Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Film, Recenzje

Recenzja: Batman (2022)

Wydarzenia z ostatnich tygodni sprawiły, że minęła mi ekscytacja towarzysząca premierze nowego filmu z Mrocznym Rycerzem. Wydawało mi się, że blisko trzygodzinna, pełna duszącego klimatu kobyła, na jaką zapowiadał się „Batman” Matta Reevesa, przytłoczy mnie swoim ciężarem w tych paskudnie mrocznych czasach. I choć pierwsze kilka zdań które w filmie wypowiada główny bohater prawie sprawiły, że parsknąłem śmiechem (były tak edgy i mroczne w stylu, który zdążył już sparodiować „Lego Batman: Film”), tak kilka minut później byłem już w pełni wciągnięty w ten fascynujący świat i ledwie zauważyłem, kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe.

Scenarzysta i reżyser w jednej osobie odpuścił nam na szczęście kolejne opowiadanie originu postaci. Każdy z nas albo widział któryś z poprzednich filmów z Batmanem, albo czytał jakieś komiksy z nim, oglądał animację (zazwyczaj wszystko powyższe), a nawet jeśli nie – zna tę historię przez kulturową osmozę. Mroczny Rycerz którego poznajemy w najnowszej produkcji działa już od jakiegoś czasu, ale wciąż jest niedoświadczony – do tej pory nie musiał się też mierzyć z nikim więcej niż uliczne oprychy, które wystarczyło sprać po gębach. Jednak wraz z pojawieniem się Riddlera, zło w Gotham wkroczyło na nowy poziom.

Batman-detektyw to jeden z moich ulubionych aspektów tego bohatera w komiksach i z ogromną radością powitałem go także na ekranie. Zamiast prać się po pyskach z łotrem, Nietoperz przy pomocy Alfreda i komisarza Gordona będzie musiał rozwiązać kolejne zagadki zostawiane przez Riddlera, powoli odkrywając aspekty Gotham, o których nie miał wcześniej pojęcia. Miasto jest tu zresztą niezwykle realistycznie odwzorowane, dzięki spajającej (lub raczej oplatającej…) je sieci powiązań i wydarzeń (trwają właśnie wybory na burmistrza); Samo w sobie jest równorzędnym bohaterem opowiadanej historii. Uwielbiam neogotyckie Gotham z filmów Burtona i przez chwilę obawiałem się, ze bardziej realistyczne przedstawienie miasta skończy się tym, czym w trylogii Nolana (gdzie nigdy nie czułem, żeby była to metropolia Batmana, a raczej Chicago po którym biegają gangusy i gość w pelerynie), na szczęście nic takiego nie ma tu miejsca.

Kolejnym aspektem Batmana który uwielbiam, a który nie był do tej pory przedstawiany na ekranie (lub jeśli był, to w sposób bardzo ułomny), jest Batrodzina – grupa najbliższych mu osób, z którymi buduje złożone relacje. Batman bowiem, choć powszechnie znany jest raczej jako samotny mściciel, bynajmniej od ludzi nie stroni. Trudno znaleźć drugiego bohatera z równie pokaźną grupą „pomocników” – od Alfreda, przez zastępy Robinów, po Catwoman. Reeves wprowadza nam tu Alfreda, który nie jest tylko lokajem przypominającym o tym, że zupa stygnie, a zastępczym ojcem Bruce’a i sprawnym detektywem, Catwoman która nie jest jedynie symbolem seksu, a niezależną, silną choć nieco pogubioną postacią z ciekawą historią. Gordona który działa, a nie tylko czeka na pomoc Nietoperza. Z ogromną przyjemnością śledziłem te interakcje ciesząc się, ze w końcu – oprócz Batmana i jego przeciwników – dostałem pełnoprawne postaci drugiego planu, a nie tylko stanowiące tło atrapy. Czekam na więcej, bo jest tu bardzo duży potencjał między innymi na ciekawego Robina.

Oczywiście nawet najlepiej napisane role nie sprawią, że uwierzymy w nie na ekranie – do tego potrzebni są równie utalentowani aktorzy. Z ogromną przyjemnością mogę potwierdzić, że casting był idealny. Największe kontrowersje wzbudzał oczywiście wybór Roberta Pattinsona do roli tytułowego bohatera. Za aktorem, choć od tej roli minęło już kilkanaście lat, wciąż ciągnie się odium świecącego brokatem wampira Edwarda ze „Zmierzchu”. Pattinson od tamtego czasu zagrał co prawda szereg znakomitych ról, w których udowodnił swój ogromny talent, były to jednak raczej kameralne produkcje pokroju „Lighthouse”. Teraz w końcu dostał możliwość zmiany wizerunku w blockbusterze, dzięki czemu już chyba raz na zawsze udało mu się zerwać z brokatową łatką. Pozostałym członkom obsady wystawię zbiorczą laurkę, żeby nie powtarzać komplementów pod adresem każdego z nich.

Żałuję, że w filmie – trwającym trzy godziny! – nie znalazło się miejsce na Bruce’a Wayne’a. Ten pojawia się co prawda w kilku scenach, ale tak naprawdę i wtedy jest bardziej „Batmanem incognito”, niż Brucem. Tym bardziej razi to w oczy, że w niektórych momentach aż prosi się o to, żeby Batman zdjął maskę i działał dla dobra Gotham (lub swojego) jako Bruce Wayne, jest tu wręcz wywoływany do tablicy. Liczę, że Matt Reeves nadrobi to w kontynuacji.

Z opowiadaną historią fantastycznie współgra warstwa wizualna i dźwiękowa filmu. Gotham jest mroczne, ciasne i duszne, pełne brudu i mroku – scenografowie i spece od kostiumów wykonali tu kawał fantastycznej roboty. Nie brakuje też scen stanowiących ucztę dla oczu – pierwsze pojawienie się Batmana lub Batmobilu, walka w ciemnym korytarzu, scena z flarą – reżyser tworzy na ekranie przepiękne obrazy, które na długi czas ze mną zostaną. Na tle dzieła Reevesa jeszcze bardziej miałko wypadają kadry Snydera, który tak bardzo starał się odtworzyć ikoniczne obrazki z komiksów, że zupełnie zapomniał, że powinny one też nieść za sobą treść. U Reevesa forma i treść zawsze idą w parze. W trakcie seansu nie zwracałem na to uwagi aż tak mocno, ale fenomenalna jest oprawa dźwiękowa autorstwa Michaela Giacchino, w którą umiejętnie wpleciono także utwór autorstwa Kurta Kobaina, „Something in the Way”. Od dawna nie zdarzało mi się już słuchać soundtracków z filmów, ale dla tego z „Batmana” z przyjemnością robię wyjątek.

Osobną sprawą jest fabularne oraz wizualne podobieństwo do „Siedem”, klasycznego thrillera z 1995 roku. Momentami nawiązania do filmu Finchera były tak wyraźne, że zastanawiałem się, czy to jeszcze jest cytat, czy już remake. Nie zdziwiłbym się, gdyby w materiałach z planu zdjęciowego „Batmana” okazało się, że w jednej ze scen Pattinson przez przypadek krzyczał „what’s in the box?!”. Wszystkim którzy po seansie „Batmana” będą odczuwać niedosyt, polecam „na dokładkę” seans wspomnianego wyżej filmu. A wyjątkowe łasuchy niech spróbują jeszcze „Zodiaku”, również autorstwa Finchera.

Nie miałem ochoty na kolejną wersję Batmana w mrocznym wydaniu, jeśli jednak miałem zobaczyć taką interpretację, to tylko taką jak w wersji Matta Reevesa. Bo pomimo całego mroku, jaki otacza tego bohatera, staje się on także symbolem nadziei. Podobnie jest z realizmem – niby film stara się być bardzo blisko naszej rzeczywistości, ale jednocześnie jest niezwykle komiksowy. W końcu mieliśmy okazję zobaczyć na srebrnym ekranie dlaczego Batman uznawany jest za jednego z największych detektywów popkultury (nawet, jeśli same zagadki pozostawiają trochę do życzenia). Nareszcie dano mu postaci z którymi może nawiązać ciekawe relacje. Nie mogę się wręcz doczekać kolejnych produkcji z tym Batmanem, jego rozwoju zarówno jako Nietoperza, ale też tego co pokaże jako Bruce Wayne. Z niecierpliwością wypatruję powiększenia Batrodziny o kolejnych członków. Matt Reeves stworzył prawdopodobnie moją ulubioną interpretację Batmana i z ogromną nadzieją spoglądam na następne produkcje z ich udziałem. DC w końcu udało się wykreować postać, na której można oprzeć całe uniwersum, zobaczymy więc w którą stronę to pójdzie (już oficjalnie zamówiony został serial z Pingwinem).