Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Biblioteka, Felietony

U fundamentów robotyki – felieton

Cały ostatni tydzień spędziłem na poprawianiu pozycji robota. Wierzcie lub nie – nie jest to najciekawsza rzecz na świecie. Pięć setek w prawo i śrubokręt kaleczy obudowę, pięć setek w lewo i nie łapie śruby (setka to oczywiście setna część milimetra). Jeśli słyszeliście przeklinającego programistę robotów, to bardzo prawdopodobne, że rzucał mięsem właśnie dlatego, że jego ukochany mitsubishi, epson, fanuc, kawasaki czy kuka za nic nie chce robić tego, co powinien. To nie tak miało być.

Robotyka bez Asimova

Nie pomylę się chyba zbyt mocno, jeśli stwierdzę, że jeszcze kilka lat temu większość czytelników rozpoczynała swoją przygodę z fantastyką od kilku spośród największych nazwisk gatunku: Tolkiena, Lewisa, Le Guin, Howarda czy, nieco później, Rowling. Pierwszy zachwyt magicznymi światami, w pełni uzasadniony, często przekształcał się w chorobliwe poszukiwanie czegoś jeszcze innego, nowego, szokującego. W ich wyniku wielu trafiało na science fiction. Podobnie było ze mną. Szybko trafiłem na Herberta, Robinsona, Lema, braci Strugackich, Zelaznego, Dicka i Heinleina – długo by wymieniać. Pośród wszystkich tych nazwisk, z czego doskonale zdawałem sobie sprawę (tak!), brakuje jednego: Isaaca Asimova.

Oczywiście wiedziałem, iż coś takiego jak Fundacja istnieje, o uszy obiły się też trzy prawa robotyki, ale jakoś nie uzupełniałem braków. Mocne postanowienie poprawy pojawiło się dopiero wtedy, gdy na studiach zacząłem przedmiot zwany zgrabnie, a jakże, robotyką; było mi zwyczajnie wstyd, kiedy prowadzący odnosił się do twórczości Asimova, której ja – uważający się za miłośnika fantastyki naukowej – po prostu nie znałem. Chwyciłem za czytnik, kliknąłem na Ja, robot i rozpocząłem kolejną przygodę.

asimov

Robot jaki jest, każdy widzi

Od pierwszego wydania popularnego zbioru opowiadań minęło ponad sześćdziesiąt lat, od premiery domykających cykl Robotów i Imperium trzydzieści – i to czuć. Wszystkie teksty lekko trącą myszką, fabuły nie należą do skomplikowanych (choć każdy kolejny tom jest bardziej rozbudowany – dwie ostatnie powieści potrafią zaintrygować), a akcja nie porywa. Czy to znaczy, że proza Asimova skazana jest dziś na zapomnienie? Absolutnie nie – może i forma nie należy do szczególnie atrakcyjnych, ale to co najważniejsze, czyli treść, wciąż pozostaje bardzo wartościowe.

Zacznijmy od tego, co na stałe weszło już do kulturowego oraz naukowego kanonu i stanowi wcale nie tak częsty przykład rzeczywistego wpływu science fiction na globalny dyskurs – trzech praw robotyki. Dla porządku wypada je przywołać:

1. Robot nie może skrzywdzić człowieka ani przez zaniechanie dopuścić do tego, aby doznał on krzywdy.
2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, o ile nie są one sprzeczne z Pierwszym Prawem.
3. Robot musi chronić sam siebie, o ile nie przeszkadza mu to w realizacji Drugiego Prawa.

Proste, prawda? Nie są to techniczne definicje, które na blachę wkuwają tysiące studentów automatyki i robotyki (a już na pewno nie mają powyższe prawa wiele wspólnego z macierzami pozycji i orientacji), a zbiór swoistych nakazów moralnych. I to właśnie w tej dosyć niezwykłej przestrzeni kryje się wszystko, co u Asimova najważniejsze – w dziedzinie etyki robotów. Już w Ja, robot autor skupia się na tym, aby pokazać, jak sformułowane przez niego prawa będą działały w praktyce. I nie macie co się spodziewać, miłośnicy Terminatora i Matrixa, że maszyny nagle oszaleją i postanowią wykorzystać swą nadludzką siłę do tego, aby zniewolić swych twórców. Wizję niszczycielskich robotów można uznać za klasyczną w literaturze fantastycznonaukowej: była popularna przed laty (w całym bogatym cyklu o Diunie czy niedawno wydanym w Polsce Przedrzeźniaczu Tevisa), często pojawia się i dzisiaj (chociażby w świeżym Skokowcu Marcina Podlewskiego). Trudno polemizować z tym, że był i wciąż jest to wynik poważnych obaw związanych z coraz szybszym rozwojem techniki. Czyżby w takim razie Asimov podchodził do sprawy bardziej optymistycznie? Pewnie tak, ale warto naświetlić ją nieco lepiej.

Krytyka czystego robota

Amerykański pisarz nakreślił obraz robotów zatrzymanych w fundamentalnym rozkroku. Z jednej strony mamy R. Daneela Olivawa – humanoidalnego robota-policjanta, którego partner, Elijah Baley, w Pozytonowym detektywie myli z człowiekiem. Maszyna jest najbardziej zaawansowanym tworem ludzkiej techniki i właściwie można by uznać ją za przedstawiciela nowego gatunku; to całkowicie autonomiczna osoba, tym tylko różniąca się od nas wszystkich, że posiada nieskończoną cierpliwość i zawsze pozostaje grzeczna – w końcu nie ma możliwości skrzywdzenia drugiego człowieka. Wolność Daneela jest tak wielka, że w pewnym momencie zdobywa się on na decyzję praktycznie omijającą trzy prawa robotyki – a to dlatego, że formułuje własne, bardziej ogólne, zgodne jednak z duchem tych zaprogramowanych (mowa oczywiście o zerowym prawie robotyki z Robotów i Imperium). Z tego przykładu – ważnego, bo Olivaw jest jednym z najważniejszych bohaterów cyklu – wyłania się obraz maszyny obdarzonej wolną wolą i potrafiącej decydować o własnym losie.

Problem w tym, iż gotowość do samostanowienia nie oznacza wcale takiej możliwości – trudno nie zauważyć, że pozytonowe maszyny pozostają ludzkimi niewolnikami. To mocne sformułowanie, które jednak dosyć łatwo zobrazować. Trzy prawa nie regulują relacji między dwoma równoważnymi stronami – są wyrazem podległości jednej grupy wobec drugiej. Robot zawsze przedłoży polecenie człowieka nad swoje dobro, co jest prostą konsekwencją Drugiego Prawa. Każda istota ludzka może rozkazać robotowi samozniszczenie, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. A przecież ten jest całkowicie samoświadomą jednostką, myślącą i – co często sugeruje Asimov – odczuwającą. I słusznie, zawoła ktoś, przecież człowiek stworzył je właśnie po to, aby mu służyły, nawet wtedy, gdy oznacza to dla nich maszynową śmierć. Zgoda, problem w tym, iż człowiek u Asimova okazuje się na to absolutnie nieprzygotowany. Robot to maszyna idealna, z definicji niezdolna do zaszkodzenia współpracującemu z nią „operatorowi” (zwróćcie uwagę, że nie można tego samego powiedzieć nawet o łopacie!), niezwykle użyteczna i uniwersalna. Spełnienie snów każdego inżyniera, w dodatku tak intuicyjne w sterowaniu, że nie wymaga najmniejszej nawet specjalistycznej wiedzy. Jej stwórca, oszołomiony własnym sukcesem, całą inwencję włożył w swe dzieło, dlatego też bez wahania bierze się za to, na czym zna się najlepiej – za destrukcję. Nie wykazuje przy tym gotowości do wzięcia odpowiedzialności za drugą pełnoprawną istotę.

Właściwie żadnego z bohaterów Asimova nie można nazwać kryształowo uczciwym. Robotycy okazują się odpowiednikami niegdysiejszych czarowników, którzy mroczną wiedzę wykorzystują zarówno do rozgrywania swoich prywatnych interesów (niech za przykład posłuży znerwicowany Leebig w Nagim słońcu), jak i osiągania celów globalnych (Amadiro i Mandamus w Robotach i Imperium). Jednoznacznie czarne charaktery to jednak tylko czubek góry lodowej – w gruncie rzeczy każdy ma coś na sumieniu. Han Falstolfe, który zawsze wspiera jednego z głównych bohaterów sagi, Elijaha Baleya, wcale nie jest bez skazy, co widać w jego stosunku do córki; naukowiec gotowy jest poświęcić jej dobro na rzecz swoich badań. Sam Baley również nie pozostaje bezgrzeszny – początkowo przerażony jest wizją współpracy z robotem i nie potrafi zaakceptować obecności pozytonowej maszyny. W swojej postawie nie jest wcale odosobniony: większość Ziemian, w przeciwieństwie do rozkochanych w myślących maszynach Przestrzeńców, uważa roboty za zło wcielone.

fundacjaokl1

Człowiek człowiekowi człowiekiem, czyli Ziemianie, Przestrzeńcy i Osadnicy

Zaraz, zaraz – kim właściwie są Przestrzeńcy? Najprościej rzecz ujmując to ludzie, którzy zdecydowali się opuścić Ziemię, aby w towarzystwie pozytonowych maszyn wyruszyć na podbój wszechświata. Ich zapał skończył się jednak zaskakująco szybko: skolonizowali zaledwie pięćdziesiąt planet. Dlaczego? Wybrali wygodę: dzięki zastosowaniu nowoczesnej medycyny potrafią dożyć kilkuset lat, a towarzystwo robotów sprawiło, że stali się oschli i chłodni. Dochodzi do absurdów: na Solarii, szeroko opisanej w Nagim słońcu, myślące maszyny całkowicie wykastrowały ludzi z życia towarzyskiego; mieszkańcy planety nie spotykają się twarzą w twarz, a tylko widują w formie hologramów. Słowem idealnie opisującym Przestrzeńców jest marazm – zapomnieli o ambicjach, które pchnęły ich w kosmos, i osiedli na laurach.

Może lepiej ma się sprawa na Ziemi? No cóż, trudno uznać sytuację na kolebce ludzkości za pozytywną. Ludzie przenieśli się do olbrzymich Miast, skryli pod kopułami i nie wyobrażają sobie życia na otwartej przestrzeni; każdy właściwie cierpi na potężną agorafobię. Optymizmem nie napawa także sytuacja polityczna: społeczeństwo zostało kategorycznie podzielone na klasy, które różnicuje dostęp do dóbr (zarówno luksusowych, jak i zupełnie banalnych – rzadko kto może sobie pozwolić na prywatną toaletę). Ziemianie odrzucili także to, co uczyniło życie Przestrzeńców tak wygodnym: roboty. Wśród mieszkańców Ziemi panuje strach przed pozytonowymi maszynami, który jest tak wielki, że potrafi doprowadzić do zamieszek. Te rozliczne słabości bezlitośnie wykorzystują Przestrzeńcy: dzięki potędze militarnej całkowicie kontrolują sytuację na Ziemi.

Trudno uznać tę wizję za szczególnie optymistyczną, prawda? Po lekturze Robotów z planety świtu można mieć nadzieję, że sytuacja nieco się poprawi. Niestety, w Robotach i Imperium nie dochodzi do oczekiwanego wyrównania sił; pojawienie się Osadników (nowego ruchu kolonizacyjnego rodem z kolebki ludzkości) tylko rozwścieczyło pogrążonych w marazmie Przestrzeńców, którzy z niepokojem patrzą na ksenofobiczną, zatopioną w pysze Ziemię. Zamiast spokoju pojawia się gniew, zamiast pokoju – widmo wojny. Ludzie ludziom zgotowali ten los – a cała odpowiedzialność za jego poprawienie spada na Giskarda i R. Daneela. Pozytonowe maszyny pomagają człowiekowi, bo ten sam sobie pomóc nie umie. Problem stanowią nie tylko indywidualne błędy postaci takich, jak Mandamus czy Amadiro, ale ogólnie panujące niezrozumienie, wzajemna nieufność i pycha.

Łatwo dojść do wniosku, że najważniejszą treścią Robotów jest przestroga: Asimov opisuje sytuację, której człowiek powinien się za wszelką cenę unikać. Efekt okazuje się piorunujący, bo amerykański pisarz zastosował zabieg banalnie prosty i w tej prostocie genialny: najzwyklejszą inwersję. Podczas gdy my boimy się złych robotów, które mogłyby nas zniszczyć, Asimov krzyczy: to nie maszyn się lękajcie, lecz samych siebie! Jeśli rozwój techniki doprowadzi nas do apokalipsy, to nie będzie ona wynikiem złośliwości tranzystorów, gniewu sterowników, pychy oprogramowania czy maszynowej mizantropii, lecz człowieka – obdarowanego wszystkimi tymi przywarami, które chciałby przypisać swemu dziełu, aby zmyć z siebie piętno winy.

Powrót do teraźniejszości

Dzisiejsze roboty mogłyby autorów fantastyki naukowej sprzed kilkudziesięciu lat zdziwić. Integracja elektromechanicznych „ciał” z coraz potężniejszymi sztucznymi inteligencjami dzieje się na naszych oczach, ale na roboty z wizji Asimova z pewnością przyjdzie nam jeszcze poczekać. A mnie, przygotowującemu się do kolejnego starcia z manipulatorem SCARA, przy którym pracuję, wcale nie jest z tego powodu przykro.

Roboty pokazują w dobitny sposób, że nawet najwspanialsze dzieło techniki można wykorzystać w spaczony, chory sposób – obyśmy już nigdy więcej nie musieli przekonywać się o tym na własnej skórze.