Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Felietony

Na seans z przymrużonym okiem – niszowe czy kultowe?

Kino klasy B to coś w rodzaju tańszego substytutu pierwszoligowych produkcji, kiedyś prezentowanych na srebrnym ekranie – dziś najczęściej ukazującego się jedynie w telewizji oraz na płytach DVD. W swym założeniu owe filmy miały co nieco przełamywać, stwarzać poletko dla niedoświadczonych, nieposiadających wielkiego budżetu reżyserów, często wręcz żółtodziobów, w których dziełach również grali amatorzy, zaś scenariusz zazwyczaj był płytki i linearny, albo z wymuszonymi, przewidywalnymi zwrotami akcji. Trzeba jednak podkreślić, że obrazy klasy B są nakręcone poprawnie. Niektórzy reżyserzy (Ed Wood) bądź wytwórnie (Toma) pozostali przy tworzeniu takich obrazów i nie chcieli postawić kroku w kierunku „lepszego” kina.

 

Obecnie wiele komponentów uległo zmianie, ewoluowało, zmieniło kryteria – a określenie, co dokładnie zalicza się do kategorii A, B czy C nierzadko stanowi problem. Wciąż co prawda wyznacznikiem jest budżet i poziom doświadczenia, ale także doświadczeni twórcy czasem biorą się za nakręcenie takiego obrazu, a i odrobinę znani aktorzy pojawiają się w tego typu produkcjach.

lolJednak – skoro mamy już tak ogromny wybór pozycji z przyzwoitym budżetem, dobrym scenariuszem, utalentowanymi aktorami – dlaczego wciąż sięgamy po tytuły kategorii B, które już na starcie wydają się „gorsze”? Być może winna jest tu swoboda autorska, mniejsze przywiązanie do realiów i autentyzmu, co sprawia, że film nie jest kalką wyciętą z życia (z dodatkowymi elementami), tylko obrazem zupełnie fikcyjnym, pozbawionym znanych nam zasad i logiki – i bodajże to jest jednym z kluczy. Bo gdy przychodzi nam oglądać dopracowany „Interstellar”, a po nim „Zaginiony lot” (w obu filmach występują, choć w całkowicie innym sztafażu i sytuacji, podobne motywy) to mamy wrażenie, że po jambalayi z owocami morza jemy średniego kebaba z przydrożnej budki z nieprzestrzeganymi zasadami BHP. Jakby się jednak głębiej zastanowić, w pierwszym obrazie wszystko – dziś – jest nam dobrze znane, wiemy czego możemy się spodziewać i oglądamy odkrywanie nieznanego; w przypadku drugiego filmu nieznane jest na pierwszym planie, bo zagrania, triki i efekty specjalne wydają nam się nazbyt nachalne i wprawiają widza albo w zmieszanie, albo w irytację, co też ma swoje dobre strony.

„Coś nowego” to także kluczowe sformułowanie dla kina klasy B, ponieważ wiele scenariuszy opiera się na ciekawym pomyśle, niestety często nie wykorzystując potencjału. Mimo to fabuła zachęca do obejrzenia, a z przymrużeniem oka nawet można się na takich produkcjach dobrze bawić. Dowodem tego jest „Ósma plaga” – archeolodzy odnajdują tajemnicze nasiona, z których kiełkują zaskakująco szybko rozrastające się pnącza, powoli zajmujące i zabijające wszystko, co stanie im na drodze. Scenariusz od razu jawi się jako klasa B, ale mimo wszystko intryguje – „co też mogą zwojować takie roślinki?”. Podobnie jest w przypadku „Zodiaku: Znaków destrukcji”, gdzie Słońce zostaje przysłonięte przez obcą planetę, a świat może uratować informacja zakodowana w starożytnych symbolach – czyż nie wydaje się to aż nazbyt naiwne i niedorzeczne? Właśnie, ciekawość i tak zachęca do zerknięcia, i być może postawi na swoim. Jednak kino kategorii B operuje również ogranymi kliszami, które już wcześniej się sprzedały – „Przeczucie zbrodni” to historia gliniarza nękanego koszmarnymi wizjami przyszłości, powoli się spełniającymi, coś podobnego można było zobaczyć chociażby w filmie „Next” z Nicolasem Cage’em; ale też „Moce ciemności” nie prezentują w warstwie fabularnej niczego odkrywczego – zły duch ucieka z więzienia (tu: sarkofag) i zaczyna mordować ludzi, czyli scenariusz wyciągnięty z tysiąca i jednego horroru.

A może to niszowość sprawia, że ludzie chętniej oglądają takie produkcje… Moda na robienie czegoś innego niż większość wciąż jest w łaskach, więc dlaczego nie oglądać czegoś, co ogląda mniejszość? Na co wyczekuje mniejszość? To raczej mało prawdopodobne, aby po „Tajemnice Stonehenge” czy „Przepowiednie końca świata” sięgali hipsterzy czy poszukiwacze niszowości, ale kto wie, być może taki malutki czynnik odgrywa gdzieś w tym zagadnieniu jakąś rolę?

lol3

Czy to wszystko może sprawić, że widz ma ochotę na film spod znaku B? Najwyraźniej tak. Wypada dodać też, iż w takowych produkcjach nie brak niewybrednego, miejscami rubasznego humoru, scen przemocy i sprośności, taniej widowiskowości i śmiesznych efektów specjalnych, a do tego przy oglądaniu takiego kina należy „wyłączyć” mózg. Być może to kolejny trop – odprężenie, całkowita chwila relaksu i niezobowiązującej rozrywki. Jak w przypadku kultowych już „Morderczych klaunów z kosmosu”, które stały się niemal ikoną kina klasy B. A ogląda się z rozbawieniem w – przymrużonych – oczach.