Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Co się nie udało w Battlefield 1?

Wraz z wydaniem czwartego, ostatniego DLC do „Battlefielda 1” przygoda w okopach I Wojny Światowej zmierza ku końcowi. Na horyzoncie majaczy już EA Play na którym po raz pierwszy zobaczymy nową odsłonę serii w akcji, a ostatnie miesiące życia BF1 to doskonała okazja na wszelkiego rodzaju podsumowania, w tym wytykanie potknięć speców z Dice. Co w BF1 się nie udało? Nad którymi elementami rozgrywki trzeba się pochylić, a które najlepiej całkowicie wyrzucić?

Na wirtualnym polu bitwy w „Battlefieldzie 1” spędziłem więcej czasu, niż przy jakiejkolwiek innej grze w tej i poprzedniej generacji konsol i nawet mimo ogromnych pokładów sympatii dla tego tytułu, nie twierdzę, że jest on grą idealną. Już po kilku godzinach rozgrywki można wskazać elementy, które w najlepszym przypadku jedynie przeszkadzają w rozgrywce, a w najgorszym ponoszą odpowiedzialność za coraz częstsze pustki na serwerach.

Choć poniższej listy w żadnym wypadku nie można uznać za kompletną, postanowiłem wyróżnić kilka problemów, których obecność w nadciągającej odsłonie serii może podciąć jej nogi już na starcie.

1. Nuda

Pod tę kategorię podpada zarówno zbyt długa przerwa między wypuszczaniem dodatków, jak i wyjątkowo skąpa ilość rzeczy do odblokowania. Jedną z podstawowych, wytykanych już od premiery wad „Battlefielda 1” była mizerna ilość pukawek oraz gadżetów, jak i kompletny brak pola do popisu przy personalizacji wyposażenia. W porównaniu do ostatnich odsłon, BF1 nie proponował żadnego wyzwania dla graczy, nagradzając kolejnymi pukawkami przez pierwsze trzy poziomy i… to by było na tyle. Każda z klas otrzymała po cztery bronie, sztucznie rozmnożone pod pretekstem wariantów sprowadzających się głównie do różnych przyrządów celowniczych. Gdzie tam BF1 do szerokiego wachlarza oporządzenia z BF4, czy Hardline. Oczywiście, można fakt ten tłumaczyć realiami historycznymi, ale Dice najwyraźniej niezbyt się nimi przejmowało, wrzucając do gry bronie i pojazdy albo nieistniejące podczas I Wojny Światowej, albo ich prototypy. Owszem, kolejne DLC starały się naprawić tę bolączkę, jednak i tutaj pojawił się spory problem. Nie wszyscy wytrzymali do ich przybycia. Dla porównania – pięć miesięcy po premierze BF1 gracze wciąż biegali po dziewięciu mapach, podczas gdy w tym samym okresie w BF4 wprowadzano trzecie rozszerzenia, ponad dwukrotnie zwiększając ilość dostępnych na starcie map. Nie wspominając o broniach, gadżetach i pojazdach. Mam gorącą nadzieję, że w nowym Battlefieldzie Dice zadba o brak nudy w rozgrywce, stawiając przed graczami nie tylko szereg wyzwań celem odblokowania sprzętu, ale i zapewniając stały napływ świeżej zawartości.

2. Serwery

Nie do końca wiadomo dlaczego Dice postanowił porzucić dotychczasowy system wyszukiwania i przyłączania się do serwerów. Dotyczy to zarówno dołączania do znajomych w grze (które potrafi nagle przestać działać, lub rzucić na zupełnie inny serwer), jak i przeglądania oraz filtrowania dostępnych rozgrywek. Dochodzi do tego przedziwna polityka, rzucająca kłody pod nogi osobom chcącym wynająć własny serwer. Wystarczy najdrobniejsza modyfikacja domyślnych ustawień (jak wybranie jedynie kilku map, czy ograniczenie dostępności pojazdów), by taki serwer został automatycznie wyłączony z szybkiego dołączania, zmuszając zainteresowanych rozkręceniem własnego miejsca w BF1 do intensywnego reklamowania się w mediach społecznościowych lub grania na pustych mapach. Dochodzi do tego paradoksalnie długi czas opuszczania rozgrywki, który potrafi trwać dłużej niż wyłączenie i włączenie samej gry.

Jakby tego było mało, ostatnia łatka dokonała spustoszeń w infrastrukturze, m.in. niezależnie od platformy powodując spadek liczby klatek każdym razem, gdy gracz zadawał jakiekolwiek obrażenia. Przez kilka dni „Battlefield 1” był niegrywalny, odstraszając i denerwując nawet zatwardziałych weteranów. Choć od tego czasu Dice załatało wadliwą łatkę, ale serwery nadal świecą pustkami.

3. Przepustka sezonowa a mikrotransakcje

Nie ulega wątpliwości, że zamykanie dodatkowej zawartości za przepustką sezonową działa na niekorzyść gry, rozbijając już i tak topniejącą społeczność na osobne piaskownice. Posiadający jedynie podstawową wersję gry zostają ograniczeni do kilku broni oraz map, a co za tym idzie, w ich szeregi szybko wkrada się nuda oraz frustracja. Uczucia te są jedynie potęgowane przez graczy gotowych zapłacić dwukrotnie za grę, którzy raz na jakiś czas nawiedzają ich serwery, kosząc konkurencję nowymi i potężniejszymi pukawkami. Gracze gotowi wyłożyć dodatkowe dwieście złotych trafiają natomiast na serwery premium, gdzie już po kilku miesiącach rozpoczynanie rundy przy minimalnym składzie osobowym nie jest czymś niespotykanym. Tak to przynajmniej wyglądało w przypadku „Battlefielda 1”. Wydanie „Battlefronta II”, pomijając ogromne kontrowersje z nim związane, dało nadzieję na przyszłość bez niepotrzebnych podziałów. Należy się jedynie zastanowić czym Dice do spółki z EA będzie chciało łatać wpływy nadszarpnięte brakiem premium. Jeśli stworzenie jednej, wspólnej bazy graczy w obrębie platformy będzie związane z obecnością skrzynek z kosmetyką… nie byłaby to chyba aż tak wysoka cena. Jeśli tylko postępy w grze oraz odblokowywanie pukawek nie będą związane z zasobnością portfela.

4. System podboju (utrata/zyskiwanie biletów za przewagę we flagach)

Jedną z wprowadzonych w „Battlefield 1” zmian był sposób liczenia punktów w trybie podboju. Podczas gdy w poprzednich odsłonach punkty otrzymywała drużyna posiadająca przewagę pod względem ilości przejętych flag (nie licząc fragów), obecnie punkty naliczane są po obydwu stronach, a od flag zależy jedynie tempo ich przyrostu. Prowadzi to do sytuacji, w której mało kto w ogóle decyduje się na obronę lokacji, a przez mapę przetaczają się dwie fale graczy, wpadając na siebie od czasu do czasu. Jednoczesne naliczanie sprawia również, że niezwykle trudno jest odrobić poważne straty bez zepchnięcia przeciwnika ze wszystkich punktów (co jest nierealne w sytuacji, gdy nasza drużyna już zbiera cięgi). Przywrócenie dawnego systemu przyznawania punktów w podboju nie tylko wpłynęłoby pozytywnie na graczy, zachęcając do większego PTFO w zakresie obrony, ale też zadziała motywująco, dając realną nadzieję na odrobienie strat.

5. Szarża

Ilu graczy, tyle opinii na temat szarży. Z całą pewnością, na papierze wyglądała świetnie, urozmaicając rozgrywkę, stanowiąc jedną z najlepszych kontr dla klas elitarnych, a przy tym świetnie się wpisując w realia I Wojny Światowej. Niestety, w praktyce gracze szybko nauczyli się żywić głęboką niechęć do charakterystycznego krzyku towarzyszącemu odpalaniu szarży. Jeszcze przed tzw. „nerfem” gracze potrafili w sprincie dokonywać cudów, lawirując między pociskami, a nawet wykonując zwrot na pięcie, byle tylko dopaść przeciwnika. Nowatorski system szybko stał się symbolem nieprzemyślanej innowacji oraz obiektem nieszczególnie wybrednych żartów.

6. Stawanie w ogniu od byle iskry

Problem ten, choć znacznie mniej dokuczliwy od poprzednich, zasłużył na honorowe umieszczenie na niniejszej liście. W „Battlefieldzie 1” nie brakuje możliwości zamiany w ludzką pochodnię, czy to od granatu, miotacza ognia, czy od flary zwiadowcy. Jest to całkiem interesujący mechanizm, a pokrywające pole bitwy dopalające się zwłoki graczy świetnie wpływały na klimat. Jednakże w tym przypadku Dice przedobrzyło, co poskutkowało stawaniem w ogniu po choćby chwilowym kontakcie nawet z płomieniami stanowiącymi element mapy. Jest to szczególnie widoczne na Wzgórzach Verdun, gdzie jedna ze stron musi pokonać płonące tu i ówdzie zbocze. Obserwowanie jak połowa drużyny spala się na skwarkę jest zabawne za pierwszym i drugim razem, ale później już tylko irytuje.

Wymienione błędy i potknięcia nie oznaczają, że „Battlefield 1” jest grą słabą, a wręcz przeciwnie. Dice wypuściło na rynek kawał porządnej gry, do której wciąż mam ochotę wracać, nawet mimo faktu, że odblokowałem sobie już co chciałem, a serwery po ostatnich problemach z frameratem nadal świecą pustkami. Jeśli Szwedzi wyciągną wnioski z ostatnich osiemnastu miesięcy i PRowej klapy jaką był „Battlefront II”, nadciągający „Battlefield” może okazać się tym, czego seria potrzebowała, by zadowolić nowych graczy i skusić weteranów do powrotu. Jednakże zanim nie otrzymamy oficjalnego ogłoszenia, wszystkie te gdybania pozostaną jedynie gdybaniami.