Kawerna - fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Konsole, Recenzje

Recenzja: Back 4 Blood (Xbox Series X)

Przygotowując się do napisania niniejszego tekstu postanowiłem zapuścić się na mój profil Steam, by sprawdzić ile godzin spędziłem przy dwóch odsłonach „Left 4 Dead”. Ku mojemu zdziwieniu, na zmaganiach z hordami solo, z przypadkowymi graczami, ale przede wszystkim ze znajomymi, spędziłem grubo ponad sto godzin. Wynik ten obiektywnie nie jest imponujący, ale jeśli założyć, że w tamtych czasach rzadko która gra była w stanie utrzymać mnie z dala od „World of Warcraft” na dłużej niż kilka godzin, jest to oznaka, że naprawdę te gry pokochałem. Choć od tamtego czasu wychodziło sporo gier kładących nacisk na kooperację PvE, tak desperacka walka z hordami żywych trupów w wykonaniu ekipy z Turtle Rock Studios pozostawała niedoścignionym wzorem. Dlatego też z szeroko otwartymi ramionami przywitałem „Back 4 Blood”.

Spadkobierca „Left 4 Dead” zabiera nas, a jakże, w podróż po świecie po brzegi wypełnionym mniej lub bardziej żwawymi trupami. Jak to zwykle bywa, naukowcy grzebali nie tam gdzie trzeba i wybudzili niezwykle zjadliwego robaka z kosmosu, który, niczym wrzucone pod łóżko przepocone skarpety, szybko zepsuł atmosferę. W tym momencie na scenę wkraczamy my, Czyściciele, grupa osób zdecydowana powstrzymać inwazję robaczych obcych i ocalić kogo tylko się da. Już chwilę po opuszczeniu pełniącego rolę bazy wypadowej Fort Hope poczułem się jak w domu (pełnego chcących mnie pożreć zombiaków, ale jednak w domu). Choć deweloperzy pełnymi garściami czerpali z hitu sprzed lat, to nie można nazwać B4B bezczelną kopią. Owszem, wiele elementów pozostało bez zmian, co najlepiej widać w przypadku zombie, które nawet jeśli pod inną nazwą, to podpadają pod znane weteranom L4D kategorie. Mamy tutaj odpowiedników Jockey’ów, Chargerów, Boomerów… ba, znajdzie się nawet odpowiednik mojej ulubienicy – wiedźmy. Jednak tam, gdzie wielu deweloperów mogłoby pokusić się o podbiciu rozdzielczości, dodaniu płatnych skórek i zaśpiewaniu za taki „remaster” pełnej ceny, Turtle Rock podeszli do tematu jak na fachowców przystało – wykorzystując sprawdzone fundamenty stworzyli coś nowego, przystosowanego dla współczesnego gracza.

Widzicie, drodzy czytelnicy, „Back 4 Blood” customizacją stoi i to do tego stopnia, że jako miłośnik grzebania przy cyferkach poczułem się niczym dziecko puszczone samopas na plac zabaw. Praktycznie każdy wybór ma tu znaczenie. Począwszy od postaci (dla przykładu, Evangelo nie tylko może szybko wyrwać się z uścisku raz na 60 sekund, ale ma też o 25% szybszą regenerację wytrzymałości oraz dodaje drużynie +5% do szybkości poruszania się, podczas gdy Mamuśka może raz na mapę „podnieść” pokonaną postać, może nosić o jeden przedmiot wsparcia więcej, jak też dodaje jedno „życie” drużynie) przez dobór broni oraz dodatków do niej, przez wyposażenie dodatkowe, a na kartach kończąc. Dokładnie tak – w B4B każdy z graczy otrzymuje możliwość skomponowania własnej, składającej się z piętnastu kart talii. Jeśli przyjąć, że obecnie w grze wspomnianych kart mamy sto pięćdziesiąt dwie, a każda postać oferuje solidne bonusy, skrojone pod konkretne efekty na kartach… możliwości skrojenia rozgrywki pod własne gusta są prawdziwie imponujące.

Trzeba też przyznać, że Turtle Rock Studios odrobiło pracę domową z systemów utrzymujących zaangażowanie graczy. Praktycznie co rozgrywkę coś się odblokowuje, dochodzą środki na wykupienie kart, czy kolejne wyzwania, a co za tym idzie, ciągle jest co robić. Ba, osoby chcące odblokować wszystko czeka wiele, wiele godzin, które w grze możemy spędzić na kilka sposobów. I tutaj docieramy do najciekawszej części B4B. Niezwykle rzadko mogę napisać, że jeden ze sposobów doświadczania gry jest nieprawidłowy, ale dokładnie tak jest w tym przypadku. „Back 4 Blood” błyszczy w trakcie zabawy ze znajomymi, z przypadkowymi graczami jest niezła, a PvP (truposze mają za zadanie ubić Czyścieli najszybciej jak się da, a tamci muszą przeżyć jak najdłużej. Zespoły zamieniają się co rundę zadaniami i tak do dwóch wygranych rund.) wypada znośnie, tak rozgrywka z botami zakrawa na kpinę i nie bez powodu ten sposób rozgrywki uniemożliwia zdobywanie osiągnięć. Boty są śmiertelnie celne, posiadają błyskawiczny refleks i bezinteresownie dzielą się apteczkami oraz amunicją. Przechodząc w ich asyście pierwszy akt czułem się niczym turysta na objazdowej wycieczce. Prócz kilku akcji, jak uruchomienie szafy grającej, czy podłożenie bomb na statku, boty są bezbłędne, a to wysysa całą frajdę z inaczej nieprzewidywalnej i chaotycznej zabawy.

W gruncie rzeczy, „Back 4 Blood” polega na przechodzeniu w kółko tych samych poziomów na kilku dostępnych poziomach trudności i nie można zaprzeczyć, że prędzej niż później może się to okazać dość monotonne. Tutaj dochodzimy do sedna – B4B jest świetną grą, o ile ma się z kim grać, albo z uporem godnym lepszej sprawy dąży do odblokowania wszystkiego. Ta gra błyszczy, gdy w słuchawkach mamy przyjaciół, a na muszce żywe trupy i jeśli tylko macie możliwość tak jej doświadczyć, nie wahajcie się ani chwili. W innym przypadku nowe dzieło Turtle Rock Studios może okazać się jednym z tych tytułów, które po kilku godzinach wyląduje na półce i zacznie je pokrywać kurz, nawet jeśli w minionym tygodniu deweloper ogłosił plany wprowadzenia w ramach darmowej aktualizacji możliwość rozegrania kampanii offline wraz z zapisywaniem postępów. Co innego, gdyby dodano kanapową kooperację, ale o tym nic nie słychać.