Kawerna - fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Film, Recenzje

Recenzja: Black Panther: Wakanda Forever

Na „Black Panther: Wakanda Forever” (wybaczcie, ale durne tłumaczenie „Wakanda w moim sercu” nie chce mi przejść przez klawiaturę) wybierałem się, nie do końca wiedząc, czego oczekiwać, co w przypadku MCU zdarza mi się naprawdę rzadko. Zwiastuny pokazywały jakiś zarys fabuły, ale w zasadzie nie miałem pojęcia, kto ma być głównym bohaterem całej historii i w którą stronę ona podąży.

Najpierw jednak należy powiedzieć o najważniejszym, czyli sposobie w jaki pożegnano postać graną przez zmarłego Chadwicka Bosemana. Nieco zazdroszczę osobom, które miały pełne przekonanie do opcji recast lub zgon poza ekranem. Moim zdaniem żadna z nich nie była właściwa, jednak biorąc pod uwagę wybór studia, udało się całość przeprowadzić z ogromnym szacunkiem. Widać, jak ważną osobą dla wszystkich odpowiedzialnych za tę produkcję był Chadwick Boseman i w „Black Panther: Wakanda Forever” ładnie go pożegnano. Ewidentnie twórczy przepracowali żałobę, pracując nad tym filmem, i jednocześnie dali taką samą możliwość widzom.

Dość szybko okazuje się, że w role protagonistki i antagonisty (choć nie złoczyńcy) wchodzą Shuri i nowa powstać w MCU, władca podmorskiego państwa – Namor. Postać oraz wątek Namora zostały poprowadzone z mistrzowskim wyczuciem – wcielający się w niego Tenoch Huerta posiada niesamowitą prezencję, jest władczy, charyzmatyczny i przekonany o swojej racji. Wiesz, że dla swego kraju zrobi wszystko, a jeśli coś zapowiada – słowa dotrzyma. Ogromne brawa należą się twórcom za wpisanie Namora oraz jego państwa w mezoamerykańskie tradycje, efekt jest bowiem fenomenalny. Jestem wielkim fanem fantazji z gatunku: „a co gdyby to zupełnie odmienne kulturowo państwo mogło się rozwijać samodzielnie, bez ingerencji świata zachodniego” – efekt jest równie interesujący co w przypadku Wakandy. Podoba mi się także, że geopolityka ma dla tej historii znaczenie. Bohaterowie dogadaliby się na płaszczyźnie prywatnej, jednak dobro ich królestw jest dla nich ważniejsze i to nim muszą się kierować.

Nachwaliłem się Namora, pora więc ponarzekać. Choć Shuri świetnie wypadała jako bohaterka drugiego szeregu, kompletnie nie dźwiga (również aktorsko; w tej roli Letitia Wright) ciężaru pierwszego planu. Scenarzyści starają się dopisać jej na szybko jakieś dodatkowe motywacje i cechy, ale rozłazi się to w szwach. W dodatku właściwie każdy aktor, który zjawia się obok Letiti Wright, momentalnie kradnie jej każdą scenę – wspominałem już o Tenochu Huercie, ale to samo dzieje się, gdy pojawiają się Angela Basset (fenomenalna królowa matka) czy nawet Winson Duke (M’Baku). Ba, nawet kiedy w drobnej rólce występuje pewna znana postać z poprzedniej części, to choć trwa to zaledwie 2-3 minuty, i tak zjada Shuri na śniadanie. Dużą krzywdę zrobiono też granej przez Lupitę Nyong’o Nakii, która pojawia się jedynie kilka razy, a scenarzyści najwyraźniej nie za bardzo wiedzieli, co z nią zrobić. Kompletnie zbędny wydaje się też miniwątek Everetta Rossa, który w teorii ma nam dodać nieco geopolitycznego tła, o którym wspominałem wcześniej, ale w praktyce jest bardziej furtką do rozbudowy MCU. Właściwie poprzednie zdanie mógłbym skopiować i wkleić, gdybym chciał napisać coś o Riri Williams, czyli Ironheart.

„Czarna Pantera” bardzo mocno zawiodła moje oczekiwania w kwestii scen walki, na szczęście kontynuacja nie popełnia tych samych błędów. Za każdym razem, kiedy Namor postanawia rozwiązać coś przemocą, ręce same składają się do oklasków – świetnie ogląda się go w akcji! Mamy też znakomity pojedynek Okoye z Attumą, a i finałowe starcie dostarcza czegoś więcej, niż bitka dwóch identycznych plastikowych zabawek, jak miało to miejsce w 2018 roku. Dość dobre wrażenie psują najbrzydsze stroje w historii MCU (kiedy się pojawią, będziecie wiedzieli o które chodzi). Marvel ma ostatnio serię wyśmiewania różnych swych błędów w filmach, uznając, że przez to chyba przestają być żenujące (vide: finał „She-Hulk”). Spoiler: nie przestają.

Kiedy „Black Panther: Wakanda Forever” robi coś dobrze, jest to naprawdę świetne widowisko, niestety ani w scenariuszu ani na planie nie udało się rozwiązać wielu problemów. Film, szczególnie w środkowym akcie, potrafi wpaść na spore mielizny, a ponieważ nie niesie go główna bohaterka, ciężko mu z nich wypłynąć. Podoba mi się ograniczenie humorku, ta tonacja zdecydowanie pasuje do najnowszej produkcji MCU. Fenomenalny jest Namor oraz cały jego wątek, a królowa Ramonda i M’baku sprawiają, że chce się wracać do Wakandy. Biorąc pod uwagę zadanie, jakie stanęło przed twórcami, oraz ładne pożegnanie ich kolegi, całość się broni i dostarcza wielu emocji.

PS Jest tylko jedna scena po napisach, więc nie musicie siedzieć w kinie do końca. W sumie, biorąc pod uwagę co się w niej dzieje, to najlepiej gdybyście wyszli jeszcze przed nią…