gorszym niż wyzysk roboczy i nierówny dostęp do zasobów. Smoki, rasę wyraźnie wysoko inteligentną, sprowadzono tu do roli produktu, hodowanego wyłącznie w celu uzyskania cennego surowca: ich krwi, dzięki której swego rodzaju wybrańcy mogą posługiwać się magią, aby… no właśnie, czasem po prostu dla własnych zachcianek. Ale w pewnym momencie coś się zmienia, szykuje się wyzwolenie i, jak to u Marksa, rozniecenie pożogi, skierowanej przeciw dotychczasowym ciemiężycielom.

To nie jedyne odniesienie do XIX wieku. Ryan bawi się tu optyką minionych uczonych, z tym, że zjawisko rozszerza do całego gatunku, nie jak to miało miejsce u nas – do rasy. Czytelnik otrzyma więc antropocentryczne spojrzenie na latające jaszczury – są one postrzegane nie jako wolne i dumne stworzenia, ale stanowiące zagrożenie, niezrozumiałe i obce, tamtejszy człowiek widzi w nich istotę pragnącą go zniszczyć – a wzmaga się to, gdy smoki rzeczywiście rozpoczynają krwawą pomstę. Tyle że w tym przypadku gady stanęły przed moralnym dylematem: zgładzić czy być zgładzonym.

Jednak nie ma się czego bać, to nie moralizatorski traktat, gdzie symbolem zwierząt, niewolników i uciskanych stały się smoki – to powieść przygodowa, z wielkimi ekspedycjami, wątkami przedzierania się przez dalekie, niedostępne ostępy, albo przemierzania wzburzonych mórz i walką z żywiołami. Każda z części cyklu pozwala się dobrze bawić, są momenty wyraźnie nudniejsze, ale właśnie dzięki nim czytelnik nie ma wrażenia niekompletności czy dziur fabularnych.


W każdym ze wspomnianych cyklów pojawia się znacznie więcej sensów do odkrycia i poruszonych tematów, nad którymi warto się pochylić z refleksją. Pozwoliłem sobie skoncentrować na części i lekko je zarysować, aby pokazać, że w każdym z nich naprawdę jest czego szukać.