Kawerna - fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Film, Recenzje

Recenzja – Thor: Miłość i grom

Kiedy w pewnym momencie MCU zaczęło zjadać własny ogon, dwóch twórców tchnęło w to uniwersum nowe życie – James Gunn oraz Taika Waititi. Obaj potrafili w fantastyczny sposób połączyć humor (często absurdalny) z dużą dozą dramatu oraz perfekcyjnym prowadzeniem bohaterów. Obie części „Strażników Galaktyki” i „Thor: Ragnarok” to do dziś jedne z moich ulubionych filmów Marvela, do których często i z przyjemnością wracam. Dlatego też od kolejnych produkcji obu wspomnianych wyżej twórców podchodzę za każdym razem z wielkim entuzjazmem, ale też dużymi oczekiwaniami; te ostatnie mam szczególnie wysokie wobec Waititiego, którego „JoJo Rabbit” jest jednym z najpiękniejszych kinowych doświadczeń, jakie miałem okazję przeżyć. Czy o „Thor: Miłość i Grom” będę mógł się wypowiadać równie pozytywnie, co o wspomnianych produkcjach?

Nie ma w MCU bohatera, który poniósłby większe straty niż Thor Odinson. Lista dramatycznych wydarzeń z jego udziałem jest tak długa, że to cud, że udaje mu się jeszcze zachować pogodę ducha. Nawet najbardziej tragiczny bohater musi jednak dostać czasem od życia coś dobrego, dlatego też Taika Waititi w najnowszej produkcji postanawia wrócić do jedynej miłości Thora- Jane Foster. Romans tej dwójki w obu filmach z Thorem nie był jednak dla widza specjalnie przekonujący, w dodatku został zakończony poza ekranem, o czym dowiadujemy się z jednego żartu w „Avengers: Czas Ultrona”, dlatego też w „Miłości i Gromie” mamy okazję zobaczyć nieco więcej kulis tej relacji – zarówno dobrych, jak i złych. W końcu dowiadujemy się też o przyczynach rozstania pary. Jane nie wraca tu jednak jedynie jako dawna ukochana Odinsona – w wyniku pewnych zdarzeń, jest w stanie odbudować Mjolnir, podnieść go i zyskać moce Mighty Thor. Wątek ten, dobrze znany fanom komiksów z kultowego już runu Jasona Aarona, został przez Waititego bardzo umiejętnie wpleciony do MCU, a relacja Odinsona i Jane stanowi zdecydowanie najmocniejszy punkt filmu. Sporo uwagi – choć w mojej opinii nieco zbyt mało – reżyser poświęcił także przeciwnikowi bohaterów, Gorrowi. Nosi on przydomek „rzeźnik bogów”, nie trzeba więc zbyt długo myśleć nad tym, jaki przyświeca mu cel. Wcielający się w Gorra Christian Bale dostaje okazję do zaprezentowania pełnej gamy uczuć, dzięki czemu czasem mu współczujemy, innym razem boimy się go, nienawidzimy lub nawet kibicujemy. Nie ma go jednak na ekranie aż tak dużo, jakbym sobie tego życzył. Żałuję, że nie otrzymaliśmy jeszcze kilku scen z Gorrem, które pogłębiłyby tę postać. Wciąż ma on jednak mnóstwo czasu ekranowego w porównaniu z resztą drużyny bohaterów – to, że Korg pełni jedynie rolę elementu komediowego, nie jest zbyt dużym zaskoczeniem, ale sprowadzenie do tej roli Walkirii boli. Tessa Thompson znakomicie prezentuje się na ekranie, a w „Miłości i Gromie” widzimy ją może przez kilka minut, zwykle gdzieś w tle. Thor ma tu bardziej rozbudowaną relację ze swoim toporem niż z Korgiem i Walkirią. Ba, nawet Star Lord, który pojawia się na ekranie jedynie w prologu, zdaje się więcej wnosić do filmu, niż wspomniana wyżej dwójka! Na osobną wzmiankę zasługuje Russell Crowe, który jako butny Zeus cudownie bawi się swoją rolą, kradnąc każdą scenę.

„Thor: Ragnarok” zachwycał stylistyką – bogatą paletą kolorów, szalonymi designami, odwołując się w warstwie audio-wideo do produkcji SF sprzed pięćdziesięciu lat. „Miłość i Grom” również idzie w tę stronę, ale odnoszę wrażenie, że tam gdzie „Ragnarok” biegł śmiało, najnowsza produkcja spokojnie sobie spaceruje, a momentami nawet się cofa. Po przyjemnie kiczowatym prologu, jedyną wartą uwagi lokacją, jest schronienie bogów. Widać, że tworzenie go sprawiło ekipie odpowiedzialnej za film mnóstwo frajdy, i jest tam masa smaczków do odkrycia, ale w tej lokacji spędzamy niewiele czasu. Od momentu opuszczenia przez bohaterów schronienia bogów, na ekranie nie zachwyca już właściwie nic. O ile jeszcze pozbawiona kolorów planeta, którą widzimy w trailerze, mogłaby być ciekawym urozmaiceniem, tak już finałowa lokacja jest po prostu nudnym, mdłym tłem. Choć w filmie nie brakuje momentów, kiedy ma się ochotę zakrzyknąć „fuck yeah!”, jest ich zdecydowanie zbyt mało. Nie wiem, czy najciekawszego wizualnie pojedynku, nie widzimy w prologu – później to już tylko klasyczne dla MCU tłuczenie się na tle ciemnych planów. Na szczęście tam, gdzie niedomaga obraz, całość ciągnie w górę muzyka. Tak jak w „Ragnarok” znakomicie udało się wpleść „Immigrant Song” Led Zeppelin, w „Miłości i Gromie” rządzą utwory Guns’n’Roses. Piosenki Gunsów dają filmowi potężnego kopa i idealnie wpisują się w estetykę przygód kosmicznego wikinga.

„Miłość i Grom” to idealna blockbusterowa pozycja na lato – jest tu mnóstwo humoru, cudowna para głównych bohaterów, ciekawy villain i odrobina dramatu. Tego ostatniego jednak jest moim zdaniem nieco za mało. O ile nie chciałbym porównywać przygód Thora do kina autorskiego w stylu „JoJo Rabbit”, tak od Waititiego oczekiwałbym dawki emocji podobnej, jak chociażby w finale „Strażników Galaktyki 2”. „Miłość i Grom”, choć ma ciekawe i ładne zakończenie, w żadnym momencie nie zbliża się pod tym względem do filmu Gunna. Jest tu dużo serca, kilka ciekawych pomysłów, masa radochy, ale od Taiki Waititiego oczekuję więcej. Z pewnością wyjdziecie z kina zadowoleni, ale wątpię, żebyśmy wspominali „Miłość i Grom” jeszcze przez wiele lat. I choć w recenzji trochę narzekam, przyznam, że nie mogę się już doczekać kolejnej produkcji z Thorem, mam też nadzieję, że będzie za nią odpowiadał nowozelandzki reżyser. Kierunek w którym zmierza Thor w zakończeniu sprawia bowiem, że mogę w końcu otrzymać produkcję z MCU, jakiej bardzo na tym etapie życia potrzebuję!